Limonow

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Limonow
Limonow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Limonow
Limonow
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zatrzymajmy się przy tej uwadze i przy tym, co mówi ona o naszym bohaterze. Przedstawmy człowieka, którego przez sporą część życia będzie on uważał za swojego kapitana Lewitina: oto Josif Brodski, cudowny chłopiec z Leningradu, na początku lat sześćdziesiątych pasowany na poetę przez Annę Achmatową.

Anna Achmatowa to nie Motricz. Po śmierci Cwietajewej i Mandelsztama wszyscy znawcy uważają ją za największą żyjącą poetkę rosyjską. Mają też, rzecz jasna, Pasternaka, ale Pasternak jest bogaty, obsypywany zaszczytami, nieprzyzwoicie szczęśliwy, a jego późniejszy konflikt z władzą przebiegnie w sposób cywilizowany. Tymczasem Achmatowa, objęta od 1946 roku zakazem publikacji, żywi się herbatą i suchym chlebem, wegetuje w klitkach w mieszkaniach komunalnych, co dodatkowo otacza jej geniusz aurą męczennicy. Mówi: „Zawsze byłam tam, gdzie mój naród ma nieszczęście być”.

Nieżyczliwy Brodskiemu Eduard z lubością opisuje go jako wiecznego prymusa, stale uczepionego spódnicy swojej protektorki, ale prawda jest taka, że w kwestii przygód młody Brodski w niczym mu nie ustępuje. Podobnie jak Eduard był synem niższego rangą oficera, szybko rzucił szkołę, pracował jako robotnik obsługujący frezarkę, robił sekcje zwłok w kostnicy, brał udział w ekspedycjach geologicznych do Jakucji. Z kolegą poszukiwaczem przygód wyjechał do Samarkandy, skąd próbował dotrzeć do Afganistanu, porywając samolot. Zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, dostawał bolesne zastrzyki siarkowe, został też poddany sympatycznej terapii, nazywanej okrutka, a polegającej na zanurzaniu w wannie z lodowatą wodą owiniętego w prześcieradło pacjenta, którego następnie pozostawia się tak do wyschnięcia. Jego los zmienia się, gdy w wieku dwudziestu trzech lat zostaje aresztowany jako „pasożyt społeczny”. Proces „żydowskiego pigmeja w sztruksowych spodniach, pisarzyny od poematów, w których bełkot miesza się z pornografią” (by zacytować akt oskarżenia), powinien był przejść bez echa. Ale jedna z dziennikarek obecnych na przesłuchaniu sporządziła stenogram; krążył on potem w formie samizdatu, a całe pokolenie było wstrząśnięte, czytając zapis rozmowy:

— Kto udzielił panu pozwolenia na bycie poetą? — pyta sędzia. Brodski, zamyślony:

— Kto udzielił mi pozwolenia na bycie człowiekiem? Może Bóg...

I komentarz Achmatowej: „Jaką piękną biografię pitraszą naszemu rudzielcowi! Tak jakby to on sam pociągał za sznurki!”.

Skazany na pięć lat wygnania na Daleką Północ, w pobliże Archangielska, rudzielec rozrzuca nawóz w maleńkiej wsi. Zmarznięta ziemia, mróz, przestrzeń i biel abstrakcyjnego pejzażu, szorstka serdeczność wieśniaków — to doświadczenie jest inspiracją dla wierszy, które krętymi ścieżkami dotrą do Leningradu i staną się znane we wszystkich mniej lub bardziej dysydenckich kręgach ZSRR. W księgarni 41 mówi się tylko o Brodskim, co denerwuje lubiącego rywalizację Eduarda. Nie podobała mu się już fala entuzjazmu, która zalała kraj dwa lata wcześniej, gdy ukazał się Iwan Denisowicz. No ale Sołżenicyn mógłby być jego ojcem, natomiast Brodski jest zaledwie o trzy lata starszy. Powinni boksować w tej samej kategorii wagowej, a do tego Eduardowi daleko.

Bardzo wcześnie młody buntownik Limonow nabrał nawyku, by ruch dysydentów, który narodził się w latach sześćdziesiątych, traktować z szyderczą wrogością, próbować wrzucać do jednego worka Sołżenicyna i Breżniewa, Brodskiego i Kosygina: ważniacy, oficjele, zdrajcy — każdy przemawiał po swojej stronie barykady. Dzieła wszystkie pierwszego sekretarza o materializmie dialektycznym przeciwko „cegłom” brodacza odgrywającego proroka. To nie w naszym stylu, naszym — czyli chuliganów, spryciarzy, małych, przebiegłych członków lumpenproletariatu. My dobrze wiemy, że przesadą jest uznawanie radzieckiego społeczeństwa za totalitarne; nasze społeczeństwo to przede wszystkim jeden wielki burdel, i jeśli ktoś jest wystarczająco cwany, może korzystać z uroków tego burdelu i dobrze się bawić.

