Światło innych gwiazdTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Na pokładzie Chawli

1986: Siódemka

1986: Produkcja i strata

Tygiel

1986: Mico argentatus

Rozszerzanie i paradoks

1986: Entropia

1986: Psy

1986: Siniak i taśma

Na pokładzie Chawli

1986: Świt

1986: Sad i światło

Na pokładzie Chawli

1986: Taniec z petardami

Rozciąganie

1986: Nić

1986: Przez usta

Na pokładzie Chawli

1986: Oscylacja

Potencjał

1986: Kinetyka

1986: Dziecko i mężczyzna

Na pokładzie Chawli

1986: Zmarli

1986: Pete McIntyre

Na pokładzie Chawli

1986: Notatki

Przedłużenie

1986: Niemowlęctwo i starzenie

Na pokładzie Chawli

1986: Dom pana Pete’a

Na pokładzie Chawli

1986: Elektromagnes

1986: Miasto

1986: Sekwencja

1986: Składanie

Na pokładzie Chawli

Pęknięcie

Odkrycie

299 792 458 m/s

I później

1989: Amadeusz

Chawla

Opadanie i wschód

Podziękowania

Tytuł oryginału: LIGHT FROM OTHER STARS

Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: www.rawpixel.com

Korekta: Agnieszka Al-Jawahiri, Beata Wójcik

Copyright © Erika Swyler, 2019

Copyright © for the Polish translation by Aga Zano

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788381433075


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dedykuję tę książkę Kosmicznemu Teleskopowi Hubble’a, który otworzył przede mną Wszechświat, a także nauczycielom, którzy nie wierzyli, że dziesięciolatka mogłaby posiadać rzetelną wiedzę na temat Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. Do dziś nie wiecie, jak bardzo się pomyliliście.

O! Wyzwolony z więzów Ziemi ciasnych

Na srebrnych skrzydłach tańczyłem w błękicie

Piąłem się w słońce, na obłokach jasnych,

Rozciętych złotem; wszedłem w nowe życie

Wspanialsze niż sen, w powietrzu, we wzlotach,

W blasku i ciszy zawisłem wzniesiony;

Goniłem wiatru skowyty, w nawrotach

Zwinnej maszyny, przez chmur pawilony…

I wyżej, wyżej, w płomienisty błękit,

Z umysłem jasnym i z wielkim milczeniem

Dalej niż orzeł, niż słowik maleńki

Tam, gdzie prowadzi chmur skłębiona droga

Przeciąłem święte dziewicze przestrzenie,

Dłoń wyciągnąłem, by dotknąć twarzy Boga.

John Gillespie Magee Jr., Wysoki lot

tłum. Aga Zano

Na pokładzie Chawli

Neddę Papas wyrwał ze snu śpiew ptaków – przenikliwe, zgrzytliwe nawoływanie bagiennika żółtoczelnego na tle szumu morskich fal. To przypominało jej o domu, którego miała już nigdy więcej nie zobaczyć. Kiedy zapytano ją, przy jakiej muzyce chciałaby zaczynać dzień, nic nie przychodziło jej do głowy. Przy wyborze musiała uwzględnić innych członków załogi, a to nie było łatwe zadanie, jako że w jej wiedzy muzycznej świeciła głęboka na dekady dziura. Jewgienij na przykład lubił budzić się przy dźwiękach rosyjskiego zespołu pop, przez co czwartkowe poranki zmieniały się w koszmar. Ptasi śpiew był najmniej inwazyjnym odgłosem, jaki przyszedł Neddzie do głowy. Ptaki są przecież wszędzie. Tylko ona wiedziała, że stażysta w NASA musiał przekopać całe stosy rozsypujących się nagrań z archiwum Muzeum Historii Naturalnej na Florydzie, żeby odnaleźć nawoływanie gatunku, który wymarł w 1987 roku. Gdy Nedda otworzyła oczy, zobaczyła holograficzne morskie fale, oblizujące brzeg z pikseli udających połamane muszelki i odłamki szkła.

Przekręciła się na bok, twarzą do okna i czerni. Podczas pierwszych tygodni, gdy dopiero aklimatyzowała się na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, obserwowała Ziemię i czekała, aż poczuje nostalgię. Psychologowie upierali się, że tak będzie. Oglądanie Ziemi z takiej odległości wywoływało tęsknotę za domem, maskowaną przez napady apatii lub niebezpieczną euforię, po której następowały gwałtowne spadki nastroju. Widziała, jak to działa na współtowarzyszy. W przypadku Neddy melancholia pojawiła się jednak dopiero, gdy dotarli do modułu.

