SzóstkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Podziękowania

Dziękuję całemu zespołowi Trident Digital Media & Publishing, zwłaszcza Scottowi Millerowi i Nicole Robson. Składam wyrazy wdzięczności mojej rodzinie, przyjaciołom oraz Hailey North i Robin Wells, koleżankom z „babskiego” domu pracy twórczej – całusy, uściski i podziękowania za przyjaźń.

Książkę dedykuję wszystkim dzielnym mężczyznom i kobietom, którzy służą i bronią, zarówno w kraju, w organach ochrony porządku publicznego, jak i za granicą, na misjach wojskowych. Dziękuję za waszą służbę. Możecie liczyć na wsparcie i wdzięczność.

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: Triple Six

Copyright © 2016 Erica Spindler

Copyright for the Polish Edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for the translation © 2017 Jacek Żuławnik

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Betlejewska

Korekta: Ewa Mościcka

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Skład i łamanie: Master, Łódź

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-184-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Nowy Orlean, Luizjana

Poniedziałek, 22 lipca

Godzina 15:00

Posłannictwo Zagubionych Aniołów. Zach Harris stał przed bramą z kutego żelaza i patrzył na poruszany wiatrem szyld. Posesję, na której znajdował się stary wiktoriański budynek, zamieniony w ośrodek pomocy trudnej i dość… wyjątkowej młodzieży, otaczał metalowy płot.

Drzwi wejściowe otworzyły się i ze środka wybiegła nastolatka, drobna dziewczyna z nastroszonymi, obciętymi na chłopaka i pofarbowanymi na zgniłozielono włosami. Rzuciła przez ramię: „Na razie!” i przeniosła spojrzenie – pięknych jasnozielonych, pasujących kolorem do włosów oczu – na Zacha.

Czy była Pół Blaskiem, tak jak on? Owocem związku człowieka ze Strażnikiem Światła? A może to jeden z nielicznych Pełnych Blasków? Ich liczba gwałtownie malała.

– Cześć – powiedziała, przemykając obok niego.

– Cześć – odparł, wszedł przez furtę i ruszył w stronę drzwi. Dziwnie się czuł, kiedy myślał o sobie jak o istocie niebędącej do końca człowiekiem. Czy był światłem w ludzkiej skorupie, zesłanym, by służyć mieszkańcom Ziemi za przewodnika? Po części śmiertelnym aniołem, zaangażowanym w walkę na śmierć i życie z pradawnym złem?

Wszystko to brzmiało jak skończone bzdury. I denerwowało go. Ale cóż, nawet jeśli wolał nie mieć z tym nic wspólnego, na tym etapie nie miał już możliwości wyboru. Otworzono mu oczy – czy tego chciał, czy nie.

Za jego plecami z hukiem przetoczył się tramwaj. Zach zerknął przez ramię. Zobaczył lśniący czerwony wagon ze szczelnie zamkniętymi oknami, blokującymi dostęp gorącego powietrza. Zatrzymał się przed drzwiami do budynku, spojrzał w oko kamery i położył dłoń na klamce. Zamek zabrzęczał i drzwi się otworzyły.

Eli wyszedł mu na spotkanie. Wyglądał, jakby niczym się nie przejmował, jakby ratowanie ludziom życia i walka z siłami ciemności działały na niego równie odmładzająco jak wizyta w spa.

– Zach, druhu! – Chłopak klepnął go po plecach. – Miło cię widzieć. Chodź, czekają na ciebie w konferencyjnej.

Ruszyli w tamtym kierunku. Eli obrzucił Zacha swoim niezwykłym spojrzeniem.

– Byłeś u Michaeli w szpitalu?

– Dosłownie przed chwilą.

– Co u niej?

– Wraca do zdrowia. I to bardzo szybko.

– Mam talent.

Tupet Eliego rozsierdził Zacha.

– Mówi, że pamięta, że otoczyło ją piękne, uzdrawiające światło. Jakby anioł objął ją skrzydłami.

Eli zatrzymał się i przekrzywił głowę.

– Tak? A to ciekawe. I co ty na to?

– Powiedziałem, że straciła mnóstwo krwi albo była w szoku, albo miała halucynacje.

– Bardzo słusznie. Jesteśmy na miejscu.

– Zaczekaj. – Zach położył dłoń na ramieniu Eliego. – Mówiłeś, że niczego nie będzie pamiętała.

– Dlatego to takie ciekawe. – Eli się uśmiechnął. – Sądzę jednak, że nie musisz zaprzątać sobie tym głowy.

