Dobrze jest mieć dokąd pójśćTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © 2016, POL éditeur

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Agata Kozak

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020


Tytuł oryginału: "Il est avantageux d’avoir où aller"


Zdjęcie na okładce: Naścienny labirynt z katedry św. Marcina w Lukce (Włochy)

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Marek Pawłowski

REDAKTOR PROWADZĄCY: Andrzej Stańczyk

REDAKCJA: Anna Rudnicka

KOREKTA: Anna Dobosz, Urszula Srokosz-Martiuk, Aneta Tkaczyk



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-06725-3 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

1  Okładka

2  Spis treści

3  Strona redakcyjna

4  TRZY ZDARZENIA Z KRONIKI SĄDOWEJ 1 2 3

5  RUMUNIA WIOSNĄ 1990 ROKU 1 2 3 4 5 6 7 8 9

MOLL FLANDERS DANIELA DEFOE

7  KRÓTKI ŻYWOT ALANA TURINGA 1 2 3

8  SPRAWA ROMANDA 1 2

9  DWA MIESIĄCE CZYTANIA BALZAKA

10  PHILIP K. DICK

11  RAJTAR SZWEDZKIEGO KRÓLA LEO PERUTZA

12  ZAGINIONY WĘGIER 1 2 3 4 5

13  ŻEGNAJ, PRZYJACIELU

14  SOWIECKA MŁODOŚĆ MIKOŁAJA MASŁOWA

15  DZIEWIĘĆ KRONIK DLA WŁOSKIEGO CZASOPISMA 1 2 3 4 5 6 7 8 9

16  ŚMIERĆ NA SRI LANCE

17  POKÓJ 304, HÔTEL DU MIDI

18  EPEPE FERENCA KARINTHYEGO

19  NIEWIDZIALNY

20  CAPOTE, ROMAND I JA

21  CZY MARINA LITWINOWICZ JEST NADZIEJĄ DLA ROSJI?

22  OSTATNI BOHATER BIESÓW 1 2 3 4 5 6 7 8

23  O TYM, JAK KOMPLETNIE SKOPAŁEM WYWIAD Z CATHERINE DENEUVE 1 2 3

24  PROJEKT FILMU O ROSJI 1 2 3 4 5 6 7 8 9

25  SZEPTY. ŻYCIE W STALINOWSKIEJ ROSJI ORLANDO FIGESA

26  GŁOS DÉONA 1 2 3 4 5

27  „IDIOTO JEDEN, WARREN NIE ŻYJE!”

28  TdM 1 2 3

29  ŻYCIE JULIE 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

30  LIST DO RENAUDA CAMUSA

31  CZTERY DNI W DAVOS 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

 

32  POKOLENIE PLACU BŁOTNEGO 1 2 3 4 5 6

33  IN ARTICULO

34  THE JOURNALIST AND THE MURDERER JANET MALCOLM

35  PODOBIEŃSTWO 1 2 3 4 5 6 7

36  W POSZUKIWANIU KOŚCIARZA 1 2 3 4 5 6 7

37  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

TRZY ZDARZENIA Z KRONIKI SĄDOWEJ
1

„Cieszę się, że moja matka żyje”.

21 i 22 listopada ubiegłego roku dwudziestojednoletni chłopak, Franck B., stanął przed sądem przysięgłych w Melun za próbę zabicia Hélène R., swojej matki biologicznej. Oto ich historia.

Dwadzieścia lat wcześniej Hélène R. nie była jeszcze „matką biologiczną”, tylko młodocianą panną z dzieckiem, przerażoną tym, co się jej przydarzyło. Urodziła dziecko, ale nie miała odwagi nikomu o tym powiedzieć, a jednocześnie straciła zatrudnienie jako pomoc domowa wraz z przysługującą jej służbówką. Krążyła ze swoim synkiem między jednym domem samotnej matki a drugim, potem krążyła z małym chłopcem i z dużym brzuchem, a potem z dwoma małymi chłopcami, bo przecież nieszczęścia chodzą parami, toteż Alexandre urodził się dwa lata po Francku, z równie nieznanego ojca jak ten pierwszy. Tkwiąc w milczeniu, lęku i przyzwyczajeniu do ciągłych odmów, Hélène R. nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc, ani jakiej właściwie pomocy by chciała. W DASS1, gdzie człowiek trafia w podobnych przypadkach, również nie wiedziano zbyt dobrze, czy lepiej byłoby pomóc jej zachować dzieci przy sobie, czy je od niej zabrać.

