Przeciwnik

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

PRZECIWNIK

Przypisy

Tytuł oryginału: L’ADVERSAIRE

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Korekta: ANNA DOBOSZ

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© POL Éditeur, 1999

© Copyright for the Polish translation by Grażyna Majcher

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-07132-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

W sobotę 9 stycznia 1993 roku rano, gdy Jean-Claude Romand zabijał żonę i dzieci, byłem z rodziną na wywiadówce w szkole Gabriela, naszego najstarszego syna. Miał pięć lat, tyle, ile Antoine Romand. Później pojechaliśmy na obiad do moich rodziców, Jean-Claude Romand do swoich. Po posiłku zabił ich. Sobotnie popołudnie i niedzielę, które zwykle poświęcam rodzinie, spędziłem samotnie w swojej kawalerce. Kończyłem książkę, nad którą pracowałem od roku – biografię pisarza science-fiction, Philipa K. Dicka. W końcowym rozdziale opisywałem ostatnie dni jego życia, kiedy zapadł w śpiączkę, z której już się nie wybudził. Skończyłem we wtorek wieczór, a w środę rano przeczytałem w „Libération” pierwszy artykuł poświęcony sprawie Romanda.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W poniedziałek rano, parę minut po czwartej, Luca Ladmirala obudził telefon. Dzwonił Cottin, aptekarz z Prévessin. U Romandów wybuchł pożar, trzeba spróbować uratować meble, które nie spłonęły. Gdy Luc dotarł na miejsce, strażacy wynosili ciała. Do końca życia będzie pamiętał szare, zapieczętowane plastikowe worki, do których wsunięto ciała dzieci. Ich widok był zbyt straszny. Florence przykryto tylko płaszczem. Jej twarz była czarna od dymu, ale nienaruszona. Luc pogłaskał ją po włosach. Gdy wykonywał ten smutny, pożegnalny gest, natrafił palcami na coś dziwnego. Jeszcze raz dotknął tego samego miejsca, obrócił ostrożnie głowę kobiety, potem zawołał strażaka, aby pokazać mu ranę ziejącą powyżej karku. Pewno uderzyła ją spadająca belka, orzekł strażak, połowa strychu się zawaliła. Następnie Luc wsiadł do czerwonej ciężarówki. Leżał tam Jean-Claude, jedyny z rodziny, który jeszcze żył. Tętno miał ledwo wyczuwalne. Był w piżamie, nieprzytomny, poparzony, lecz już zimny, jakby martwy.

Przyjechała karetka i zabrała rannego do szpitala w Genewie. W ciemnym i zimnym poranku wszyscy stali przemoczeni wodą z sikawek, którą strażacy gasili pożar. Koło domu nic już nie można było zrobić, Luc poszedł zatem do Cottinów, aby się wysuszyć i ogrzać. Siedząc w zalanej żółtym światłem kuchni, wsłuchiwali się w odgłosy ekspresu do kawy. Nie mieli odwagi na siebie patrzeć. Ręce im drżały, gdy podnosili filiżanki do ust; kiedy mieszali kawę, łyżeczki przeraźliwie głośno stukały o ścianki naczyń. Potem Luc wrócił do domu, by powiadomić o wydarzeniu Cécile i dzieci. Starsza pociecha, Sophie, była córką chrzestną Jean-Claude’a. Kilka dni wcześniej została na noc u Romandów. Często tak robiła. Także tej nocy mogła u nich spać, ona też mogła teraz leżeć w szarym plastikowym worku.