Akurat!, pomyślał Zach, wchodząc do sali konferencyjnej. Przy stole siedziały tylko dwie osoby: Parker, koordynator programu Szóstek, i profesor Lester Truebell.

– Zachary! – Truebell wstał z uśmiechem i wyciągnął rękę.

– Witam, profesorze. – Zach uścisnął mu dłoń.

– Nie widać po tobie zmęczenia.

– Ale czuć, proszę mi wierzyć. W mięśniach i stawach. – Potoczył wzrokiem po zebranych w sali mężczyznach. – Tylko nas czterech?

– Dziś owszem.

– Bez Angel?

– Nie jest gotowa.

Ubódł go ten komentarz. Znów tajemnice, znów brednie o tym, że powinien znać tylko te informacje, które są mu potrzebne do działania.

– Widzę, że nic się nie zmieniło od ostatniego razu, kiedy siedziałem z wami przy tym stole.

Chochlikowaty Truebell pokręcił głową.

– Ależ wszystko się zmieniło, Zachary. Usiądź, proszę.

Kiedy Zach zajął miejsce przy stole, odezwał się Parker:

– Ze mną się nie przywitasz?

Zach spojrzał na niego, nawet nie próbując ukryć złości.

– Muszę z tobą pracować, Parker, ale nie muszę cię lubić. A już na pewno nie mam obowiązku darzyć cię szacunkiem.

Parker odchylił się na krześle i założył ręce na piersi.

– Nie za ostro? I nazbyt oficjalnie, biorąc pod uwagę, że jesteśmy rodziną?

– Wszystko, co od ciebie usłyszałem od naszego pierwszego spotkania przed laty, było kłamstwem albo manipulacją. Albo jednym i drugim. Zatem nie, nie za ostro.

– Szóstki to nie kłamstwo, tylko prawda – jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem.

– Jak zawsze. Na tym polega problem – odparł Zach i przeniósł uwagę na profesora. – Po co mnie wezwaliście?

– Przecież wiesz.

– Czyżby?

– Jesteś z nami – spytał Truebell – czy nie?

Zach wolałby odpowiedzieć: „Nie”, odciąć się od tego wszystkiego, cofnąć do dawnego życia. Ale to już minęło – i nigdy nie wróci.

– Sobotnie wydarzenia obudziły we mnie wiarę.

Truebell pokiwał głową.

– Poznałeś niszczycielską moc zła. I zrozumiałeś, skąd nasz pośpiech.

Myśli Zacha wypełniło wspomnienie siły, która go napadła, i bezradności wobec niej.

– Tak.

– Wiesz również, jaką mocą dysponujemy.

Interwencja Strażników Światła. Eksplozja światła. Gniewny skowyt Zwiastuna Ciemności, gdy został odepchnięty.

„Ciemność, Zachary, nie może istnieć tam, gdzie jest światło”.

Ale potrafi się opierać, potrafi walczyć jak osaczona bestia.

– Ilu nas tam wtedy było? – spytał Zach. – Tuzin?

– Więcej. Czternastu.

– Czternastu na jednego? Pewnie zauważyliście, że takie proporcje nie wróżą sukcesu.

– Nie wróżą, to prawda. Ale czy teraz, skoro obudziła się w tobie wiara i wiesz, jakie mamy szanse, jesteś z nami?

Spojrzał profesorowi głęboko w oczy.

– Jestem. Na razie.

Profesor wykrzywił usta w uśmiechu.

– Oczekiwałem wprawdzie bojowego okrzyku, ale wystarczy i to. Jeszcze jedno… – Oparł dłonie na blacie i pochylił się nad stołem. – Muszę uzyskać od ciebie zapewnienie. Chodzi o Michaelę. Czy zrobisz wszystko, co należy?

Do diabła. Przecież jestem jej partnerem. Nie mówiąc jej wszystkiego, narażam ją na niebezpieczeństwo.

Przeciwnie, Zach. Zapewniasz jej bezpieczeństwo.

Spojrzał na Eliego.

Wynocha z mojej głowy.

Musisz nam zaufać.

Ufam jej.

– Zachary? Jak brzmi twoja odpowiedź? – odezwał się Truebell.

– Tak. Przemilczę istnienie Strażników Światła i nie zdradzę prawdziwej natury tego, co wydarzyło się tamtej nocy.

– Nie pożałujesz.

Już żałował.

 

– Co teraz?

– Czekamy.

– Na co?

– Aż Zwiastun Ciemności zaatakuje.

