Limonow

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Limonow
Limonow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Limonow
Limonow
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ten oficer to jego ojciec.

Eduard ukrywa się do chwili, gdy ostatni więzień wchodzi do ciężarówki. A potem wraca do domu, wstrząśnięty i przepełniony wstydem. Czego się wstydzi? Nie tego, że ojciec wspiera potworny, represyjny system. Jeszcze nie ma pojęcia o tym systemie, nigdy nie słyszał słowa „gułag”. Wie, że istnieją więzienia i obozy, w których zamyka się przestępców, i nie widzi w tym niczego złego. Dzieje się coś, czego nie rozumie, a co tłumaczy jego wstrząs. Zmienia się jego system wartości. Gdy był dzieckiem, miał z jednej strony żołnierzy, z drugiej — cywilów, i choć jego ojciec nie wiedział, co to walka zbrojna, to jako wojskowy zasługiwał na szacunek. W kodeksie honorowym chłopaków z Saltowa, do których właśnie dołącza, z jednej strony są chuligani, z drugiej — gliniarze. I akurat w momencie gdy wybiera obóz chuliganów, odkrywa, że jego ojciec jest nie tyle żołnierzem, ile gliną, i to najniższej kategorii: klawiszem, szeregowym funkcjonariuszem.

Scena ma swój dalszy ciąg w nocy. W jedynym pokoiku, zajmowanym przez całą rodzinę, tapczan Eduarda stoi u stóp łóżka rodziców. Nie pamięta, by kiedykolwiek słyszał, jak się kochają, ale pamięta rozmowę, jaką prowadzą półgłosem, przekonani, że syn śpi. Załamany Wieniamin opowiada Rai, że zamiast odwieźć skazańców z Ukrainy na Syberię, jak to zwykle robił, wiózł ich w odwrotnym kierunku, cały kontyngent przeznaczony do rozstrzelania. Ten system zmianowy został wprowadzony, żeby nie niszczyć morale strażników obozu. Jednego roku przeprowadza się egzekucje radzieckich skazańców w jednym więzieniu, następnego — w jakimś innym. Na próżno szukałem śladu tej niewiarygodnej praktyki w książkach na temat gułagów. Ale nawet jeśli Eduard źle zrozumiał słowa ojca, pewne jest, że mężczyźni, których ten ostatni wywoływał po nazwisku, gdy wysiadali z wagonu, i odkreślał na liście, gdy wsiadali do ciężarówki, jechali na śmierć. Jeden z nich — Wieniamin dalej opowiada żonie — zrobił na nim duże wrażenie. Jego akta opatrzono kodem „wyjątkowo niebezpieczny”. To był młody człowiek, zawsze spokojny i uprzejmy; mówił elegancką ruszczyzną i zawsze — czy to w celi, czy w wagonie towarowym — znalazł czas i miejsce na codzienną gimnastykę. Pełen stoickiego spokoju, kulturalny skazaniec staje się bohaterem Eduarda. Chłopiec zaczyna marzyć, że kiedyś będzie do niego podobny, że też pójdzie do więzienia i zaimponuje nie tylko tym biednym, źle opłacanym, gburowatym glinom pokroju ojca, ale także kobietom, chuliganom, prawdziwym mężczyznom.

I tak się stanie, podobnie jak ze wszystkim, co wymarzył sobie w dzieciństwie.

4

Wszędzie, gdzie pójdzie, jest najmłodszy, najmniejszy i tylko on nosi okulary, ale w kieszeni zawsze ma nóż sprężynowy o ostrzu dłuższym niż szerokość jego dłoni — co odpowiada odległości pomiędzy piersią a sercem; takim nożem można zabić. W dodatku umie pić. Nie nauczył go tego ojciec, lecz jeden z sąsiadów, były jeniec wojenny. W sumie, jak mówił sąsiad, picia nauczyć się nie da: trzeba się urodzić z wątrobą ze stali. I tak jest w przypadku Eduarda. Jednakże istnieje parę sztuczek: należy łyknąć szklaneczkę oliwy, żeby nasmarować przepust przed popijawą (mnie też tego nauczono, matka przejęła ten patent od starego popa z Syberii), i nie jeść podczas picia (mnie uczono czegoś całkiem przeciwnego, zatem serwuję tę radę dość ostrożnie). Mając te wrodzone dary i wyuczoną technikę, Eduard jest w stanie wypić litr wódki na godzinę, jedną szklankę o pojemności dwustu pięćdziesięciu gramów raz na kwadrans. Podziwiają go nawet Azerowie, którzy przyjechali z Baku sprzedawać pomarańcze na targu. Wygrywa zakłady, zarabiając na kieszonkowe. Wreszcie — wytrzymuje maratony pijaństwa, które Rosjanie nazywają zapoj.