Nie rozstawali się od studiów medycznych w Lyonie. Ożenili się niemal równocześnie, ich dzieci wyrastały razem. Wiedzieli o sobie wszystko: nie tylko o fasadzie, lecz także o sekretach, tych tajemnicach ludzi uczciwych, mających pewną pozycję, a więc tym bardziej wystawionych na pokusy. Gdy Jean-Claude powiedział mu o swoim romansie i zamiarze porzucenia rodziny, Luc przemówił mu do rozsądku: „Odwdzięczysz mi się, gdy na mnie przyjdzie kolej się wygłupić”. Taka przyjaźń to jedna z najcenniejszych rzeczy w życiu, prawie tak cenna jak udane małżeństwo. Luc nie miał wątpliwości, że pewnego dnia razem dobiją sześćdziesiątki, siedemdziesiątki i z perspektywy tych lat, niczym z wierzchołka góry, razem będą patrzeć na przebytą drogę: na miejsca, w których się potknęli lub o mały włos by się zgubili, na wsparcie, którego sobie wzajemnie udzielali, na sposób, w jaki ostatecznie sobie z wszystkim poradzili. Przyjaciel, prawdziwy przyjaciel, jest również świadkiem, osobą, której spojrzenie pozwala lepiej ocenić własne życie, a oni od dwudziestu lat odgrywali wobec siebie tę rolę, niezawodnie i bez wielkich słów. Ich życie było podobne, chociaż osiągnęli sukces w innych dziedzinach. Jean-Claude został wybitnym naukowcem, bywalcem międzynarodowych kongresów, znajomym ministrów. Luc praktykował jako internista w Ferney-Voltaire. Nie zazdrościł wcale przyjacielowi. Jedyne, co ich od siebie oddaliło, to niedawny absurdalny konflikt w sprawie szkoły, do której uczęszczały ich dzieci. Z niewiadomych przyczyn Jean-Claude strasznie się zaperzył, tak że to on, Luc, musiał pierwszy wyciągnąć do niego rękę, mówić, że przecież nie będą się na siebie gniewać z powodu takiej błahostki. Ta historia nie dawała mu spokoju, rozmawiali o niej z Cécile kilka wieczorów z rzędu. Jak to się wydawało teraz dziecinne! Jak kruche jest życie! Jeszcze wczoraj Romandowie byli szczęśliwą rodziną, grupką kochających się ludzi. A teraz... głupia awaria pieca, zwęglone ciała w kostnicy. Żona i dzieci były dla Jean-Claude’a wszystkim. Jak będzie żył, jeśli z tego wyjdzie?

Luc zadzwonił do szpitala w Genewie: ranny został umieszczony w komorze hiperbarycznej, na razie lekarze nie wypowiadali się o jego szansach na przeżycie.

Modlił się z Cécile i dziećmi, by Jean-Claude nie odzyskał przytomności.

Gdy z rana otwierał gabinet, czekało na niego dwóch żandarmów. Ich pytania wydały mu się dziwne. Chcieli wiedzieć, czy Romandowie nie mieli wrogów, czy nie prowadzili jakiejś podejrzanej działalności... Widząc jego zaskoczenie, powiedzieli mu prawdę. Oględziny ciał wykazały, że żona i dzieci zmarły, zanim wybuchł pożar: Florence od ran zadanych tępym narzędziem, Antoine i Caroline od kul.

To nie wszystko. W Clairvaux-les-Lacs, w górach Jury, stryj Jean-Claude’a miał powiadomić o tragedii jego rodziców, parę słabowitych staruszków. Pojechał do nich wraz z lekarzem. Dom był zamknięty, pies nie szczekał. Zaniepokojony stryj wyważył drzwi. Znalazł brata, bratową i psa martwych, w kałuży krwi. Oni też zostali zastrzeleni.

Zamordowani. Romandowie zostali zamordowani. Słowo spadło na Luca jak grom z jasnego nieba. „Czy coś skradziono?” – zapytał, jak gdyby słowo „kradzież” mogło umniejszyć grozę słowa „morderstwo”, sprowadzić je do racjonalnego wymiaru. Żandarmi jeszcze nie wiedzieli, jednak dwie zbrodnie popełnione na członkach tej samej rodziny w miejscach odległych od siebie o 80 kilometrów kazały raczej podejrzewać zemstę albo porachunki. Wracali do pytania o wrogów, jednak Luc, nie wiedząc, co odpowiedzieć, tylko kręcił głową: Romandowie nie mieli wrogów. Wszyscy ich lubili. Jeśli dokonano zabójstwa, mogli to zrobić tylko ludzie, którzy ich nie znali.