Niewątpliwie mniej by ucierpiały, gdyby zostały porzucone raz na zawsze, zamiast przenosić się od niesumiennych opiekunek do rodzin tymczasowych, jednakże matka nie potrafiła zdecydować się na definitywne rozstanie. Wahała się, po czym wracała po nie tuż przed ostatecznym terminem, wskutek czego porzucenie, które oficjalnie stwierdzono w 1974 roku, rozłożyło się na pięć lat. Dzisiaj twierdzi, że podpisała nieszczęsny dokument, nie rozumiejąc, co robi. Twierdzi również, że nawet po jego podpisaniu miała nadzieję, iż znów zobaczy dzieci, i starała się o to w DASS. Ale tym razem było już za późno: chłopcy zostali adoptowani.

Hélène pozostało już tylko płakać co noc, milczeć jak zawsze, a na pocieszenie — i również po to, aby jeszcze bardziej cierpieć — wyobrażać sobie, że jej synkowie żyją gdzieś we Francji u porządnych ludzi, którzy ich kochają, i że kochają się nawzajem.

Co do tego akurat się nie pomyliła. Państwo B., którzy adoptowali razem Francka i Alexandre’a (przechrzczonego na Alaina, ponieważ w odróżnieniu od brata był na tyle mały, że nie pamiętał swojego imienia), byli niewątpliwie porządnymi ludźmi.

Wszyscy rodzice, począwszy od pierwszego dnia rodzicielstwa, odkrywają z zachwytem lęk, który ich już nigdy nie opuści, a lęk ten jest jeszcze bardziej dotkliwy u przybranych rodziców. Domyślamy się, że B. żywili do swoich synów miłość niespokojną, pełną skrupułów, i przy najmniejszym sygnale ostrzegawczym popadali w obawę, że postąpili nagannie. A sygnały ostrzegawcze się zdarzały i, jak można się spodziewać, pochodziły od Francka. Był on dzieckiem trudnym, skrytym i zbuntowanym. B. robili wszystko, co mogli, aby zachowywać się tak, jakby Franck był ich rodzonym synem, i bez wyrzutów sumienia sprawować nad nim zdrową władzę rodzicielską. Mimo to lub właśnie z tego powodu ich porażka, zarówno w sferze usposobienia, jak i wyników chłopca w szkole, stawała się w miarę upływu lat coraz wyraźniejsza. Martwiło to pana B. na tyle, że jego żona postanowiła nie zasmucać go jeszcze bardziej, nie pokazując mu tego, co odkryła w pokoju Francka i co, przechodząc później z rąk do rąk, potrafiło przyprawić o dreszcz skład sędziowski: nekrolog, prawdziwy i należycie wydrukowany. Głosił on, że państwo B. wraz z Alainem z bólem zawiadamiają o śmierci swojego syna i brata Francka, który odszedł w piętnastym roku życia. Na datę pozostawiono puste miejsce.

Franck miał wtedy piętnaście lat. Pomysł, by odnaleźć swą biologiczną matkę, wykluł się z jego posępnych rojeń dwa lata później. Dziecko, które uważa, iż rodzice go nie rozumieją, zawsze może sobie wyobrazić, że nie są jego prawdziwymi rodzicami i tamci są piękniejsi, bardziej kochający, bardziej to i tamto. Takie fantazje zdarzają się często i zazwyczaj nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji. W wypadku dziecka adoptowanego problem polega na tym, że to nie tylko fantazja, ale że nieznana, lecz rzeczywista osoba zajmuje gdzieś tam w rzeczywistym świecie miejsce, ku któremu biegną wszelkie jego pragnienia, i nie ma większej ani bardziej rozdzierającej pokusy niż odnalezienie tej osoby, aby przekonać się, jak wygląda, i rzucić jej w twarz swoją miłość lub nienawiść, albo jedno i drugie.

Franck oczekiwał, że z tego spotkania wyniesie wszystko, to znaczy wyjaśnienie swojej historii, a w konsekwencji wolność jej przeżywania.