Zdaniem najpoważniejszych historyków (Robert Conquest, Alec Nove, moja matka[8]) dwadzieścia milionów Rosjan zginęło z rąk Niemców w ciągu czterech lat wojny i dwadzieścia milionów z rąk własnego rządu w ciągu dwudziestu pięciu lat panowania Stalina. Te dwie liczby są szacunkowe, ale dla opowiadanej przeze mnie historii ważne jest to, że dzieciństwo i młodość Eduarda upłynęły na hołubieniu tej pierwszej liczby i że zrobił wszystko, by ignorować tę drugą, bo pomimo zamiłowania do buntu i pogardy wobec marnego losu swoich rodziców pozostał ich synem. Synem niskiego rangą enkawudzisty, wychowanym z dala od najpotężniejszych konwulsji wstrząsających krajem, chłopakiem, który nie doświadczywszy na własnej skórze bezwzględności ustroju, sądził, że mimo wszystko skoro aresztuje się ludzi, to ma się ku temu jakieś powody. Był małym pionierem, dumnym ze swego kraju, z jego zwycięstwa nad szwabami, z imperium obejmującego dwa kontynenty i jedenaście stref czasowych i z bladego strachu, jaki budzi ono w tych mięczakach z Zachodu. Ma w dupie wszystko, ale nie to. Gdy mowa o Gułagu, Eduard szczerze myśli, że to przesada i że intelektualiści, którzy głoszą jego istnienie, robią aferę z czegoś, do czego więźniowie mają bardziej filozoficzne podejście. Poza tym na statku o nazwie „opozycja” wszystkie miejsca są zajęte. Objawiły się już gwiazdy, i on, jeśli nawet do nich dołączy, to będzie mógł grać tylko drugie skrzypce, a na to nie zgodzi się nigdy. Dlatego woli chichotać i mówić, że ludzie tacy jak Brodski udają ważniaków, że jego zesłanie do Archangielska to uprzejmy żart, z pięciu lat zsyłki zrobiły się trzy lata wiejskich wakacji, a do tego — nawet jeśli o tym nie wiedział — miał w perspektywie Nagrodę Nobla. Nieźle to pan wymyślił, kapitanie Lewitin!

10

Już od trzech lat Eduard żyje życiem charkowskiej bohemy i ma wrażenie, że kręci się w kółko. Że prześcignął wszystkich, którzy mu imponowali, że obalił jednego po drugim wszystkich swoich idoli. Motricz, wielki poeta z ich kręgu, jest już tylko biednym pijakiem, który choć przekroczył trzydziestkę, czeka, aż matka wyjdzie z domu, żeby zaprosić kilkoro znajomych i częstować ich wódką z jednej szklanki w obawie, że porozbijają kieliszki. Playboy Gienka przetrawi życie na oglądaniu Łowców przygód, nie zebrawszy się nigdy na odwagę, by stać się jednym z nich. Nie mówiąc już o chłopakach z Saltowa: Kostia gnije w więzieniu, biedny Kadik — w fabryce, i gdy się spotykają, zresztą coraz rzadziej, jego rozgoryczenie budzi litość. Marzył, że będzie artystą i zamieszka w centrum, a Eduard jest artystą i mieszka w centrum, więc Kadik nazywa go pasożytem, mówi, że to ładnie pięknie tak szpanować w knajpie w zoo, w czekoladowym garniturze ze złotą nitką, ale że potrzeba ludzi do wkręcania śrubek w silniki.

— Ludzi tak, ale nie mnie — odpowiada Eduard i posuwa się do skrajnego okrucieństwa, cytując zdanie autora, którego poznał dzięki Kadikowi i którego obaj kiedyś uwielbiali: — Pamiętasz, co mówił Knut Hamsun? Wszystkich robotników należałoby rozstrzelać.

— Ten twój Hamsun był faszystą — pomstuje Kadik.

Eduard wzrusza ramionami:

— I co z tego?