Żandarmi nie wiedzieli, jaką dokładnie pracę wykonywał Jean-Claude. Był lekarzem, mówili sąsiedzi, ale nie miał własnego gabinetu. Luc wytłumaczył, że był naukowcem w WHO, Światowej Organizacji Zdrowia, w Genewie. Jeden z żandarmów zadzwonił tam i poprosił o połączenie z kimś, kto pracował z doktorem Romandem – jego sekretarką albo jednym ze współpracowników. Telefonistka nie wiedziała nic o żadnym doktorze Romandzie. A ponieważ jej rozmówca nalegał, połączyła go z kierownikiem działu kadr. Ten sprawdził w aktach i potwierdził: w WHO nie pracował żaden doktor Romand.

Wówczas Luc zrozumiał i odczuł ogromną ulgę. Wszystko, co wydarzyło się od czwartej rano, telefon Cottina, pożar, rany Florence, szare worki, Jean-Claude w komorze dla ciężko poparzonych, wreszcie cała ta historia z morderstwami, wszystko było jak najbardziej wiarygodne, stwarzało wrażenie niepodważalnej realności, lecz teraz, Bogu dzięki, coś w scenariuszu zazgrzytało i ujawnił on swą prawdziwą naturę – był to senny koszmar. Za chwilę obudzi się we własnym łóżku. Zadał sobie nawet pytanie, czy wszystko zapamięta i czy ośmieli się opowiedzieć sen Jean-Claude’owi. „Wyobraź sobie, śniło mi się, że twój dom spłonął, twoja żona, twoje dzieci i twoi rodzice zostali zamordowani, ty zapadłeś w śpiączkę i w WHO nikt cię nie znał”. Ale czy można powiedzieć coś takiego przyjacielowi, choćby najlepszemu? Przyszła mu do głowy myśl, która długo miała go jeszcze później nawiedzać, że w tym śnie Jean-Claude był jego alter ego i wyrażał lęki związane z nim samym: strach przed utratą bliskich, ale także obawę przed zagubieniem samego siebie, przed odkryciem, że za społeczną fasadą nie ma nic.

W miarę jak upływał dzień, rzeczywistość stawała się coraz bardziej koszmarna. Po południu Luc został wezwany na komisariat i tam w ciągu pięciu minut dowiedział się, że w samochodzie Jean-Claude’a znaleziono napisaną przez niego notatkę, w której oskarżał samego siebie o zbrodnie i wyznawał, że wszystko, co było wiadomo o jego karierze i działalności zawodowej, to kłamstwo. By zedrzeć maskę, wystarczyło wykonać kilka telefonów, sprawdzić kilka podstawowych informacji. W Światowej Organizacji Zdrowia nikt go nie znał. Nie był wpisany do rejestru lekarzy. W paryskich szpitalach, w których podobno praktykował, jego nazwisko nie figurowało na listach zatrudnionych. Nie było go też w spisie absolwentów medycyny w Lyonie, chociaż Luc i inni jeszcze znajomi mogli przysiąc, że razem z nimi studiował. Rozpoczął studia, owszem, jednak z końcem drugiego roku przestał zdawać egzaminy i od tego momentu wszystko było kłamstwem.

