Dobrze jest mieć dokąd pójść

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Od poprzednich zapisków upłynęło pięć tygodni. Złamałem ślubowanie, zgodnie z którym przez cały kwartał miałem czytać jedynie Balzaka. Inne książki wydały mi się pilniejsze, godniejsze pożądania, a teraz, kiedy do niego wróciłem, stwierdzam (z zażenowaniem, bo zobowiązałem się uczynić z jego lektury temat tej kroniki), że Komedia ludzka już mnie nie interesuje. Całkowite wygaśnięcie pożądania.

Dobrze wiem, że mówiąc to, nie mówię niczego o Balzaku, w najlepszym razie coś o swoim guście i jego kaprysach, a także o stopniowym odkrywaniu, jakiego dokonuję. Jako nastolatek czytałem i kochałem Balzaka, potem zapomniałem o nim na dwadzieścia pięć lat. Miałem ochotę czytać go i kochać tej zimy, entuzjazm płonął przez kilka tygodni, znajdowałem doskonałe powody, by go podsycać, a Bóg wie, że takowe istnieją i nawet bywają ze sobą sprzeczne, ale oto już nawias się zamyka. Może za dziesięć, dwadzieścia lat znowu będę chciał sprawdzić, w jakim jestem punkcie, jeśli chodzi o tego pisarza. Ale uderza mnie to, jak bardzo w tych długich odstępach czasu jest nieobecny, jak słabo na mnie oddziałuje.

W zbiorze esejów Florence Delay, który zacytowałem, poświęconym jej ulubionym pisarzom (takim jak Gertruda Stein, Ramón Gómez de la Serna, Giraudoux, José Bergamin i inni), autorka celnie mówi „o tym, co jest namolne” w każdym z nas, o książkach (jako że mówimy tu o książkach) tworzących „namolną rodzinę. Tę, którą kazał nam wybrać nasz charakter, tajny agent naszego życia, zanim w ogóle zaczęliśmy rozumieć, dlaczego tak jest”. Właśnie byłem trochę namolny, jeśli idzie o Balzaka — po to, by odkryć, że on wcale nie jest namolny wobec mnie. Że żyje dla mnie jedynie, kiedy go czytam, natomiast poza tymi okresami nie włącza się do mojego życia (ale już do Michona tak — jak przyznaje, myśli o nim za każdym razem, gdy wybiera pieniądze z bankomatu: chciałbym, żeby taki rodzaj zapału był moim udziałem).

Kiedy zapytano Strawińskiego, czy lubi Sibeliusa, odpowiedział po chwili zdziwienia: „W sumie tak, lubię. Ale nie myślę o nim często”. Obawiam się, że ze mną i Balzakiem jest tak samo — to znaczy, że go nie kocham.

Inny cytat muzyczny na zakończenie. Jakaś pani zwraca się do Honeggera (albo Dariusa Milhaud, już nie pamiętam): „Mistrzu, nic na to nie poradzę, ale nie lubię, naprawdę ani trochę nie lubię Beethovena”. A Mistrz na to: „Ależ droga pani, to nie ma żadnego znaczenia”.

„L’Atelier du roman”, lato 1997

PHILIP K. DICK

Kiedy zacząłem go czytać około 1975 roku, nosiłem małe okrągłe okulary, afgańską kurtkę, schodzone clarksy na nogach i powtarzałem jak katarynka, że to Dostojewski naszego stulecia, to znaczy, żeby ująć rzecz krótko, człowiek, który wszystko zrozumiał. Uważałem Ubika, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha i Przez ciemne zwierciadło za książki równie prorocze jak Biesy.