Żaden chuligan, żaden artysta, nikt, kto z odlewnika Sawienki uczynił poetę Limonowa, nie może go niczego więcej nauczyć — tak twierdzi Eduard. Uważa ich wszystkich za przegranych i mówi im to bez ogródek. W jednej z książek, które już później, w Paryżu, napisał o swojej młodości, przytacza z właściwą sobie uczciwością rozmowę z przyjaciółką, która serdecznie, z pewnym smutkiem mówi mu, że sposób dzielenia świata na przegranych i wygranych jest niedojrzały i przede wszystkim sprawia, że jesteśmy wiecznie nieszczęśliwi. „Nie jesteś w stanie, Eddy, wyobrazić sobie, że można przeżyć życie, nie osiągając sukcesów i sławy? Że za kryterium powodzenia można uznać na przykład miłość i spokojne, harmonijne życie rodzinne?” Nie, Eddy nie jest w stanie sobie tego wyobrazić i jest z tego dumny. Jedyny los, który jest godny przypaść mu w udziale, to los bohatera; chce, by podziwiał go cały świat, i uważa, że spokojne i harmonijne życie rodzinne, proste radości, ogródek uprawiany z dala od ciekawskich spojrzeń — to wszystko brednie, za których pomocą ludzie przegrani usprawiedliwiają swoje życie, zupę, którą Lidia podaje biednemu Kadikowi, by utrzymać go na łańcuchu. „Biedny Eddy”, wzrusza się przyjaciółka. Biedni wy, myśli Eddy. I ja też będę biedny, jeśli stanę się taki jak wy.

„Do Moskwy! Do Moskwy!” — wzdychały na zapadłej prowincji trzy siostry Czechowa i dziesiątki lat później tak samo będzie wzdychał Eduard. Annę także kusi ta przygoda, choć jednocześnie obawia się, że tam jej uroczy młody łajdak rzuci się na głęboką wodę i się jej wymknie. Pewnego wieczoru w księgarni 41 podejmowany jest przyjaciel jej byłego męża, malarz urodzony w Charkowie, ale od dawna mieszkający w stolicy. Brusiłowski jest elegancki, zna ważnych ludzi i mówiąc o nich, nazywa ich po imieniu lub — co jeszcze lepsze — czasem używa zdrobnień. Według zabawnego opisu pióra Limonowa należy on do tego typu facetów, którzy na prowincji dają do zrozumienia, że są bardzo znani w Moskwie, a w Moskwie — że są bardzo znani na prowincji. Eduard jest onieśmielony, zażenowany, zwłaszcza że Anna zmusza go, by przeczytał gościowi swoje wiersze, a ten wyrozumiale raczy uznać je za dobre. „Ale po co wyjeżdżać? — pyta. — W Charkowie żyje się dobrze. Możesz tu dojrzewać jako twórca, z dala od powierzchownego, pozornego zamętu stolicy. Nieszczęsny ten, kto da się omamić niebieskim ptakom. Prawdziwe życie, spokojne i powolne, oto co jest odpowiednie dla artysty”.

Gadaj zdrów, gnojku, myśli Eduard. Skoro uważasz, że Charków jest taki świetny, to czemu stąd zwiałeś? Myśli tak, ale słucha z pokorą, jak grzeczne dziecko, którego rolę tak doskonale odgrywa. Tymczasem moskwianin, wychwaliwszy autentyczne życie na prowincji, przechodzi do swoich przyjaciół smogistów. „Jak to, nie znacie smogistów? Nie znacie SMOG-u? Społeczności młodych geniuszy? Nie znacie Gubanowa? Ma zaledwie dwadzieścia lat, ale wszyscy, którzy liczą się w Moskwie, mówią tylko o nim”. I Brusiłowski z półprzymkniętymi oczyma zaczyna recytować wiersze młodego geniusza: „To nie ja tonę w oczach Kremla, to Kreml tonie w moich oczach”.

 

Dwudziestoletni skurwiel Gubanow, pomstuje Eduard. Ja wkrótce skończę dwadzieścia pięć lat, a już wyprzedził mnie Brodski i nikt na świecie nie wie, że istnieję. To nie może dłużej trwać.

II

Moskwa, 1967–1974

1

W tamtym czasie moja matka wydała swoją pierwszą książkę Le marxisme et l’Asie (Marksizm i Azja). To że mama napisała książkę, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Próbowałem nawet ją przeczytać, ale utknąłem na pierwszych czterech słowach, które brzmiały: „Każdy wie, że marksizm...”. Ten incipit stał się obiektem kpin dla mnie i dla moich sióstr: „Ależ skąd — powtarzaliśmy — nie każdy wie, że marksizm... My nie wiemy. Mogłaś mimo wszystko pomyśleć też o nas!”.

W książce jest mowa o sposobie, w jaki muzułmańskie ludy Azji Środkowej dostosowują się do radzieckiej ideologii i władzy. Był to wówczas słabo zbadany temat i moja matka poświęciła mu początki swojej kariery naukowej. Miałem pół roku, gdy wyjechała w długą podróż badawczą do Uzbekistanu, kamuflując się wśród grupy uczonych, którzy badali epizootię baranów. Z Buchary, Taszkientu i Samarkandy przywoziła zdjęcia meczetów, kopuł, ascetycznych i pełnych godności żebraków w turbanach, o intensywnie czarnych oczach. Obrazy te skąpane były w czarownym miedzianym świetle, które gdy byłem dzieckiem, kusiło mnie i budziło strach. Chciałem towarzyszyć matce w podróży do tego tajemniczego kraju, nazywanego ZSRR. Nie lubiłem, gdy wyjeżdżała, bo źle znosiłem rozłąkę, i nie zaznałem już później w życiu równie wielkiej radości jak wówczas, gdy przyjąwszy zaproszenie na kongres historyków w Moskwie, matka doszła do wniosku, że jestem już wystarczająco duży, by pojechać tam razem z nią.