Zapoj to poważna sprawa, nie żadna jednonocna pijatyka, za którą płaci się — jak u nas — porannym kacem. Zapoj to kilkudniowy ciąg bez trzeźwienia, włóczęga z miejsca na miejsce, wsiadanie do pociągów jadących nie wiadomo dokąd, zwierzanie się z największych tajemnic ludziom spotkanym przypadkiem, zapominanie tego, co się powiedziało albo zrobiło. To rodzaj podróży. Pewnej nocy ledwo zaczęli chlać, a już zaświeciła im się rezerwa. Zatem Eduard i jego najlepszy przyjaciel Kostia postanawiają splądrować sklep spożywczy. Czternastoletni Kostia, pseudonim Kot, ma już za sobą pobyt w kolonii karnej dla nieletnich za napad z bronią w ręku. Świadom swego autorytetu, przekazuje Eduardowi złotą zasadę każdego włamywacza: Działaj z odwagą i determinacją, nie czekając na splot idealnych okoliczności, bo idealne okoliczności nie istnieją. Rozglądają się szybko na prawo, na lewo, czy nikt nie przechodzi przez ulicę. Okręcają pięść kurtką zwiniętą w kulkę. Jednym krótkim uderzeniem wybijają szybę w piwnicznym oknie i już są na miejscu. Jest ciemno, ale niczego nie zapalają. Zgarniają tyle butelek wódki, ile zmieści się w plecakach, a później rozpruwają kasę. Tylko dwadzieścia rubli, co za nędza... W gabinecie dyrektora wprawdzie stoi sejf, ale spróbujcie otworzyć sejf nożem. Kostia mimo to próbuje i zaczyna się szarpać, Eduard szuka czegoś, co jeszcze mógłby podwędzić. Na wieszaku za drzwiami wisi palto z karakułowym kołnierzem — dobra, to można sprzedać. Na dnie szuflady leży zaczęta butelka ormiańskiego koniaku, bez wątpienia prywatny zapas kierownika, który nie sprzedaje takiego alkoholu swoim klientom — robolom. Według osobistej socjologii Eduarda wszyscy sklepikarze to mafiosi, ale trzeba przyznać, że wiedzą, co dobre. Nagle — odgłos kroków, rozmowy, całkiem blisko. Strach wykręca mu trzewia. Opuszcza gatki, kuca, unosząc poły ukradzionego płaszcza, i uwalnia strugę mocno płynnego gówna. Ale to tylko fałszywy alarm.

Nieco później, wracając tą samą drogą, którą weszli, chłopcy zatrzymują się na jednym z tych przygnębiających placów zabaw, tak lubianych przez projektantów proletariackich osiedli. Siedząc na brudnym, wilgotnym piasku przy zardzewiałej zjeżdżalni, na którą rodzice boją się sadzać dzieci ze strachu przed tężcem, opróżniają z gwinta butelkę koniaku, a Eduard, choć trochę się wstydzi, chwali się jednak, że nasrał w gabinecie dyrektora. „Założę się — mówi Kostia — że ten cham wykorzysta włamanie, żeby zadeklarować jako ukradzioną forsę, którą sam zabiera”. Później idą do Kostii. Jego matka, wdowa wojenna, protestuje i lamentuje, gdy zamykają się w pokoju, żeby dalej pić. „Zamknij ryj, stara suko — odpowiada szarmancko jej syn przez drzwi — bo jak nie, to mój kolega Ed wyjdzie i wyjebie cię w dupę!”

Po całonocnej popijawie chłopcy niosą pozostałe butelki do Sławy, który odkąd jego rodziców wysłano do obozu za przestępstwa gospodarcze, mieszka z dziadkiem w baraku nad rzeką. Prócz Eduarda i Kostii jest dziś po południu u Sławy jeszcze jeden starszy facet, Gorkun. Ma metalowe zęby, wytatuowane ramiona, prawie się nie odzywa. Sława oznajmia z dumą, że Gorkun połowę ze swoich trzydziestu lat przeżył na Kołymie. A obozy pracy na wschodnich rubieżach Syberii słyną z tego, że są najcięższe ze wszystkich, i fakt, że Gorkun odsiedział w nich trzy pięcioletnie wyroki, wystarczy, by chłopcy traktowali go jak trzykrotnego bohatera Związku Radzieckiego — z szacunkiem. Godziny mijają powoli na opowiadaniu bzdur, rozganianiu miękką ręką chmar komarów, które, jak to w lipcu, latają nad zapiaszczoną rzeką, na łykaniu letniej wódki i podjadaniu kawałeczków słoniny, które Gorkun kroi syberyjskim nożem. Wszyscy czterej są pijani, ale przetrwali już falowanie i spadanie, typowe dla pierwszego dnia pijaństwa, i osiągnęli stan ciemnego, uporczywego otępienia, dzięki któremu zapoj nabiera tempa morskiej podróży. Gdy zapada zmierzch, postanawiają powłóczyć się po parku, gdzie w sobotnie wieczory zbiera się młodzież z Saltowa.