Zdarzały się opinie jeszcze bardziej radykalne: dokładnie w tym samym czasie (ale dowiedziałem się o tym dużo później, pracując nad jego biografią) jeden z francuskich wydawców Philipa K. Dicka bardzo poważnie mu tłumaczył, że jego powieść Ubik jest jedną z pięciu najważniejszych książek, jakie kiedykolwiek powstały. Nie jedną z pięciu najważniejszych książek science fiction, nalegał wobec zdumionego rozmówcy, nie: po prostu jedną z pięciu najważniejszych książek, z Biblią, I-cing, Bardo Thodol i już zapomniałem, jaka była ta piąta. Jedną z tych, ku którym ludzie się zwracają i zawsze będą się zwracać, by zrozumieć sekret swojej ludzkiej kondycji, sens sensu, krótko mówiąc — zdobyć wiedzę ostateczną.

Dwadzieścia pięć lat później to się nie zmieniło. Brałem ostatnio podczas targów książki udział w debacie z gatunku tych, które zioną powalającą nudą, ale ta akurat była inna, bo chodziło o Dicka, a mówić o Dicku, choćby tylko o nim mówić, to jakby zażyć kwas: człowiek bardzo szybko odlatuje. Byli tam ludzie, którzy go znali (Norman Spinrad, Gérard Klein) i tacy, co czytali go jako nastolatkowie i nigdy się z tego nie otrząsnęli (Maurice Dantec, ja). Było sporo podniecenia, kłótni, zbieżności, rozbieżności, mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w jednej z jego powieści, w której istnieje ryzyko, że czyjś prywatny świat bez ostrzeżenia, w dowolnym momencie, może zaatakować i wchłonąć świat sąsiada, jak zahibernowane dziecko z Ubika atakuje i wchłania świadomość towarzyszy swego połowicznego życia. Aby dać wyobrażenie, jaki to rodzaj debaty, powiem, że zdesperowanemu moderatorowi wypsnęło się zdanie, do którego często wracam myślami: „Byłoby dobrze, naprawdę, byłoby dobrze, gdybyśmy uzgodnili, co rozumiemy przez rzeczywistość, p r z y n a j m n i e j m i ę d z y s o b ą”.

Wszyscy zgadzali się mimo wszystko co do tego, że Dick to coś zupełnie innego niż wielki pisarz science fiction, a nawet po prostu wielki pisarz. Coś zupełnie innego, owszem, ale co?

Jedna z jego pierwszych powieści, Czas poza czasem, opowiada o człowieku, który mieszka w małym amerykańskim miasteczku w latach pięćdziesiątych XX wieku i zarabia na życie — marnie, ale jednak zarabia — odpowiadając na pytania w konkursie organizowanym przez lokalny dziennik: „Zgadnij, gdzie będzie jutro zielony ludzik”. Kupony na odpowiedzi mają formę siatki, a zielony ludzik znajduje się na jednym z setek jej pól. Codziennie przenosi się na inne, a Ragle Gumm (tak nazywa się bohater) codziennie próbuje zgadnąć, które będzie następne. W trudno wytłumaczalny sposób jego intuicja okazuje się prawie za każdym razem słuszna i ta seria sukcesów czyni z niego niezbyt jasno określonego członka społeczności: pół artystę, pół kuglarza, kogoś innego niż wszyscy.

Pewnego dnia przydarza mu się coś dziwnego: wchodzi do łazienki, po omacku stara się znaleźć sznureczek lampy, na lewo od drzwi, ale bezskutecznie. Po sprawdzeniu okazuje się, że nie ma sznureczka od lampy, tylko przełącznik po prawej stronie drzwi. Ten przełącznik najwyraźniej zawsze znajdował się w tym miejscu. Jednak Ragle, który mieszka w tym domu od dwudziestu lat, szukał sznureczka od lampy i wiedział, gdzie go szukać. Jego gest był odruchem, doskonale wpisanym w rutynowe, podkorowe zachowania. Skąd ten odruch? — zastanawia się.