Pamiętam każdy szczegół tej czarodziejskiej podróży. Matka zabierała mnie wszędzie. Na obiedzie u francuskiego radcy kulturalnego siedziałem przy stole u jej boku, słuchając grzecznie rozmów dorosłych, i byłem tak szczęśliwy, że jeszcze dziś, po czterdziestu latach, jestem gotów powtarzać jak mantrę nazwiska współbiesiadników. Byli tam profesor Gilbert Dagron, niejaka Nena (żadna Nina ani Lena: Nena), żona reżysera Jacques’a Baratiera, twórcy filmu Dragées au poivre (Drażetki z pieprzem) z Guy Bedosem, a także chłopak, który choć Rosjanin, nosił francusko brzmiące nazwisko: Wadim Delone. Bardzo młody, piękny i nad wyraz miły, był kimś w rodzaju idealnego starszego brata, który natychmiast zapałał do mnie sympatią. Gdybym lubił się bawić, jestem pewien, że bawiłby się ze mną. Ale ponieważ lubiłem czytać, wypytywał mnie o lektury. Był podobnie jak ja oblatany w temacie Aleksandra Dumasa.

Działo się to w 1968 roku, miałem wówczas dziesięć lat. Eduard i Anna właśnie zamieszkali w Moskwie. Przeprowadzka do innego miasta z własnej inicjatywy nie była w Związku Radzieckim prosta. Potrzebne było — od czasów rewolucji i tak jest do dziś — specjalne zezwolenie na pobyt, propiska, którą bardzo trudno dostać. Nie zdobyli jej, co skazało ich na życie nielegalnych mieszkańców, których być albo nie być zależało od byle kontroli w metrze. Mieszkali w pokoikach na obrzeżach miasta i zmieniali je codziennie, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Ich jedyne mienie stanowiły walizka z ubraniami, maszyna do pisania wierszy i maszyna do szycia spodni. Wyrabiali także z taniej bawełny torby o dwóch uchwytach, skopiowanych z modelu podpatrzonego w jednym ze starych „Paris Matchów” Bachta. Koszt wykonania: rubel. Cena zbytu: trzy ruble. Pierwsza zima spędzona w Moskwie okazała się najsroższą z całej dekady: nawet gdy ubierali się na cebulkę, było im ciągle zimno, ciągle też chodzili głodni. W stołówce, gdzie jedli, zbierali resztki gniecionych ziemniaków i skórki po kiełbasach.

Początkowo ich protektorem i motorem życia towarzyskiego był malarz Brusiłowski, charkowianin, który zrobił karierę w Moskwie. Dla tych niemal wyrzutków jego przestronna pracownia, z kanapami pokrytymi skórami, mapami zamiast abażurów i alkoholem z importu stanowiła oazę spokoju, a Brusiłowski, jeżeli tylko wystarczająco podziwiało się jego sukces, nie był taki zły. To on poradził Eduardowi, by rozpoczął podbój Moskwy od seminarium na temat poezji, które prowadził Arsienij Tarkowski — podobnie jak w tej samej epoce jakiś francuski Brusiłowski wysłałby młodego, ambitnego prowincjusza na wykłady Gilles’a Deleuze’a[9] w Vincennes. „Ale uważaj — uprzedził. — Tam są szalone tłumy. Jeżeli nie należysz do kręgu uczniów, nie wejdziesz ot, tak sobie. Proś Ritę”.

Pewnego poniedziałkowego wieczoru Eduard wsuwa zeszyt z wierszami do wewnętrznej kieszeni kusego, zbyt lekkiego płaszczyka — „z rybiego futra”, jak mówią Rosjanie — i jedzie metrem aż do siedziby Związku Pisarzy, dawniej patrycjuszowskiej rezydencji, na której wzorowany był dom rodziny Rostowów w Wojnie i pokoju. Przyjechał godzinę za wcześnie, a i tak jest tu już sporo ludzi, którzy podobnie jak on przytupują na dwudziestostopniowym mrozie. Pyta o Ritę, ktoś mu mówi, że jeszcze nie przyszła i że ma przyjść, ale jakoś nie przychodzi. Wzdłuż zaśnieżonego chodnika sunie czarna wołga. Wysiada z niej mistrz, ma siwe włosy zaczesane do tyłu, otula się elegancką pelisą, pali angielską fajkę nabitą aromatycznym tytoniem. Nawet to, że lekko utyka, dodaje mu szyku. Towarzyszy mu wyniosła piękność, która mogłaby być jego córką. Drzwi otwierają się przed nimi i zaraz zamykają, uda się wejść tylko garstce wybrańców. Eduard opowiada, że przez kolejnych sześć poniedziałków zostawał na zewnątrz i sterczał tam jak reszta. Wydaje mi się, że to długo, ale Limonow nie ma zwyczaju przesadzać, więc mu wierzę. W siódmy poniedziałek Rita się zjawia, a on wstępuje w miejsce najświętsze ze świętych.

