LimonowTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Limonow
Limonow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Limonow
Limonow
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog. Moskwa, październik 2006, wrzesień 2007

I. Ukraina, 1943–1967

II. Moskwa, 1967–1974

III. Nowy Jork, 1975–1980

IV. Paryż, 1980–1989

V. Moskwa, Charków, grudzień 1989

VI. Vukovar, Sarajewo, 1991–1992

VII. Moskwa, Paryż, Republika Serbskiej Krajiny, 1990–1993

VIII. Moskwa, Ałtaj, 1994–2001

IX. Lefortowo, Saratow, Engels, 2001–2003

Epilog. Moskwa, grudzień 2009

Przypisy

Tytuł oryginału: LIMONOV

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ

Konsultacja wydania polskiego: HENRYK GŁĘBOCKI, IRENEUSZ KANIA

Redakcja: MARTA DVOŘAK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANETA TKACZYK, DOROTA TRZCINKA, ROMAN WŁODEK

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

Projekt okładki: DYMITR SZEWIONKOW-KISMIEŁOW

Fotografia na okładce: Copyright © le dilettante, 1991 by courtesy of le dilettante

© Editions P.O.L, 2011

Published by arrangement with Literary

Agency „Agence de l’Est”

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2012

ISBN 978-83-08-04995-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG

MOSKWA, PAŹDZIERNIK 2006, WRZESIEŃ 2007

Kto chce przywrócić komunizm,

ten nie ma rozumu.

Kto go nie żałuje, ten nie ma serca.

Władimir Putin

1

Do 7 października 2006 roku, gdy Anna Politkowska została zastrzelona na schodach swojego domu, tylko ludzie, którzy z bliska śledzili przebieg wojen w Czeczenii, znali nazwisko tej odważnej dziennikarki, zdeklarowanej przeciwniczki polityki Władimira Putina. Z dnia na dzień jej smutną, zrezygnowaną twarz zaczęto na Zachodzie kojarzyć z wolnością słowa. Kończyłem wówczas w rosyjskim miasteczku zdjęcia do filmu dokumentalnego, często przebywałem w Rosji i dlatego gdy tylko pojawiła się ta informacja, pewne czasopismo zaproponowało mi, bym wsiadł do pierwszego samolotu lecącego do Moskwy. Nie kazano mi prowadzić śledztwa w sprawie zabójstwa Politkowskiej, chodziło raczej o rozmowy z ludźmi, którzy ją znali i lubili. W ten sposób spędziłem tydzień w redakcji dziennika „Nowaja Gazieta”, gdzie Politkowska była reporterską gwiazdą, oraz w siedzibach stowarzyszeń na rzecz obrony praw człowieka i komitetów utworzonych przez matki żołnierzy zabitych lub rannych w Czeczenii. To były maleńkie, skąpo oświetlone biura wyposażone w przestarzałe komputery. Również działacze, którzy mnie przyjmowali, często byli leciwi i rozczulająco nieliczni. To niewielkie grono znajomych, w którym ja też prędko wszystkich poznałem, stanowi bodaj jedyną demokratyczną opozycję w Rosji.

Poza garstką rosyjskich przyjaciół znam w Moskwie jeszcze jeden niewielki krąg ludzi — francuskich ekspatów — dziennikarzy lub biznesmenów. Gdy wieczorami opowiadałem im, kogo odwiedziłem w ciągu dnia, uśmiechali się z lekkim politowaniem: tym pełnym cnót demokratom, o których im mówiłem, tym bojownikom o prawa człowieka, należy się rzecz jasna szacunek, ale prawda jest taka, że wszyscy mają ich gdzieś. Prowadzą z góry przegraną walkę w kraju, w którym mało kto troszczy się o podstawowe swobody, byle tylko każdy miał prawo się bogacić. Zresztą nic tak nie bawiło — lub też, zależnie od charakteru, nie drażniło — moich przyjaciół na obczyźnie jak rozpowszechniana przez francuską opinię publiczną teza, jakoby za zabójstwem Politkowskiej stało FSB (policja polityczna, która w czasach Związku Radzieckiego nosiła nazwę KGB) albo obciążało ono przynajmniej samego Putina.