Tym razem dobrze trafili, są rozróby, a prawda jest taka, że Eduard i jego kumple szukają guza. Zaczyna się na plenerowym podeście do tańca. Gorkun ma ochotę tańczyć — zaprasza jakąś dziewczynę. Panienka, ruda, piersiasta, w sukience w kwiaty, odmawia, ponieważ Gorkun za bardzo śmierdzi alkoholem i wygląda na tego, kim jest: na zeka, jak w Rosji nazywa się katorżników. Eduard, by zyskać w oczach Gorkuna, zbliża się do dziewczyny, wyjmuje nóż, przystawia go do jednej z jej wielkich piersi i lekko naciska. Starając się nadać swemu głosowi męskie brzmienie, mówi: „Liczę do trzech i jeśli na trzy nie zatańczysz z moim przyjacielem...”.

Dopiero później, w ciemnym parkowym zakamarku, naskoczą na niego kumple rudej. Bitka przeradza się w bezładną ucieczkę, gdy interweniuje milicja. Kostii i Sławie udaje się uciec, gliny łapią Gorkuna i Eduarda. Rzucają ich na ziemię, kopią w żebra i metodycznie miażdżą im butami dłonie — dłonie miażdży się po to, żeby potem nie mogły utrzymać broni. Eduard na ślepo zadaje ciosy nożem, rozdziera spodnie i — nieznacznie — łydkę jednego z milicjantów. Wszyscy inni piorą go, aż straci przytomność.

Odzyskuje ją w celi, w smrodzie właściwym wszystkim posterunkom na świecie — a on pozna ich jeszcze wiele. Komendant, który przesłuchuje Eduarda, to mężczyzna zadziwiająco uprzejmy, choć nie ukrywa, że za atak z bronią w ręku na milicjanta można spodziewać się kary śmierci, jeśli napastnik jest pełnoletni, a jeśli nie — co najmniej pięciu lat kolonii karnej. Czy dojrzewanie za kratkami złamałoby go, ustawiło w szeregu, czy też byłoby po prostu jeszcze jednym epizodem w jego awanturniczym życiu? Tak czy inaczej — uniknął tego, ponieważ usłyszawszy nazwisko Sawienko, komendant unosi brwi, pyta, czy jest synem porucznika Sawienki z NKWD, a ponieważ porucznik Sawienko to jeden z jego dawnych towarzyszy, komendant załatwia sprawę po swojemu, „gubi” akta dotyczące ataku z nożem i zamiast pięciu lat Eduard odsiedzi tylko dwa tygodnie. W zasadzie powinien spędzić je na zbieraniu śmieci, ale jest tak pobity, że nie może się ruszać, więc pozwalają mu zostać w celi z Gorkunem, który nabrawszy zaufania do pełnego zapału nastolatka, staje się gadatliwy i przez dwa tygodnie częstuje go opowieściami o Kołymie.

 

To zrozumiałe, że jeśli Gorkun tam był, to za przestępstwa kryminalne. Inaczej nie chwaliłby się tym Eduardowi i przyjaciołom, którzy, w przeciwieństwie do nas, nie darzą żadnym szacunkiem więźniów politycznych. Nie znając ich, mają politycznych za nadętych intelektualistów albo za kretynów, którzy dali się zapuszkować, a sami nie wiedzą za co. Natomiast bandyci są herosami, a już zwłaszcza arystokracja bandytyzmu — wory w zakonie, mafia w świetle prawa. Nie ma jej w Saltowie, gdzie grasują tylko drobni przestępcy, nawet Gorkun nie twierdzi, że do niej należy, ale poznał jej członków w obozie i niestrudzenie wychwala ich czyny, przedstawiając jako godne podziwu zarówno akty szalonej brawury, jak i bestialskiego okrucieństwa. Jeśli tylko bandyta jest uczciwy, czyli przestrzega praw swojej organizacji, jeśli tylko potrafi zabijać i nie boi się zginąć, Gorkun dostrzega wyłącznie jego klasę i zalety moralne. Nie przeszkadza mu, że taki człowiek gra w karty o życie towarzysza z baraku i po skończonej partyjce zarzyna go jak wieprza albo namawia innego do próby ucieczki, żeby go zjeść, gdy pośrodku tajgi zabraknie prowiantu. Eduard słucha Gorkuna z nabożeństwem, podziwia jego tatuaże, pozwala się wtajemniczyć w arkana ich robienia. Bo rosyjscy bandyci, a zwłaszcza Sybiracy, nie dają sobie tatuować byle czego, byle gdzie i byle jak. Rysunki i ich rozmieszczenie wskazują dokładnie pozycję w kryminalnej hierarchii, a pokonując kolejne jej szczeble, zyskuje się prawo do stopniowego pokrywania ciała tatuażami i biada szpanerowi, który uzurpuje sobie to prawo: obdziera się takiego ze skóry i robi z niej rękawiczki.