 

W pierwszej chwili Luc po prostu nie mógł uwierzyć. Jeśli bowiem nagle ktoś ci mówi, że twój najlepszy przyjaciel, ojciec chrzestny twojej córki, najuczciwszy człowiek, jakiego znasz, zabił swoją żonę, dzieci, rodziców i na dodatek od lat we wszystkim cię okłamywał, czy nie jest w takiej sytuacji normalne, że nadal mu ufasz, na przekór obciążającym go dowodom? Czymże byłaby przyjaźń, jeśli tak łatwo dałaby się przekonać o swoim błędzie? Jean-Claude nie mógł być mordercą. Coś się tutaj nie zgadzało. Brakowało w tej układance jednego kawałka. Gdy ten fragment się znajdzie, całość ukaże się w zupełnie odmiennym świetle.

Dla rodziny Ladmiralów dni te stały się czasem nadprzyrodzonej próby. Uczniowie Chrystusa byli świadkami jego aresztowania, skazania przez sąd i wykonania na nim wyroku. I choć Piotr miał chwilę słabości, wytrwale wierzyli w swego nauczyciela. Trzeciego dnia uzyskali dowód, że mieli rację. Cécile i Luc z całych sił starali się zachować wiarę w Jean-Claude’a. Jednak trzeciego dnia, a nawet wcześniej, zmuszeni byli uznać, że ich nadzieja była płonna. Musieli pogodzić się nie tylko ze stratą tych, którzy umarli, lecz także z utratą zaufania, z faktem, że całe ich życie było przeżarte kłamstwem. I musieli się nauczyć z tym żyć.

Gdyby przynajmniej mogli ochronić przed tym wszystkim dzieci! Gdyby mogli poprzestać na powiedzeniu im – a przecież już samo to było aż nadto straszne – że Antoine i Caroline zginęli w pożarze wraz z rodzicami. Jednak mówienie szeptem na nic się nie zdało. W ciągu kilku godzin na miejsce wydarzeń zjechała chmara dziennikarzy, fotografów, reporterów telewizyjnych, którzy nękali wszystkich bez wyjątku, nawet dzieci wychodzące ze szkoły. Już we wtorek wszystkie wiedziały, że Antoine, Caroline i ich mama zostali zabici przez tatusia, który następnie podpalił dom. Zaczęły je nękać koszmary, w których płonęły ich własne domy, a ich tatusiowie robili to samo, co tata Antoine’a i Caroline. Luc i Cécile siadali na brzegu zsuniętych materacy, bo dzieci bały się spać same. Spali w piątkę, ściśnięci, w sypialni rodziców. Nie wiedząc jeszcze, jak mają im wytłumaczyć zaszłe wydarzenia, Luc i Cécile kołysali je do snu, tulili, próbowali umniejszyć lęk. Czuli jednak, że ich słowa utraciły dawną magiczną moc. Wkradło się zwątpienie, które mógł rozwiać tylko upływ czasu. Oznaczało to, że dzieciom i rodzicom skradziono dzieciństwo, że już nigdy te maluchy nie będą odczuwać wobec rodziców tej niesamowitej, a przecież normalnej w ich wieku i w zdrowej rodzinie ufności. Myśląc o tym, co zostało nieodwracalnie zniszczone, Luc i Cécile zaczęli płakać.

Pierwszego wieczoru cała ich paczka zebrała się u nich. I tak przez cały tydzień. Siedzieli do trzeciej, czwartej nad ranem, usiłując razem jakoś to przetrzymać. Zapominali o jedzeniu, pili za dużo, niektórzy znowu zaczęli palić. Noce te nie miały w sobie nic z czuwania przy zmarłym, wręcz przeciwnie, były to najbardziej ożywione spotkania, jakie odbyły się w ich domu – doznali tak wielkiego szoku, porwał ich tak potężny wir pytań i wątpliwości, że żałoba gdzieś w nim zaginęła. Każdy co najmniej raz dziennie zaglądał na komisariat, albo dlatego że został wezwany, albo żeby zapytać o postępy śledztwa. Do późnej nocy omawiali te wizyty, porównywali uzyskane informacje, wysuwali hipotezy.