Rozdział 1

Piątek, 16 października

Godzina 23:25

– Na pewno mogę się urwać?

Angel Gomez uśmiechnęła się do Ginger i machnęła w stronę drzwi.

– Leć, dziewczyno. Baw się dobrze.

Ginger zawahała się.

– Micki rozerwie mnie na strzępy, jeśli się dowie, że wyszłam bez ciebie.

– Nie dowie się, bo jej nie powiem. Poza tym sama przyznasz, że Micki ciut przesadza z tymi swoimi zasadami. Trochę to głupie, zważywszy że zanim się do niej przeprowadziłam, przez kilka lat mieszkałam sama.

– Mimo wszystko… – Ginger łypnęła na zegar. – To tylko pół godzinki…

– A dla mnie raptem pięć przecznic piechotą. Mam telefon, gaz i parę w płucach. Idź. I powiedz Bryanowi, że kazałam mu być grzecznym.

Ginger roześmiała się i sięgnęła po plecak.

– Zawsze taki jest.

– Nie o taką grzeczność chodzi…

Po chwili Ginger już nie było, a Angel została sama. Zajęła się zmywaniem brudnych naczyń i szykowaniem czystych na następny dzień. Co ciekawe, piątkowe wieczory należały do najspokojniejszych w Sacred Grounds. W tygodniu kawiarnię, znajdującą się niedaleko uniwersytetów Tulane’a i Loyoli – w sam raz na krótką przejażdżkę rowerem – oblegali studenci, którzy poili się kofeiną po to, by móc wkuwać do egzaminów, albo po to, żeby nie zejść po rzeczonym wkuwaniu. W piątki ze wszystkich uchodziła para. Imprezy, randki, kino, gry. Sale do nauki pustoszały. Zaczynała się zabawa.

Angel uśmiechnęła się pod nosem. Tak wiele się zmieniło od tej okropnej nocy trzy miesiące wcześniej. Zmieniło się na dobre. Była szczęśliwa jak nigdy dotąd.

Prawie udało jej się zapomnieć, co czuła, będąc opętaną przez Zwiastuna Ciemności, będąc na jego łasce.

Koszmar się skończył, pomyślała. Eli, profesor i pozostali Strażnicy Światła pogonili potwora.

Angel nie powiedziała nikomu o tym specyficznym gościu w swojej głowie – ani Micki, ani Zachowi, ani nawet Eliemu. Bała się, że zaczną traktować ją inaczej, jakby nie była jedną z nich. Jakby nie mogli jej zaufać. Obiecała sobie jednak, że zrobi to – powie im – jeżeli Zwiastun kiedykolwiek powróci.

– Otwarte?

Spojrzała przez ramię. Nie słyszała skrzypienia zawiasów ani dzwoneczka obwieszczającego przybycie nowego klienta.

Boski. Facet, który stał w drzwiach, był po prostu boski. Ciemna skóra, pofalowane włosy, lśniący uśmiech, cudowne orzechowe oczy – widziała je wyraźnie nawet z odległości kilku metrów. Aż zaparło jej dech w piersi.

– Zaskoczyłem panią – odezwał się. – Przepraszam.

– Nie, nie… – odchrząknęła. – Właśnie zamykałam. Co podać?

Czyżby usłyszała zachętę w swoim głosie? Rany, jakie to żałosne.

– Coś na szybko.

– Jeśli chce pan coś na gorąco, mogę zaparzyć ręcznie. Bo ekspresy zdążyłam opróżnić i umyć…

– A na zimno?

– Mrożoną herbatę? Mrożoną kawę? Butelkę wody albo soku?

– Niech będzie woda.

Wyjęła butelkę z lodówki.

– Nie jest pan stałym klientem. Nie kojarzę pana.

– Jestem u was pierwszy raz.

Wręczyła mu butelkę.

– Student?

Pokręcił głową i wziął haust wody. Angel przyłapała się na wpatrywaniu się w jego szyję, w grę mięśni podczas przełykania…

– Studia mam już za sobą – odparł. – Teraz pracuję.

– Co pan robi?

– Zajmuję się handlem.

– A co pan sprzedaje?

Roześmiał się.

– Ciekawska z pani osoba.

Zarumieniła się.

– Przepraszam. To było niegrzeczne.

– Ile ma pani lat? – zapytał.

Serce zabiło jej mocniej. Chciała odpowiedzieć: „Wystarczająco dużo”, ale to by dopiero było niegrzeczne.

