Złota ćma

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złota ćma
Złota ćma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Złota ćma
Złota ćma
Audiobook
Czyta Karol Kunysz
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ III KOBIETA I POSĄGI

Wilecki nagle spostrzegł wychylającą się zza drzwi, w które wszedł strażnik, głowę kobiety w złocistych lokach. Cofnęła się, lecz po chwili wysunęła się ponownie. Czarne lśniące oczy spojrzały na łańcuchy i zaćmił je smutek, tak głęboki, że inspektor się zdziwił. Oczy obróciły swe spojrzenie na posąg klęczącej, a wtedy usta wykrzywiły się z niesmakiem.

Zdecydowanie postąpiła krok do przodu i ukazała się na progu. Jej wygląd olśnił Wileckiego. Urodzie tej kobiety nie mógł się oprzeć żaden mężczyzna. Zachwycony podziwiał jej figurę. Krągłość bioder podkreślał krój żółtych spodni, sięgających do kolan i odsłaniających kształtne łydki. W rozcięciu krótkiego żakietu widział szmaragdową bluzeczkę, opiętą na biuście. Piękna kobieta miała wyrafinowany gust i umiała się ubrać; wiedziała, jaki fason i kolor podkreśli jej figurę, zapewniając niepowtarzalny styl.

W tej chwili spojrzała na inspektora i wtedy w jej czarnych oczach pojawił się strach. Uniosła ręce do twarzy, by ją zasłonić w rzekomym odruchu przerażenia i zapytała:

– Ach, czy na pewno już go nie ma?

Pytanie zastanowiło inspektora, gdyż kryło podwójny sens.

Piękna blondynka zaczęła kroczyć ku niemu, stąpając wytwornie na wysokich obcasach lakierowanych bucików. Odniósł wrażenie, że pozwala się podziwiać niby gwiazda kabaretu, pokazując swą grację i wdzięk. Dobrze wiedziała, że inspektor jest nią oszołomiony. Nie pomyliła się: czuł jej urok i nie mógł się otrząsnąć.

Jako policjant nie wierzył w szczerość jej emocji. Udawała strach, wcale nie przeraziłby jej widok trupa, odgrywała scenę, zatytułowaną: „Broń mnie, bo się boję”.

Czekał podekscytowany, kiedy stanie blisko; nagle go wyminęła i szybko zbliżyła się do rzeźby. Pochwyciła ją za głowę i usiłowała obrócić. Dziwne, że ta czynność okazała się teraz najważniejsza. Inspektor natychmiast podszedł i wyciągnął ręce, by pomóc damie, odsunęła go jednak zdecydowanym ruchem.

– Proszę tego nie robić! – powiedziała kategorycznie. – To bezcenne dzieło. Rzeźba średniowieczna, przedstawia Świętą Magdalenę, modlącą się u stóp Pana.

Aluzje wyrażone poprzez postać i jej gest potwierdziły poprzednie skojarzenia inspektora.

– Ostrzegam przed próbami dotykania czy przesuwania rzeźby – dodała. – Mamy unikaty, klasy światowej, warte fortunę. O wartości kulturowej wręcz nieoszacowanej.

– Dyrektor mówił, że posiadacie zbiory bursztynu – zauważył inspektor.

– No również – zaczęła niedbale. – Głównie pokazujemy bursztyn – dodała, naprawiając swoją niezręczność, być może zamierzoną. – Klejnoty nie mogą zalśnić blaskiem, ukazującym swą wspaniałość. Zostały zaniedbane przez brak umiejętności aranżowania wystaw. Bursztyn trzeba umieć odpowiednio wyeksponować, by wydobyć kolorystykę i podkreślić formę. A jak to uczynić? Położyć w gablotkach na zielonym aksamicie, nieprawdaż?

Inspektor kiwnął machinalnie głową, wystawy, jakie kiedykolwiek oglądał, były w gablotkach.

– Tak przypuszczałam. – W spojrzeniu jej czarnych oczu pojawiły się błyski ironii. – Skoro pan tak mówi, nic w tym dziwnego: nie jest pan ekspertem w tej dziedzinie i trzyma się wyuczonych stereotypów. – Podniosła głowę i usiłowała spojrzeć wyniośle na inspektora. – Ale jeśli dyrektor poważnego muzeum również operuje wyłącznie nudnymi szablonami, uznamy ten schematyzm za poważny brak inwencji, co hamuje rozwój kulturowy placówki i uniemożliwia podniesienie jej do rangi świątyni sztuki, jaką to wspaniałe miejsce niewątpliwie jest, a raczej mogłoby być. – Zatoczyła łuk ramieniem, wdzięcznie się obracając. – O kompetencjach osoby stosującej ograne wzory nie wspomnę przez grzeczność – zakończyła przemowę lekceważącą aluzją pod adresem dyrektora.