Większość ludzi w takich przypadkach zadowala się stwierdzeniem „to dziwne” i przechodzi nad tym do porządku. Jednak Ragle należy do tych, co nie przechodzą, tylko szukają sensu w rzeczach, które być może go nie mają, oraz odpowiedzi na pytania, które być może niebezpiecznie jest uważać za pytania. Zaczyna dochodzenie. Dopada go szczególne wrażenie niedopasowania i déjà vu. Wysłuchuje wiadomości radiowych na swój temat. Czuje, że ktoś knuje wokół niego spisek, że coś się przed nim ukrywa. W końcu dowiaduje się prawdy.

Prawda jest taka, że to nie rok 1952, a 1997 i toczy się wojna między Ziemią a pochodzącymi z niej zbuntowanymi osadnikami na Księżycu, którzy bez przerwy bombardują naszą planetę. Na szczęście obroną Ziemi dowodzi geniusz strategii Ragle Gumm, który dzięki rozwadze, doświadczeniu, a przede wszystkim wyczuciu prawie zawsze potrafi przewidzieć, gdzie spadną kolejne rakiety, co umożliwia ewakuację zagrożonych miast przed katastrofą. Niestety pewnego dnia miażdżący ciężar odpowiedzialności przekracza jego odporność psychiczną. Załamuje się i ucieka w fantazje o spokoju: o beztroskich latach pięćdziesiątych swego wczesnego dzieciństwa. „Zespół wycofania” orzekają psychiatrzy: nie ma takiej siły, która zdołałaby go od tego oderwać. Władze Ziemi wpadają wówczas na pomysł, aby dostosować otoczenie do jego psychozy, czyli odtworzyć wokół niego świat, w którym czuje się bezpiecznie. Na supertajnych terenach wojskowych zostaje zbudowane tak jak w studiu filmowym amerykańskie przedwojenne miasto, zaludnione przez aktorów i dające Ragle’owi możliwość oddawania się hobby wykorzystującemu mimo wszystko jego talent. Przekonany, że rozwiązuje dziecinne łamigłówki z gazety, lokalizuje następne miejsce pobytu zielonego ludzika, tymczasem faktycznie znajduje punkty uderzeń pocisków i nadal chroni Ziemian. Aż do dnia, w którym rodzi się w nim wątpliwość, po czym wskutek drobnych zdarzeń zaczyna odzyskiwać pamięć. Sygnałem wyzwalającym jest sznureczek od lampy.

Powieść pochodzi z lat pięćdziesiątych, jak znaczna część opowiadań, które trafiają teraz do rąk czytelnika; wykorzystują one obsesyjnie motyw człowieka, który na podstawie drobnego szczegółu uświadamia sobie, że c o ś j e s t n i e t a k, że rzeczywistość nie jest rzeczywistością. Kiedy je pisał, Dick postrzegał siebie jako biednego proletariackiego pisarza, który nie ma szczęścia i jest zmuszony zarabiać na życie — marnie zarabiać — wystukując na maszynie w jak najszybszym tempie opowieści o zielonych ludzikach, odciągających go od dzieł literackich, które, jak liczył, odcisną jego ślad na piaskach czasu. Przeczuwał jednak, że taka ocena tylko częściowo odzwierciedla rzeczywistość: że w istocie, i to bez własnej wiedzy, robi coś zupełnie innego. Coś innego, owszem, ale co?

Przez lata snuł różne wyobrażenia na ten temat. Jako że był, na swój bałaganiarski sposób, bardzo wykształcony, znał i cytował z pedantyczną dokładnością wcześniejsze wersje intuicyjnych twierdzeń, które rozwijał w kolejnych książkach: jaskinię Platona; kosmologie gnostyków aleksandryjskich; sen Chuang-Tzu, który cztery wieki przed naszą erą zastanawiał się, czy jest chińskim filozofem, który śni, że jest motylem, czy motylem, który śni, że jest chińskim filozofem, a także groźniejszą wersję tego pytania, sformułowaną w 1641 roku przez Kartezjusza: „Skąd wiem, że nie omamił mnie złośliwy demon nieskończenie ode mnie potężniejszy, który chce, abym uwierzył w istnienie świata zewnętrznego — i mojego ciała?”. W Kalifornii lat siedemdziesiątych te zawrotne wątpliwości, które stały się znakiem firmowym Dicka, siłą rzeczy musiały wiązać się z narkotykami.