Wydaje się, że zabrał się do tego najzwyczajniej na świecie — zwrócił się do DASS, która podała mu nazwisko matki wraz z sugestią, by poszukał jej adresu przez Minitel. Mówię „wydaje się”, ten punkt jako jedyny wzbudził bowiem kontrowersje podczas procesu, na którym nikt nie podważał faktów: prawnik Francka potępił karygodną niefrasobliwość DASS, natomiast przedstawiciel tej instytucji próbował ją wybielić, nie przekonując jednak nikogo ani też nie wzbudzając szerszego zainteresowania, bo przecież trudno sobie wyobrazić, że jakiś regulamin, którego celem byłoby ograniczyć kaprysy Sfinksa lub zmusić go do występowania z wykwalifikowanym psychologiem u boku, potrafiłby w jakikolwiek sposób zmienić los Edypa.

Krótko mówiąc, pewnego czerwcowego dnia 1988 roku w socjalnym mieszkaniu Hélène R. na przedmieściach Melun rozległ się dzwonek telefonu. Odebrał jej ośmioletni syn Frédéric, który powiedział nieznanemu rozmówcy, że zaraz poprosi mamę.

Tydzień później Hélène R. otworzyła drzwi przed Franckiem.

Był wysokim, posępnym ciemnowłosym chłopakiem o aparycji introwertyka, który silił się na obojętność. Mówił jak ktoś, kto wolałby milczeć, w sposób skrajnie poprawny, i niemal pedantycznie starał się zachować neutralność. Jego głos brzmiał jak zegarynka, a wygląd przywodził na myśl młodych aktorów bez charakteru z filmów Roberta Bressona. Oczywiście Hélène R. nie pomyślała o tym wszystkim, a jedynie o tym, że chłopak, którego ma przed sobą, jest jej utraconym synem, który ją odnalazł, i to jej wystarczyło.

Mówił do niej proszę pani, potem — Hélène, ale nie mamo. Zadawał pytania. Na temat ojca, to oczywiste, lecz ten rozdział nie był długi, bo nie znała nawet jego imienia: pracował tymczasowo na kolei, to wszystko. Wypytywał o jej życie, o zawód: była sprzątaczką w szpitalu. Pytał o trzeciego chłopca, Frédérica: akurat jego zdołała zatrzymać, kiedy życie stało się trochę mniej trudne, ale musi o niego walczyć, bo rozstała się z mężczyzną, z którym zaszła w ciążę i tamten chce jej go odebrać, lecz zaklinała się, że go nie dostanie. Słysząc to, Franck ani drgnął. Wolał wypytać ją o guza, którego miał na czole od wczesnego dzieciństwa — często zastanawiał się nad jego pochodzeniem. Wyjaśniła, że to po upadku w domu ciotki, która go pilnowała, kiedy miał trzy lata.

Hélène udzielała mu możliwie jak najpełniejszych odpowiedzi, sama o nic nie pytając: niektórzy ludzie są tak przyzwyczajeni do tego, że w życiu nic od nich nie zależy, że ich ciekawość tępieje; przyjmują to, co się im przydarza, nie dziwią się niczemu, bo jest jak jest. Ale kiedy Franck wychodził, powiedziała, że jeśli chce wrócić, drzwi są otwarte.

Powrócił jesienią, na urodziny Frédérica, któremu przyniósł prezent: zegarek. Zaczął odwiedzać Hélène dość regularnie. Jego przybrani rodzice nie mieli o niczym pojęcia, nie rozmawiał o tym ani z nimi, ani z Alainem. Hélène urządziła mu w swoim mieszkanku miejsce do spania. Korzystał z niego od czasu do czasu. Różnica statusu pomiędzy mieszczańskim domem państwa B. a światem jego biologicznej matki, tak skąpo wyposażonej w urodę, inteligencję i wiadomości, we wszystko, wydawała mu się nieistotna. Liczył się dla niego tylko Frédéric — wolałby, aby otrzymał lepsze wykształcenie, a myśl, że jego przyrodni brat wejdzie w życie tak słabo zabezpieczony, szczerze go dręczyła. Kochał go, nadal go kocha: popierał walkę matki o utrzymanie go przy sobie.