Z długiej wypowiedzi, przetykanej fachowym słownictwem, inspektor odgadł, że pomiędzy piękną panią a dyrektorem trwa poważny konflikt: dyrektor chciał wykładać bursztyn w gablotkach, jego podwładna gardziła tym schematem.

– Jak więc według pani należy eksponować zbiory muzealne?

– Artystyczne wyroby z bursztynu: wisiory, pierścienie czy pasy należy pokazywać w kontekście funkcjonalności, jako wyroby użyteczne i ozdobne.

– To znaczy?

– Objaśnię, proszę tu spojrzeć. – Kobieta wskazała ręką świętą Magdalenę.

Inspektor skierował jednakże wzrok nie na rzeźbę, lecz na dłonie pięknej pani i bardzo się zdziwił: były zniszczone, o połamanych paznokciach, przecięte bliznami. Dlaczego zadbana dama, troszcząca się o wymowę każdego drobiazgu, zaniechała troski o własne ręce?

Przeniósł wreszcie wzrok na marmurowe dłonie świętej, które piękna pani wciąż mu wskazywała wytkniętym palcem.

– Proszę sobie wyobrazić różaniec z bursztynu owinięty na tych białych palcach. Akurat są tak rozsunięte, że małe paciorki uda się pomiędzy nie wpasować – mówiła z zachwytem. – Jestem pewna, że różaniec tu był, gdy ją wyrzeźbiono, ale znikł w ciągu wojen i złodziejstwa poprzednich stuleci.

Pochyliła się i z miłością wskazywała subtelne i smukłe palce na rzeźbie, nie dotykając ich jednakże swoimi zniszczonymi rękami.

Inspektor przyznał w duchu, że kobieta ma rację.

– Zawiązałabym jeszcze pas na jej szacie, pozwalając luźno zwisać końcom. Jakże ożywiłoby to rzeźbę! Jak wyeksponowałoby bursztyn. Podniosłoby jego wartość i znacznie powiększyło obroty miasta, wynikające z handlu bursztynem. A turystyka? Rozniosłoby się po Europie, że w gdańskich muzeach wystawia się średniowieczne rzeźby ubrane w kolorowe szaty z epoki, ozdobione bursztynami. Jakże by to przyciągało kulturalną elitę! Byłaby to najlepsza reklama. A poza tym nasze rzeźby, pokrywające się kurzem w kątach muzeum, zajaśniałyby nowym blaskiem: pokazalibyśmy, jakimi zbiorami sztuki może się poszczycić Gdańsk.

Namiętna przemowa pięknej pani pokazała ją w zupełnie innym świetle. Znała się na sztuce, pragnęła realizować artystyczne wizje. Dyrektor o nich wspominał, tylko jakie miał na myśli?

Właśnie podszedł strażnik i postawił kolejną rzeźbę obok Magdaleny. Przedstawiała kobietę klęczącą z pochyloną głową. Tym razem Wilecki sam zwrócił uwagę na piękne palce, zwężające się na końcach. Dłonie złożone do modlitwy przylegały do siebie: kciuk prawej ręki nie był założony na kciuk lewej, jak to się robi w naszych czasach. Na pewno było to obyczajem, lecz w którym stuleciu? Strażniczka bezcennych dzieł z pewnością nawet nie chciałaby się trudzić wyjaśnianiem. Zbyłaby go wzruszeniem ramion.

– Proszę przesunąć w tę stronę – powiedziała do strażnika, a on wykonał jej rozkaz. – Jeszcze o dwa centymetry – dodała szorstko.

Proste z pozoru ustawianie rzeźby na dziedzińcu stało się skomplikowaną czynnością, gdyż wymagała precyzji: kilkakrotnie kazała przesuwać oba posągi i obracać je dosłownie o centymetr, by zaaranżować scenę, którą dokładnie widziała w wyobraźni.

Kiedy wreszcie obie rzeźby zostały postawione we właściwych miejscach, cofnęła się na swoich czarnych obcasikach i przyglądała się scenie. Inspektor spostrzegł, że są umieszczone dokładnie przed łańcuchami, na których przedtem wisiały zwłoki.

Jedna z kamiennych kobiet, klęcząc z uniesioną głową, błagała oczami o łaskę i litość. Na jej twarzy malowało się cierpienie. Druga, ustawiona naprzeciw niej, modliła się w skupieniu, mając złożone ręce.

Efekt był naprawdę niesamowity. Wymowa sceny dotarła do policjanta i poraziła go trafnością. Nagle odczuł straszny wstrząs: zrozumiał, na co patrzy. Odgadł, jaką wizję miała ta pani, co chciała zrobić i co wyrazić. Dyrektor Fijorek również doskonale rozumiał jej zamiar. Zaaranżowała taką scenę z rozmysłem, doskonale wiedziała, co robi. Inspektor chciał odgadnąć, dlaczego to zrobiła.