Na temat tęsknoty za domem u astronautów napisano dziesiątki artykułów, ale Nedda nie zamierzała ich czytać; porównywanie się do przypadków z badań naukowych wytrącało ją z równowagi. Przywykła do nostalgii już wcześniej, więc spoglądanie na Ziemię z przestrzeni kosmicznej jej nie wzruszało. Od domu nie dzieliła jej odległość; jej domem były czas i ptasi śpiew.

Przestrzeń kosmiczna była lepsza od oglądania się za siebie. Wyznała to doktor Stein, psycholożce załogi, podczas jednej z obowiązkowych sesji wideo. Według Neddy psychologia i ginekologia były sobie pokrewne – i w jednym, i w drugim przypadku lekarz napatrzy się na nasze najintymniejsze miejsca więcej niż my sami.

– Co widzisz za oknem? – pytała doktor Stein co tydzień. Nedda wiedziała, że psycholożka trzyma w dłoni rysik. Nigdy nie widziała go na ekranie, ale słyszała, jak przesuwa się po tablecie.

 

Trudno było wyjaśnić, co widziała, a jeszcze trudniej przekazać znaczenie tego widoku. Przestrzeń między gwiazdami skłaniała do łatwego smutku i kontemplacji faktu, jak mali jesteśmy w obliczu Wszechświata. Amit Singh wyglądał przez okna tylko, gdy było to absolutnie konieczne, choć był dowódcą misji. Wolał patrzeć na mapy gwiezdne, nagrania z teleskopów i dane z sond i terraformerów. Trwał w postanowieniu, by postrzegać samego siebie jako osobę, a nie pojedynczą komórkę w organizmie rozmiarów Kosmosu. Nedda lubiła czuć się mała.

– Nieskończona przestrzeń to nieskończony potencjał – powiedziała psycholożce.

Dobrze, że udawało jej się zabrzmieć pozytywnie. Z większym trudem przychodziło jej wytłumaczenie, że szuka światła, rozkłada je na części, próbuje wyłapać różne długości fal w pogoni za czymś znajomym. W czerni było światło podróżujące z odległych planet i z powrotem, światło zderzających się gwiazd wypełniające przestrzeń między nimi. Światło niesie wizje i nadzieje, esencję istnienia każdego z ludzi. Nedda musiała ograniczać te myśli, bo inaczej przegapiłaby poranną rozmowę wideo, zaniedbałaby swoją pracę z roślinami i odkryłaby, że drukarka w jej kabinie wypluła receptę na antydepresant. Na samą myśl o lekach przeciwdepresyjnych w umyśle Neddy rozwijała się długa lista nazw – wszystko, do czego Louisa Marcanta, ich pokładowa lekarka, miała łatwy dostęp, a także rzeczy, których już nie przepisywano. Nedda zamyśliła się nad strukturą ketaminy, piękną molekułą, która wyglądała trochę jak żeński i męski symbol płci trzymające się za ręce.

– Papas! Nie spać, zwiedzać. – Głos Marcanty wyrwał Neddę z zamyślenia.

Hologram zamigotał i zniknął, a w miejscu plaży ukazała się zimna, biała ściana Chawli.

Poranny telefon do Centrum Kontroli Misji nie przyniósł nic ciekawego. Czteroosobowa załoga Chawli stłoczyła się w centralnym pomieszczeniu modułu, by porozmawiać z Houston pomimo opóźnień sygnału i utrudnień biurokracji. Dziś Marcanta odebrała wiadomość wideo od siostrzenicy, która miała właśnie urodziny. Dziewczynka świeciła szerokim szczerbatym uśmiechem i mocno przytulała pluszową ośmiornicę, którą wysłała jej ciocia Louisa.

Marcanta od lat korzystała z automatycznych programów wysyłkowych. Sprytne. Singh był zły, że sam o tym nie pomyślał. W takich chwilach nie było większej różnicy, czy znajdowali się w innym kraju, czy poza światem. Nedda spuściła wzrok i zaczęła przeglądać notatki. Mimo że wszyscy tu musieli żyć bardzo blisko siebie, nadal czuła się niezręcznie, słuchając cudzych wiadomości od bliskich. To odsłaniało więcej niż nagość. Patrzenie na ludzi, których już nigdy się nie dotknie, rozdrapywało w człowieku miejsca ukryte głęboko pod skórą.