– Prawie dziewiętnaście – odparła zatem.

– A ja dwadzieścia dwa. – Sięgnął po portfel. – Ile płacę?

– Ja stawiam.

– Pewnie zdążyła już pani rozliczyć kasę?

– No właśnie.

Wyjął banknot pięciodolarowy i wsunął go do słoja na napiwki.

– Dzięki. Muszę lecieć. Może na do widzenia przejdziemy na ty?

– Czemu nie?

– Jak masz na imię?

– Angel.

– Angel – powtórzył. – A ja Seth.

Znów ten uśmiech. Na chwilę zaparło jej dech. Potem zrewanżowała się, układając usta w uśmiechu.

– Cześć, Seth.

– Do zobaczenia, Angel.

Odprowadziła go wzrokiem z osobliwym poczuciem straty i niemal nieodpartym pragnieniem, by pobiec za nim i zaproponować spotkanie.

Wyjęła telefon i wysłała wiadomość do Ginger.

był tu megaprzystojny facet . właśnie wyszedł.

masz num?

mam imię. Seth.

trzeba było zaprosić go na imprę

Angel spróbowała wyobrazić to sobie – i roześmiała się. Jasne. Nie ma mowy.

dobra zamykam pogadamy jutro

Schowała aparat do kieszeni i szybko dokończyła niezbędne czynności. Pięć minut później wyłączyła neon „otwarte” i zamknęła drzwi.

Utonęła jak w chmurze w chłodnym, wilgotnym nocnym powietrzu. Wzdrygnęła się i ruszyła w stronę domu, myśląc o Secie. Zaprosić go na imprezę? Poprosić o numer telefonu? Ona, dziwna, niechciana Angel Gomez z takim facetem? I co jeszcze!

Cóż on takiego ma w sobie?, pomyślała. Nigdy jakoś szczególnie nie interesowała się mężczyznami. Nie to, że była lesbijką, nic z tych rzeczy, po prostu mogła bez nich żyć. Dopóki nie zobaczyła jego. Dziś. Tego uśmiechu. Błysku w oczach. Kiedy w nie spojrzała, poczuła się, jakby jego i ją coś… połączyło.

Nagle uświadomiła sobie, że nie jest sama. Obejrzała się przez ramię. Dzieciak w bluzie z kapturem, z pochyloną głową, z rękami w kieszeniach. Usunęła się w prawo, żeby mógł ją wyprzedzić.

Zamiast wystrzelić do przodu, chłopak zwolnił i zrównał krok z Angel.

– Chcesz się zabawić?

Naprawdę dzieciak. Miał nie więcej niż szesnaście lat. Przypomniała sobie, co napisała Ginger, i o mało nie wybuchnęła śmiechem. Chłopak najwyraźniej nie miał oporów przed tym, co radziła jej przyjaciółka.

– Z tobą?

– Czemu nie?

– Za młody jesteś.

– To może trawkę?

– Nie, dzięki. Spadaj.

Szedł za nią.

– Prochy? Metę? Kokę?

Zatrzymała się i odwróciła do niego.

– Nie biorę narkotyków i nie przepadam na ludźmi, którzy nimi handlują. Odczep…

Wtedy chłopak chwycił jej torebkę i mocno szarpnął. Pasek puścił. Napastnik odwrócił się i zaczął biec.

– Nie! – wrzasnęła Angel i ruszyła za nim. W torebce miała telefon, dowód, napiwki z całego dnia.

I pojemnik z gazem.

Nie zauważyła drugiego chłopaka. Wyskoczył zza pikapa i pchnął ją z boku, posyłając w krzaki. Angel upadła na plecy i uderzyła głową o ziemię.

Zobaczyła gwiazdy, ale nie powstrzymało jej to przed stawieniem oporu. Zaczęła kopać i drapać.

– Złaź ze mnie, zboku!

Pierwszy, ten, który ukradł torebkę, zawrócił. Torebka Angel wylądowała na ziemi obok jej głowy.

– Pomóż mi – powiedział drugi.

– A co? Nie dasz rady dziewczynie?

– Silna jest, no. Dawaj bluzę.

– Po kiego…

– Żeby ją uciszyć.

Zasłonił jej twarz bluzą. Angel walczyła. Rzucała się. Kopała. Szarpała. Kiedy bluza się zsunęła, Angel zobaczyła napastników. Obaj bardzo młodzi. Dlaczego chcieli jej to zrobić?

Nabrała głęboko powietrza i wrzasnęła. Raz, potem drugi.

