SiódemkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 9:30

W chwili gdy Zach ujął dłoń Dare, zdał sobie sprawę, dlaczego Parker i spółka wybrali właśnie ją. Uzmysłowił sobie przynajmniej część powodów. Najprostszy był taki, że nie chciała go wpuścić. Opierała się. W niektórych ludzi szybko wnikał i robił rekonesans – naprawdę ich poznawał, ich nadzieje i bolączki, marzenia i rozczarowania. W przypadku Michaeli Dare było inaczej. Mick wzniosła wokół siebie, a zwłaszcza wokół swoich czułych punktów, wysoki, forteczny mur.

Poza tym nie dawała się nabrać na jego teksty. A bez tego, bez potwierdzenia siły własnego uroku, usychał.

Był dla siebie największym wrogiem, od kiedy odkrył, że różni się od rówieśników, i nauczył się wykorzystywać swoje szczególne zdolności. Krok pierwszy: rozpracować czyjś sekret. Krok drugi: wykorzystać zdobytą wiedzę. Nie po to, żeby ranić bądź niszczyć, ale by manipulować i wywierać nacisk – forsować to, na czym mu zależało.

Nie potrafił się powstrzymać. Nie rozumiał, po co miałby stać w korku, skoro znał drogę na skróty.

Zatrzymał się przed komendą ósmego rejonu, zwaną potocznie Ósemką, zadarł głowę i przyjrzał się typowemu dla Dzielnicy Francuskiej budynkowi. Czarny płot z kutego żelaza, wysokie drzwi wejściowe, białe kolumny, tynk w kolorze łososiowym.

Jego nowy dom. Przynajmniej na razie.

Wszedł po schodach. Gdy stanął w drzwiach, policjantka pełniąca służbę w recepcji – kawowa skóra, ciemne oczy o stalowym spojrzeniu – podniosła głowę i popatrzyła na niego. Zach utrzymał kontakt wzrokowy, uśmiechnął się nieznacznie i podszedł do biurka.

– Dzień dobry.

Brak reakcji. Zero uśmiechu.

– Detektyw Zach Harris. Zgłaszam się do służby.

– Dowód, proszę.

Podał jej dokument. Obejrzała go dokładnie, po czym zwróciła. Jego palce zamknęły się wokół przedmiotu. Widziała już wszystko i nie da sobie wcisnąć kitu, pomyślał. Najpierw paralizator, potem pytania.

Poza tym miała dziś okropny poranek.

– Major Nichols czeka na pana w biurze dochodzeniówki. Drzwiami po prawej, dalej po schodach. Na pewno pan trafi.

– Dziękuję – powiedział, nie odrywając od niej wzroku, i znów się uśmiechnął. – Życzę pani cudownego dnia.

– Nawzajem – odparła i zmarszczyła czoło, najwyraźniej zdziwiona własnymi słowami.

Zach poszedł we wskazanym kierunku, znalazł drzwi, otworzył je… i poczuł się jak Alicja po wpadnięciu do króliczej nory. Ujrzał bowiem osobliwą scenę. Główne wejście i recepcja robiły wprawdzie wrażenie nieco spłowiałych, ale miały swój urok. Natomiast tutaj – po prostu ruina. Łuszcząca się farba, widać, że stara jak świat i pewnie wyprodukowana na bazie ołowiu. Pleśń na niszczejącej sztukaterii. Ogólny brud.

Sądził, że superbohaterowie zajmują ładniejsze kryjówki.

To by było tyle, jeśli chodzi o wymarzony splendor.

Dotarł na pierwsze piętro. Zero ochrony. Żadnych strażników. Nic. Szok dla kogoś świeżo po akademii w Quantico. Białe drzwi z emblematem policji miasta Nowy Orlean i napisem: „Ósmy Rejon, Wydział Dochodzeniowo-Śledczy”. I niżej: „Wstęp tylko dla personelu”.