Gex to szeroka na trzydzieści kilometrów równina rozciągająca się między górami Jury a brzegiem Jeziora Genewskiego. Choć leży na terytorium Francji, w rzeczywistości jest przedmieściem Genewy, zbiorowiskiem zamożnych wiosek, zamieszkanych przez kolonię funkcjonariuszy organizacji międzynarodowych, pracujących w Szwajcarii, opłacanych we frankach szwajcarskich i w większości nieopodatkowanych. Wszyscy prowadzą mniej więcej ten sam tryb życia. Mieszkają w dawnych domach chłopskich, przekształconych w komfortowe wille. Mąż udaje się do pracy mercedesem. Żona jeździ volvem po zakupy i na zebrania różnorakich stowarzyszeń. Dzieci uczęszczają do szkoły Saint-Vincent, usytuowanej w cieniu zamku Voltaire’a, szkoły prywatnej i drogiej. Jean-Claude i Florence byli znani i szanowani w tej społeczności, żyli na odpowiednim poziomie i teraz wszyscy, którzy ich znali, zadawali sobie pytanie: skąd mieli pieniądze? Jeśli nie pochodziły ze źródła, o którym wszyscy wiedzieli – a raczej sądzili, że wiedzieli – to skąd?

Zastępca prokuratora Republiki[1], ledwo przejął sprawę, oświadczył dziennikarzom, że „wszystko jest możliwe”, a potem, po pierwszej analizie wyciągów bankowych, że motywem przestępstw była „obawa rzekomego lekarza przed zdemaskowaniem i nagłe zaprzestanie funkcjonowania bliżej jeszcze niezbadanego interesu, w którym uczestniczył i z którego od lat czerpał bardzo duże dochody”. Ten komunikat pobudzał wyobraźnię. Ludzie zaczęli mówić o przemycie broni, dewiz, narządów do przeszczepów, narkotyków. O rozbudowanej organizacji przestępczej działającej w rozsypującym się byłym bloku socjalistycznym. O rosyjskiej mafii. Przecież Jean-Claude dużo podróżował. Poprzedniego roku pojechał do Leningradu, skąd przywiózł swej chrześniaczce, Sophie, lalki matrioszki. W przystępie paranoi Luc i Cécile zaczęli zadawać sobie pytanie, czy w zabawce nie schowano jakichś kompromitujących dokumentów, mikrofilmu albo mikroprocesora, i czy to nie tego bezskutecznie szukali mordercy w Prévessin i Clairvaux. Coraz bardziej bowiem odosobniony w swych przekonaniach Luc wciąż chciał wierzyć w mroczną machinację. Być może Jean-Claude był szpiegiem, może handlował tajemnicami naukowymi lub przemysłowymi, ale nie mógł zamordować swoich bliskich. Ktoś ich zabił, ktoś sfabrykował dowody jego winy, ktoś posunął się do zniszczenia śladów jego przeszłości.

„Banalny wypadek, niesprawiedliwość mogą wywołać szaleństwo. Wybacz mi, Corinne, wybaczcie, przyjaciele, wybaczcie, dobrzy ludzie ze stowarzyszenia Saint-Vincent, którzy chcieliście mi dołożyć”.

Taki był tekst pożegnalnej notatki znalezionej w samochodzie. Jaki banalny wypadek? Jaka niesprawiedliwość? – zachodzili w głowę „przyjaciele”, którzy co wieczór spotykali się u Ladmiralów. Niektórzy z nich należeli również do grona „dobrych ludzi”, będących członkami stowarzyszenia zarządzającego szkołą Saint-Vincent. Tym ostatnim prowadzący śledztwo nie odpuszczali. Każdy musiał podać swoją wersję konfliktu, który wybuchł na początku roku szkolnego w związku ze zmianą dyrektora. Żandarmi wysłuchiwali ich niemal podejrzliwie. Czy w tym kryła się niesprawiedliwość, która spowodowała tragedię? Członkowie stowarzyszenia byli przerażeni: kłóciliśmy się, to prawda, ktoś może nawet coś powiedział o przyłożeniu Jean-Claude’owi, ale to szaleństwo dostrzegać związek między tym sporem i masakrą całej rodziny! To szaleństwo, zgadzali się żandarmi, ale jakiś związek między tymi faktami musi zachodzić.