– Cholera! – jęknął ten, który na niej siedział. – Weź ją zamknij!

– Żeż w mordę, Pong, niby jak mam…

– Zasłoń jej twarz bluzą i przytrzymaj, kretynie!

Pierwszy ponownie zakrył Angel twarz, ale tym razem tak szczelnie, że nie mogła oddychać. Woń potu, tytoniu i czegoś słodkiego wypełniła jej głowę. Wydawało jej się, że słyszy swoje imię. Eli? – odpowiedziała. – Czy to ty? Potrzebuję cię!

– Złaź z niej!

Ktoś odciągnął chłopaka. Usłyszała głuchy odgłos uderzenia, potem jęk bólu i szybkie kroki na chodniku.

– Jazda, spierdalajcie!

Zerwała z twarzy bluzę i gwałtownie nabrała powietrza. Seth, uświadomiła sobie. To był jego głos.

Ukląkł przy niej.

– W porządku?

Zamrugała.

– Krew ci leci z nosa.

Roześmiał się cicho.

– A tobie gluty.

Wytarła wierzchem dłoni.

– Faktycznie – powiedziała i wybuchnęła płaczem.

Przytulił ją do piersi i pozwolił się wypłakać, co jakiś czas z zakłopotaniem klepiąc ją po plecach.

Minęła dobra minuta, zanim w końcu wzięła się w garść. Wytarła łzy wierzchem dłoni.

– Przepraszam, że się tak rozbeczałam.

– Chyba żartujesz. Nie masz za co przepraszać. Przecież te mendy cię zaatakowały. Zdziwiłbym się, gdybyś nie odreagowała płaczem…

Próbowała się roześmiać, ale wyszło coś pomiędzy jękiem a czkawką.

– Skąd się tu wziąłeś?

– Usłyszałem twój krzyk.

– Ale jak…

– Wróciłem do Sacred Grounds, licząc, że cię jeszcze zastanę. Chciałem wziąć od ciebie numer telefonu.

– Tak?

Roześmiał się.

– Skąd to zdziwienie?

– Mówisz serio?

Zdezorientowało go to pytanie.

– Dasz radę wstać?

Pokiwała głową. Pomógł jej się podnieść.

– Zadzwońmy na policję.

– Nie, nie trzeba.

– Ale ci dwaj…

– Moja współlokatorka jest policjantką. Wszystko jej opowiem. – Nie wyglądał na przekonanego. – Naprawdę. Chcę po prostu wrócić do domu.

– Gdzie mieszkasz?

– Kilka przecznic stąd. Przy Dantego.

– Dasz radę na piechotę?

Skinęła głową, mimo że nogi miała jak z waty.

– Poradzę sobie. Dziękuję za pomoc.

Uniósł brwi.

– Chyba nie sądzisz, że cię teraz zostawię? – Zobaczył jej minę i zmarszczył brwi. – Nie, Angel, nie ma mowy.

Otoczył ją ramieniem.

– Idziemy. Tylko powoli.

Pokiwała głową. Uszli kilka kroków, kiedy nagle przypomniała sobie i zatrzymała się.

– Poczekaj, moja torebka! Ten pierwszy mi ją wyrwał…

– …i pobiegłaś za nim.

– Tak.

– A ten drugi czekał i zaatakował, kiedy ścigałaś pierwszego. Klasyka.

Rzeczywiście. Głupio zrobiła, że dała się nabrać. Przecież nie jest taka naiwna.

– Tu jest – powiedział, pokazując przedmiot leżący pod krzakiem azalii. – Przyniosę.

Kiedy podał jej torebkę, Angel szybko przejrzała zawartość i odetchnęła z ulgą.

– Niczego nie ukradli.

– Widocznie nie mieli czasu. – Znów ją objął. – Chodź, odprowadzę cię do domu.

Rozdział 2

Sobota, 17 października

Godzina 1:16

Miała przed sobą upadłego anioła, rozbitego na dwie części, ale z nienaruszonymi skrzydłami. Micki wpatrywała się przez chwilę w tę niebieską ofiarę, po czym przeniosła spojrzenie na apokaliptyczny krajobraz. Ruina i zniszczenie. Miejsce, z którego dobro się ewakuowało, pozostawiając woń śmierci i rozkładu.

Jej śmierci. Jej rozkładu.

Dziś wieczorem umrze.

W chwili gdy ta myśl przepływała przez jej świadomość, rozległ się huk wystrzału. Pocisk wniknął w pierś i wybuchnął, a jego energia rozeszła się po całym ciele, przenikając aż do szpiku kości. Micki stanęła nad brzegiem urwiska, tak wysokiego, że w dole widziała jedynie czarną otchłań.