Jewgienij szybko zdał raport ze stanu układów modułu; następnie wysłuchali informacji o danych z planety. Łaziki i boty robiły postępy z budową platformy i kopuły – w sam raz na przybycie misji. Un i Trio, dwa z łazików, wyrównywały ziemię na przestrzeń do lądowania i kopały rów do odprowadzenia pary, jaką Chawla wytworzy podczas zejścia. Dane o składzie gleby zebrane przez Dué mieściły się w przewidywanym zakresie. Nedda zdała raport z upraw hydroponicznych – załoga stawiała już pierwsze kroki w samodzielnym wytwarzaniu pożywienia. Mieli zapas nasion gotowych na kolejny cykl, niezbędnych do rozpoczęcia kolonizacji.

Wzrok Jewgienija się pogorszył, ale inżynier o tym nie wspomniał, Marcanta też nie. Nedda i Singh również się nie odezwali. Postępujący astygmatyzm Jewgienija stanowił konsekwencję braku grawitacji, co prowadziło do spłaszczania rogówki i zwiększenia nacisku płynu mózgowo-rdzeniowego na nerw optyczny. Mózgi zatapiały im oczy. Nedda wiedziała, że grawitacja prędzej czy później to naprawi, ale od przybycia na miejsce dzieliły ich jeszcze trzy lata. Drukarka pokładowa wytwarzała szkła korekcyjne, ale zmiany postępowały bez przerwy i trudno było za nimi nadążyć. Wada Jewgienija zbliżała się do stanu, w którym nie było już szans na korekcję.

Nedda też odczuwała pierwsze efekty. Zaczęła spać w goglach uciskowych, choć wiedziała, że to najpewniej próżny wysiłek. Czekało na nich środowisko o grawitacji równej trzydziestu dwóm procentom ziemskiego przyciągania. Jeszcze słabiej niż na Marsie. To dość dużo, by trochę pomóc, ale prawdopodobnie bez szans na przywrócenie astronautom doskonałego wzroku, choć w badaniach wszyscy uzyskali wynik 20/20. Wiedzieli, że istnieje takie ryzyko. Jewgienij po prostu miał pecha, że w jego przypadku wada pogłębiała się tak szybko. Niesprawne oczy to dla inżyniera modułu nic dobrego.

– Zauważyliśmy skoki napięcia na Amadeuszu. – Jewgienij zwrócił się do monitora. System podtrzymujący czynności życiowe działał na samozasilaniu za pomocą radioizotopowego generatora termoelektrycznego o nazwie Amadeusz, niepodłączonego do silników. Amadeusz miał działać dalej na planecie i zasilać moduł, by dało się w nim mieszkać.

– Uszkodziły coś?

Pytanie padło z ust młodej kobiety z zespołu Laboratorium Napędu Odrzutowego NASA. Bok jej głowy znaczył jaskrawoczerwony tatuaż. Kato, Jennifer Kato. Dzięki tej ozdobie wyróżniała się spośród wielu innych twarzy.

– Trajektoria i tempo nadal są w porządku – odparła Nedda. – Wszystko działa. Na razie tylko przerzucamy promieniowanie w wodę do lądowania. – Nie byli zadowoleni z tej sytuacji. Woda przeznaczona do dysz parowych, które miały złagodzić zejście Chawli, była teraz radioaktywna. Czekało ich gorące lądowanie. – Im szybciej to naprawimy, tym lepiej. Musimy zminimalizować wpływ, jaki będziemy mieć na atmosferę.

– Chciałbym zajrzeć do specyfikacji projektowej generatora – wtrącił Jewgienij. – Coś mi tu nie gra.

– Prześlijcie nam dane. Przeanalizujemy je i zobaczymy, co dalej – powiedziała Kato.

– Proszę, dla świętego spokoju. To pomoże mi zrozumieć, jak doszło do takiej sytuacji.

– Dobrze, panie Sokołow. Znajdą się w pańskim czytniku po zakończeniu rozmowy. Jeśli poduszka wodna radzi sobie z przeciążeniem, proszę to zostawić, dopóki nie znajdziemy dokładnej przyczyny.

Kiedy się rozłączyli, Jewgienij przycisnął dłonie do oczu. Twarz rozcięły mu zmarszczki. Już przed wylotem był przysadzisty i blady, ale w przestrzeni kosmicznej jeszcze bardziej się zaokrąglił. To nadało mu niemal przebiegły wygląd. Kiedy się uśmiechał, przypominał dziecko, które ukrywa jakiś sekret.