No, widząc coś takiego, każdy zbir na pewno zastanowi się dwa razy.

Wszedł do środka. Ruch, hałas i energia – jasna i ciemna, chaotyczna, kłębiąca się masa.

Nowe środowisko.

Przejmij je.

Jego spojrzenie padło na recepcjonistkę. Brak odznaki i broni. Pracownica cywilna. Na oko trzydzieści kilka lat. Atrakcyjna, mimo że nieco przesadnie ufryzowana i umalowana.

Podszedł do niej wolnym krokiem.

– Detektyw Zach Harris – przedstawił się. – Szukam majora Nicholsa.

Zmierzyła go wzrokiem.

– To ty jesteś ten nowy.

– Zgadza się, to ja.

– Ładną masz buźkę, trzeba ci przyznać.

– Dzięki.

– Niektórych to drażni.

Uniósł brew.

– „To”?

– To, że masz tu pracować.

– A. No cóż. – Wzruszył ramionami. – Będą musieli się przyzwyczaić.

Roześmiała się głosem będącym skrzyżowaniem ujadania z gdakaniem.

– Twoim partnerem będzie Wściekły Pies.

– Słyszałem. Co byś mi poradziła?

Patrzyła na niego, jakby go oceniała.

– Nie podpadnij jej. Wściekły Pies lubi kąsać bez litości.

– Dobrze wiedzieć.

– Mam na imię Sue. – Podała mu rękę. – I jestem wolna jak ptak.

Zach dotknął jej dłoni. Dużo bólu. Głód uczuć.

– Zapamiętam to sobie, Sue.

– Trzymam za słowo. – Wybrała numer majora. – Detektyw Harris do pana. Tak jest. – Zakończyła rozmowę i wstała. – Za chwilę cię przyjmie. Chodź, Apollo, znajdziemy twoją nową najlepszą przyjaciółkę.

Zach poszedł za nią. Minęli rząd niewygodnych krzeseł i wkroczyli do labiryntu biurek.

– Mick! – zawołała Sue. – Przyszedł twój nowy partner. Ciacho, że hej!

W pomieszczeniu zapadła cisza. Wszyscy oderwali wzrok od monitorów, wychylili się z boksów i spojrzeli na Zacha.

Nie była to prezentacja, na jaką liczył, ale trudno.

– Cześć – powiedział. – Miło mi.

Mick wstała ze skwaszoną miną.

– A, tak – mruknęła. – Słuchajcie, ten facet to detektyw Zach Harris. Zastąpi Carmine’a.

Ci, którzy akurat z nikim nie rozmawiali – przy biurku albo przez telefon – wstali i podeszli, przedstawiając się jeden przez drugiego. Mac. Killian. Rooster. Red. J.B. Buster.

Każdemu ściskał dłoń. Za dużo i za szybko naraz, by cokolwiek wyczytać. Zmasowany atak na zmysły.

– Skąd jesteś? – spytał J.B.

– Z Kalifornii. Służyłem w rejonie Hollywood.

– Hollywood? – zdziwił się J.B., unosząc brwi. – Zajmowałeś się sprawami pięknych i bogatych? Wycierałeś im te ich eleganckie dupska, że tak powiem?

– Rzeczywiście, można tak powiedzieć – zgodził się Zach. – Ciężka robota, całe mnóstwo ściśniętych dup.

– Witaj w Orleanie, Hollywood. Troszkę się ubrudzisz, bo my tu, rozumiesz, mamy do czynienia z prawdziwym gównem.

– Jestem na to przygotowany.

Na pokrytej bliznami twarzy J.B. wykwitł szeroki uśmiech.

– Na pewno?

– Jasne. Już nie mogę się doczekać.

– Dare! Harris! – zawołał major, stając w drzwiach swojego gabinetu. – Do mnie. Na jednej nodze.

Posłusznie ruszyli do jego biura.

– Uprzedzam – mruknęła Micki – że J.B. potrafi być upierdliwy.