Machnęła ręką w stronę strażnika, który się zbliżył.

– Przynieś ławę – powiedziała. – Postawisz ją tutaj. – Wskazała miejsce pomiędzy rzeźbami, nieco z przodu.

– Którą ławę, pani kustosz? – zapytał strażnik.

– Ławę ofiarną – odpowiedziała ostro.

Odwróciwszy głowę ku strażnikowi, spojrzała zdziwiona.

Musiał dokładnie wiedzieć, którą ma na myśli, niepotrzebnie więc zapytawszy, otrzymał odpowiedź tonem nagany.

– Przecież zabroniono tę ławę przenosić – zauważył. Pani kustosz tylko na niego spojrzała.

– Taak? Pan dyrektor zakazał?

Strażnik kiwnął energicznie głową. Usiłował stosować się do zarządzenia, które właśnie zostało anulowane.

– Czy widzisz tu gdzieś pana dyrektora, człowieku? Zamaszyście pokręcił głową w lewo i w prawo.

– Kto wydaje decyzje w sprawach artystycznych?

– Oczywiście pani kustosz. – Strażnik znowu kiwnął twierdząco głową, nie ruszał się jednak z miejsca, by wykonać polecenie.

– Ta ława jest niezbędna do ekspozycji. Idź i ją przynieś. Pan dyrektor jest zbyt zajęty, by wydać polecenie osobiście. Wiesz przecież, na kogo czekamy!

Strażnik nareszcie się odwrócił i wszedł do prawego skrzydła budowli. Przechodząc przez drzwi, musiał zgiąć się w pół, jakby korzył się przed cierpieniem i składał pokłon śmierci, która tu od pięciuset lat wciąż czuwała.

Wilecki chciał się dowiedzieć, czy zaaranżowanie tej sceny wynikało tylko z wizji artystycznej pani kustosz. Jeżeli odpowiedź była twierdząca, można wybaczyć dziwactwo. Jeżeli jednak wyrażała jej emocje?

Piękna pani wyciągnęła do niego rękę.

– Wypada przedstawić się policji – powiedziała. – Ewa Jarska, kustosz muzeum, co już pan usłyszał.

Odczuł szorstkość skóry, uniósł jej dłoń do ust, lecz nie zdążył dotknąć wargami, gdyż ją cofnęła.

– Chcesz mnie złapać, to niedozwolona metoda. – Jej oczy wyrażały gniew. – Pozostańmy w swoich rolach społecznych, niech biologia milczy.

– Kim był ten mężczyzna? – zapytał, wskazując miejsce pomiędzy posągami.

 

– Brawo, panie policjancie. Znowu wskoczył pan w mundur. Nie mógł jej schwytać, wymykała się sprytnie.

– Powiem, jak mi sprostasz – prowokowała.

– Zabiłaś go, bo się nie poddał?

– Znam przyjemniejsze sposoby łamania woli mężczyzn.

– Chcesz złożyć przed nim kogoś w ofierze. – Wskazał łańcuchy. – Dyrektora? Kazałaś przynieść specjalną ławę.

– Nic nie wiesz – powiedziała z triumfem. – Zobaczysz ławę, to zrozumiesz.

– Dlaczego pomagasz chronić ślady?

– Żebyś wreszcie się stąd wyniósł, mamy ważniejsze sprawy. – Rozejrzała się. – Dyrektor pewnie dzwoni do kogo trzeba, żeby cię odwołał. – Spojrzała na niego, odchylając pogardliwie głowę. – Przyznaj się, zostałeś tu z mojego powodu.

Stała blisko, wiedząc, jakie wrażenie robi na mężczyźnie, pewna, że już uległ sile jej urody. Nie pomyliła się, nie mógł odwrócić się i wyjść.

– Będę musiała czynić honory gospodyni. Pan dyrektor bowiem nie może opuścić swojego gabinetu.

– Czy coś mu się stało? – ciągnął rozmowę. – Podobno rozmawia przez telefon.

– Skończył nagle, gdyż uległ napadowi paniki.

– Czego się boi?

– Kompromitacji! Stoi przed lustrem i ćwiczy przemówienie. Trzyma w ręku kartkę i zerkając, powtarza angielskie zwroty. Sprawdza, ile zapamiętał. – Jarska śmiała się głośno i odgrywała scenę, strojąc miny.

– Co będzie treścią przemówienia?