Timothy Lear twierdził, że w drugiej połowie XX wieku prowadzić życie religijne bez LSD było takim samym absurdem, jak studiować astronomię i twierdzić, że niepotrzebny nam teleskop. Bo dokładnie o to chodziło: o religię, czyli dostęp do Rzeczywistości, której imię „Bóg”, to nic innego jak najstarszy wiekiem pseudonim. Dick, skądinąd używający wszelkich możliwych środków chemicznych, wziął kwas jeden jedyny raz w życiu, ale ten raz wystarczył. Znalazł się w świecie swoich książek, koszmarnym i wymykającym się mu („Moje dzieci — opowiadał podobno znajomym — byłem w piekle, a wychodziłem stamtąd, czołgając się, przez tysiąc lat”), z czego wydedukował to, co podejrzewał już od dawna: rzeczone książki, pod płaszczykiem fikcji, i to fikcji na pierwszy rzut oka skrajnie odległej od codziennego doświadczenia, mówiły dosłowną prawdę. I że naiwnie przekonany, iż tworzy z wyobraźni, nigdy nie pisał nic innego jak r a p o r t y.

 

Ostatni okres jego twórczości nie jest reprezentowany w tej książce, ponieważ zarzucił pisanie opowiadań, a budzi on zakłopotanie nawet wśród najzagorzalszych miłośników Dicka. Chciałbym mimo wszystko wspomnieć o nim w kilku słowach.

W 1974 roku pisarz przeszedł przez doświadczenie mistyczne, które potem określał jako opętanie jego ducha przez innego ducha, który przejął kontrolę nad jego ośrodkami nerwowymi i działał, myślał oraz mówił przez niego. „Nie był to ludzki duch — pisał. — W czwartek i sobotę byłem skłonny sądzić, że Bóg, we wtorek i w środę, że istota pozaziemska, a niekiedy, że Akademia Nauk Związku Radzieckiego testuje na mnie swój telepatyczny nadajnik mikrofal psychotronicznych. Był wyposażony we wspaniałą wiedzę techniczną, we wspomnienia sięgające ponad dwóch tysięcy lat, znał grekę, hebrajski, sanskryt i wydawało się, że ma pojęcie o wszystkim”.

Jedno jest pewne: to doświadczenie stało się obsesją Dicka przez osiem ostatnich lat jego życia. Strumień informacji, głównie natury religijnej, wpływał w niego kanałem snów lub drobnych koincydencji, do których interpretacji używał całego swojego pokręconego geniuszu. Święcie wierzył na przykład, że cesarstwo rzymskie nigdy się nie skończyło, że dwudziestowieczna Ameryka jest w rzeczywistości czymś w rodzaju gigantycznego hologramu, w którym żyją pod przymusem poddani tego okrutnego i zwodniczego imperium. Wierzył, że Nixon jest spadkobiercą cezarów, to znaczy Antychrystem, on zaś, Dick, pod przykryciem kalifornijskiego świra, jest przywódcą podziemnych chrześcijan, który próbuje wyrwać ludzi z iluzji i poprowadzić ich ku światłu. Aż do śmierci notował fragmenty tego Objawienia, które złożyły się na dokument o objętości wielu tysięcy stron (nazwał je Egzegezą), i jak sam przyznawał, stale oscyluje między proroczym natchnieniem a paranoicznym delirium („zakładając — jak sam pisze — że między jednym a drugim istnieje jakaś różnica”).