Pod koniec krótkiej odsiadki Eduard dokonuje spostrzeżenia, które sprawia mu dziwną radość, daje mu poczucie pełni, której poszukiwanie będzie odtąd stałym elementem jego życia. Wszedł do więzienia, podziwiając Gorkuna i marząc, by być taki jak on. Wychodzi stąd przekonany — i to go tak bardzo cieszy — że Gorkun wcale nie jest aż tak godny podziwu i że on, Eduard, zajdzie znacznie dalej. Lata spędzone w obozie i tatuaże mogą na chwilę oczarować nastolatka z prowincji, ale gdy poprzebywać z nim dłużej, można zauważyć, że mówi o wielkich bandytach całkiem jak drobny rzezimieszek, którym jest — nie porównuje się do nich, nie wyobraża sobie ani przez chwilę, że mógłby być na ich miejscu, trochę tak jak ten biedny kretyn Wieniamin, gdy mówi o swoich przełożonych. Jest jakieś uniżenie i pewna naiwność w trzymaniu się swojego miejsca w szeregu, ale to nie dla Eduarda. On też uważa, że dobrze być kryminalistą, w sumie nie ma nic lepszego — lecz należy mierzyć wysoko i być królem zbrodni.

5

Eduard przedstawia swoją nową wizję Kostii, który reaguje entuzjastycznie. Jedyną ambicją Gorkuna po wyjściu z więzienia jest gra w domino, za to dwaj chłopcy nakręcają się nawzajem, odnosząc się z pogardą do wszystkiego, co ich otacza. Dostaje się wszystkim warstwom społecznym, jakie można spotkać w Saltowie: rozmemłanym i zrezygnowanym robolom, rzezimieszkom skazanym na życie roboli, jak ich rodzice, inżynierom i oficerom, którzy są tylko ulepszoną wersją roboli, nie mówiąc już o sklepikarzach. Nie ma wątpliwości, jedyna opcja to zostać bandytą.

Ale jak? Jak znaleźć bandę, która ich przyjmie? Na pewno są takie w mieście, i gdy wreszcie ośmielają się wsiąść do tramwaju jadącego do centrum, wyprawa budzi emocje: Charkowie, przybywamy! Niestety, po dotarciu na miejsce czują się równie niepewnie jak hołota z paryskiego przedmieścia na bulwarze Saint-Germain. Tak, Eduard tu mieszkał, lecz w czasach, które, podobnie jak matka, chętnie idealizuje. Rytualnie oprowadza Kostię po miejscach swojego dzieciństwa, po ulicy Armii Czerwonej, po alei Swierdłowa, ale wycieczka trwa krótko, później nie wiedzą, dokąd pójść, do których drzwi zapukać, ledwo zbierają się na odwagę, żeby zamówić piwo w budce, i rozżaleni, źli na siebie, wracają na swoje osiedle, gdzie wszystko jest tak odległe od prawdziwego życia, ale gdzie właśnie żyją — i na tym polega pech.

A później Eduard spotyka Kadika, który zostanie jego drugim wielkim przyjacielem z młodzieńczych lat — i wszystko się zmienia. Kadik, o rok starszy, mieszka sam z matką i nie spotyka się z drobnymi złodziejaszkami z Saltowa. Ma znajomości w centrum, ale nie są to bandy, do których Eduard tak gorąco pragnąłby się zbliżyć. Wielką dumą Kadika jest znajomość z saksofonistą, który gra Caravan Duke’a Ellingtona. To on skontaktował go z członkami charkowskiej grupy Niebieski Koń, kimś w rodzaju bitników, którym poświęcono nawet artykuł w „Komsomolskiej Prawdzie”. Taki swinging Charków. Aby uniknąć przewidywalnego losu młodego mieszkańca Saltowa, Kadik aspiruje do roli artysty, i choć nie ma żadnego wyraźnego talentu, jest przynajmniej kimś, kogo obecnie można byłoby nazwać lanserem — gra trochę na gitarze, kupuje i kolekcjonuje płyty, czyta, poświęca cały swój czas, by wiedzieć, co się dzieje w mieście, w Moskwie, a nawet w Ameryce.