– Zwykłe powitanie, ale i tak sprawi panu dyrektorowi wielką trudność. Po wymianie uprzejmości zdejmę mu z ramion czy raczej z ust trud prowadzenia rozmowy. – Z wielką pewnością siebie przekonywała go, jak sobie świetnie poradzi bez dyrektora.

– Co za szczęśliwy traf – powiedział prowokująco.

– Właśnie, bo nie ucierpią interesy miasta.

– Leżą na sercu pani kustosz.

– Żebyś wiedział!

– Należy usunąć Fijorka ze stanowiska.

– Padnie na pysk po dzisiejszym blamażu – powiedziała z wielką pewnością siebie.

– Pani kustosz precyzyjnie zaaranżowała scenę – powiedział z ironiczną pochwałą.

Przyskoczyła do niego z wściekłością, bał się, że wręcz rzuci mu się do twarzy z paznokciami.

– Śmiesz mówić, że zawiesiłam kogoś na łańcuchach, aby doprowadzić do kompromitacji dyrektora?

– Kto to zrobił?

– Jak umarł, wiesz? – patrzyła mu w oczy intensywnie. Milczał.

– Dowiedz się, wówczas przestaniesz nękać niewinnych.

– Uważasz, że brakuje mi wiedzy?

– Chyba że prowokujesz!

– Dyrektor chyba już przećwiczył przemówienie. Rozczarowana?

– Mnie zależy tylko na tym mieście.

– Lokalna patriotka!

– Żebyś wiedział! W Gdańsku ma powstać specjalistyczne Laboratorium Bursztynu, by zaopatrywać nabywców w certyfikaty. Na świecie każdy, kto kupi okaz z „Paszportem bursztynu”, zyska pewność, że to oryginał, a nie farbowana sklejka żywic. Potrzebujemy międzynarodowych norm, światowej klasy autorytetów oraz programów komputerowych. Delegacja, która zaraz przybędzie, jest upoważniona do rozmów. Reprezentujemy miasto Gdańsk.

– Jarska wykonała głęboki ukłon, natychmiast zmieniając atmosferę rozmowy. – Z tego względu apeluję do pana policjanta o postawę obywatelską i proszę, żeby nie oddzielał tego miejsca taśmą policyjną. To zrobiłoby bardzo złe wrażenie na gościach. Nie obyłoby się bez wyjaśnień. A tylko my, czyli miasto, możemy na tym stracić.

– Rozumiem – zgodził się inspektor.

– Byłam pewna, że pana przekonam – powiedziała poważnie Jarska. – Zauważył pan z pewnością moje kompetencje. – Wskazała ręką na ustawienie rzeźb. – Kiedy zostanie przyniesiona ława, oddzieli rzeźby od dostępu jakichś niemądrych osób i powstrzyma każdego, nikt na niej nie ośmieli się usiąść, wprost przeciwnie – zachowa dystans.

– Czy kierowała się pani tylko wymową artystyczną i ochroną śladów na miejscu zbrodni? – Inspektor drążył, licząc, że kobieta się zdradzi.

Zapanowała chwila ciszy. Jarska nie chciała kłamać wprost.

– Jestem odpowiedzialna za sztukę. Troszczę się o każdy eksponat. Jako podwładna, wykonuję polecenia. Chyba że dyrektor ich nie wydaje z powodu chronicznego braku kompetencji. – Posłała uśmiech inspektorowi, by zamazać ostrość swej wypowiedzi.

Inspektor dawno spostrzegł, że pomiędzy piękną panią kustosz a dyrektorem toczy się nieubłagana walka na noże. Oskarżała dyrektora o brak umiejętności w ważnych sprawach, podkreślała własną wiedzę i talent. Chciała go odsunąć od władzy, zepchnąć ze stanowiska, a także zniszczyć, intrygując, żeby odszedłby skompromitowany. Zaręczała jednak, że troszczy się o interesy miasta. Chciał jej wierzyć, gdyż wyglądała pociągająco.

Jarska była naprawdę niebezpiecznym przeciwnikiem, walczyła, nigdy się nie poddawała. Stał nieporuszony, widząc, jak perfidną grę prowadzi. Właśnie wbiegł na dziedziniec strażnik, któremu kazała przynieść ławę ofiarna. Był blady na twarzy. Miał w oczach przerażenie, włosy zlepione potem zmierzwiły się nad czołem. Zdyszany od szybkiego biegu, oparł się o framugę i łapał powietrze.

Coś strasznego się stało? Co zobaczył?

– Co jest? – krzyknęła pani kustosz.

– Ławy nie ma na miejscu! – wyszeptał strażnik.