Zeznanie Corinne, którą gazety – posłuszne zakazowi podawania jej imienia i nazwiska – nazywały „tajemniczą kochanką”, było bulwersujące. W ostatnią sobotę Jean-Claude spotkał się z nią w Paryżu i miał zabrać na kolację do domu przyjaciela, Bernarda Kouchnera, w Fontainebleau. Kilka godzin wcześniej, jak wykazała sekcja zwłok, zabił żonę, dzieci i rodziców. Corinne niczego się oczywiście nie domyślała. W wyludnionym zakątku lasu ją też próbował zabić. Broniła się, on w końcu zrezygnował i odwiózł ją do domu, mówiąc, że jest poważnie chory i to tłumaczy jego napad szaleństwa. Dowiedziawszy się z poniedziałkowych gazet o masakrze, zrozumiała, że niewiele brakowało, by stała się szóstą ofiarą. Sama zadzwoniła na policję, ta zaś skontaktowała się z Kouchnerem. Kouchner nigdy nie słyszał o doktorze Romandzie, nie miał też domu w Fontainebleau.

W Ferney-Voltaire wszyscy znali Corinne, jako że mieszkała tutaj przed rozwodem, po którym przeniosła się do Paryża. Nikt natomiast nie wiedział, że miała romans z Jean-Claude’em, poza Lukiem i jego żoną, którzy z tej zresztą przyczyny ją znielubili. Uważali ją za krętaczkę, zdolną naopowiadać najgorszych rzeczy, byle zwrócić na siebie uwagę. Ponieważ jednak z czasem hipoteza machinacji stawała się coraz mniej prawdopodobna, powstałą próżnię wypełniało przypuszczenie o zabójstwie w afekcie. Luc przypominał sobie zwierzenia Jean-Claude’a, depresję, w jaką popadł wskutek zerwania z kochanką. Bez trudu wyobrażał sobie, że jeśli znowu zaczęli się spotykać, mogło to doprowadzić przyjaciela na skraj szaleństwa: ciągłe kursowanie między żoną i kochanką, spirala kłamstw, a do tego jeszcze strach związany z chorobą... Jean-Claude bowiem wyznał mu również, że ma raka i leczy się w Paryżu, u doktora Schwartzenberga. Luc powiedział o tym żandarmom, a ci przeprowadzili wywiad. Profesor Schwartzenberg nie wiedział o doktorze Romandzie więcej niż Kouchner. Sprawdzono na oddziałach onkologicznych wszystkich szpitali francuskich – nigdzie nie leczył się żaden Jean-Claude Romand.

Corinne zażądała za pośrednictwem swego adwokata, by mówiono o niej w prasie nie jako o kochance potwora, lecz przyjaciółce. Potem wyszło na jaw, że powierzyła mu dziewięćset tysięcy franków, aby ulokował je na swoim rachunku bankowym w Szwajcarii; on tymczasem wykorzystał je dla własnych celów. Tajemniczy interes okazał się banalnym oszustwem. Pogłoski o szpiegostwie i przestępczości międzynarodowej ucichły. Prowadzący śledztwo sądzili, że Romand nadużył zaufania także innych znajomych, a dziennikarze sugerowali, że oszukani nie mieli odwagi złożyć skargi, bo zyskowne lokowanie pieniędzy w Szwajcarii było nielegalne: może z tej właśnie przyczyny notable Ferney-Voltaire okazywali się tak małomówni... Te insynuacje doprowadzały Luca do furii. Jako „najbliższy przyjaciel” mordercy ciągle musiał stawiać czoło mężczyznom w skórzanych kurtkach, którzy wymachując legitymacjami prasowymi, podtykali mu pod nos mikrofony i obiecywali fortunę za pokazanie albumu rodzinnych zdjęć. Nie chcąc, by pamięć o zmarłych została zbrukana, systematycznie wyrzucał ich za drzwi. W efekcie podejrzewano go o przestępstwa podatkowe.