W Przez ciemne zwierciadło, jednej z jego najpiękniejszych powieści, spotykamy dziwną postać: agenta brygady antynarkotykowej, który w cywilu jest ćpunem. Dzięki zabiegowi narracyjnemu, którego omówienie zajęłoby zbyt wiele czasu, tajny agent dostaje zadanie rozpracowania tego właśnie ćpuna. Podobne rozdwojenie stanowi też podstawę Valis, gdzie Dick, próbując nadać Egzegezie formę powieściową, przyjmuje dwie role: Philipa K. Dicka, pisarza science fiction, oraz jego przyjaciela i alter ego Konioluba Grubasa. Bóg lub ktoś, kogo dla wygody nazywa Bogiem, przemawia do Horselovera Fata. To czyni z niego proroka — w pierwotnym znaczeniu, czyli nie tego, który przepowiada przyszłość, ale tego, który ujawnia ukrytą prawdę o teraźniejszości.

Oczywiście wszyscy uważają, że jest szalony, i trzeba przyznać, że istnieją ku temu dobre powody, bo oprócz szaleństwa wyrażającego się w synkretycznej siekance słownej, w której się tarza, ma on ciemną przeszłość narkomana i paranoika. Sam zresztą tak o tym myśli, tak samo jak jego przyjaciel Phil Dick, towarzyszący mu z ciekawością i współczuciem w ostatniej odysei psychicznej, której Valis jest zapisem.

Rezultatem jest unikatowy dokument w historii poszukiwań nad sferą psychiki: na raport z doświadczenia, które można potraktować jedynie jako Boże objawienie lub system urojeniowy (oczywiście istnieją poważne argumenty przemawiające za tą drugą hipotezą), nakłada się, trochę tak, jakby Freud i prezydent Schreber byli tą samą osobą, krytyka tegoż doświadczenia, prowadzona przez świadka przechodzącego przez całą gamę możliwych reakcji na dziką mistykę.

Zaprzeczenie psychologiczne: „Spotkanie z Bogiem jest dla choroby psychicznej tym, czym śmierć dla raka: logicznym końcem procesu chorobowego”.

Zaprzeczenie socjologiczne: „Czasy narkotyków się skończyły i wszyscy szukali nowych dragów. Dla Fata, jak i dla wielu innych, były one religią. Można powiedzieć, że narkotyki zażyte w latach 60. stanowią marynatę, w której jego mózg macerował się w latach 70.”. (Albo, jak to z brutalną zwięzłością ujął Harlan Ellison: „Took drugs; saw God: big fucking deal”).

Ale też coś w rodzaju niepewności, wahania, zasady nierozstrzygalności: „Może Koniolub Grubas nie spotkał Boga, ale mimo wszystko wierzę, że jednak coś spotkał”.

Coś, owszem, ale co?

Zauważyłem w ostatnich latach uderzającą rzecz. Kiedy na ekrany wchodzą filmy takie, jak Matrix, Truman Show czy eXistenZ™, nie tylko ich autorzy nie wspominają o Dicku — nie robią tego również krytycy ani publiczność: bardzo rzadko się zdarza, by ktoś spoza kręgu wieloletnich fanów cytował jeszcze jego nazwisko. Można zatem powtórzyć za Baudelaire’em, że geniusz polega na stworzeniu szablonu — to, co wyobraził sobie Dick, należy teraz do wszystkich. Ale można to też wyrazić nieco inaczej: żyjemy teraz w świecie Dicka, w wirtualnej rzeczywistości, która kiedyś była fikcją, w wynalazku kogoś w rodzaju dzikiego gnostyka, a ten wynalazek obecnie jest rzeczywistością, jedyną rzeczywistością. W tym sensie to on odniósł zwycięstwo; to on, jak Palmer Eldritch z Trzech stygmatów Palmera Eldritcha, połknął nas wszystkich. Znajdujemy się w jego książkach, a jego książki nie mają już autora.