To spotkanie po latach, co łatwo sobie wyobrazić, niczego Franckowi nie wyjaśniło i nie przyniosło mu wyzwolenia, na które miał nadzieję — przeciwnie, pogłębiło tylko jego zagubienie. Podwójne życie, potajemne wyprawy tam i z powrotem, szybko zaczęły go brzydzić. Próbował od tego uciec.

Uciekł do Szwecji pod pretekstem, że zrobi maturę w liceum francuskim w Sztokholmie, ale wrócił po dwóch miesiącach i znowu zaczął ruch wahadłowy między jednym domem a drugim. Państwo B. narzekali na jego nieobecności i niestabilność nastrojów. Hélène nadal go przyjmowała z tą swoją przygnębiającą, łagodną i upartą dobrocią, jakże irytującą przez to, że tak nieznośną sytuację uważała za coś naturalnego.

Znosił ją przez dwa lata, aż do tego czerwcowego dnia, kiedy nieoczekiwanie zjawił się u niej, jak to miał w zwyczaju. Spędził popołudnie na zabawie z Frédérikiem, wieczorem udał się na spotkanie z dwojgiem przyjaciół, z którymi aż do świtu gadał i grał w monopoly. O jedenastej rano wstąpił do Hélène, żeby wziąć prysznic i się przebrać, potem zjadł z nią obiad. Matka i syn wymienili podczas posiłku jakieś nic nieznaczące uwagi, jak to zwykle. Pozmywała naczynia. Wydał się jej zdenerwowany i spięty: zaczął bawić się nożem kuchennym, który właśnie umyła. Przeszła do jadalni, włączyła telewizor, usiadła na kanapie, żeby przejrzeć program. Franck kręcił się za jej plecami. Przyszło jej na myśl, doskonale to pamięta, że zaraz podejdzie; spodziewa się od niej czułego gestu, pieszczoty. W tym momencie poczuła jakby ukłucie w plecy. Potem kolejne, mocniejsze, które nagle bardzo ją zabolało.

Zdając sobie sprawę z tego, że syn zadaje jej ciosy nożem, poderwała się z krzykiem: „Franck, co z tobą? Zwariowałeś!”. Odpowiedział: „Porzuciłaś mnie, zrujnowałaś mi życie” (lub „spieprzyłaś”, na tym polega jedyna różnica między ich wersjami). Kiedy padła na podłogę, rzucił się na nią, próbując zatopić nóż w jej szyi. Podczas walki, starając się zasłonić rękami, które ciął nożem, krzyknęła: „Franck, kocham cię!” i jeszcze: „Pomyśl o Frédéricu!”. Być może ten krzyk powstrzymał ramię Francka, a być może nie, w każdym razie w tym miejscu powstała dziura we wspomnieniach ich obojga.

 

Nieco później zadzwonił telefon. Franck wstał, przykrył niebieską narzutą matkę, którą uznał za martwą, po czym poszedł umyć ręce, zdecydowany nie odpowiadać. Dzwonek ucichł. To wtedy Hélène poruszyła się i rzężąc, poprosiła, by wezwał pomoc. Nie wiedział, co robić. Telefon odezwał się ponownie. Tym razem odebrał. Dzwoniła sekretarka laryngologa w sprawie przeniesienia wizyty umówionej przez matkę. Franck nie zauważył ironii sytuacji, zresztą zakrwawiona szyja Hélène była przykryta narzutą, którą naciągnął aż na jej twarz. Powiedział tylko, co zrobił, i poprosił, żeby przyjechać jak najszybciej. W obawie, że zostanie źle zrozumiany, uznany za wariata albo głupkowatego żartownisia, zapukał do sąsiadki z piętra. Poinformował ją o sytuacji, po czym zszedł na parter budynku, usiadł na schodach naprzeciwko drzwi i czekał. Według policjanta, który go zatrzymał, Franck zachowywał się obojętnie, jakby nie miał nic wspólnego z całą sprawą, i zdawał się fizycznie wypompowany. Nie stwarzał żadnych trudności, jeśli idzie o przyznanie się do czynu, i wręcz podkreślał swą premedytację. Kiedy zapytano go, dlaczego wezwał pomoc, skoro chciał zabić matkę, powiedział, że robiąc to, „postąpił po obywatelsku”. Potem niczego więcej nie dało się z niego wyciągnąć, i to przez dłuższy czas.