Arsienij Tarkowski jest dziś znacznie mniej znany niż jego syn Andriej, który wówczas dopiero zaczynał karierę geniusza światowego kina. Eduard, którego opinię o Nikicie Michałkowie poznamy niebawem, nigdy, z tego co wiem, nie mówił o Tarkowskim synu i to mnie dziwi, jako człowiek bowiem, który, tak jak wszyscy, go podziwia, wyobrażam sobie złośliwy rozdział, jaki nasz zły chłopiec mógłby poświęcić tej „świętej krowie” kultury: jego odpornej na wszelki rodzaj humoru powadze, jego sztywnej duchowości, kontemplacyjnym ujęciom, okraszonym obowiązkowo kantatami Bacha... W każdym razie jego ojciec, wówczas bardzo ceniony poeta, były kochanek Mariny Cwietajewej, nie podoba się Eduardowi od pierwszego wejrzenia. Nie dlatego że wygląda na przeciętniaka, wręcz przeciwnie, dlatego że jedyną rolą, jaką Eduard może przy nim odgrywać, jest oczywiście rola gorliwego ucznia, a tego Limonow, choć młody, po prostu nie chce.

Na każdym ze spotkań seminaryjnych jeden z uczestników czyta swoje wiersze. W tym tygodniu jest to niejaka Maszeńka, „ubrana — cytuję Eduarda — w luźne ciuchy barwy gówna, o wyrazie twarzy pełnym namiętności i melancholii, cechującym wszystkie poetki bywalczynie radzieckich domów kultury”. Jej wiersze pasują do jej wyglądu: zerżnięte z Pasternaka, delikatnie liryczne, całkowicie przewidywalne. Na miejscu Tarkowskiego Eduard poradziłby jej, żeby rzuciła się pod pociąg, ale mistrz zadowala się ojcowskim ostrzeżeniem przed zbyt idealnymi rymami i opowiada na to konto anegdotę, której bohaterem jest jego nieżyjący przyjaciel Osip Emiljewicz. Osip Emiljewicz to Mandelsztam, a anegdoty o nim i o Marinie Cwietajewej będą serwowane co tydzień. Rozczarowany Eduard gotuje się z wściekłości. Jedyne, czego pragnie, to przeczytać własne wiersze i żeby wszystkim opadła szczęka. W następny poniedziałek jest tak samo. Podobnie w następny. Eduard czuje, że nie tylko on jest tu sfrustrowany z powodu ciągnącego się w nieskończoność oczekiwania, zatem po seminarium, choć dwa piwa za 42 kopiejki to spora wyrwa w jego budżecie, oznaczająca, że jutro będzie głodował, idzie napić się z kolegami. Próbuje wzniecić bunt na wzór jednego ze swoich bohaterów, marynarza z „Potiomkina”, który nagle krzyczy: „Hej, chłopaki, co to znaczy? Dają nam zgniłe mięso!”. Początkowo poeci nie traktują poważnie tego prowincjonalnego szczeniaka o zadartym nosie i cienkim głosiku, ale on wyjmuje zeszyt i zaczyna czytać, i wkrótce cała grupa słucha go w ciszy, przepełnionej coraz większym osłupieniem. W podobny sposób, jak mówi legenda, parnasiści słuchali aroganckiego, źle wychowanego nastolatka, który przyjechał z Ardenów i nazywał się Arthur Rimbaud. Jednym ze świadków tej sceny był Wadim Delone.

2

Trafiłem na jego nazwisko, czytając Knigę miortwych (Księgę umarłych), w której Limonow zebrał portrety wszystkich znanych lub mniej znanych ludzi spotkanych w swoim życiu. Łączy ich to, że nie żyją. Opisuje Wadima w sposób, w jaki również ja go zapamiętałem: jako niespełna dwudziestoletniego młodzieńca, pięknego i serdecznego. Wszyscy — jak pisze — go lubili. Był potomkiem markiza de Launaya, który w 1789 roku dowodził obroną Bastylii. Jego rodzina wyemigrowała do Rosji, uciekając przed rewolucją, i bez wątpienia to właśnie pochodzeniu zawdzięczał — co było za Breżniewa rzeczą wyjątkową — możliwość kontaktu z zagranicznym dyplomatą. Pisał wiersze. Był beniaminkiem smogistów, tego awangardowego ruchu, o którym Brusiłowski opowiadając godzinami, zamęczał w Charkowie Eduarda i Annę. Porównałem daty: pozwalają mi sobie wyobrazić, że spędziwszy cały obiad u radcy kulturalnego na rozmowie o trzech muszkieterach z małym Francuzem, Wadim Delone tego samego dnia pobiegł na seminarium do Arsienija Tarkowskiego i był świadkiem debiutu poety Limonowa w moskiewskim podziemiu.