Włożyli gogle uciskowe. Załoga musiała nosić je przez cztery godziny dziennie, ale wideokonferencje łatwiej prowadziło się bez nich. Gogle zmieniały się w jeszcze jedną warstwę dzielącą ich od Ziemi. Marcanta wyglądała w nich swobodnie i tajemniczo, jak europejska modelka. Nedda nie zastanawiała się nad własnym wyglądem; była tak przeciętna, że nic nie mogło jej pomóc ani zaszkodzić.

– Jak tam wasze oczy? Lepiej, gorzej, bez zmian? Możemy spróbować podać wam beta-blokery i zobaczyć, czy to zmieni ciśnienie – zaproponowała Marcanta.

– U mnie tak samo i jakby lepiej jednocześnie – ocenił Jewgienij. – Soczewki trochę pomagają. Kierownictwo ładnie wyglądało, jak u Moneta. Albo Renoira.

– A ty jeszcze się domagasz, żeby wysłali ci coś do czytania – prychnęła Nedda.

– Lubię się umartwiać, tak jak ty – odgryzł się, dźgając ją palcem w żebra.

Po porannej rozmowie jak zwykle czekał ich dwuipółgodzinny trening zapobiegający zanikowi mięśni. Ze względu na długość podróży zespół medyczny z Ziemi dodał pół godziny do standardowego czasu ćwiczeń. Marcanta trochę zrzędziła, ale Nedda nie miała nic przeciwko takiej zmianie. Bieganie ją uspokajało. Gdyby nie istniały zegary, mogłaby to robić całymi dniami. Bieżnia była wyposażona w ekran z filmami symulującymi trasę wzdłuż plaży albo przez las. Była wśród nich ścieżka z rezerwatu Enchanted Forest w Titusville, niedaleko miejsca, w którym dorastała Nedda. Doktor Stein była zdania, że astronautka powinna mieć coś, co będzie jej przypominać o domu. Wzdłuż ścieżki rosły kawowce; ich twarde, błyszczące fioletowe owoce przypominały jej o Dannym, a wtedy zaczynała za nim tęsknić. Przebiegła się raz tą trasą i skasowała plik. Teraz patrzyła prosto w okno i biegła w czerń.

Amit Singh położył jej dłoń na ramieniu. Nedda lubiła kształt jego paznokci: doskonałe brązoworóżowe owale. Każdy powód jest dobry, żeby czuć do kogoś sympatię.

– Moja kolej. Dobrze się czujesz? – Singh zamrugał kilka razy zaspany po ostatnim cyklu snu. Włosy rozchodziły mu się na boki jak puch dmuchawca. Miał księżycową twarz od płynów zbierających się w tkankach. Kombinezony ciśnieniowe nie pomagały na tę przypadłość. Lekko napuchnięty Singh sprawiał wrażenie bardziej życzliwego. Za to Nedda wyglądała jak alkoholiczka.

– Doskonale. Jewgienij dostanie dane z generatora. Zajrzyj do niego później, co? Nie przyzna się do tego, ale będzie potrzebował twoich oczu.

Nedda doprowadziła się do porządku po treningu. Kolejne godziny spędziła z roślinami w laboratorium i pochylona nad szkiełkami, badała struktury komórek, bombardowała je promieniowaniem i wysyłała dane do stacji na Marsie. Pomyślała, czy nie przenieść śpiwora do laboratorium hydroponicznego, żeby uciec przed muzyką Jewgienija. W dzieciństwie często zdarzało jej się nocować w laboratorium. Ktoś kiedyś zrobił jej zdjęcie: niemowlę owinięte kocykiem i śpiące w wysuniętej szufladzie biurka ojca. Ale taka decyzja sprawiłaby, że drukarka wyplułaby kolejny rzut antydepresantów, zażądała badań krwi i dodatkowych sesji z doktor Stein. Więc spanie w laboratorium odpadało.

Na kolację zjedli pierwsze ogórki z uprawy hydroponicznej, po tym jak Nedda starannie wyjęła z nich wszystkie nasiona. Brak grawitacji wywołał chaos w strukturze roślin, przez co bardziej przypominały małe arbuzy niż ogórki.

– Wodniste – oceniła Nedda. – Spróbuję to poprawić w następnej generacji.

– Nie szkodzi – odparł Singh. – Cali jesteśmy z wody, przyda się nam.

– Są bez smaku.

– Mają smak obietnicy – oznajmił Jewgienij z pełnymi ustami, chrupiąc wodnisty miąższ.