Drugi huk. Rozszczepił ją, rozbił na milion połyskliwych kawałeczków. Runęła za skraj, prosto w bezdeń. Krew, uświadomiła sobie. Jej własna krew. Leje się strumieniami. Bulgocze, hałaśliwie wycieka na zewnątrz. Ucichła, dopiero kiedy serce spowolniło bicie.

Upadała, leciała, pędziła w mroczny bezmiar.

Zimno. Było jej strasznie zimno.

Naraz czerń przebiło oślepiające światło, spłynęło na nią, wzięło ją w ciepłą kolebkę. Ktoś był z nią… Próbowała dostrzec twarz, rysy… Piękne oblicze – to wiedziała, nawet go nie widząc. I głos, rytmiczny jak fale oceanu, kojący.

„Jeszcze nie, Michaelo – szepnął ten, który był z nią. – Jeszcze nie…”.

Detektyw Micki Dare otworzyła oczy, jednocześnie gwałtownie nabierając powietrza. Odruchowo sięgnęła po schowaną pod materacem broń. Zacisnęła palce na rękojeści i spojrzała na stojący przy łóżku zegarek.

1:16.

Przeniosła uwagę na szczegóły: blask księżyca, przeciskający się pomiędzy listkami żaluzji. Całkowitą ciszę. Spokój nocy.

 

Położyła drżącą dłoń na piersi. Nie ma otwartej rany. Nie tryska krew. Brak bólu i swądu rozkładu.

Nie widać jaskrawego światła. Nie słychać anielskiego głosu.

Rozluźniła uścisk, ale nie wypuściła pistoletu z dłoni – nie mogła tego zrobić, jeszcze nie teraz.

Usiadła na łóżku, położyła broń na kolanach i zakryła twarz dłońmi. Oddychaj, powiedziała do siebie. Wdech nosem, wydech ustami. Powoli, głęboko. Spełniła własne polecenie i kontrolowała oddech, dopóki drżenie nie ustąpiło, a serce nie uspokoiło się.

Panujesz nad sytuacją, Micki. Wszystko gra.

Wyprostowała plecy. Włączyła lampkę na szafce nocnej. Pokój wypełniła jasność, dotarła do ciemnych zakamarków. Dwie noce wcześniej Micki wybudziła się z identycznego koszmaru.

Zamyśliła się. W porządku, zrozumiałam, powiedziała do siebie, dotarło. Tamta noc, gdy została postrzelona, była najbardziej przerażającą w jej życiu. O mało nie umarła. To, co zobaczyła i usłyszała, przeorało całą jej wiarę w dobro i zło, prawdę i fikcję.

Zło istnieje. Objawia się nie tylko poprzez ludzkie uczynki, lecz także jako samorodna istota. I nawet nosi imię. Brzmi ono:

Zwiastun Ciemności.

Ten konkretny Zwiastun znał Micki. Znał jej przeszłość. Wiedział, kogo kochała i kto ją zranił.

Weź się w garść, pomyślała. Nic przecież dziwnego, że jesteś w szoku. W twoim stanie to normalne: koszmary, zwątpienie w siebie, podwyższona wrażliwość na piękno i kruchość życia.

Nie pojmowała jedynie dlaczego teraz. Minęły trzy miesiące. Życie biegło właściwym torem. Ciało wróciło do formy. Współpraca z Zachem opierała się na zdrowym koleżeństwie. Sprawy, którymi się zajmowali, były zwyczajne, przyziemne; nie trafiła na YouTube, nie oberwała kolejnej kulki, jej chevrolet nadal był w jednym kawałku. Zwiastun Ciemności nie przypominał o sobie.

Micki sięgnęła po leżącą na szafce gumkę i związała włosy koloru ciemny blond w niechlujny koński ogon. Była wojowniczką. Walczyła najostrzej i najmądrzej, jak potrafiła. Jeśli to zbyt mało – trudno, przegra bez żalu.

Cóż to jednak za uczucie? Nie żal. Nie strach ani nie wahanie. Wrażenie, że nie dokończyło się pewnych spraw; czekanie, aż coś się wydarzy.

Może nawet więcej: poczucie, że zabrakło elementu w układance.