Ewa zareagowała gwałtownie, otworzyła usta jak do krzyku i oddychała szybko, łapiąc oddech. Zacisnęła ręce w pięści, by się uspokoić. Płuca jej wciągnęły powietrze i pokonała przestrach. Patrzyła przed siebie niewidzącymi oczami, gdyż oglądała scenę, która się odsłaniała w jej umyśle. Inspektor zrozumiał, że brak ławy ofiarnej na właściwym miejscu ujawniał ważne informacje. Jarska od razu je odczytała. Inspektor zadawał sobie pytanie, czy przyczyniają się do rozwiązania zagadki śmierci mężczyzny na łańcuchach.

Smutek na twarzy Ewy pozwalał wiele się domyślać, inspektor powstrzymał się od zadawania pytań. Spojrzał na strażnika i zdziwił się, że przerażenie go opuściło. Sprzeczności powodowały komplikowanie się zagadki. Wilecki skinął na strażnika, by podszedł i wyjaśnił swoje zachowanie. Musiał się jednak powstrzymać od szukania wyjaśnienia, gdyż nagle zza bramy dobiegł szmer silnika samochodu. I ucichł.

ROZDZIAŁ IV CZARNA WALIZKA

Przed bramą Katowni zatrzymała się czarna limuzyna. Karoseria jej lśniła, świeżo wypolerowana, i odbijało się od niej słońce, zwiększając efekt. Hotel oddał ten samochód do dyspozycji swoim bogatym i ważnym gościom. Pasażerów nie było widać zza matowych szyb i chociaż silnik nie pracował, nikt jeszcze nie wysiadał. W tej chwili kierowca naciśnięciem guzika otworzył drzwi, co wyglądało, jakby samochód rozkrzyżował ręce i nogi.

Najpierw wytoczył się otyły mężczyzna. Stanął i ująwszy krawat, ze srebrną spinką z czarnego bursztynu i trzema brylantowymi oczkami, otarł nim spocone czoło. Z przeciwnej strony samochodu wyskoczyło sprawnie dwóch szczupłych i młodych mężczyzn. Dopiero wtedy dostojnie wystawił na bruk dziedzińca swe długie nogi dżentelmen w ciemnym garniturze, po czym rozejrzawszy się badawczo, raczył wysiąść z samochodu.

– Profesor Pramfild i świta – szepnęła Ewa Jarska.

Drobna kobieta stała naprzeciwko otwartej bramy jak samotny kowboj. Spoglądała w stronę, skąd nadchodziła grupa gości, krocząc powoli i się rozglądając. Otyły mężczyzna znowu otarł twarz krawatem, a brylanty w spince zalśniły. Profesor w czarnym garniturze patrzył na wszystkich z góry, tylko dwaj młodzi mężczyźni byli na luzie, trzymając ręce w kieszeniach.

Piękne wargi Jarskiej rozciągnęły się w uprzejmym uśmiechu. Uniosła prawą rękę, by wskazać dyrektora, który miał właśnie wyjść na dziedziniec i uroczyście powitać gości. Nie pojawił się, a Jarska odwróciwszy głowę, spojrzała na drzwi, wciąż czekając. Goście stanęli właśnie na dziedzińcu. Dyrektor wciąż nie nadchodził. Blamaż był okropny. Jarska zaczerpnęła głęboki oddech: to ona reprezentuje muzeum zamiast tego mięczaka i niezdary Fijorka. Właśnie ona, a nie dyrektor, jest przedstawicielem prezydenta miasta. Teraz jej wielka chwila.

Szybkim krokiem podeszła do profesora Pramfilda. Wymieniła z nim męski uścisk dłoni i postąpiła krok w prawo, pomijając grubego mężczyznę, chociaż z powodu jego wieku to z nim powinna się przywitać jako pierwszym, i podała ręce po kolei młodym mężczyznom, którzy szybko zapinali marynarki na górny guzik.

– Doktor Huegener!

– Miss Jarski. – Uścisk dłoni.

– Doktor Klopstock!

– Miss Jarski. – Uścisk dłoni.

Przywitała się w angielskim stylu, wymieniając ich nazwiska i tytuły naukowe. I dopiero wtedy zwróciła się do grubego. Uprzejmy wyraz twarzy stał się nieco drwiący.

– Otóż i nasz bezcenny pośrednik. – Głosiła jego chwałę i jednocześnie kpiła. – Pan Wolfie. Czy mogę się do pana zwracać: panie Wilczku?

– Tak, pani Ewuniu, jestem przecież starym Danzigerem.

– Jest pan za młody na Danzigera – rzekła, unosząc brwi, a grubas zachichotał połechtany w swej próżności.

Pramfild postąpił krok w stronę drzwi do muzeum.

– Chcę zobaczyć wasze zbiory bursztynu – powiedział stanowczo. – Po to tu przybyliśmy. – Zacisnął dłoń, jakby już miał w ręku najcenniejszy okaz. – Pokażcie skarby fascynujące bursztynników w całej Europie.