– Zapamiętam.

– To dobrze. Bo nie będziesz miał lekko.

Weszli do pokoju szefa.

– Zamknijcie drzwi – powiedział. – I siadajcie. – Kiedy zrobili, co im kazał, spojrzał najpierw na Zacha, potem na Micki. – Na razie wszystko w porządku? – spytał.

– J.B., jak to J.B., gada głupoty.

– Zdążyłem zyskać przezwisko – zauważył Zach. – To chyba dobry znak.

Micki przewróciła oczami.

– Hollywood.

Nichols zmrużył oczy.

– J.B. trzeba utemperować.

Zach się uśmiechnął.

– Proszę powiedzieć, jakim narzędziem, a pójdę i to zrobię.

Szef zarechotał.

– Najlepszym sposobem na święty spokój ze strony J.B. i jego kumpli jest zasłużenie na ich szacunek. Mamy zabójstwo. Róg Royal i St. Peter. Sklep Rouses. Ofiara na zapleczu, przy pojemnikach na śmieci.

– Chyba pan, szefie, żartuje. – Micki zerwała się na nogi. – Zabójstwo? Tak na dzień dobry?

– A czemu nie?

– Z oczywistych powodów!

– Pani detektyw, co się robi, kiedy dostaje się nową broń? Sprawdza się, jak strzela.

– Ale…

– Koniec dyskusji. Informujcie mnie.

– Spokojnie, partnerko – odezwał się Zach, kiedy wyszli z gabinetu. – Obiecuję, że nie puszczę pawia.

Rozdział 6

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 10:00

Obiecanki cacanki, pomyślała Micki, słuchając, jak Zachowi po raz kolejny zbiera się na wymioty. Nawet jeszcze nie spojrzał na ofiarę, tylko poczuł charakterystyczny, wykręcający trzewia zapach. Dobrze, że chociaż zdążył uciec za taśmę policyjną. Nic bowiem bardziej nie zanieczyszcza miejsca zbrodni niż parująca kałuża rzygowin.

To będzie cholernie długi dzień.

– O rany, chyba źle z nim – powiedział jeden z mundurowych i wręczył Micki protokół. – Pamiętam swój pierwszy raz.

– Każdy go miał, Strawberry. – Podpisała się za siebie i Zacha. – Jedni przeżywają to lepiej, inni gorzej.

Harris wrócił z wyrazem zażenowania na twarzy.

– Przepraszam.

– Nie szkodzi – odparła Micki i wręczyła mu listek gumy do żucia. – Każdemu się zdarza.

– Domyślam się, że każdemu, tylko nie tobie.

– Dobrze się domyślasz, Hollywood. – Słabość nie wchodziła w grę, nie w przypadku blondynki z dużymi cyckami i południowym akcentem. – Gotów?

Pokiwał głową. Przeszli pod taśmą policyjną. Micki zauważyła, że im bliżej ofiary, tym Zach intensywniej żuje gumę.

– Zawsze tak śmierdzi? – spytał.

– Nie zawsze. Akurat tutaj to mieszanka trupa i pełnych pojemników, których zawartość gotuje się w tym niemiłosiernym lipcowym upale. Opróżniłeś już żołądek?

– Chyba tak.

– To dobrze. Bo widok jest nieciekawy.

Nie przesadziła. Ofiara siedziała na ziemi oparta głową o pojemnik na śmieci. Ktoś wpakował jej kulkę w czaszkę, robiąc przy tym sporo bałaganu.

Podeszła do ciała, zakładając lateksowe rękawiczki, i przyjrzała mu się. Zauważyła, że Zach zatrzymał się jakieś dwa metry dalej.

– Poznaj Martina Ritchiego – powiedziała. – Znanego również jako Marty Mózgowiec. No cóż, trochę tego mózgu stracił.

– Biedaczek. Co o nim wiemy?

– Poza tym, że nie żyje?

 

– No.