Była literatura oficjalna. Inżynierowie dusz, jak pewnego dnia Stalin nazwał pisarzy. Socrealiści płynący z nurtem. Kohorta Szołochowów, Fadiejewów, Simonowów, z mieszkaniami, daczami, podróżami za granicę, dostępem do sklepów dla partyjnych kacyków. Ich dzieła zebrane są odpowiednio oprawione, mają milionowe nakłady i Nagrody Leninowskie. Ale te przywileje to tylko jedna strona medalu. Zyskiwali wygody i poczucie bezpieczeństwa, tracili szacunek dla siebie. W heroicznych czasach budowy socjalizmu mogli jeszcze wierzyć w to, co pisali, być dumni z tego, kim byli, ale w czasach Breżniewa, miękkiego stalinizmu i nomenklatury, te złudzenia nie były już możliwe. Dobrze wiedzieli, że służą zgniłemu reżimowi, że zaprzedali swoje dusze i że inni też to wiedzą. Sołżenicyn, ich wyrzut sumienia, zanotował: jednym z najbardziej szkodliwych aspektów radzieckiego ustroju jest to, że nie można być w nim uczciwym, chyba że zostanie się męczennikiem. Nie można było być z siebie dumnym. Jeśli nie byli kompletnymi durniami lub cynikami, wstydzili się tego, co robili, wstydzili się tego, kim byli. Wstydzili się, pisząc w „Prawdzie” kwieciste donosy na Pasternaka w 1957, na Brodskiego w 1964, na Siniawskiego i Daniela w 1966, na Sołżenicyna w 1969 roku, bo skrycie, gdzieś w głębi serca, zazdrościli im. Wiedzieli, że to tamci są prawdziwymi bohaterami, wielkimi rosyjskimi pisarzami, których lud pyta, jak kiedyś Tołstoja: „Co jest dobre? Co jest złe? Jak powinniśmy żyć?”. Najsłabsi moralnie wzdychali, że gdyby chodziło tylko o nich, to poszliby za tymi niezwykłymi ludźmi, ale cóż, mają rodziny, dzieci na studiach, wszystkie dobre powody, by raczej współpracować, aniżeli zejść do podziemia. Wielu stoczyło się w alkoholizm, niektórzy, tak jak Fadiejew, popełnili samobójstwo. Ci najsprytniejsi, a jednocześnie najmłodsi, uczyli się działać na dwa fronty. Taka postawa była możliwa, władza potrzebowała umiarkowanych, eksportowych półdysydentów: w podejmowaniu ich z otwartymi ramionami wyspecjalizował się we Francji Louis Aragon. Czołowym przedstawicielem tej grupy był Jewgienij Jewtuszenko, którego tu jeszcze spotkamy.

Ale istniały także — żeby nadać koloryt epoce — całe rzesze tych, którzy nie byli ani bohaterami, ani łajdakami, ani spryciarzami. To ludzie z podziemia, przekonani, że publikowane książki, obrazy na wystawach, sztuki pokazywane w teatrze są na pewno skompromitowane i słabe. Ich zdaniem każdy prawdziwy artysta jest obowiązkowo nieudacznikiem. To nie jego wina, lecz czasów, w których nieudacznictwo jest uważane za coś szlachetnego. Malarz miał zarabiać na życie jako stróż nocny. Poeta — odgarniać śnieg sprzed gmachu wydawnictwa, w którym nigdy, przenigdy nie złożyłby swoich wierszy. Gdy dyrektor, wysiadając z czarnej wołgi, widział na dziedzińcu poetę z łopatą, czuł się zwykłym gnojkiem. Życie nieudaczników było gówniane, ale przynajmniej żaden z nich nikogo nie zdradził. Nieudacznicy rozgrzewali się wzajemnie w kuchniach, gdzie dyskutowali całymi nocami, puszczali w obieg samizdaty i pili samogon, pędzony z cukru i aptecznego alkoholu w łazienkowej wannie.