Hélène była umierająca, kiedy dotarła do szpitala. Cios nożem, który rozciął jej szyję, zasadniczo nie zostawił jej żadnej szansy. Biegły zeznający półtora roku później na rozprawie będzie mówił bez wahania o cudzie. Bo też Hélène zdołała przeżyć, a nawet powrócić do normalnego życia.

Przez kilka miesięcy cierpiała na obsesyjny lęk przed synem. Co noc przed pójściem spać sprawdzała każdy kąt mieszkania, aby upewnić się, że nie wrócił, aby ją dobić. Przekonana, że zrobi to ponownie, jeśli tylko wyjdzie z więzienia, wniosła przeciwko niemu pozew z powództwa cywilnego.

Potem pojechała go odwiedzić w Fleury-Mérogis. Wróciła. Wycofała pozew, uznając, że tylko ona ponosi odpowiedzialność za to, co się zdarzyło, i w liście skierowanym do sędziego wyraziła życzenie, aby Franck wyszedł możliwie jak najszybciej, „abyśmy wreszcie zaznali spokoju”.

Jeśli już mowa o odpowiedzialności, podczas procesu wszyscy uczestnicy dramatu twierdzili, że to oni ją ponoszą, jakby najbardziej obawiali się tego, że ktoś ich jej pozbawi, a przez to wykluczy z tego dziwnego łańcuszka miłości. Po tym, jak Hélène użyła swego ubogiego słownictwa, aby powiedzieć, że to wszystko była jej wina od samego początku, państwo B., którzy nie chcieli być gorsi, oskarżyli się o to, że umieścili Francka na rok w szkole z internatem, co obudziło w nim lęk przed porzuceniem. Zainteresowany zapewnił, że wcale tak nie było, podobnie jak odrzucił opinię biegłego psychiatry i, ogólnie rzecz biorąc, wszystkie wymówki wysuwane, aby go usprawiedliwić: wiedział, co robi, myśl o zabiciu matki opanowała go kilka tygodni wcześniej, jawiąc mu się jako jedyna droga wyjścia z impasu, w którym tkwił.

Pod koniec przesłuchań prowadzonych przez sędziego, który był znany ze skłonności do orzekania surowych kar, ale w tych okolicznościach okazał się przykładnie taktowny i ludzki, zapytano Francka, czy żałuje swojego czynu. Zastanowił się, po czym odparł: „Cieszę się, że moja matka żyje”.

Precyzja tej odpowiedzi jest uderzająca. Franck B., aby przeżyć i zostać mężczyzną, musiał zabić swoją biologiczną matkę Hélène R. Medyczny cud pozwolił na to, żeby morderstwo naprawdę się stało, a jednak się odstało. Taka łaska to rzadkość: psychoanalityk i ksiądz prawdopodobnie również zgodnie doszukaliby się w tym cudu. Przysięgłym pozostałoby dokonać cudu na niwie prawa karnego i ukoronować całość.

Odmawiając oskarżonemu uniewinnienia, które jako zaprzeczenie zbrodni byłoby dla niego zniewagą i zagroziłoby jego powrotowi między ludzi, sąd uznał racje prokuratora. Tak się składa, że prokuratorem była młoda adopcyjna matka, która z aktu oskarżenia uczyniła osobiste i niezwykle wzruszające świadectwo. Orzeczono karę trzech lat więzienia, w tym dwóch w zawieszeniu. Matkobójca Franck B., którego uznano za winnego popełnienia czynu, opuścił więc gmach sądu wolny, a może nawet uwolniony.

Przy wyjściu czekały na niego dwie przepełnione miłością rodziny. Teraz będzie musiał z tym sobie jakoś poradzić.

„L’Événement du jeudi”, styczeń 1990

2

Zdolność przetrwania u dzieciobójczyni

Tego ranka Marie-Christine obudziła się jeszcze smutniejsza niż zwykle. Jej zwolnienie lekarskie dobiegało końca, musiała wrócić do biura, którego szczerze nie znosiła. Dawniej, owszem: była dumna z tego, że zdała egzamin na pracownika administracyjnego w jednym z ministerstw, zamiast jak jej matka zmywać kafelki miejskich posadzek. Ale departament, w którym pracowała, przeszedł dwa lata wcześniej komputeryzację, co zbiegło się z jej urlopem macierzyńskim, i odkąd wróciła na stanowisko po urodzeniu Guillaume’a, wszystko zaczęło się psuć, koledzy wyśmiewali ją za plecami, przełożeni ganili, ona zaś co chwilę szła na zwolnienie, co za każdym razem czyniło powrót jeszcze trudniejszym. Tym razem nie podoła. Woli umrzeć.