– Handlował prochami, stręczył dziewczyny. Ogólnie był śmieciem. Nie zasłużył na współczucie.

– Każdy zasługuje na współczucie.

Micki prychnęła.

– Zobaczymy, czy to samo powiesz za pół roku.

– Taką trwałość ma litość?

Zerknęła na niego przez ramię. Wpatrywał się w Marty’ego. Był blady jak ściana.

– Mniej więcej. Jak myślisz, co tu się wydarzyło?

Spojrzał jej w oczy.

– Poza tym, co oczywiste?

– Aha.

Zastanowił się chwilę. Wyglądał, jakby chłonął atmosferę tego miejsca. Przenosił uwagę z jednej rzeczy na drugą. Zauważyła, że jego policzki odzyskały kolor. Podszedł bliżej.

– Diler, alfons, gnida – odezwał się. – Mnóstwo powodów, dla których mógł znaleźć się w tej sytuacji. Jeżeli jego śmierć ma związek z tym, co robił, postawiłbym na narkotyki. To samo powiedzą statystyki.

Widać w Biurze dopilnowali, żeby dobrze się przygotował.

Kucnął obok niej.

– Rana wygląda na czystą. Pocisk wszedł tędy… – pokazał miejsce na lewej skroni – …a wyszedł tędy. Śmierć na miejscu. Nasz sprawca jest dobrym strzelcem.

– Gdzie się znajdował?

Zmarszczył brwi.

– Brak śladów prochu i odcisku lufy. Powiedziałbym, że strzelano z odległości większej niż metr.

Lepiej, niż się spodziewała. Piątka za uważanie na lekcjach.

– Sprawdź jego komórkę – powiedziała. Wstała i podeszła do kontenera.

– W kieszeniach nie ma – odparł po chwili.

– Może leży pod nim. Zresztą zostaw, technicy się tym zajmą. – Znalazła to, czego szukała: krew i mózg na krawędzi pojemnika.

– Stał tutaj – powiedziała. – Czekał na kontakt. To ślepy zaułek. – Odwróciła się w stronę wejścia. – Facet podjeżdża, wysiada z wozu, celuje, strzela. Marty nie zdążył nawet podnieść rąk, nie mówiąc już o ucieczce. Padła trupem.

– Gdzie auto Marty’ego?

– Dobre pytanie. Przypuszczam, że mieszkał w Dzielnicy. Tutaj łatwiej przemieszczać się na piechotę, nawet w tak nieziemski upał.

Odsunęła się od pojemnika.

– Sprawca najprawdopodobniej stał tutaj – stwierdziła, zatrzymując się u wlotu do zaułka. – Był niewidoczny z ulicy, a jednocześnie łatwo mógł się wycofać.

Zerknęła na Zacha. Ten nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w trupa Marty’ego.

Pstryknęła palcami.

– Hollywood, dociera?

Pokiwał głową. Odwróciła się na pięcie i spojrzała pod nogi: beton, gdzieniegdzie pety, śmieci, podgniłe warzywa, pod ścianą stos kartonowych pudeł. I mrugająca do Micki łuska.

Podeszła i pochyliła się, żeby lepiej się przyjrzeć. Krótka, gruba, mosiężna łuska.

– Kaliber czterdzieści pięć – oznajmiła. – Broń zapewne niezarejestrowana, być może kradziona. Coraz bardziej wygląda to tak, jak mówiłeś. Szacunek, Hollywood.

Usłyszała, jak Zach gwałtownie nabiera powietrza. Spojrzała w jego stronę – obejmował dłoń Marty’ego, jakby próbował coś z niej wydobyć.

– Hola, hola, Hollywood! Gdzie masz rękawiczki?

Przyjechali technicy. Ze wszystkimi pracowała już wcześniej, ale najlepiej znała Bena i to do niego podeszła.

– Zapraszamy na imprezę.

– Cuchnie ta wasza balanga.

Roześmiała się.