Wszystko to jest dla Eduarda całkowitą nowością, poglądy i kodeks postępowania Kadika podkopują jego własny system wartości. Pod jego wpływem odkrywa, jak ważny jest strój. Gdy był mały, matka ubierała go na pchlim targu, gdzie upłynniano łupy wojenne. Nosił ładne dziecięce garniturki na modłę niemiecką i sprawiało mu dziwną przyjemność myślenie, że kiedyś nosił je syn dyrektora IG Farben albo Kruppa, zabity w Berlinie w czterdziestym czwartym. Później rozmyślnie przejął styl obowiązujący w Saltowie — spodnie robocze, gruba kufajka podbita sztucznym futrem. Jakakolwiek fantazja uznawana była za pedalski wymysł, dlatego kumple są teraz mocno zaskoczeni, widząc Eduarda wystrojonego w kanarkową bluzę z kapturem, sztruksowe fioletowe spodnie i buty tak świetnie podkute, że gdy trze obcasami po asfalcie, sypią się iskry. Jedynie Kadik i on tu, w Saltowie, potrafią docenić swój dandyzm, ale ponieważ wiadomo, że lubią też wymachiwać nożem, koledzy tylko się podśmiewają, lecz nie nazywają ich ciotami.

Dandyzm jest czymś, co podoba się Eduardowi u jazzmanów, których uwielbia jego nowy przyjaciel. Na samą muzykę jest dość głuchy i pozostanie taki przez całe życie, za to wraca do czytania. Przerwał je na Juliuszu Vernie i Aleksandrze Dumasie, teraz zaś zaczyna od Romaina Rollanda — Kadik pożycza mu Jana Krzysztofa i Duszę zaczarowaną. To przepastne i zagmatwane bildungsromany, które, jak sądzę, przeczytałem jako jeden z ostatnich nastolatków we Francji, a które w Związku Radzieckim cieszą się jeszcze pewnym zainteresowaniem, ponieważ ich autorowi, pacyfiście, było po drodze z komunistami. Następnie sięga po Jacka Londona, Knuta Hamsuna, wielkich włóczęgów, którzy imali się każdej roboty i opisywali te doświadczenia w książkach. Jego prozatorskie preferencje skupiają się na autorach zagranicznych, ale jeśli chodzi o poezję, to żadna nie może się równać z rosyjską, czytający ją chłopiec staje się więc w sposób naturalny chłopcem piszącym, a następnie czytającym wszystkim to, co napisał. I tak Eduard, który nigdy wcześniej nie brał pod uwagę tego powołania, odnajduje się w roli poety.

Istnieje stereotyp, że poeci są w Rosji równie popularni jak piosenkarze we Francji, i jak wiele rosyjskich stereotypów jest to, a przynajmniej była, absolutna prawda. Nawet swoje wyszukane imię nasz bohater zawdzięcza upodobaniu jego ojca, prostego ukraińskiego podoficera, do mało znanego poety Eduarda Bagrickiego (1895–1934). Gdy czytamy książkę Podrostok Sawienko (Podrostek Sawienko), z której czerpię informacje do niniejszego rozdziału, ze zdziwieniem dowiadujemy się, że kumple Eduarda, drobne łobuzy z Saltowa, choć podoba im się jego poezja, pokpiwają sobie z niego, bo ściąga z Błoka czy Jesienina. Początkujący poeta jest na robotniczym ukraińskim osiedlu kimś tak samo zwyczajnym jak początkujący raper na paryskim przedmieściu. Podobnie jak on mógł powtarzać sobie, że to jego szansa, by uniknąć fabryki albo życia przestępcy. Podobnie jak on mógł liczyć, że przyjaciele podtrzymają go na duchu, że będą dumni, jeśli choć trochę mu się uda... I to pod wpływem nie tylko Kadika, lecz również Kostii i jego bandy Eduard zgłasza się na konkurs poezji, który odbywa się 7 listopada 1957 roku, w rocznicę rewolucji październikowej, w dniu, który — jak się okaże — zaważy na jego życiu.

Całe miasto zebrało się tego dnia na placu Dzierżyńskiego, o którym każdy charkowianin wie, że został wybrukowany rękami niemieckich jeńców i jest największym placem w Europie, drugim na świecie po placu Tiananmen. Odbywają się tu defilady, wręczanie medali, pokazy baletowe, wygłaszane są przemówienia. Masy proletariackie są wystrojone jak w niedzielę — i widok ten wzmaga sarkazm naszych dwóch dandysów. A w kinie Pobieda trwa konkurs poezji, w którym bierze udział Eduard. Trzyma fason i z całego serca wierzy, że Swieta przyjdzie go posłuchać.