„Daj spokój — powiedział mi Paweł, francusko-rosyjski pracownik akademicki, który zajął się biznesem — trzeba przestać gadać głupstwa. Wiesz, co czytałem — chyba w «Nouvel Observateur»? Że to jednak dziwne: niby przez przypadek zastrzelono Politkowską w dniu urodzin Putina. N i b y p r z e z p r z y p a d e k! Zdajesz sobie sprawę, jakim trzeba być durniem, żeby czarno na białym napisać n i b y p r z e z p r z y p a d e k? Wyobrażasz sobie tę scenę? Spotkanie kryzysowe FSB. Szef mówi: «Chłopaki, trzeba pogłówkować. Wkrótce urodziny Władimira Władimirowicza, musimy znaleźć prezent, który naprawdę sprawi mu przyjemność. Ktoś ma jakiś plan?». Chwila namysłu i nagle rozlega się głos: «A gdybyśmy przynieśli mu głowę Anny Politkowskiej, tej upierdliwej baby, która wiecznie go krytykuje?». Pomruk aprobaty wśród zebranych. «Proszę, jaki świetny pomysł! Do roboty, dzieci, macie carte blanche». Wybacz — ciągnął Paweł — ale nie kupuję tego. Chyba że w rosyjskim remake’u Testamentu gangstera. W rzeczywistości — nie. I wiesz co? Rzeczywistość pokrywa się z tym, co powiedział Putin, a co tak zaszokowało zachodnich pięknoduchów: zabójstwo Politkowskiej i cały ten rejwach wokół niego przemawiają na niekorzyść Kremla znacznie bardziej niż wszystkie artykuły, jakie pisywała za życia do gazety, której nikt nie czytał”.

Słuchałem, jak w pięknych mieszkaniach, które ludzie tacy jak on wynajmują za ciężkie pieniądze w centrum Moskwy, Paweł i jego przyjaciele bronią władzy, mówiąc, że po pierwsze, mogłoby być tysiąc razy gorzej, a po drugie, Rosjanom to wystarcza — więc w imię czego prawić im morały? Ale słuchałem również smutnych, zniszczonych kobiet, które całymi dniami opowiadały mi historie o porwaniach dokonywanych nocą przez ludzi w samochodach bez tablic rejestracyjnych, o żołnierzach torturowanych nie przez wrogów, lecz przez własnych przełożonych, a zwłaszcza o nadużyciach prawnych — akurat ten temat wracał bez przerwy. Bo to, że policja i armia są skorumpowane, jest oczywiste. To, że życie ludzkie jest niewiele warte — jest częścią rosyjskiej tradycji. Lecz arogancji i brutalności przedstawicieli władzy, gdy zwykli obywatele ryzykują i próbują się z nimi rozliczyć, ich przekonania o własnej bezkarności — nie mogły znieść ani matki żołnierzy, ani matki dzieci zamordowanych w szkole w Biesłanie na Kaukazie, ani bliscy ofiar ataku w teatrze na Dubrowce.

Przypomnijcie sobie, był październik 2002 roku. Wszystkie stacje telewizyjne na świecie przez trzy dni pokazywały tylko to. Czeczeńscy terroryści wzięli jako zakładników wszystkich widzów obecnych na musicalu Nord-Ost. Siły specjalne, wykluczywszy jakąkolwiek możliwość negocjacji, rozwiązały problem, zagazowując terrorystów, a wraz z nimi zakładników. Prezydent Putin serdecznie pogratulował im stanowczości. Liczba ofiar cywilnych jest dyskusyjna, oscyluje wokół stu pięćdziesięciu. Ich bliscy, gdy proszą władze o traktowanie ich i ich żałoby z mniejszym lekceważeniem, są uważani za wspólników terrorystów. Spotykają się co roku na ceremonii upamiętniającej ofiary. Policja nie śmie jej zakazać, ale obserwuje ją z bliska, jak gdyby była zjazdem wichrzycieli — zresztą faktycznie się nim stała.

Poszedłem tam. Na placu przed teatrem zebrało się dwieście, trzysta osób, a wokół nich taka sama liczba funkcjonariuszy OMON-u, Oddziałów Milicji Specjalnego Przeznaczenia, wyposażonych w kaski, tarcze i ciężkie pałki. Zaczęło padać. Ludzie rozkładali parasole nad świecami, których kryzy, chroniące palce przed gorącym woskiem, przywodziły mi na myśl prawosławne msze, na które prowadzano mnie na Wielkanoc, gdy byłem mały. Tu nie było ikon, lecz tablice ze zdjęciami i nazwiskami ofiar. Trzymali je wdowcy, wdowy, sieroty, a także matki, które straciły dzieci (nie ma na nie określenia ani w języku rosyjskim, ani we francuskim). Nie zjawił się ani jeden członek rządu, co chłodno zaznaczył przedstawiciel rodzin, który powiedział kilka słów — jedynych, jakie zabrzmiały w czasie tej ceremonii. Nie było przemówień, haseł ani śpiewów. Ludzie po prostu stali w milczeniu, ze świecami w dłoniach, w grupkach, otoczeni murem OMON-u, który zabezpieczał teren. Rozejrzałem się i rozpoznałem kilka twarzy: poza rodzinami w żałobie zebrało się tam pospolite ruszenie światka opozycjonistów, w którym obracałem się od tygodnia; ze stosownym smutkiem pozdrawialiśmy się wzajemnie skinieniem głowy.