– Nic nie mów. Ofiara dilowała na drobną skalę. Sądzimy, że przez to zginęła. Łuska. – Pokazała. – Kula przeszła na wylot. Przy odrobinie szczęścia uda wam się ją odszukać.

Podeszli do ciała.

– Nie znaleźliśmy telefonu komórkowego. Może wy go wypatrzycie…

Przerwała, uświadomiwszy sobie, że zgubiła Zacha. Rozejrzała się, marszcząc czoło.

– Nie widzieliście przypadkiem mojego partnera? – spytała.

Odpowiedziała jedyna kobieta w zespole. Pokazała w stronę chodnika.

– Chodzi o tego przystojniaka? Tam poszedł.

Micki skończyła rozmawiać z Benem i ruszyła we wskazanym kierunku. Zatrzymała się na chodniku i spojrzała w prawo, potem w lewo. Jest. Dwie przecznice dalej.

Co on, do diabła, wyprawia?

Pobiegła za nim. Nie wiedziała, co gorsze: to, że opuściła miejsce zbrodni przed zakończeniem czynności, czy że spuściła Cudownego Chłopca z oka. Tak czy owak, major Nichols da jej popalić.

– Hollywood! – krzyknęła, kiedy uznała, że Zach zdoła ją usłyszeć. – Zaczekaj!

Zatrzymał się i odwrócił. Dogoniła go spocona i zziajana.

– Co ty robisz, człowieku? Dokąd się wybierasz?

– Nie mogę teraz rozmawiać.

– Nie możesz… Do miejsca zbrodni to w tamtą stronę, kolego. – Pokazała kciukiem. – Jeszcze nie skończyliśmy.

– Idę za tropem.

– Jakim tropem?

– Nie wiem. Muszę iść.

Złapała go za rękę i zatrzymała.

– Prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa. Musimy przede wszystkim zabezpieczyć i zbadać miejsce przestępstwa. Nie możemy tak po prostu… pójść sobie.

– To wracaj. Ja idę za tropem.

– Jakim tropem?! – wykrzyknęła ze złością.

Otworzył dłoń. Karta z paskiem magnetycznym. Klucz do pokoju hotelowego.

French Quarter Inn.

– Miał to w ręku.

– Zabrałeś to?! – Zasłoniła oczy dłonią i pokręciła głową z niedowierzaniem. – Tak nie wolno!

– Musiałem.

To jakiś świr. Ma nierówno pod sufitem, pomyślała.

– Teraz ten klucz jest bez wartości. Jest zanieczyszczony. W FBI nie nauczyli cię, jak postępować na miejscu zbrodni i co to jest łańcuch dowodowy?

– Nauczyli. Ale w tej sprawie to nieistotne.

Przetrawienie jego słów zajęło Micki dłuższą chwilę.

– Jesteś niebezpieczny, wiesz?

– To, czego szukamy, znajdziemy we French Quarter Inn. Tam właś­nie idę.

Ruszył przed siebie. Poszła za nim.

– Co takiego znajdziemy? Zabójcę?

– Nie wiem. Coś.

Coś? Serio?

Biuro nie musi się obawiać, że Harrisa wykończy członek gangu – zrobi to własnoręcznie detektyw Dare.

Raz jeszcze chwyciła go za rękę i zatrzymała.

– Praca policjanta nie polega wyłącznie na kierowaniu się przeczuciem. Śledztwo to drobiazgowy, logiczny proces. – Miała wrażenie, jakby jej nie słuchał. – Co z tego, że zrobisz czary-mary i złapiemy sprawcę, skoro i tak będziemy potrzebowali dowodów, żeby sąd go skazał? Poza tym, jeśli mam chronić twoje dupsko, masz postępować według moich zasad.

– Skończyłaś?

Głośno wciągnęła powietrze.

– Nie!

– Szkoda, bo naprawdę mi zależy, żebyś się teraz zamknęła.