 

Pewien człowiek to opowiedział. Nazywał się Wieniczka Jerofiejew. Starszy o pięć lat od Eduarda, prowincjusz jak on, przebył drogę typową dla wszystkich wrażliwych ludzi tej epoki (niespokojna młodość, alkoholizm i kombinacje, by przeżyć). W 1969 roku przyjechał do Moskwy z rękopisem prozy, którą jednakże nazywał „poematem”, tak jak Gogol nazywał Martwe dusze. Miał rację: Moskwa–Pietuszki to wielki poemat o zapoju, tym ruskim pijackim, długodystansowym ciągu, do którego za Breżniewa upodobniło się całe życie. Brudna katastroficzna odyseja pijaka Wieniczki pomiędzy Dworcem Kurskim w Moskwie a miejscowością Pietuszki na prowincji. Dwa dni podróży, sto dwadzieścia kilometrów, bez biletu, ale przy wsparciu trudnych do zliczenia litrów alkoholu: wódki, piwa, wina, a zwłaszcza koktajli, wymyślonych przez narratora, który za każdym razem podaje przepis: „Łza komsomołki” na przykład to mieszanka lawendy, werbeny, wody kolońskiej, lakieru do paznokci, płynu do płukania ust i lemoniady. Bohater alkoholik, pijany pociąg, wstawieni pasażerowie: wszyscy chodzą napruci w tej książce, bo „wszyscy wartościowi ludzie w Rosji piją na umór”. Z braku nadziei i dlatego, że w świecie kłamstwa tylko pijak nie kłamie. Styl, rozmyślnie górnolotny i burleskowy, parodia radzieckiego języka oficjalnego, przekręcone cytaty z Lenina, Majakowskiego, mistrzów socrealizmu... Wszyscy undersi, jak nazywali samych siebie ludzie z undergroundu, rozpoznali się w tym traktacie na temat rezygnacji i etylowego zamroczenia. Wytrwale przepisywany, czytany, recytowany w kręgach odwiedzanych przez Eduarda, tłumaczony na Zachodzie (we Francji pod tytułem Moscou-sur-vodka) utwór Moskwa–Pietuszki stał się dziełem klasycznym, a Wieniczka — legendą: metafizyczny nieudacznik, szlachetny pijak, ucieleśnienie wszystkiego, co w tej epoce miało negatywną moc. Ludzie pielgrzymowali i nadal pielgrzymują na Dworzec Kurski, gdzie od kilku lat stoi nawet jego pomnik.

Wieniczka, przedwczesny punkowiec, był czystym szyderstwem w ludzkiej postaci, czystą rezygnacją w ludzkiej postaci. Przeciwstawiał się dysydentom, którzy uparcie wierzyli w przyszłość i w moc prawdy. Z dystansu, po czterdziestu latach, to wszystko trochę się zlewa, bo choć rzeczywiście undersi czytali dysydentów, puszczali w obieg ich pisma, to jednak, nie licząc rzadkich wyjątków, nie podejmowali takiego ryzyka jak oni, a przede wszystkim nie byli przepełnieni taką wiarą. Sołżenicyn był dla nich czymś w rodzaju postaci Komandora, ale z nim na szczęście nie można było mieć w żaden sposób do czynienia. Mieszkał na prowincji, w Riazaniu, pracował dzień i noc, bratał się wyłącznie z byłymi zekami. Przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności spisywał ich wspomnienia, które stały się kanwą Archipelagu Gułag. Nie znał tego stadnego, serdecznego, wesołkowatego światka, którego Wieniczka Jerofiejew był bohaterem, a Eduard Limonow — wschodzącą gwiazdą, a nawet gdyby go znał, pogardzałby nim. Determinacja i odwaga Sołżenicyna miały w sobie coś nieludzkiego, zwłaszcza że był równie wymagający wobec siebie jak wobec innych. Pisanie o rzeczach innych niż obozy uznawał za przejaw tchórzostwa: było to równoznaczne z p r z e m i l c z a n i e m ich istnienia.

W sierpniu 1968 roku, kilka miesięcy po moim obiedzie u francuskiego radcy kulturalnego, Związek Radziecki najechał na Czechosłowację i krwawo stłumił praską wiosnę. Aby zaprotestować przeciwko tej inwazji, grupa dysydentów z ekstrawagancką brawurą ruszyła demonstrować na plac Czerwony. Było ich ośmioro i chcę przytoczyć ich nazwiska: Larysa Bogoraz, Paweł Litwinow, Władimir Dremluga, Tatiana Bajewa, Wiktor Fajnberg, Konstanty Babicki, Natalia Gorbaniewska, która przyszła z dzieckiem w wózku, i Wadim Delone. Ten ostatni przyniósł transparent, na którym napisał: „Za wolność waszą i naszą”. Manifestanci zostali natychmiast aresztowani i skazani na kary więzienia, o różnym wymiarze. Wadim dostał dwa i pół roku. Po wyjściu na wolność i po nowych przepychankach z KGB młodzieniec, z którym tak miło rozmawiało mi się o Atosie, Portosie i Aramisie, wyemigrował. Mieszkał w Paryżu, gdzie mógłbym go znów spotkać, gdybym o tym wiedział. Zmarł w 1983 roku w wieku trzydziestu pięciu lat.