Podczas wieczornej wideokonferencji Singh omówił z zespołem przygotowanie krótkiego filmiku o teorii względności dla studentów. Un został uszkodzony podczas burzy piaskowej. Jewgienij wysłał polecenie Fiverowi, żeby go naprawił. Fiver był powolnym botem, a do czasu naprawienia łazika wszystkie prace miały się opóźnić. Mimo to nadal mieścili się w czasie przed przylotem.

Tym razem nie zdawali raportu ze stanu swojego wzroku. Jewgienij określił dokumenty z Amadeusza mianem „interesujących”.

– Nie spodziewałem się, że przyślecie mi całą bibliotekę – skomentował. – Dobry miesiąc mi zajmie, żeby to wszystko przeczytać.

– Panie Sokołow, prosił pan o specyfikację projektową – odparła Kato. – Pliki, które panu wysłaliśmy, zawierają wszystkie informacje z Laboratorium Napędu Odrzutowego, od planów budowy prototypu po modelowanie 3D urządzenia, z którego teraz korzystacie. Zależy nam na dokładności.

– Mój błąd, że o to poprosiłem – przyznał Jewgienij. – No ale lepiej mieć za dużo informacji niż za mało.

Po zakończonej rozmowie doktor Stein powiedziała, że ktoś umówił się na prywatną rozmowę wideo z Neddą.

Załoga wyszła z pomieszczenia podczas oczekiwania na opóźniony sygnał przekierowywanej rozmowy.

Neddę zaskoczył widok twarzy Betheen. Skórę jej matki w końcu przykryła bibułka lat. Włosy miała rozpuszczone i tak jasnoblond, że trudno było stwierdzić, w którym miejscu kończy się kolor i zaczyna biel. Tak bardzo różniły się od blondu Neddy, który bardziej przypominał wodę po zmywaniu. W młodości Betheen była piękna do bólu, ale upływ czasu zmienił ją bardziej w perłę niż w diament. Nedda żałowała, że nie może zobaczyć matki w gabinecie, przy biurku. Betheen wyglądała, jakby czuła się bardzo niezręcznie w szarej budce komunikacyjnej.

Nedda wstrzymała oddech.

– Cześć, skarbie.

Dźwięk głosu matki nadal wywoływał w niej dreszcze. Sygnał nie był tym samym co dotyk, a jednak. W pomieszczeniu zapachniało domem, pomarańczami – choć to przecież niemożliwe, bo Nedda nie zaczęła ich szczepić; laboratorium nie było jeszcze przygotowane na uprawę drzew. Poczuła, że ma gęsią skórkę. Zaczęła płakać. Łzy pociekły jej po policzkach jak dwa płaskie wodospady, zamiast skapywać w kroplach.

– Och, kochanie, nie płacz. Nawet się jeszcze nie przywitałaś.

– Hej, mamo.

– Hej – odparła Betheen i też się rozpłakała, a na ten widok obie zachłysnęły się śmiechem.

– Nie, żebym nie cieszyła się na twój widok, ale jak zdołałaś tak szybko znów uzyskać dostęp do prywatnego połączenia?

– Desmond Prater zmarł.

 

Nedda od lat nie słyszała tego nazwiska, ale i tak ścisnęło ją w żołądku.

– Jak Denny sobie z tym radzi?

– Sprzedaje sad.

– To dlatego zadzwoniłaś.

– Uznałam, że powinnaś o tym wiedzieć.

Neddę zalała fala wspomnień: gonitwy między rzędami drzewek pomarańczowych, bose stopy na wyboistej glebie, szarożółty kurz, łodygi palusznika tam, gdzie nie sięgnęła kosiarka, muchy.

– Denny sam mógłby mi o tym powiedzieć.

– Wiesz, nie tak łatwo się załapać na rozmowę z tobą. Poza tym przypuszczam, że o pewnych rzeczach nadal ciężko mu rozmawiać. Sama to rozumiesz.

Nedda nie rozumiała. We wspomnieniach Denny’ego kryły się rzeczy, których ona nigdy nie miała szansy odkryć. A jednak. Połączył ich sad pomarańczowy i to, co się w nim wydarzyło – więź uformowana na równi przez przyjaźń i traumę, wystrzępiona nić, zbyt napięta w czasie i przestrzeni. Denny nie odezwał się do niej, odkąd wyruszyła, nawet kiedy była na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, jeszcze przed Marsem, chociaż wtedy łatwo było się z nią skomunikować. Nedda nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego musiała odejść, tak jak on nie potrafił jej powiedzieć, co zapamiętał.