Myśl, że śmierć jest lepsza niż życie, przynajmniej jej życie, nie była dla Marie-Christine całkiem nowa. Już wcześniej, w młodszym wieku, dwukrotnie próbowała się zabić, a na początku zimy kupiła w supermarkecie — w wolnej sprzedaży — dokładną kopię winczestera kaliber 22 z westernów. Trzymała go pod łóżkiem Guillaume’a zapakowany w papier jak prezent, żeby nie przyciągać uwagi męża.

Powiedzieć, że kochała swojego syna, to za mało. Nie było mowy, żeby zostawiła go samego. Rozpakowała broń i załadowała ją, podczas gdy Guillaume bawił się nabojami. Przyłożyła lufę do czoła chłopczyka, który miał dwadzieścia miesięcy, zasłoniła dłonią oczy i nacisnęła spust. Potem przeładowała, wycelowała sobie w czoło i znowu wystrzeliła. Wszystko powinno było zgasnąć, ale nie: czuła jedynie ból między oczami i widziała dziecko w łóżeczku wstrząsane drgawkami. Raj, w którym spodziewała się znaleźć wraz z synkiem, nie wyglądał tak, jak sobie wyobrażała. Po kwadransie zadzwoniła na pogotowie.

Kiedy zjawili się ratownicy, a potem policja, Guillaume już nie żył. Marie-Christine, z twarzą ociekającą krwią, próbowała wykraść pistolet policjantowi, aby się dobić, ale się jej nie udało. Po przewiezieniu do szpitala została poddana zabiegom medycznym, których wymagał jej stan. Odłamki naboju tkwiły w jej czole, wywołując świdrujący ból, który budził ją w nocy i nieustannie przypominał o koszmarze. Fakt, że przeżyła syna, wydawał jej się okrutną, lecz logiczną niesprawiedliwością: niesprawiedliwość towarzyszyła jej od urodzenia, stopniowo niszczyła całe jej życie, więc w końcu musiała ostatecznie ją zdruzgotać.

Traumatyczne dzieciństwo ma w uszach sędziów dźwięk znajomej litanii, więc sąd w Nanterre nie był zaskoczony, dowiadując się, że Marie-Christine jako bardzo młoda dziewczyna została porzucona przez ojca, że ojczym, brutal i alkoholik, regularnie ją gwałcił między jedenastym a piętnastym rokiem życia, że jej wystraszona matka, która ze strachu godziła się na wszystko, wolała przymknąć oczy…

Nie ulegało wątpliwości, że dwadzieścia pięć lat jej życia przed zbrodnią, pomimo przystosowania się do funkcjonowania w społeczeństwie, zasługującego na uznanie, lecz nieugruntowanego, pomimo małżeństwa na pierwszy rzut oka bez problemów, było historią dwudziestu pięciu lat nieszczęścia, a wzięcie pod uwagę tego nieszczęścia stanowiło część rutyny sądowej.

Z rutyną za to nie miały nic wspólnego trzy lata, które nastąpiły po zbrodni. Zaczęły się, że tak powiem, normalnie: Marie-Christine bez przerwy płakała, chciała umrzeć i nikt nie wiedział, czego innego można by jej życzyć. Jednakże po zaledwie jedenastu miesiącach pozbawienia wolności sędzia — będący pod wrażeniem autentycznej akcji ratunkowej dla psychiki, zorganizowanej przez adwokata i rozmaitych terapeutów, których przydzielono do tego, zdawałoby się, beznadziejnego przypadku — zgodził się na warunkowe zwolnienie z dozorem kuratora.

Krok po kroku, z pomocą terapii, Marie-Christine wróciła do życia. Podjęła z powrotem pracę, gdzie przeniesiono ją do innego wydziału, i podobno jest z niej zadowolona. Wróciła do męża i równo dziewięć miesięcy po wyjściu z więzienia urodziła dziewczynkę. Kolejne dziecko ma przyjść na świat za dwa miesiące, więc przed sądem stawiła się w zaawansowanej ciąży.