 

U szczytu schodów, przed zamkniętymi drzwiami teatru, dostrzegłem sylwetkę, która wydała mi się jakby znajoma, ale nie mogłem jej zrazu rozpoznać. Był to mężczyzna ubrany w czarny płaszcz. Miał w ręku świecę jak inni i stał w otoczeniu kilku osób, rozmawiających półgłosem. Dominował nad tłumem. Wprawdzie trzymał się na uboczu, ale jednak przyciągał spojrzenia, sprawiał wrażenie kogoś ważnego — dziwnie kojarzył mi się z szefem gangu, uczestniczącym wraz ze strażą przyboczną w pogrzebie jednego ze swoich ludzi. Widziałem tylko na wpół przesłonięty profil; między końcami postawionego kołnierza płaszcza majaczyła przystrzyżona bródka. Stojąca obok mnie kobieta, która też go dostrzegła, powiedziała do swojej sąsiadki: „Jest Eduard. To dobrze”.

Mężczyzna w tym momencie odwrócił głowę, jakby usłyszał jej słowa pomimo odległości. Płomień świecy wydobył rysy jego twarzy.

Rozpoznałem Limonowa.

2

Od jak dawna o nim nie myślałem? Poznałem go na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zamieszkał w Paryżu, otoczony nimbem sukcesu swojej skandalizującej książki To ja, Ediczka[1]. Streszczał w niej nędzny, lecz wspaniały żywot, jaki wiódł w Nowym Jorku po emigracji ze Związku Radzieckiego. Dorywcze prace, życie z dnia na dzień w marnym hotelu, a czasem i na ulicy, hetero- i homoseksualne przygody, popijawy, kradzieże i bójki. Emanujące z książki przemoc i wściekłość mogły przywodzić na myśl miejską tułaczkę Roberta de Niro w Taksówkarzu, a epicki rozmach — powieści Henry’ego Millera, którego Limonow zresztą przypominał: miał tak samo twardą skórę i ten sam spokój kanibala. Ta książka to było coś, a jej autor przy pierwszym spotkaniu jeszcze zyskiwał. Przywykliśmy już bowiem do radzieckich dysydentów: poważnych, źle ubranych brodaczy zajmujących małe, pełne książek i ikon mieszkanka, w których całymi nocami dyskutowali o zbawieniu świata przez prawosławie. Tymczasem stawał przed nami facet seksowny, sprytny, zabawny, wyglądający jednocześnie jak marynarz z pancernika i gwiazda rocka. Po świecie rozlała się akurat druga fala punka, a on ogłosił swoim idolem Johnny’ego Rottena, lidera Sex Pistols, i bez skrępowania nazywał Sołżenicyna starym kretynem. Ta opozycja w stylu new wave była czymś całkowicie świeżym i Limonow natychmiast po przyjeździe do Paryża stał się ulubieńcem światka literackiego, w którym ja nieśmiało stawiałem pierwsze kroki. Nie tworzył beletrystyki, umiał pisać tylko o własnym życiu, ale było ono fascynujące i opowiadał o nim dobrze, prostym, konkretnym stylem bez literackiego zadęcia, z energią godną rosyjskiego Jacka Londona. Po kronikach emigracyjnych opublikował wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Charkowie na Ukrainie, młodości rzezimieszka i awangardowego poety w Moskwie za Breżniewa. Opowiadał o tej epoce i o Związku Radzieckim z pełną drwiny nostalgią, jak o raju dla rozbisurmanionych chuliganów. Nierzadko pod koniec tej czy innej kolacji, gdy wszyscy prócz niego byli już pijani — sam ma tęgą głowę — wygłaszał pochwałę Stalina. Kładliśmy to na karb jego zamiłowania do prowokacji. Mijaliśmy go w Palace, obnoszącego z dumą bluzę oficera Armii Czerwonej. Pisywał do „L’Idiot International”, dziennika prowadzonego przez „czerwonego” Jeana-Éderna Halliera, który skupiał wokół siebie błyskotliwych nonkonformistów. Miał skłonność do bijatyk i niewiarygodne powodzenie u kobiet. Jego niedbały strój i przeszłość awanturnika imponowały nam, młodym burżujom. Limonow był naszym barbarzyńcą, naszym łobuzem — uwielbialiśmy go!