– Jak się masz, mamo?

– Tęsknię za tobą.

Oczywiste słowa, choć przez to wcale nie mniej bolesne.

– Ja za tobą też.

Nedda chciała zapytać o pracę, o awans Betheen w laboratorium, o to, jak matce podoba się prowadzenie badań, o pogodę, o cokolwiek, żeby tylko dalej mówiła, żeby słyszeć jej głos. Ale słowa ugrzęzły jej w gardle i nie chciały się wydostać.

Patrzyły, jak światło tańczy na ich twarzach.

– Zaokrągliłaś się – powiedziała matka. – Chyba wreszcie zaczęłaś jeść.

Nedda się roześmiała.

– Jeśli nie udało mi się przytyć na twoich obiadach, to jedzenie, które nam tu dają, też mnie nie utuczy. To nie kwestia odżywiania, tylko przestrzeni kosmicznej. Takie są efekty.

– Chciałam tylko powiedzieć, że dobrze wyglądasz. Pięknie.

– Mamo, nie zmyślaj.

Betheen nachyliła się blisko do kamery. Obiektyw zniekształcił jej twarz, oczy miała teraz wielkie jak u lalki.

– Jesteś szczęśliwa?

– Wszystko w porządku.

Lata nie zmieniły westchnień jej matki – ani tego, jak potrafiły obnażyć Neddę.

– Twój ojciec to rozumiał. Musisz o tym pamiętać. Zrobiłyśmy, co do nas należało. Teraz też właśnie tak postępujesz.

– Wiem. – W Kosmosie cisza była inna niż na Ziemi, przypominała wątłą nitkę rozpiętą w czasie i przestrzeni. Nedda obawiała się ją przerwać. – Kocham cię – powiedziała.

– Ja ciebie też.

– Spotykasz się z ludźmi? Wychodzisz z domu?

– Wszyscy bez przerwy mnie o ciebie pytają. Praktycznie muszę się ukrywać. Przez cały zeszły tydzień pracowałam w laboratorium zamknięta na klucz. Czułam się jak w niebie. – Lekkie uniesienie warg. To też było w niej piękne.

Po zakończonej rozmowie Nedda wyszorowała twarz. Desmond Prater nie żyje. Spodziewała się tego od lat. W głębi duszy zawsze zastanawiała się, czy po jego odejściu poczuje ulgę. Ale teraz Denny został z konsekwencjami – z sadem i swoją matką. Musiał robić to samo, co wcześniej Desmond, dbać o drzewa. Życie potrafi w okropny sposób zamieniać nas w naszych rodziców.

Reszta załogi grała w pokera w kuchni. Po zakończonej rozgrywce Marcanta miała podpiąć się do dwutygodniowego cyklu snu. Jewgienij częściej wygrywał niż przegrywał, a za stawkę wybierał sobie, że reszta będzie po nim sprzątać. Nedda płynęła przez moduł do swojej kabiny, odpychając się od poręczy.

– Dobrze się czujesz, Papas? – spytała Marcanta.

– Tak, miałam telefon z domu, to wszystko.

– Chodź do nas, może ty wyciągniesz z Singha, gdzie schował czekoladę – zawołał Jewgienij.

– Prześpij się z tym – doradził Singh. – Drzemka zawsze pomaga. Chyba że wolisz pomóc mi przejrzeć dane z Amadeusza, których Jewgienij nie da rady przeczytać.

Marcanta pacnęła Singha w głowę.

– Chyba wybiorę sen – odparła Nedda. – Wiesz, gdzie mnie szukać, jeśli będziesz mnie potrzebował.

A raczej kiedy, nie jeśli.

Nedda wpełzła do śpiwora, puściła hologram i spróbowała odnaleźć na plaży muszelki – skałotocze, małże – ale żadnych nie dostrzegła. Słuchała szumu fal, rozbijających się o brzeg, aż zaczęły doprowadzać ją do szału. Potem skupiła się na odgłosach ciemności, modułu. Chawla miała własny puls, system podtrzymujący życie, napędzany przez Amadeusza. Nedda nasłuchiwała skoków napięcia i próbowała przestać myśleć o domu, o Dennym, o rodzicach.

Minęło już całe życie, odkąd ostatni raz widziała ojca. Odległość nadawała jej miłości do niego pewną czystość.

Był myślą. Światłem wędrującym przez Wszechświat. Tak jak ona.