Inne zadziwiające informacje pochodziły od rodziców Florence, państwa Crolet, którzy mieszkali w Annecy i których Ladmiralowie dobrze znali. Oni także powierzyli Jean-Claude’owi pieniądze: premię, którą ojciec żony dostał od zakładu pracy, gdy przeszedł na emeryturę, a po jego śmierci – milion franków uzyskanych ze sprzedaży domu. Wiedzieli, że te pieniądze, owoc pracy całego życia, przepadły, ponadto jednak dręczyło ich i zakłócało żałobę straszliwe podejrzenie: pan Crolet zmarł wskutek upadku ze schodów, gdy znajdował się w domu sam z Jean-Claude’em. Czyżby ten ostatni zabił także swojego teścia?

Każdy zadawał sobie pytanie: jak to możliwe, że tak długo żyliśmy obok tego człowieka, niczego nie podejrzewając? Każdy szukał w pamięci wspomnienia chwili, gdy coś go tknęło, gdy zauważył szczegół mogący wzbudzić podejrzenie. Prezes stowarzyszenia zarządzającego szkołą rozpowiadał wszystkim naokoło, jak to bezskutecznie szukał nazwiska „Romand” w książce telefonicznej organizacji międzynarodowych. Luc pamiętał, że sam myślał o tym kilka miesięcy wcześniej, gdy dowiedział się od Florence, że Jean-Claude zdał z piątą lokatą egzamin na praktykę w paryskich szpitalach. Zadziwił go nie sukces, lecz to, że nic o nim nie wiedział. Dlaczego przyjaciel to przemilczał? Ładnie tak mieć tajemnice przed najbliższymi? Zapytany Jean-Claude wzruszył ramionami i odrzekł, że nie było o co robić szumu, po czym zmienił temat. Miał niesamowitą zdolność odwracania uwagi, gdy tylko zaczynało się mówić o nim samym. Robił to tak dobrze, że człowiek nawet tego nie zauważał. Potem, gdy to sobie przypomniał, Luc podziwiał jego dyskrecję, skromność, skłonność do podkreślania cudzych, nie własnych sukcesów i zalet. Niemniej jednak miał niejasne przeczucie, że coś nie gra w jego opowieściach o karierze zawodowej. Miał nawet zamiar zadzwonić do WHO, żeby dowiedzieć się, czym przyjaciel właściwie się zajmuje. W końcu pomysł wydał mu się absurdalny. A teraz mówił sobie, że może gdyby to zrobił, sprawy potoczyłyby się inaczej.

– Może – powiedziała Cécile, gdy podzielił się z nią tym wyrzutem sumienia – może wówczas ciebie też by zabił.

Gdy rozmawiali późno w nocy, nie potrafili już mówić o nim „Jean-Claude”. Nie mówili też „Romand”. Znajdował się gdzieś poza życiem, poza śmiercią, nie miał już imienia, nie miał nazwiska.

 

Po trzech dniach dowiedzieli się, że będzie żył.