Sprawy przybrały dziwny obrót, gdy upadł komunizm. Wszyscy się z tego cieszyli, ale nie on. Najwyraźniej nie żartował, domagając się plutonu egzekucyjnego dla Gorbaczowa. Coraz częściej wyjeżdżał w długie podróże na Bałkany, gdzie — jak z przerażeniem odkryliśmy — brał udział w wojnie po stronie Serbów, którzy w naszych oczach byli kimś takim jak naziści albo ludobójcy Hutu. Widzieliśmy w filmie dokumentalnym w BBC, jak ostrzeliwuje oblężone Sarajewo w towarzystwie Radovana Karadżicia, lidera Serbów w Bośni, którego uznano za zbrodniarza wojennego. Dokonawszy tych wyczynów, wrócił do Rosji, gdzie stworzył ugrupowanie polityczne o wiele mówiącej nazwie Partia Narodowo-Bolszewicka. Oglądaliśmy reportaże, w których młodzi ludzie ogoleni na łyso i ubrani na czarno defilowali po ulicach Moskwy, z ni to hitlerowskim (uniesione ramię), ni to komunistycznym (zaciśnięta pięść) pozdrowieniem, wykrzykując hasła w stylu: „Stalin! Beria! Gułag!” (w domyśle: oddajcie ich nam!). Flagi, którymi wymachiwali, przypominały sztandary III Rzeszy — z sierpem i młotem zamiast swastyki. A opętaniec w czapce bejsbolowej, z megafonem w dłoni gestykulujący na czele pochodu, to był ten zabawny i uroczy chłopak, którego przyjaźnią tak się szczyciliśmy jeszcze kilka lat wcześniej. Czuliśmy się z tym dziwnie, jakbyśmy odkryli, że nasz kolega z liceum stał się ważną postacią świata przestępczego lub wysadził się w powietrze w zamachu terrorystycznym. Myśleliśmy o nim — mieląc wspomnienia, próbowaliśmy wyobrazić sobie łańcuch okoliczności i osobistych pobudek, które sprawiły, że wiódł życie tak odległe od naszego. W 2001 roku dowiedzieliśmy się, że Limonow został aresztowany, osądzony i uwięziony, z dość niejasnych zresztą powodów — była mowa o przemycie broni i o zamachu stanu w Kazachstanie. W Paryżu przepychaliśmy się, żeby podpisać petycję w sprawie jego uwolnienia. Przepychaliśmy się — to za mało powiedziane!

Nie wiedziałem, że wyszedł z więzienia, a przede wszystkim wpadłem w osłupienie, widząc go tutaj. Nie wyglądał już, jak kiedyś, na rockmana, bardziej na intelektualistę, ale nadal otaczała go ta sama aura stanowczości i energii, wyczuwalna nawet z odległości stu metrów. Wahałem się, czy nie stanąć w kolejce wraz z ludźmi, którzy najwyraźniej poruszeni jego obecnością podchodzili i pozdrawiali go z szacunkiem. W pewnym momencie napotkałem jego spojrzenie, ale ponieważ wyglądał, jakby mnie nie rozpoznał, a ja nie bardzo wiedziałem, co mu powiedzieć, dałem sobie spokój.

Zaskoczony tym spotkaniem, wróciłem do hotelu, gdzie czekała na mnie nowa niespodzianka. Kartkując zbiór artykułów Anny Politkowskiej, odkryłem, że dwa lata wcześniej śledziła ona proces trzydziestu dziewięciu bojowników Partii Narodowo-Bolszewickiej, oskarżonych o zajęcie i zdemolowanie siedziby prezydenckiej administracji oraz o wznoszenie okrzyków „Spierdalaj, Putin!”. Za tę zbrodnię zostali skazani na kary ciężkiego więzienia i Politkowska głośno i wyraźnie stawała w ich obronie: to ludzie odważni i nieprzekupni, właściwie jedyni, którzy przywracają wiarę w moralną przyszłość kraju.

Nie mogłem w to uwierzyć. Sprawa wydawała mi się całkowicie jasna: Limonow był obrzydliwym faszystą stojącym na czele bojówki skinheadów. A tu kobieta od dnia swojej śmierci jednogłośnie uznawana za świętą mówi o nim i o nich jak o bohaterach walk o demokrację w Rosji. W podobnym tonie brzmią internetowe wypowiedzi Jeleny Bonner. Jelena Bonner! Wdowa po Andrieju Sacharowie, wielkim uczonym, dysydencie, człowieku, który był sumieniem narodu, laureatem Pokojowej Nagrody Nobla. Ona też miała dobrą opinię o nacbolach, jak nazywano w Rosji członków Partii Narodowo-Bolszewickiej (o czym się przy tej okazji dowiedziałem). Powinni tylko — mówiła — pomyśleć o zmianie nazwy partii, źle brzmiącej w pewnych uszach.

Innymi słowy: uznała ich za ludzi godnych podziwu.