Rozdział 7

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 10:45

Zach szedł pierwszy. Gdyby był taki jak wszyscy, powiedziałby, że robi to, co podpowiada mu przeczucie. Albo intuicja. Ale nie, czuł się raczej tak, jakby coś go prowadziło. Jakby coś wyłączyło jedną część jego mózgu, a uruchomiło drugą.

Energia przeszła na niego, w chwili gdy dotknął dłoni Marty’ego. Zyskała na sile, kiedy rozwarł trupowi pięść. Energia i wspomnienia zdawały się wtopione w klucz. Przemawiały do Zacha bez słów. Wzywały, by podążył za nimi.

Były mroczne i silne. Nigdy wcześniej nie miał z czymś takim do czynienia.

Co znajdą, gdy osiągną cel wędrówki? Nie, nie tak górnolotnie. Raczej: co znajdą na końcu szlaku? Bo to był szlak – usypany z psychicznych odprysków, niczym z okruszków chleba.

Prowadził do… czegoś. Nawet Zach czuł, że wszystko to brzmi jak czyste wariactwo.

Micki miała rację. Złamał zasady prowadzenia śledztwa. Opuścił miejsce przestępstwa. Okazał nieposłuszeństwo. Zanieczyścił materiał dowodowy. Ale przecież nie został Szóstką po to, żeby przestrzegać reguł ustanowionych przez ludzi obdarzonych zaledwie pięcioma zmys­łami.

Uliczka kończyła się ślepym zaułkiem. Wyczerpała się też energia. Po prostu uleciała. Pozostał tylko szum.

Zach się zatrzymał. Rozejrzał się zdezorientowany.

– Posłuchaj, to nie jest przyjazna okolica.

– Zgubiłem to.

– Słucham?

– Urwało się.

Micki patrzyła z niedowierzaniem.

– Jak to „zgubiłeś”? Co takiego się „urwało”?

Rozumiał jej frustrację. Sam też czuł rozczarowanie. Dla niego, tak jak dla niej, to wciąż niezbadane terytorium.

– Spróbuj jeszcze raz. Bo inaczej zawracamy.

Zamknął oczy. Skupił uwagę na swojej dłoni i spoczywającym w niej kluczu. Energia. Czerpie ją ze wspomnienia, napędza siłą woli. Zbiera się, wiruje, wędruje w górę po ręce. Ukłucie w czaszkę, gwałtowny wzrost intensywności szumu. Nagle otworzył oczy i dłoń. Klucz wypadł na ziemię.

Na prawo.

– Harris? Jezus Maria, dobrze się czujesz?

Spojrzał na nią obojętnym wzrokiem.

– Tak.

– To nie było fajne.

– Co takiego?

– Myślałam, że masz jakiś, nie wiem, atak albo coś takiego. Przewróciłeś oczami.

To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Przynajmniej nic o tym nie wiedział. Bo przecież na pewno kogoś by zaniepokoiło, tak jak teraz wystraszyło Micki.

– Próbuję rozbroić powagę chwili.

– Nie udało ci się. – Posłała mu spojrzenie pełne dezaprobaty. – Nie rób tego więcej.

– Postaram się, szefowo. Tędy.

Hotel French Quarter Inn znajdował się przecznicę dalej. Co za nora, pomyślał, patrząc na fasadę przybytku, która była w opłakanym stanie. Plastik udający kute żelazo, poplamiony tynk, schodząca płatami farba.

Turyści, którzy rezerwowali tu pokoje, spodziewali się zapewne nowoorleańskiego uroku i trzygwiazdkowego standardu. A zastawali karaluszy pensjonat.

Weszli do środka. Pachniało stęchlizną, czuć było wilgoć. Obsługujący recepcję blady chłopak od razu rozpoznał w nich gliniarzy i zrobił się nerwowy.

– Ja się tym zajmę – powiedział Zach.

Micki nie zamierzała się kłócić.

– Śmiało, partnerze.