Ta okoliczność, jak też wypowiedzi osób, zgodnie wyrażających zadowolenie z odzyskanej przez nią równowagi psychicznej i z tego, że teraz „czuje się o wiele lepiej w swojej skórze”, nadają dziwny wydźwięk opowieści o zabiciu Guillaume’a, którą trzeba tu było przytoczyć. Dziwny, a nawet szokujący, jako że nasza wrażliwość z trudem dopuszcza fakt, iż można zrobić coś takiego, nie doznając uszczerbku w psychice. Z jeszcze większym oporem dopuszczamy myśl, która przewijała się podczas całego procesu, tę mianowicie, że przejście do czynu mogło być potwornym, lecz koniecznym etapem na drodze do życia — czymś w rodzaju porzucenia obiektu przejściowego2 lub kopnięcia umożliwiającego powrót na powierzchnię pływakowi, który dotknął dna. Zabijając ukochane dziecko, stwierdził jeden z biegłych, Marie-Christine zabiła znienawidzone dzieciństwo, które nie pozwalało jej żyć.

Doświadczenie było straszliwe, potwierdził w sądzie nieśmiały i wąsaty mąż, ale to zamknięty rozdział, zaczęliśmy od nowa… Trudno było nie patrzeć z przestrachem na tego mężczyznę, który znalazł w sobie tyle… czego? wielkoduszności? nieświadomości? miłosierdzia? — zapewne miłości, bo ona jest wszystkim tym naraz — aby ponownie zamieszkać i spłodzić dzieci z kobietą, która jednym strzałem zabiła ich pierworodnego. Jak wyglądało ich życie? Ich rozmowy, chwile milczenia, radości? Czy o dziecku, które miało się urodzić, myśleli, że będzie drugie czy trzecie w kolejności?

Kilka tygodni wcześniej obserwowałem inną sprawę, gdzie oskarżoną była uboga kobieta, która pozwoliła swojemu dziecku umrzeć. Podobnie jak Marie-Christine była raczej ofiarą niż przestępczynią, wszyscy zgadzali się co do tego, a jednak skazano ją na osiemnaście lat. Ciężki wyrok, który oprócz represyjnego podejścia sądu przysięgłych miał jeszcze inne uzasadnienie: kobieta została unicestwiona, zniszczona do szpiku kości i jakikolwiek ciąg dalszy, jakikolwiek plan, choćby miało się nie wiadomo jakie pokłady zaufania do człowieka, wydawał się w jej przypadku nie do wyobrażenia.

Sąd w Nanterre przeciwnie, kierował się troską o stworzenie możliwości „ciągu dalszego”, ponieważ, wbrew wszelkim oczekiwaniom i niemal wbrew przyzwoitości ciąg dalszy wydawał się możliwy. Wrodzone poczucie moralności chce, żeby okazać większą pobłażliwość temu, który dotkliwiej cierpi z powodu swoich win, i jest skłonne oszczędzić tego, kto sam siebie zniszczył. Na przeciwnym biegunie sytuuje się surowe, witalistyczne prawo Ewangelii, które pragnie dodać temu, kto już posiada, i odebrać temu, kto nie ma nic. Tym właśnie prawem kierowali się przysięgli, dając kredyt zaufania niebywałej zdolności przetrwania Marie-Christine, kiedy przywrócili ją rodzinie z pięcioletnim wyrokiem, który opiewał na czterdzieści dziewięć miesięcy w zawieszeniu i zaliczał na poczet jedenastu miesięcy pozbawienia wolności czas spędzony przez nią w areszcie.

Temu, kto chciałby pokusić się o stwierdzenie, które, przyznaję, i mnie kusiło, że sprawiedliwość ludzka dość szybko zdała się na Boga lub na sumienie grzesznika w sprawie okrutnego obowiązku wymierzenia kary, przypomnę tylko słowa wyszeptane przez Marie-Christine tuż przed opuszczeniem ławy oskarżonych: „Przyjdzie taki dzień, kiedy będę musiała powiedzieć o tym swoim dzieciom”.

„L’Événement du jeudi”, luty 1990