Kilka miesięcy później dotarła do mnie wiadomość, że pod nazwą Drugaja Rossija (Inna Rosja) formuje się koalicja polityczna pod przewodnictwem Garry’ego Kasparowa, Michaiła Kasjanowa i Eduarda Limonowa. Czyli pośrodku jeden z najlepszych szachistów wszech czasów, a po obu jego stronach były Putinowski minister i pisarz (według naszych kryteriów persona non grata) — niezły zaprzęg. Najwyraźniej coś się zmieniło, może nawet nie sam Limonow, ale pozycja, jaką zajmował w swoim kraju. Kiedy więc Patrick de Saint-Exupéry, którego poznałem, gdy był korespondentem „Le Figaro” w Moskwie, powiedział mi o magazynie reporterów, jaki zamierzał wprowadzić na rynek, i zapytał, czy mam temat do pierwszego numeru, niewiele myśląc, rzuciłem:

— Limonow.

Patrick zrobił wielkie oczy:

— Limonow to chuligan.

A ja mu na to:

— Nie wiem. Trzeba by to sprawdzić.

— Dobrze — uciął Patrick, nie prosząc o dalsze wyjaśnienia. — Jedź i sprawdź.

Potrzebowałem trochę czasu, żeby trafić na ślad Eduarda i uzyskać od Saszy Iwanowa, moskiewskiego wydawcy, numer jego komórki. A potem długo mi zeszło, nim zdecydowałem się zadzwonić. Wahałem się, jaki przyjąć ton, nie tylko wobec rozmówcy, ale i wobec siebie: miałem być dawnym kumplem czy podejrzliwym śledczym? Mówić po rosyjsku czy po francusku? Zwracać się do niego na „ty” czy na „pan”? Pamiętam te wątpliwości, lecz, co ciekawe, zapomniałem, jakie było pierwsze zdanie, które wypowiedziałem, gdy przy pierwszej próbie i nawet jeszcze przed drugim sygnałem Limonow odebrał. Musiałem się chyba przedstawić, bo on bez chwili wahania odrzekł:

— Ach, Emmanuel. Jak leci?

Zaskoczony, wybełkotałem, że dobrze. Znaliśmy się słabo, nie widzieliśmy się od piętnastu lat, spodziewałem się, że będę musiał mu przypominać, kim jestem. A on kontynuował:

— Był pan na ceremonii na Dubrowce w zeszłym roku, prawda?

Oniemiałem. Patrzyłem wtedy na niego długo z odległości stu metrów, ale nasze spojrzenia ani razu się nie spotkały i niczym się nie zdradził — nie było żadnej chwili bezruchu, żadnego uniesienia brwi — że mnie rozpoznał. Później, gdy już ochłonąłem, pomyślałem, że Sasza Iwanow, nasz przyjaciel wydawca, mógł go uprzedzić, że zadzwonię, ale przecież nie mówiłem nic Saszy o swojej obecności na Dubrowce, zatem nie dało się tego tak wyjaśnić. Jakiś czas później zrozumiałem, że to żadna tajemnica, że Limonow po prostu ma fenomenalną pamięć i że świetnie się umie kontrolować. Powiedziałem mu, że chciałbym napisać o nim długi artykuł, a on bez ceregieli zgodził się, żebym spędził dwa tygodnie u jego boku.

— Chyba że — dodał — znów wsadzą mnie do więzienia.

3

Przyjeżdża po mnie dwóch młodych, ogolonych osiłków, ubranych w dżinsy oraz czarne kurtki i obutych w glany. Zawiozą mnie do szefa. Jedziemy przez Moskwę w czarnej wołdze o przyciemnionych szybach. Właściwie to spodziewam się, że zawiążą mi oczy, ale nie, moi aniołowie stróże ograniczają się do szybkiej inspekcji dziedzińca budynku, schodów i wreszcie piętra, skąd wchodzi się do małego ciemnego mieszkania, przypominającego squat. Dwaj inni łysole zabijają tu czas, paląc papierosy. Eduard — jak informuje mnie jeden z nich — dzieli życie pomiędzy trzy lub cztery domy w Moskwie. Zmienia je najczęściej jak to możliwe, nie pozwala sobie na regularny rozkład dnia i nigdy nie robi nawet kroku bez ochroniarzy — bojowników swojej partii.

Myślę sobie, gdy każą mi czekać, że to dobry początek reportażu: kryjówki, życie w podziemiu — to wszystko jest wręcz powieściowe. Tylko że mam kłopot z wyborem charakteru i tematu tej powieści: terroryzm czy ruch oporu, Carlos[2] czy Jean Moulin[3] — prawdą jest, że dopóki oficjalna wersja historii nie zostanie ustalona, oba te motywy i postaci są do siebie podobne. Zastanawiam się też, czego Limonow oczekuje po mojej wizycie. Czy, rozczarowany kilkoma artykułami zachodnich dziennikarzy, jest nieufny, czy też liczy, że pomogę mu się zrehabilitować? Ja sam jeszcze tego nie wiem. Dość rzadko się zdarza, że przygotowując się do spotkania z kimś i pisania na jego temat, nie mam pojęcia, jak się zachować.