Kadik jest spokojny. Przyjdzie, jak mogłaby nie przyjść. Tak naprawdę jednak to nic pewnego. Swieta jest kapryśna, nieobliczalna. Eduard teoretycznie z nią chodzi, ale choć odpowiada „tak”, gdy koledzy pytają, czy już ją przeleciał, nie jest to prawda. Nie przeleciał jeszcze nikogo. Cierpi, bo jest prawiczkiem, i zniża się do kłamstwa, czego, jego zdaniem, żaden mężczyzna robić nie powinien. Cierpi, bo nie ma żadnego prawa do Swiety, wie, że kręcą ją starsi chłopcy. Cierpi, bo w wieku piętnastu lat wygląda na dwunastolatka i pokłada wszystkie nadzieje w zeszycie z wierszami. Starannie wybrał ten, który wyrecytuje, odrzuciwszy liczne poematy o bandytach, napadach z bronią w ręku, więzieniu, trzymając się grzecznie liryki miłosnej.

Gdy docierają z Kadikiem do kina Pobieda, spotykają w tłumie całą bandę z Saltowa, ale nie ma Swiety. Kadik próbuje go pocieszyć: jest jeszcze wcześnie. Z trybuny przemawiają kolejno różni oficjalni goście. Eduard nie wytrzymuje i zniża się do tego, że pyta, czy kto nie widział Swiety. Niestety, ktoś ją widział. W Parku Kultury z Szurikiem. Szurik to osiemnastoletni kretyn z rzadkim wąsikiem. Choć Eduard jest pewien, że ten idiota do końca swoich dni będzie sprzedawcą w sklepie z butami, podczas gdy on będzie wiódł światowe, awanturnicze życie, to jednak teraz wiele by dał, żeby znaleźć się na miejscu Szurika.

Zaczyna się konkurs. Pierwszy poemat traktuje o potwornościach pańszczyzny. To rozśmiesza Kadika: pańszczyzna nie istnieje już od stu lat; nie ma co, nowoczesny gość! Następnie jest coś o boksie, naśladowanie — co nie umyka uwadze żadnego z chuliganów wśród publiki — młodego, początkującego poety Jewgienija Jewtuszenki. Wreszcie przychodzi kolej na Eduarda, który recytuje, powstrzymując płacz, wiersz napisany dla Swiety. Później, gdy na scenie pojawiają się inni uczestnicy konkursu, jego banda urządza mu bal. Klepią go po plecach, powtarzają: „Zjedz swój ogon” — rytualne pozdrowienie mieszkańców Saltowa — przepowiadają, że dostanie nagrodę, i rzeczywiście ją dostaje. Ponownie wchodzi na scenę, dyrektor Domu Kultury imienia Stalina gratuluje mu i wręcza dyplom, a także prezent.

Jaki to prezent?

Pudełko domino.

O kurwa, co za chuje, myśli Eduard. Pudełko domino!

Wychodzi z Pobiedy i w otoczeniu kumpli próbuje robić dobrą minę do złej gry. Wtedy zaczepia go jakiś typ, przysłany przez Tuzika. Tuzik to dobrze znany w Saltowie bandyta. Ma dwadzieścia lat, ukrywa się, żeby uniknąć służby wojskowej, nie rusza się nigdzie bez zastępu uzbrojonych po zęby kolesiów. I, jak mówi wysłannik, chce się widzieć z poetą. Kumple patrzą po sobie z niepokojem: to przestało być zabawne. Tuzik jest, jak wiadomo, groźny, ale jeszcze bardziej niebezpiecznie byłoby odrzucić jego zaproszenie. Wysłannik prowadzi Eduarda do zaułka koło kina, gdzie czeka piętnastu ponurych typów, a pośrodku tego dworu postawny, niemal tłusty, ubrany na czarno Tuzik, który twierdzi, że podobał mu się wiersz. Chce, żeby poeta napisał jeszcze jeden, na cześć Gali, mocno umalowanej blondyny, którą obejmuje w pasie. Eduard obiecuje, że to zrobi, i na przypieczętowanie umowy dostaje skręta z tadżyckim haszem. Pali po raz pierwszy, mdli go, ale mimo to wciąga dym. Potem Tuzik pozwala mu pocałować Galę w usta. Jest się czego obawiać, bo wszystko, co mówi ten chłopak, wydaje się mieć podwójny sens — jeśli bierze cię w ramiona, to może po to, żeby rozpruć ci brzuch. Podobno Stalin taki był: przymilny i okrutny. Eduard chce się wymigać ze śmiechem, ale tamten nalega: „Nie chcesz polizać się z moją dziewczyną? Dalej, wsadź jej język!”. Znany złowróżbny ton, a jednak nic złego się nie dzieje. Trwa to długo, bardzo długo, piją, palą i rzucają dowcipami, aż do chwili, w której Tuzik postanawia zakończyć posiedzenie i pójść na przechadzkę po mieście. Eduard, który nie bardzo wie, czy przygarnęli go jako maskotkę, czy jako kozła ofiarnego, skorzystałby chętnie z okazji, żeby się wymknąć, ale Tuzik go nie puszcza.