Informacja ta, podana w czwartek do wiadomości publicznej, zaciążyła nad atmosferą pogrzebu państwa Romandów, który odbył się nazajutrz w Clairvaux-les-Lacs. Pogrzeb Florence i dzieci został odłożony ze względu na konieczność przeprowadzenia dodatkowych badań. Obie te okoliczności sprawiły, że uroczystość była jeszcze bardziej przygnębiająca. Jak uwierzyć w słowa o spokoju i odpoczynku wypowiadane przez proboszcza w chwili, gdy w deszczu spuszczano trumny do grobu? Nikt nie mógł się skupić, znaleźć w sobie oazy spokoju, wyciszonego żalu, gdzie mógłby schronić duszę. Luc i Cécile, jako że prawie nie znali rodziny, trzymali się na uboczu. Rumiane pomarszczone twarze górali nosiły ślady bezsenności, nieuniknionych rozmyślań o śmierci, o wstydzie, o tym, z czym nie sposób się pogodzić. Jean-Claude był dumą wioski. Podziwiano go, gdyż tak świetnie sobie radził w życiu, a przy tym pozostał prostym człowiekiem i nie zapomniał o swoich starych rodzicach. Telefonował do nich codziennie. Podobno odmówił przyjęcia prestiżowej posady w Stanach, żeby pozostać blisko nich. Dziennik „Le Progrès” poświęcił tego dnia dwie strony sprawie Romanda i opublikował zdjęcie z gimnazjum w Clairvaux. Jean-Claude stał w pierwszym rzędzie, łagodny, uśmiechnięty. Podpis głosił: „Kto by pomyślał, że ten, którego dawano innym za przykład, pewnego dnia stanie się potworem?”.

Ojciec został postrzelony w plecy, matka w sam środek piersi. Ona na pewno wiedziała, a może on także, że ginie z ręki własnego syna. W jednej i tej samej chwili ujrzeli własną śmierć – tak jak ujrzymy ją wszyscy, a oni osiągnęli już wiek, kiedy widok ten nie mógł być zaskoczeniem – i unicestwienie wszystkiego, co stanowiło sens, radość i dumę ich życia. Ksiądz zapewniał, że teraz widzą Boga. Wierzący uważają, że w chwili śmierci widzi się Boga, i to nie w jakimś mrocznym odbiciu, lecz twarzą w twarz. Nawet ateiści wierzą w coś podobnego – myślą, że w chwili śmierci umierający widzi całe swoje życie i nareszcie rozumie jego sens. Obraz ten, który powinien ukazać Romandom pełnię rzeczy dokonanych, był triumfem kłamstwa i zła. Powinni byli ujrzeć Boga, a zamiast niego pod postacią ukochanego syna ujrzeli tego, który w Biblii zwany jest szatanem – ujrzeli przeciwnika.

O tym właśnie wszyscy myśleli: o zdumieniu zdradzonego dziecka malującym się w oczach staruszków, o drobnych ciałach Antoine’a i Caroline, leżących obok matki na stołach w kostnicy, a także o tym innym ciele, ciężkim i zwiotczałym, powoli zaczynającym się poruszać na szpitalnym łóżku, kilka kilometrów dalej – ciele mordercy, który był im wszystkim tak bliski, a teraz stał się tak potwornie obcy. Romand cierpiał z powodu oparzeń, mówili lekarze, a ponadto wciąż odczuwał skutki zażycia barbituranów, jednak w sobotę lub niedzielę miał odzyskać pełną świadomość i już w poniedziałek powinien być w stanie odpowiadać na pytania żandarmów. Tuż po pożarze, gdy wszyscy sądzili jeszcze, że był to wypadek, Luc i Cécile modlili się, by umarł: tak byłoby lepiej dla niego. Teraz modlili się o to samo, ale ze względu na siebie, na swe dzieci, na wszystkich, którzy wciąż żyli. Gdyby on, śmierć wcielona w człowieka, pozostał w świecie żywych, byłoby to straszliwym zagrożeniem, wciąż wiszącym nad żywymi; oznaczałoby, że spokój nigdy nie wróci, że koszmar nigdy się nie skończy.

W niedzielę jeden z sześciu braci Luca powiedział, że Sophie powinna mieć nowego ojca chrzestnego. Zaproponował, że nim zostanie, i uroczyście zapytał dziewczynkę, czy się zgadza. Ta rodzinna ceremonia stanowiła początek żałoby.