Nie jestem pewien, jak podsumować, bo nie sposób podsumować Dicka. W takim razie skopiuję w ramach zakończenia cytat, który zamieściłem jako motto swojej książki o nim. Pochodzi ono z mitycznego przemówienia, jakie pisarz wygłosił w 1977 roku w Metzu. Uważał, że ta mowa, skrót jego Egzegezy, jest odpowiednikiem proroctw Izajasza czy Jeremiasza, a być może ich spełnieniem. Uczciwi francuscy lewacy, którzy stanowili jego audytorium, odebrali to jako elukubracje szaleńca — nie mieli nic przeciwko temu, szaleństwo było wówczas dobrze widziane — w dodatku szaleńca podszytego bigotem, a to już o wiele gorzej. Oto i cytat:

„Jestem pewien, że mi nie wierzycie i nawet nie wierzycie, że ja wierzę w to, co mówię. A jednak to prawda. Możecie mi wierzyć lub nie, ale uwierzcie przynajmniej w to: nie żartuję. To bardzo poważna i bardzo ważna sprawa. Powinniście zrozumieć, że dla mnie ogłaszanie czegoś takiego również jest zdumiewające. Mnóstwo ludzi twierdzi, że pamiętają swoje poprzednie życia, ja zaś twierdzę, że pamiętam swoje inne teraźniejsze życie. Nie znam podobnych oświadczeń, ale podejrzewam, że moje doświadczenia nie są wyjątkowe. Wyjątkowa jest być może chęć mówienia o tym”.

Przedmowa do pełnego wydania Nouvelles (Opowiadania) Philipa K. Dicka, Denoël, 2000

RAJTAR SZWEDZKIEGO KRÓLA LEO PERUTZA

Rajtar szwedzkiego króla zaczyna się od prologu, w którym stara dama, w połowie XVIII wieku, wraca do wspomnień z dzieciństwa. Opowiada o swoim ojcu, oficerze w wojsku Karola XII. I o woreczku z solą i ziemią, który przyszyła do podszewki jego płaszcza przed pójściem na wojnę, bo słyszała od stajennego, że to niezawodny sposób, aby związać na zawsze dwie istoty. O potajemnych conocnych wizytach tego tajemniczego ojca, mimo że przebywał, cała armia mogłaby to poświadczyć, pięćset kilometrów od swojego zamku i od córki. O zawiadomieniu o jego śmierci, w którą nie uwierzyła, i o modlitwach ofiarowanych w głębi duszy za biedaka, który miał być pochowany pod jej oknami.

Czytelnik, bombardowany informacjami (tak jak Państwo podczas lektury tego artykułu), których ostateczny cel mu umyka, rejestruje je, choć nie rozumie zbyt wiele. Mówi sobie, że to wszystko w końcu się wyjaśni. W tym momencie zaczyna się opowieść. Historia dzieje się na Śląsku podczas wojny trzydziestoletniej. Nasze wyobrażenie o Śląsku w czasie wojny trzydziestoletniej jest tak mętne, że musimy zaufać autorowi, który korzysta z tego, aby nas wciągnąć w dziwny świat bez punktów odniesienia, bliższy science fiction niż powieści historycznej: może nie w czwarty wymiar, ale powiedzmy, że w trzeci i pół.

W tym mrocznym świecie przez ponad dwadzieścia lat toczy się historia wymiany, powielenia i kradzieży tożsamości. Po przypadkowym spotkaniu jeden mężczyzna zajmuje miejsce drugiego. Wagabunda staje się kasztelanem, a kasztelan trafia do Biskupiego Piekła (nie rozumiemy zbyt dobrze, czym jest Biskupie Piekło, najważniejsze jest to, że wzbudza w nas strach). W sumie klasyczna historia, niezwykle dobrze poprowadzona, w ramach czasoprzestrzeni, która przenosi nas gdzieś daleko, a więc czyta się ją z wielką przyjemnością, ale cóż, istnieje mnóstwo książek, które czyta się z przyjemnością.