 

— Sprzątnąłeś już kiedyś kogoś, poeto?

— Nie — odpowiada Eduard.

— A chciałbyś?

— Hmmm...

W końcu Eduard, podniecony, że jest przyjacielem Tuzika, idzie z nim na czele dwudziestu twardzieli, gotowych zabijać i siać postrach w całym mieście. Jest późno, impreza skończona, ludzie w większości powracali do domów, a ci, którzy zostali na ulicy i teraz w świetle zniszczonych latarni widzą zbliżającą się bandę, schodzą jej pospiesznie z drogi. Ale oto jakiś facet i dwie dziewczyny nie odsuwają się na czas, więc banda zaczyna się z nimi droczyć. „Masz dwie dziewczyny tylko dla siebie — przymila się Tuzik do faceta — pożyczysz mi jedną, co?” Facet blednie, dotarło do niego, że wpadł w tarapaty, próbuje żartować, ale Tuzik składa go na pół jednym uderzeniem pięścią w brzuch. Na jego znak reszta zaczyna obmacywać dziewczyny. Jeszcze chwila, a dojdzie do gwałtu. Jedną już rozebrali, jest gruba, o białej skórze, to musi być robolka z Saltowa. Chłopaki po kolei wkładają jej palce do cipy. Eduard robi tak jak oni, czuje wilgoć i zimno, a gdy wyciąga palce, ma na nich krew. Od tego trzeźwieje, podniecenie opada. Kilka metrów dalej dziesięciu chłopaków gwałci tę drugą, kolejno. Na faceta spada grad kopniaków. Jęczy coraz słabiej, a potem nieruchomieje. Jego policzek to krwawa miazga.

Incydent wywołuje pewne zamieszanie, ale Eduardowi udaje się uciec. Maszeruje szybko, w kieszeni ma nóż i zeszyt z wierszami, pod pachą — pudełko z dominem. Nie wie, dokąd pójść. Do Kadika nie, do Kostii nie. W końcu idzie do Swiety. Albo będzie ruchać, albo zabijać. Jeśli będzie sama — wyrucha ją, jeśli z Szurikiem — zabije ich oboje. Nie ma powodu, żeby się powstrzymywać: jest niepełnoletni, więc go nie rozstrzelają, dostanie piętnaście lat i kumple uznają go za bohatera.

Pomimo późnej godziny matka Swiety, która ma reputację kogoś w rodzaju kurwy, otwiera mu drzwi. Swieta jeszcze nie wróciła.

— Chcesz zaczekać?

— Nie, przyjdę później.

Znów wyrusza w noc, chodzi nerwowo, niesiony jakąś gorączką — mieszaniną podniecenia, gniewu, obrzydzenia i innych uczuć, których nie potrafi nazwać. Gdy wraca, Swieta jest już w domu. Sama. To, co rozgrywa się później, dzieje się jakby obok niego, właściwie nie ma rozmowy, gdy nagle Eduard jest już z nią w łóżku i ją rucha. To jego pierwszy raz. Pyta:

— Szurik właśnie tak ci wkłada?

Po jego — zbyt szybkim — wytrysku Swieta zapala papierosa i wykłada mu swoją filozofię: kobieta jest dojrzalsza od mężczyzny, zatem żeby układało się im w łóżku, mężczyzna musi być starszy.

— Naprawdę cię lubię, Edik, ale, widzisz, jesteś za mały. Możesz tu spać, jeśli chcesz.

Eduard nie chce, wychodzi wściekły, przekonany, że ludzie zasługują na śmierć, i postanawia, że gdy dorośnie, będzie ich zabijał — bez poczucia winy.

I tyle: oto historia jego rozprawiczenia.

6

Następna scena rozgrywa się sześć lat później, w pokoju rodziny Sawienków. Jest północ. Eduard rozbiera się cicho, żeby nie zbudzić matki, która śpi sama w małżeńskim łożu. Ojciec jest na „misji”, Eduard nie wie gdzie i nie chce tego wiedzieć, dawno już minęły czasy, gdy go podziwiał. Choć jest zmęczony po ośmiogodzinnej zmianie w fabryce, nie chce mu się spać, więc siada za stołem, na którym leży oprawiona w imitację skóry książka z serii zagranicznych klasyków: Czerwone i czarne. To pewnie matka wyjęła ją z oszklonej biblioteczki, żeby poczytać przy samotnej kolacji. Eduard kiedyś to czytał, podobało mu się. Kartkując książkę, natrafia na słynną scenę, gdy pewnej letniej nocy, pod lipą Julian Sorel zmusza się, by wziąć za rękę panią de Rênal, i ten fragment, który niegdyś sprawił mu radość, dziś napełnia go nagłym, przemożnym smutkiem. Jeszcze kilka lat temu z łatwością identyfikował się z Julianem, który przyjechał z zapadłej wsi, nie mając innych atutów niż urok osobisty i ostre zęby, i wyobrażał sobie, że tak jak on uwodzi piękną arystokratkę. Niestety, co uświadomił sobie teraz z brutalną jasnością, nie tylko że nie zna żadnej pięknej arystokratki, lecz w dodatku nigdy żadnej nie pozna, nie ma na to nawet najmniejszych szans.