Jarska musiała odwlec chwilę zwiedzania sal i oglądania eksponatów, zanim nie wyjaśni się sprawa nieobecności dyrektora. Szybko jednak znalazła sposób odciągnięcia uwagi gości od bursztynów w gablotach. Zaczęła opowiadać o zasługach grodu nad Motławą.

– Gdańsk był zawsze najbogatszym miastem Rzeczpospolitej – mówiła z zachwytem, wpatrując się w gości, by skupić ich uwagę. – Całe siedemset lat należał do królów Polski. Słynęli z wielkiej tolerancji. Nie pytali o wyznanie religijne. Nie interesowało ich pochodzenie etniczne. Wystarczyła im deklaracja: „Chcę być obywatelem Rzeczpospolitej”. Te słowa wypowiedział piwowar Hewelke, który zasłynął jako astronom Heweliusz. W podzięce polskiemu królowi nazwał jego imieniem odkryty gwiazdozbiór. I odtąd aż do końca świata będzie świecić na niebie Tarcza Sobieskiego. Królowie, nadając łaskawie przywileje dla ułatwienia handlu i uprawiania rzemiosła, stwarzali możliwości rozwoju interesów i pomnażania bogactwa. Miasto bardzo na tym skorzystało, gromadząc złote monety i bałtyckie złoto – bursztyn.

Goście, słuchając z zaciekawieniem, spodziewali się wciąż, że zaraz wejdą do wnętrza budynku, wizyta się potoczy zgodnie ze scenariuszem i obejrzą najpiękniejsze okazy bursztynu. Miasto chciało się pochwalić przed zagranicznymi gośćmi, gdyż jakość bursztynu była kartą przetargową w biznesie, i to na skalę międzynarodową. W gablotach muzeum wystawiono także precjoza i klejnoty wykonane przez gdańskich bursztynników. Zobaczywszy je, docenią kunszt rzemieślników oraz talent projektantów.

Każdy z nich również uważał, że zgodnie z międzynarodowym obyczajem otrzyma upominek. Takie prezenty reklamowały miasto i podnosiły jego prestiż. Wystarczyło, gdy książę Filip położył na stole papierośnicę z gdańskiego bursztynu, by fotografie kunsztownego wyrobu znalazły się na łamach gazet od Londynu po Bombaj.

Goście wiedzieli, że jakość i cena upominku określały pozycję obdarowanego w negocjacjach biznesowych, pokazując, jak miasto ocenia jego wartość i przydatność. Do poważnych rozmów planowano usiąść po zakończeniu kurtuazyjnego spotkania, lecz nie mogło się ono nawet rozpocząć, gdyż dyrektor wciąż nie wychodził do gości. Sytuacja była niezręczna w najwyższym stopniu, a biedna Jarska nie miała znikąd pomocy.

Zaszło jednak niespodziewane wydarzenie. Pan Wolfie spostrzegł nagle inspektora i strażnika, którzy stali z boku. Odwrócił się ku nim, a wtedy na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju. Mimo że Wilecki był w cywilnym ubraniu, nie zmyliło to takiego starego wygi jak Wolfie. Odgadł, kim jest, a wtedy na jego czole pojawiły się krople potu. Ujął krawat i otarł je w zdenerwowaniu.

– Czy ten pan dołączy do nas? – zapytał.

– Już wychodzi – zapewniła Jarska, by uspokoić gościa. – Ma do wykonania pracę niecierpiącą zwłoki – dodała, a wtedy jej twarz się zmieniła; uświadomiła sobie bowiem, do czego aluzyjnie nawiązała. Inspektor zauważył jej gwałtowną reakcję i zapamiętał. W tej chwili profesor Pramfild również odwrócił się ku inspektorowi i wpił w niego wzrok, skupiając spojrzenie na jego marynarce, i to w tym miejscu, gdzie tkwiła broń.

Police – wymamrotał lekceważąco. Gardził policją, mógł sobie na to pozwolić.

Jedno słowo bystrego Pramfilda mogło wywołać skandal. Goście stali bez ruchu, czekając na wyjaśnienia ze strony Jarskiej. A jeżeli zapytają, czy obecność policjanta jest niezbędna podczas ich wizyty, jak im to wytłumaczy? Gdyby oburzeni odwrócili się plecami i odeszli bez słowa, obraziwszy się na miasto, negocjacje zostałyby zerwane. Straty poniesione na wizerunku i prestiżu miasta mogłyby okazać się dotkliwe.

 

Goście zachowywali się jednak spokojnie, oprócz pana Wolfie. Zacisnął szczęki i przybrał zimny wyraz twarzy. Cała jego postura mówiła wyraźnie: „Jestem poza wszelkim podejrzeniem. Nie popełniłem żadnego przestępstwa”.