Pozbyła się tej myśli i przeniosła rozważania na Zacha, na współpracę z nim i program Szóstek. Trudno uwierzyć, że zaledwie w lipcu komendant Howard poinformował ją, że została wybrana do nowego projektu FBI, mającego na celu ograniczenie pospolitej przestępczości dzięki pracy agentów dysponujących szczególnymi, parapsychologicznymi zdolnościami. Kiedy w końcu przekonali ją, że to nie żart, spuścili drugą bombę: przydzielili jej jako partnera jednego z nowych rekrutów.

Od powrotu Micki do służby po zwolnieniu lekarskim współpraca z Zachem była pasmem sukcesów. Sprawców kradzieży ujmowali po kilku godzinach. Błyskawicznie gasili ogniska przemocy domowej. Rozdzielali walczących bez rozlewu krwi. Bułka z masłem.

Powodzenie większości tych działań należało zapisać na konto Zacha. Przy jego nadnaturalnych zdolnościach zwyczajne umiejętności Micki stawały się zbędne. Chyba że w grę wchodziła wymiana ciosów lub strzałów albo jakakolwiek inna metoda ratowania Hollywoodowi tyłka.

Robiła, co do niej należało. Pilnowała, żeby Zachowi nie stała się krzywda. Najważniejsze z zadań. Priorytet. Nie zawsze było łatwo – bo Zach potrafił doprowadzić do szału; kilka razy przyszło jej do głowy, że powinna wreszcie własnoręcznie go ukatrupić.

Pomimo sukcesów – albo właśnie z ich powodu – Zach w każdej chwili mógł zostać przeniesiony do innych zadań. Czuła, że jest gotów. Nie to, że się nudził, ale myślami wyraźnie błądził gdzie indziej. Wykraczał poza pracę i partnerstwo z Micki. Zdecydowanie nie był stworzony do codziennego młyna.

Akcja. Przygoda. Zainteresowanie mediów – oto, co go napędzało.

Usłyszała dźwięk w głębi domu. Skrzypienie drzwi wejściowych. Kroki. Przytłumione głosy. Męskie. Ile? Nastawiła uszu. Więcej niż jeden.

Czując w dłoni dodający otuchy ciężar służbowej broni, Micki zsunęła się z łóżka. Miała na sobie spraną koszulkę z wyścigu Crescent City Classic i szorty. Podeszła do drzwi sypialni, uchyliła je i wyjrzała.

Postać na końcu ciemnego korytarza. Ktoś wysoki, o szerokich barkach. Trzyma coś w dłoni. Broń?

Do dzieła, Wściekły Psie!

Szybkim ruchem otworzyła drzwi i wycelowała w pierś intruza.

– Nie ruszaj się, sukinsynu! Ręce do góry!

– Chwileczkę! Nastąpiła…

– Do góry, mówię!

Posłuchał.

– …pomyłka.

– Święte słowa. Ty – w moim domu – w chuj wielka pomyłka.

– Micki… – Z salonu wypadła na korytarz Angel. – Nie! On jest ze mną!

Micki nawet nie drgnęła.

– Jak to: z tobą?

– Rozmawialiśmy. Na werandzie.

– Czy to miejsce wygląda jak weranda?

– Musiał skorzystać z łazienki.

Micki włączyła światło łokciem i przyjrzała się mężczyźnie. Za stary dla Angel, uznała. Zbyt przystojny. Za bardzo… w ogóle za bardzo. Może jednak powinnam go zastrzelić, pomyślała, poprawiając uchwyt.

– Proszę pani, nie zdążyłem dotrzeć do toalety, a to, że pani do mnie celuje, nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jeśli pani rozumie…

Opuściła glocka, ale grymas niezadowolenia nie zszedł z jej twarzy.

– Tam jest łazienka. Proszę się pospieszyć. Potem do widzenia.

– Micki! – zareagowała Angel z oburzeniem.

– Nic nie szkodzi, Angel – powiedział, spoglądając na nią. – Przepraszam za najście. Uwinę się w dwie minuty.

Wszedł do łazienki. W chwili gdy zamknęły się za nim drzwi, Angel syknęła do Micki:

– Dlaczego go tak potraktowałaś? Nie miałaś prawa.

– Ależ miałam. To mój dom, w którym on – pokazała brodą – jest nieproszonym gościem.

– Zachowujesz się absurdalnie!

– Angel, jest prawie druga w nocy.

– I co z tego?

– To, że złamałaś zasady. Po pracy miałaś wracać bezpośrednio do domu, chyba że uprzedziłabyś, że będziesz później. To dla twojego bezpieczeństwa.

– Gówno tam.