Wprowadzają mnie do spartańskiego gabinetu z zasłoniętymi oknami. Limonow stoi ubrany w czarne dżinsy i czarny sweter. Uścisk dłoni, bez uśmiechu. Czujność. W Paryżu byliśmy na „ty”, ale przez telefon zwracał się do mnie per „pan”, i przy tym zostajemy. Choć nieczęsto używa tego języka, mówi po francusku lepiej niż ja po rosyjsku, dlatego przechodzimy na francuski. Dawniej robił pompki i podnosił ciężary — godzinę dziennie, i chyba nadal to robi, bo w wieku sześćdziesięciu pięciu lat ciągle jest szczupły: płaski brzuch, sylwetka nastolatka, gładka, śniada skóra Mongoła. Teraz jednak ma siwe wąsy i bródkę, które upodabniają go trochę do podstarzałego d’Artagnana z Dwudziestu lat później, bardzo — do bolszewickiego komisarza, a najbardziej — do Trockiego. Tylko że Trocki, z tego co wiem, nie rzeźbił na siłowni swojej sylwetki.

W samolocie wróciłem do jednej z jego najlepszych książek, Dniewnika nieudacznika (Dziennika nieudacznika), której koloryt zapowiada ostatnia strona okładki: „Gdyby Charles Manson albo Lee Harvey Oswald prowadzili dziennik, byłby on podobny do tego”. Przepisałem do notesu kilka ustępów. Na przykład taki: „Marzę o gwałtownym zrywie. Nigdy nie będę Nabokovem, nie będę biegał za motylami po szwajcarskich łąkach na anglosaskich, owłosionych nogach. Dajcie mi milion, a kupię broń i będę podżegał do powstania w którymkolwiek kraju”. Taki scenariusz roił sobie w wieku trzydziestu lat, jako emigrant bez grosza, wyrzucony na bruk w Nowym Jorku. I oto trzydzieści lat później nareszcie realizuje swój film. Odgrywa w nim rolę, o której marzył: zawodowego rewolucjonisty, technologa miejskiej guerrilli, Lenina w wagonie pancernego pociągu.

 

Mówię mu o tym. Wydobywa z siebie krótki śmieszek — cichy, bezbarwny i pozbawiony uroku, samo powietrze wydmuchane przez nozdrza. „To prawda — przyznaje. — Zrealizowałem w życiu swój plan”. Ale natychmiast uściśla: teraz nie pora na powstanie zbrojne. Nie marzy już o gwałtownym zrywie, raczej o pomarańczowej rewolucji, jak ta na Ukrainie. O rewolucji pokojowej, demokratycznej, jakiej, według niego, Kreml boi się najbardziej i jest gotów ją stłumić za wszelką cenę. Dlatego właśnie żyje jak wyjęty spod prawa. Kilka lat temu wygrzmocono go kijami bejsbolowymi. A całkiem niedawno ledwie uszedł z zamachu. Jego nazwisko figuruje na czele listy „wrogów Rosji”, czyli ludzi przeznaczonych do zlikwidowania, których kręgi zbliżone do władzy rzucają ludowi na pożarcie, podając ich adresy i numery telefonów. Inne osoby z tej listy to Politkowska, zastrzelona z broni pneumatycznej, były oficer FSB Litwinienko, otruty izotopem polonu po ujawnieniu kryminalnych powiązań swoich służb, miliarder Chodorkowski, dziś uwięziony na Syberii za to, że chciał się wmieszać w politykę. A następny jest on, Limonow.

Dzień później obaj z Kasparowem mają konferencję prasową. Rozpoznaję na sali większość bojowników, których spotkałem, pracując nad reportażem o Politkowskiej, ale przyszło również wielu dziennikarzy, zwłaszcza zagranicznych. Niektórzy sprawiają wrażenie bardzo podekscytowanych, jak choćby ta szwedzka ekipa, która nie kręci newsa, lecz cały dokument — trzy miesiące pracy — o nieuchronnym sukcesie ruchu Inna Rosja (przynajmniej tak sądzą). Szwedzi chyba liczą, że bardzo drogo sprzedadzą swój film na całym świecie, gdy tylko Kasparow i Limonow dojdą do władzy.