Musiało to wzbudzić czujność policjanta. Wilecki odczytywał sprawnie wymowę gestów. Uzyskał pewność, że gość ma powody do obawiania się policji.

„I nieczyste sumienie”, pomyślał.

Dwaj młodzi dżentelmeni stali z obojętnymi minami niby roboty, a profesor spoglądał z pogardą.

Jak Jarska wybrnie z sytuacji, czy ocali honor miasta? Ciężar ten spoczywał na jej barkach, gdyż dyrektor nadal się nie pokazywał.

Pani kustosz pragnęła przywrócić przyjazną atmosferę, chciała również spowodować, by w pamięci gości zatarł się dyskomfort, wynikający z obecności policjanta.

Zdecydowanym krokiem podeszła ku środkowi dziedzińca. Zatrzymawszy się, ogarnęła spojrzeniem grupę gości, którzy zbliżyli się powolnym krokiem i ją otoczyli. Uniosła wtedy ramiona i wskazała wieżyczkę na Bramie Więziennej. Swoim słodkim głosem zaczęła opisywać ciekawsze detale architektoniczne.

Pragnęła ściągnąć na siebie uwagę gości, co w pełni się jej udało, gdyż słuchali objaśnień, a patrzyli na nią. Gdy poruszała rękoma, unosiła się jej bluzka i opinała na piersiach, uwydatniając ich kształt. Zgodnie z modą bardzo krótka, obnażyła jej talię, pokazując zarys brzucha. Krągłe biodra, naprężony, pięknie zarysowany brzuch z ponętnym dołkiem, w którym błyszczała ozdoba, skupiły wzrok mężczyzn. W oczach Pramfilda zabłysł ognik. Był to ten rodzaj mężczyzny, który szybko się zapalał i od razu atakował. Stary Danziger ocierał krawatem pot z twarzy, starając się patrzeć spokojnie. Dwaj młodzi mężczyźni nie dali niczego po sobie poznać, ale nie odrywali wzroku od ponętnej figury Jarskiej.

Profesor nagle zbliżył się do Ewy i wydawało się, że obejmie jej talię ramieniem, ale zrobił nagły zwrot i podszedł do łańcuchów zwisających z żelaznego drążka. W jego umyśle pożądanie łączyło się z zadawaniem bólu i ze śmiercią. Jeśli kochał, to dręczył, a będąc porzuconym, zabijał. Jeśli nie mógł uczynić tego dosłownie, niszczył utracony obiekt swojej miłości w każdy dostępny mu sposób.

– Klopstock, może chcesz spróbować smaku średniowiecznych tortur? – zaproponował młodemu mężczyźnie ni mniej, ni więcej, tylko by włożył ręce w obręcze i dał się zawiesić.

Do tego inspektor nie mógł dopuścić, gdyż ślady zostałyby zniszczone. Był zdecydowany interweniować. Jarska stała nieruchomo, jej twarz zbladła. Opuściła ramiona, bluzka osunęła się na swoje miejsce. Znowu reagowała gwałtownie, co inspektor odnotował.

– Moja religia mi nie pozwala na takie czyny – powiedział Klopstock poważnie.

Jarska odetchnęła, ale Pramfild znowu zaatakował.

– A może ty, Huegener? – zapytał.

Okazało się, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.

– Zawsze się zgadzam z moim przyjacielem – zapytany odmówił zdecydowanym tonem.

Nieprzenikniona twarz jednego i drugiego pokazywała, że głupia i prowokacyjna propozycja Pramfilda wcale ich nie obeszła, ujawnili, że są twardzi, nieustępliwi i mają solidne zasady moralne.

Jarska spojrzała na posągi, jej oczy zabłysły, gdyż wpadła właśnie na pomysł, jak uratować program wizyty. Pewnym krokiem podeszła do rzeźb. Stanęła pomiędzy nimi, plecami do łańcuchów. Nie przekroczyła magicznej, niewidocznej linii, ciągnącej się u podstawy kobiet wykutych z kamienia. Poza tą granicą było miejsce kaźni, a dla inspektora dowody, których nie wolno zadeptać. Nie wiedział, co kierowało Jarską, z pewnością nie był to szacunek dla pracy techników policyjnych. Miała swoje powody, pewnie ważne i głębokie, skoro tak zdecydowanie chroniła to miejsce i nie chciała dopuścić do tego, by podeptały je czyjeś buty. To zachowanie dało inspektorowi wiele do myślenia.