Recepcjonista miał na imię Vince. Sprawiał wrażenie takiego, który nie spędza zbyt wiele czasu na świeżym powietrzu. Jego dwiema miłościami były gry wideo i śmieciowe żarcie – przekleństwa młodej Ameryki.

– Cześć, Vince – odezwał się Zach i machnął odznaką. – Detektyw Harris, a to moja partnerka, detektyw Dare.

Chłopak spojrzał na Micki, a potem na Zacha.

– Co jest?

– Znasz gościa o nazwisku Martin Ritchie?

Pokręcił głową.

– Raczej nie.

– Marty’ego Mózgowca?

– W życiu nie słyszałem.

Zach pochylił się nad kontuarem.

– Spójrz na mnie, Vince.

Posłuchał. Zach popatrzył mu głęboko w oczy. Nauczył się tej sztuczki w gimnazjum i wykorzystał ją, żeby podnieść sobie średnią z algebry i wydusić „tak” z Marisy Peabody.

– Sądzę, że jednak go znasz. – Zniżył głos. – I to dobrze.

Chłopak pokiwał głową.

– Znam.

– Mieszka tu?

Vince przełknął ślinę.

– Tak. Płaci za pokój za tydzień z góry.

– Ale teraz go tu nie ma. – Recepcjonista potrząsnął głową. – Widziałeś, jak wychodził?

– Widziałem.

– Kiedy to było?

– Jakiś czas temu. – I po namyśle: – Na początku mojej zmiany.

– O której zacząłeś pracę? – wtrąciła Micki.

Vince spojrzał na nią i połączenie zostało zerwane. Zach zachował spokój. Czasem nie udawało się ponownie nawiązać łączności. Ale nie tym razem.

– Muszę zadzwonić do kierownika. Nie będzie zachwycony, kiedy się dowie, że z wami rozmawiałem.

– Vince – odezwał się Zach. – Spójrz na mnie. Nie rozmawiasz z nią, tylko ze mną.

Zach wiedział, że Micki poczuje się dotknięta, ale trudno, informacje są ważniejsze.

– Twój kierownik nie ma nic przeciwko tej rozmowie, wręcz odwrotnie. Chce, żebyś nam pomógł.

– Tak?

– Tak. Lubi cię, Vince. Uważa, że wykonujesz świetną robotę.

Chłopak się uśmiechnął.

– Serio? Fajnie.

– Bardzo fajnie. O której zacząłeś zmianę?

– O dziewiątej. Znaczy o dwudziestej pierwszej.

– I wtedy widziałeś, jak Martin Ritchie wychodzi z hotelu?

– Tak. – Chłopak wzmocnił odpowiedź skinieniem głowy.

– Był sam?

– Aha.

– W którym pokoju się zatrzymał?

– Tego nie mogę wam powiedzieć. Takie mamy zasady. Poza tym Marty by mnie zabił.

– Posłuchaj – odparł Zach. – Marty nikogo nie zabije, ponieważ ktoś zabił Marty’ego. Zastrzelił go.

– Zastrzelił? – powtórzył chłopak. – Bez jaj! Kiepsko.

– Owszem, kiepsko. – Zach pokazał mu kartę. – Bądź tak dobry i powiedz, które drzwi otwiera ten klucz.

Vince wziął kartę, przesunął ją przez czytnik i oddał.

 

– Czterysta dwanaście.

– To pokój Marty’ego?

Recepcjonista był blady jak ściana.

– Nie mogę powiedzieć.

– Ależ już to zrobiłeś. – Zach wsunął kartę do kieszeni. – Gdzie winda?

Vince pokazał głową i Micki ruszyła we wskazanym kierunku.

Zach się uśmiechnął.

– To nam wystarczy, Vince. Spisałeś się. Zapamiętasz to i będziesz z tego dumny. Miłego dnia.

– Nawzajem, detektywie! – zawołał Vince za biegnącym do windy Zachem.