3

Eduard dobrze znał wszystkich tych ludzi. Zajmują znaczące miejsce w jego wspomnieniach Kniga miortwych, bo większość z nich zmarła młodo — nie bez pomocy alkoholu. Bardzo lubił Wadima Delone, znacznie mniej — Jerofiejewa. Jego rzekome arcydzieło wydawało mu się przereklamowane, podobnie jak Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, którego pośmiertny kult zaczynał się właśnie w tych latach. Limonow nie lubi, gdy otacza się kultem kogoś innego niż on sam. Uważa, że podziw, którym się darzy innych pisarzy, jest ukradziony jemu.

Najgorszy pod tym względem był Brodski. Wróciwszy z wygnania na Dalekiej Północy, zamieszkał w Leningradzie, ale przyjeżdżał czasem do Moskwy i pokazywał się, choć sporadycznie, u działaczy podziemia. Był tam dosłownie wielbiony. Recytowano z pamięci jego wiersze, najważniejsze repliki z procesu, listę osobistości — od Szostakowicza po Sartre’a i T.S. Eliota — które udzieliły mu wsparcia. Ubrany w nieforemne spodnie i stary dziurawy sweter, z przydługimi, rozczochranymi i już wtedy mocno przerzedzonymi włosami, przychodził na imprezy późno, wychodził wcześnie, zostawał tylko tyle, by ludzie zdążyli dostrzec jego dyskrecję i prostotę manier. Siadał zawsze w najciemniejszym kącie, ale i tak wszyscy skupiali się wokół niego. To było nie w smak młodemu poecie Limonowowi, bo to on, zanim pojawił się Brodski, odgrywał rolę bezczelnej gwiazdy w sztruksowej marynarce. Aby dodać sobie pewności, przekonywał siebie samego, że ta aura Brodskiego nie jest czymś naturalnym, że tamten s t w o r z y ł swój wizerunek. Mój przyjaciel Pierre Pachet, który trochę znał Brodskiego, uważa, że w tej ocenie jest ziarno prawdy, ale któż nie tworzy sobie wizerunku? Któraż prostota naprawdę jest prosta? Brodski w każdym razie przybrał pozę niekontrolowanego buntownika, nawet nie dysydenta, nie tyle antysowieckiego, co asowieckiego. Niezmieszany odrzucał oferty publikacji, którymi go mamili, na zasadzie: „To zależy od pana, niech pan będzie jednym z nas”, koledzy po fachu o bardziej giętkich kręgosłupach, tacy jak Jewtuszenko. Bezustanny moralny sprzeciw w końcu rozdrażnił władze do tego stopnia, że w 1972 roku KGB zmusiło go do spakowania walizek. No i bardzo dobrze, pomyślał zapewne Eduard.

Szczęśliwie dla jego miłości własnej była w całym tym undergroundowym światku pewna liczba szeregowców, wśród których on i Anna znaleźli przyjaciół, wielu przyjaciół. Najlepszym z nich, najdzielniejszym z wszystkich undersów był malarz Igor Woroszyłow, pijak liryczny i sentymentalny. Jego specjalnością był łabardan, danie dla biedaków sporządzane z rybich głów. Eduard i Anna dzielili z Woroszyłowem wszystko: nędzę, wódkę i rzadkie chwile szczęścia. Latem żyli w prawdziwych mieszkaniach, których właściciele wyjeżdżali na wakacje, powierzywszy im opiekę nad nimi. Eduard lubił Woroszyłowa tym bardziej, że mu nie zazdrościł, co pokazuje następująca historia. Pewnej nocy Igor dzwoni do niego i prosi o pomoc. Chce popełnić samobójstwo. Eduard jedzie przez całą Moskwę, żeby go od tego odwieść, i zastaje przyjaciela, rzecz jasna, pijanego. Rozmawiają. Łkając trochę, Igor mówi mu, że stracił złudzenia, że się czuje malarzem drugiej kategorii i wie, że tak jest. Eduard traktuje sprawę poważnie: nawet jeśli nie dojdzie do samobójstwa, straszny musi być także moment, w którym ktoś uświadamia sobie, że jest artystą drugiej kategorii i być może też człowiekiem drugiej kategorii. Tego Limonow boi się najbardziej na świecie. A najstraszniejsze jest to, że Igor się co do siebie nie myli. Pokaże to przyszłość, potwierdzi rynek: był najpoczciwszym z ludzi, ale malarzem — drugiej, a nawet trzeciej kategorii.