Dochodzimy do ostatnich stron. Autor zna swoje rzemiosło, wszystko wskazuje na to, że historia harmonijnie się zamyka. Ostatni akapit. Ostatnie zdanie. Coś się tutaj dzieje. Przepisuję to ostatnie zdanie, tylko po to, aby czytelnik zorientował się, do jakiego stopnia jest mało znaczące: „Wózek, który wiózł bezimiennego mężczyznę na miejsce wiecznego spoczynku, przetoczył się powoli pod oknami jego domu”. Niby nic, ale jeśli przeczytałeś wszystko, co je poprzedza, jest całkowicie niemożliwe, aby dreszcz nie przebiegł ci po plecach. Bezużyteczne strzępy informacji z prologu błyskawicznie ożywają w pamięci. Zawsze były do dyspozycji, autor nie oszukiwał, on tylko odroczył aż do tego ostatniego zdania moment ich reaktywacji.

I nagle rozumiesz to, co właśnie przeczytałeś, to, co ci mówiono od samego początku, tylko ty nie uświadomiłeś sobie tego wyraźnie. Autor zadowolił się wypchnięciem pionka na szachownicy, jednego z tych biednych pionków, które pod koniec gry wydają się bezużyteczne, i powiedział półgłosem: „Szach i mat”. W tym momencie wszystko ukazało się w zupełnie innym świetle, które ze zręcznej historii uczyniło tragedię o losie.

Literatura może dostarczyć wszelkiego rodzaju przyjemności. Nie wiem, czy ten rodzaj jest najwznioślejszy, ale dla pewnego typu czytelników, do których należę, jest jednym z najintensywniejszych. Ponadto, kiedy czytelnik jest również pisarzem, coś takiego budzi w nim największą zazdrość: marzy, a przynajmniej ja marzę, żeby być zdolnym do tego samego. Zaszachować czytelnika. Fikcja, która zmierza ku temu celowi, wprowadza suspens z podwójnym wyzwalaczem. Do banalnego niepokoju — co stanie się z bohaterem? Jak sobie poradzi? — dokłada się inny: jak poradzi sobie autor? Czy spadnie na cztery łapy? Czy nie tylko mnie zaszachuje, ale zrobi to w sposób naprawdę nieoczekiwany, zaszokuje mnie, zaskoczy, weźmie zupełnie znienacka? Są mistrzowie tej dyscypliny. Adolfo Bioy Casares, któremu jego przyjaciel Borges pogratulował, że wymyślił w Wynalazku Morela intrygę niezwykle rzadko spotykanego rodzaju, bez przesady można ją nazwać intrygą doskonałą. W naszej literaturze to René Belletto i La Machine. Także Japrisot w większości swoich powieści, gdzie panicznie boimy się o niego, mówiąc sobie, że posunął się tak daleko, iż jedynym wyjściem dla niego będzie żałosne rozwiązanie w postaci dzwoniącego budzika i bohatera, który wzdycha: „Dzięki Bogu, to był tylko zły sen” — otóż Japrisot nie tylko potrafi racjonalnie wyjaśnić cuda, które wymyślił, ale jego wyjaśnienia są jeszcze bardziej cudowne niż to, co wyjaśnia.

Leo Perutz należał do tej rodziny. Praski Żyd, dokładnie współczesny Kafce — ale pożył znacznie dłużej i zmarł w Izraelu, po wojnie. Kto przeczyta jedną z jego powieści, przeczyta je wszystkie, ale nie wszystkie, trzeba przyznać, są równie doskonałe narracyjnie, warto zatem zacząć od arcydzieł. Rajtar szwedzkiego króla był jego ulubioną książką, jest również moją, a ostatni paradoks tej powieści, która wydaje się w całości uzależniona od fabuły, stanowi to, że nie tylko dobrze znosi ponowną lekturę, ale wręcz jej wymaga. Właśnie tego doświadczyłem: za drugim razem jest jeszcze lepiej.

„Le Journal du dimanche”, sierpień 2000

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?