– Muszę wiedzieć, że nic ci nie grozi. Wprowadziłam te zasady po to, żeby cię chronić…

– Mam osiemnaście lat.

– A on?

– Dwadzieścia dwa – odezwał się mężczyzna, wychodząc z łazienki. Spojrzał na Angel. – Powiedziałaś jej, prawda?

– O czym?

Angel założyła ręce na piersi.

– O niczym.

Micki zwróciła się do mężczyzny…

– O czym?

…który nie odrywał wzroku od Angel.

– Sama musisz jej powiedzieć.

Angel zawahała się, po czym prychnęła.

– Kiedy wracałam do domu, napadło na mnie dwóch gości. Seth przyszedł mi na ratunek.

Serce Micki stanęło.

– Co ty mówisz? Napadli cię?

– Tak.

– Jesteś cała?

– Tak. To nic takiego.

– Nic takiego? Gdyby – spojrzała wymownie – Seth się nie zjawił, z „niczego takiego” zrobiłoby się „coś takiego”.

– Naprawdę nic mi nie jest.

– Gdzie była Ginger? Miała cię odwieźć do domu.

– To nie jej wina. Umówiła się na randkę i powiedziałam, że może pójść, bo sama dam sobie radę.

– Cudownie.

– Proszę posłuchać – wtrącił Seth. – Angel nic się nie stało. Jestem przekonany, że następnym razem będzie ostrożniejsza.

– Dziękuję za pomoc, panie… Seth. Ale pan już chyba powinien sobie pójść.

Angel prychnęła oburzona.

– Przecież to bez sensu! Dlaczego?

– Bo jest druga w nocy? Bo muszę spisać twoje zeznanie i przygotować raport?

– Angel, ona ma rację. – Podszedł i pocałował ją w policzek. – Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa.

Angel wyglądała, jakby miała zemdleć.

– Dobrze się bawiłam.

– Ja też. Do zobaczenia.

Kiedy za Sethem zamknęły się drzwi, Micki zwróciła się do Angel:

– Czy mi się wydawało, czy powiedziałaś mu, że „dobrze się bawiłaś”?

Półtorej godziny później Micki miała już zeznanie Angel i nawet zdążyła nadać sprawie bieg. Angel wprawdzie dość szczegółowo opisała dwóch napastników, a nawet podała imię jednego z nich, ale mimo to Micki wątpiła, aby udało się ich ująć. Czekała na telefon z informacją o porzuconej bluzie z kapturem.

Usiadły przy stole w kuchni; Angel objęła dłońmi kubek z ciepłym mlekiem.

– Mogłaś zostać zgwałcona – powiedziała cicho Micki.

– Wiem. – Dziewczyna zwiesiła głowę, po czym podniosła ją i spojrzała na Micki. – Przepraszam za tę rozmowę przy Secie i potem. Nie wiem, co mnie naszło.

Za to Micki wiedziała: starszy, przystojny facet, któremu Angel próbowała zaimponować. Micki przemilczała, że buntując się, Angel bardziej przypominała nastolatkę, którą była, niż dorosłą, za którą chciała uchodzić. Tej nocy Angel przeżyła już wystarczająco dużo i nie było potrzeby dodatkowo jej gnębić.

– Nie przejmuj się. Czemu nie użyłaś gazu?

– Bo został w torebce. Głupio, co nie?

– Czasem musi się nam przytrafić coś złego, żebyśmy uświadomili sobie, jak bardzo jesteśmy bezbronni.

– Był miły. Mam na myśli Setha.

– Rzeczywiście tak wyglądał.

– Nie spotkalibyśmy się, gdyby ci dwaj na mnie nie napadli.

– Mówiłaś chyba, że przyszedł do kawiarni?

– No tak. Ale nie spotkalibyśmy się tak naprawdę.

Mick już chciała powiedzieć, że Seth jest za stary dla Angel, ale postanowiła odpuścić. Przypomniała sobie, jak zachowywała się w jej wieku i że tego rodzaju komentarze z ust dorosłych zawsze ją wnerwiały.

Zabuczała jej komórka. Odebrała.

– Mówi Collins. Nie znaleźliśmy bluzy. Albo napastnik wrócił i ją zabrał, albo komuś się spodobała.

– Dzięki – rzuciła do słuchawki. – Dajcie znać, jeśli coś wypłynie.

Zakończyła rozmowę i zwróciła się do Angel:

– Bluza zniknęła.

– Można się było domyślić. – Objęła się rękami. – Dlaczego nie spałaś?