Kasparow: mocna sylwetka, serdeczny uśmiech, piękna twarz ormiańskiego Żyda. Gdy obaj wchodzą na trybunę, były mistrz szachowy robi większe wrażenie niż Limonow, który z tą swoją bródką i w okularkach wydaje się odgrywać rolę zimnego stratega, pozostającego w cieniu naturalnego lidera. Zresztą to właśnie Kasparow zaczyna frontalny atak, wyjaśniając, dlaczego wybory prezydenckie, które mają się odbyć w 2008 roku, stanowią historyczną okazję do przejęcia władzy. Putin kończy swoją drugą kadencję, konstytucja zabrania mu kandydować na stanowisko prezydenta po raz trzeci, a wokół siebie zrobił takie czystki, że w obozie rządowym nie pojawił się żaden odpowiedni kandydat. Po raz pierwszy w historii Rosji opozycja demokratyczna dostała swoją szansę. Mediom założono kaganiec, opinia publiczna nie wie, do jakiego stopnia zwykli Rosjanie mają dość oligarchów, korupcji, wszechwładzy FSB, ale on, Kasparow, wie. Jest elokwentny, jego głos brzmi jak muzyka, a ja zaczynam myśleć, że być może ci Szwedzi mają rację. Pragnę wierzyć, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego, czegoś w stylu początków Solidarności. I właśnie w tym momencie mój sąsiad, angielski dziennikarz, parska śmiechem i szepcze, owiewając mnie oparem przetrawionego ginu: „Bullshit. Rosjanie uwielbiają Putina i nie rozumieją, dlaczego jakaś debilna konstytucja zabrania im wybrać po raz trzeci tak dobrego prezydenta. Ale niech pan pamięta o jednym: konstytucja wyklucza trzy kadencje p o d r z ą d. Nie to, żeby przeczekać jedną kolejkę, posadziwszy na stołku jakiegoś chochoła, i wrócić później. Zobaczy pan”.

Ta wypowiedź studzi moją ekscytację. Nagle prawda jest po stronie realistów, ludzi, którzy ją znają i niestrudzenie głoszą, po stronie mojego subtelnego przyjaciela Pawła — twierdzi on, że cała ta historia demokratycznej opozycji w Rosji przypomina sytuację, w której chcielibyśmy zrobić roszadę, grając w warcaby: coś, czego nie przewidują reguły gry, coś, co nigdy się nie udało i nigdy się nie uda. Kasparow, w którym jeszcze przed minutą byłem gotów widzieć rosyjskiego Wałęsę, nagle staje się kimś w rodzaju François Bayrou[4]. Jego przemowa wydaje mi się miałka, pełna emfazy. A z moim sąsiadem zaczyna mnie naraz łączyć porozumienie uczniów z oślej ławki, wymieniających w kącie klasy świńskie obrazki. Pokazuję mu świeżo kupioną książkę Limonowa. Nieprzetłumaczona nigdzie prócz Serbii, nosi tytuł Anatomija gieroja (Anatomia bohatera) i zawiera wkładkę ze smakowitymi zdjęciami przedstawiającymi rzeczonego bohatera, Limonowa we własnej osobie, jak paraduje w maskującym ubraniu obok serbskiego milicjanta Arkana, Jeana-Marie Le Pena, rosyjskiego populisty Żyrinowskiego, najemnika Boba Denarda i kilku innych humanistów. „Fucking fascist...” — komentuje angielski dziennikarz.

Obaj podnosimy wzrok na Limonowa. Siedzi, lekko wycofany, obok Kasparowa, słucha, jak ten skarży się na prześladowania ze strony władzy i nie wygląda na kogoś, kto oczekuje na to, na co oczekują wszyscy politycy na mityngach: żeby orator się zamknął i pozwolił mówić im. Siedzi, uważny, wyprostowany i spokojny jak medytujący mnich zen. Ciepły głos Kasparowa jest już tylko mruczeniem w tle: teraz patrzę na nieprzeniknioną twarz Limonowa, a im dłużej to robię, tym bardziej uświadamiam sobie, że nie mam najmniejszego pojęcia, o czym on myśli. Czy naprawdę wierzy w tę pomarańczową rewolucję? Czy bawi go — człowieka stojącego poza prawem, wściekłego psa — udawanie cnotliwego demokraty pośród byłych dysydentów i bojowników o prawa człowieka, których przez całe życie miał za naiwniaków? Czy świadomość, że jest wilkiem w owczarni, sprawia mu potajemną rozkosz?