Miał wielkie marzenia, a od dwóch lat wszystko szło nie tak. Właściwie od czasu gdy Kostia i dwaj inni koledzy zostali skazani na śmierć przez sąd okręgowy w Charkowie. Jeden z nich został stracony, Kostia i ten drugi jakoś się wykaraskali — dostali po dwanaście lat obozu. Do tego wszystkiego Kadik, który też miał wielkie marzenia i chciał zostać muzykiem jazzowym, zatrudnił się w fabryce Sierp i Młot, i choć Eduard kpił sobie z niego, kilka miesięcy później, podkuliwszy ogon, sam poszedł w jego ślady. Jest teraz wytapiaczem. Robota brudna, ogłupiająca, ale Eduard należy do ludzi, którzy przykładają się do każdego powierzonego im zadania. Gdyby los pozwolił mu zostać bandytą, byłby dobrym bandytą. Ale jest robolem, i to porządnym robolem: ma kaszkiet, menażkę na czas przerwy obiadowej, jego nazwisko regularnie pojawia się na tablicy przodowników pracy, a w sobotnie wieczory wypija osiemset gramów wódki z chłopakami ze zmiany. Już nie pisze poezji. Obraca dziewczyny, robolki jak on. Ostatnim nieszczęściem, jakie mogłoby na niego spaść, byłoby zapylenie którejś z nich i przymusowy ślub, i jeśli trzeźwo spojrzeć na to wszystko, jest bardzo prawdopodobne, że to nieszczęście na niego s p a d n i e. Tak jak spadło na Kadika, jego przewodnika na drodze występku, który właśnie zamieszkał z robotnicą o imieniu Lidia, starszą, niezbyt ładną, lecz z okrąglejącym już dobrze brzuchem, i powtarza ów nieszczęśnik, sam sobie próbując to wmówić z żałosnym uporem, że tak, że nareszcie znalazł prawdziwą miłość i że wcale, ale to wcale nie żałuje, poświęcając jej swoje młodzieńcze marzenia.

Biedny Kadik. Biedny Eduard. Nie ma jeszcze dwudziestu lat, a już jest przegrany. Niedoszły bandyta, niedoszły poeta, skazany na gówniane życie w czarnej dupie świata. Często słyszy, jakie miał szczęście, że nie był z Kostią i tymi dwoma w tamten wieczór, gdy pijani zabili człowieka. Czy naprawdę miał szczęście? Czy nie lepiej stracić życie, aniżeli być żywym trupem? Trzydzieści lat później, gdy wspominał tę noc, przypomniał sobie, że aby poczuć się żywym, a nie żeby umrzeć — sięgnął wtedy po leżącą na stoliku pod umywalką brzytwę ojca. On, Eduard, prawie się nie goli. Ma skórę Azjaty, niemal bez zarostu, skórę, która zasługiwałaby na pieszczoty kobiet pięknych i wyrafinowanych, ale nic z tego.

Wciska wyszczerbione ostrze we wnętrze dłoni. Patrzy na pogrążony w półmroku znajomy i brzydki pokój, w którym spędził ponad połowę życia. Był jeszcze dzieckiem, gdy się tu sprowadzili — małym chłopcem, wrażliwym i poważnym. Jak to było dawno... Trzy metry dalej matka chrapie pod kocami, głowę odwróciła do ściany. Umrze ze zgryzoty, ale w sumie już i tak się zadręczała, gdy rzucił szkołę, został robotnikiem, więc chyba lepiej ją dobić. Pierwsze nacięcie idzie łatwo, skóra pęka, to niemal bezbolesne. Dopiero gdy ostrze dociera do żył, zaczyna być trudno. Trzeba odwrócić wzrok, zacisnąć zęby, pociągnąć brzytwę jednym nagłym ruchem, wbijając ją mocno, żeby krew popłynęła. Brakuje mu siły, by zająć się drugim nadgarstkiem, jeden powinien wystarczyć. Kładzie rękę przed sobą na stole, patrzy na ciemną plamę, powiększającą się na woskowanym płótnie, wsiąkającą w Czerwone i czarne. Nie porusza się. Czuje, jak jego ciało robi się zimne. Odgłos upadającego krzesła budzi matkę. On sam obudzi się na drugi dzień, u wariatów.