W notesie znajduję inny fragment Dniewnika nieudacznika: „Przeszedłem na stronę zła: prasa podziemna, ulotki z powielacza, partie, które nie mają żadnych szans. Lubię mityngi polityczne, na których zbiera się tylko garstka ludzi, i kakofonię czynioną przez muzyczne beztalencia. A nienawidzę orkiestr symfonicznych. Gdybym przez jeden dzień miał władzę, poderżnąłbym gardła wszystkim skrzypkom i wiolonczelistom”. Mam ochotę przetłumaczyć ten fragment angielskiemu dziennikarzowi, ale nie jest to konieczne. Zapewne pomyślał to samo, co ja, w tej samej chwili, bo pochyla się ku mnie i mówi, tym razem wcale się nie śmiejąc: „Powinni mieć się na baczności ci jego koledzy. Jeżeli kiedyś przypadkiem przejmie władzę, pierwsze, co zrobi, to ich wszystkich powystrzela”.

To nie ma żadnej wartości statystycznej, ale jednak: w czasie pracy nad reportażem rozmawiałem o Limonowie z ponad trzydziestoma osobami, zarówno z nieznanymi, które woziły mnie samochodami, bo w Moskwie każdy zarabia na czarno jako taksówkarz, jak i z przyjaciółmi należącymi do grupy, którą z dużą ostrożnością nazwałbym rosyjską mieszczańską bohemą: artystami, dziennikarzami, wydawcami, kupującymi meble w Ikei i czytającymi rosyjską edycję „Elle”. Można o nich powiedzieć wszystko, ale nie to, że są narwani, a jednak żaden z nich nie powiedział mi o Limonowie nic złego. Nikt nie użył słowa „faszyzm”, a gdy mówiłem: „Ale jednak te sztandary, te hasła...”, wzruszali ramionami i uznawali mnie za świętoszka. To tak jakbym przyjechał robić wywiad z Houellebekiem, Lou Reedem i Cohn-Benditem jednocześnie: dwa tygodnie z Limonowem, ty to masz szczęście! Co nie znaczy, że wszyscy ci rozważni ludzie są gotowi na niego głosować — nie z większą chęcią niż, jak sądzę, Francuzi głosowaliby na Houellebecqa, gdyby nadarzyła się taka okazja. Ale lubią zadziorny charakter Limonowa, podziwiają jego talent i brawurę, a gazety o tym wiedzą, bo bez przerwy o nim piszą. Krótko mówiąc, Limonow jest gwiazdą.

Towarzyszę mu podczas imprezy organizowanej przez radio Echo Moskwy. To jedno z najważniejszych towarzyskich wydarzeń sezonu. Przychodzi z gorylami oraz z nową żoną Jekatieriną Wołkową, młodą aktorką, która stała się sławna dzięki roli w serialu telewizyjnym. Mam wrażenie, że znają cały ten medialno-polityczny światek, tłoczący się na imprezie; nikt nie jest częściej fotografowany i fetowany niż oni. Chciałbym, żeby Limonow zaproponował mi później wspólną kolację, ale on tego nie robi. Nie zaprasza mnie też do mieszkania, które zajmuje Jekatierina z ich dzieckiem — jak dowiaduję się podczas imprezy, mają ośmiomiesięcznego syna. Szkoda, chętnie zobaczyłbym miejsce, gdzie odpoczywa wojownik. Chętnie przyjrzałbym mu się w zaskakującej w jego przypadku roli ojca rodziny. A przede wszystkim chętnie poznałbym bliżej Jekatierinę, która jest urocza i miła w sposób, w jaki zwykle są urocze i miłe amerykańskie aktorki: dużo się śmieje, zachwyca się wszystkim, co powiem, i zostawia mnie tam, gdzie stoję, gdy mija nas ktoś ważniejszy. Udaje mi się mimo wszystko pogadać z nią pięć minut przy zimnym bufecie. To wystarczy, by opowiedziała z rozbrajającą szczerością, jak to zanim poznała Eduarda, nie interesowała się polityką, a teraz wszystko już rozumie. Rosja jest państwem totalitarnym, trzeba walczyć o wolność, uczestniczyć w marszach protestacyjnych — co, jak się zdaje, ona robi z taką samą powagą, z jaką wykonuje swoje ćwiczenia jogi. Na drugi dzień czytam w piśmie kobiecym wywiad z nią. Podaje w nim sposoby na zachowanie urody i pozuje w czułym uścisku męża opozycjonisty. Zbija mnie z tropu to, że zapytana o politykę, mówi dokładnie to samo, co powiedziała mnie. Używa sobie na Putinie równie nieostrożnie, jak nieostrożnie mogłaby używać sobie na Sarkozym któraś z francuskich zaangażowanych społecznie aktorek, broniąc nielegalnych imigrantów. Próbuję sobie wyobrazić, co działoby się w podobnych okolicznościach za czasów Stalina, a nawet za Breżniewa, zakładając, co wydaje się raczej nieprawdopodobne, że takie słowa w ogóle trafiłyby do druku, i myślę, że nie jest źle, że są gorsze rzeczy niż putinowski totalitaryzm.