Goście odwrócili się ku niej, zaciekawieni kolejnym punktem programu powitalnego, jak sądzili, a pani kustosz zaczęła im opisywać, jak według niej powinno się eksponować sznury bursztynów. Jej ramiona zataczały pętle wokół głów posągów, kreśliły subtelne linie powtarzające w powietrzu kształt pięknych dłoni złożonych do modlitwy. Inspektor już przeszedł tę lekcję. Nagle pojął jej pasję do inscenizowania; czy to była sytuacja, czy ustawianie posągów lub aranżowanie wystawy bursztynów – każdą traktowała z równą uwagą i starannością. Nazwał tę cechę charakteru teatralnością, wyrażającą się w tworzeniu dokładnie zakomponowanych scen i sytuacji. Wilecki podejrzewał, że podobnie traktowała miejsce, gdzie przedtem wisiały zwłoki: stworzyła scenografię i odgrywała swoją rolę. Ale co chciała powiedzieć, a co ukryć?

Mimo podejrzeń pociągała go, choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą. I być może dawno by już opuścił dziedziniec, ale wciąż na nią patrzył, na krągłe biodra opięte spodniami i kolana do połowy przykryte mankietami.

Nagle wydarzyło się coś niezwykłego. Oczy wszystkich zwróciły się w stronę bramy. Profesor Pramfild spojrzał ostro, dwaj doktorzy odwrócili głowy, przyglądając się bez zmiany wyrazu twarzy, a Wolfie postąpił krok do przodu i otworzył usta ze zdziwienia.

Zasłonięty skrzydłem bramy Wilecki nie mógł niczego dostrzec. Postanowił nie wyrywać się do przodu, więcej, cofnął się nawet głębiej, zajmując dogodne miejsce do obserwacji i ewentualnej interwencji. Z dystansu obserwował reakcje zebranych.

Nagle ponad bramą pojawiła się głowa. Człowiek ten musiałby mieć nieomal trzy metry wzrostu. Takich ludzi nie ma. Kryła się w tym jakaś sztuczka. Postać miała twarz pomalowaną na biało, a głowę jej zdobił wianek z białych kwiatów. Obróciła się w lewo i posłała uśmiech ust umalowanych szkarłatną szminką. Po czym obróciła się w stronę przeciwną i tam posłała pocałunek, dotykając palcami warg i lekko w nie dmuchając. Następnie spojrzała na wprost i ruszyła przed siebie.

Kierowca stojącego poza bramą samochodu szybko domykał drzwiczki, które pozostawił uchylone. Wysoka osoba przeszła swobodnie obok limuzyny. Kiedy pojawiła się na dziedzińcu, wszyscy spojrzeli na jej białą szatę, która falowała ponad głowami patrzących. Postać zrobiła trzy olbrzymie kroki, rozglądając się wokoło. Dopiero kiedy się zatrzymała, oczy zebranych spojrzały w dół. Jej stopy wyglądały jak kopytka. Były to szczudła. Po twarzach zebranych przemknął cień wesołości, a Wolfie rozciągnął wargi w sztucznym uśmiechu.

– Pani Ewo, to pani pomysł! – domyślił się. Udawał, że jest mu wesoło i śmiał się, patrząc na szczudlarza chodzącego wokoło po dziedzińcu.

– Muzeum Bursztynu wita specjalnych gości – powiedziała Jarska.

Wszyscy powinni się domyśleć, że również dotychczas każdy punkt programu był zaplanowany, wizyta przebiega zgodnie ze scenariuszem i nikt nie czeka na dyrektora.

Jarska wykonała gest ręką w stronę szczudlarza, który zaczął odgrywać zasygnalizowaną mu rolę. Obszedł naokoło grupę gości i kłaniając się, przesyłał każdemu pocałunki. Był to ładny, jasnowłosy chłopak przebrany za dziewczynę. W pewnej chwili zdjął wianek i nałożył go na głowę profesora. Zanim Pramfild zdążył zareagować, okazać mimiką niezadowolenie czy unieść rękę do góry, by ściągnąć kwiatową ozdobę, wymowną i aluzyjną, szczudlarz się pochylił i błyskawicznie zdjął wianek z włosów profesora. A ten uśmiechnął się pobłażliwie, przesuwając ręką wzdłuż głowy, jakby wygładzał uczesanie.

Szczudlarz wykonał jeszcze kilka kroków, rozesłał ku wszystkim ze stojących na dziedzińcu mnóstwo fruwających pocałunków, z których większość leciała w stronę pięknej pani Ewy, i oglądając się, i uśmiechając, przeszedł poza bramę na ulicę Długą, wzbudzając tam radość wśród przechodniów.

Wilecki nie wiedział, czy scenę uznać za przypadkową, czy za jedną z wielu rozrywek, jaką miasto oferowało turystom, którzy latem tak licznie przybywali. Dzięki zabawnemu szczudlarzowi atmosfera stała się lżejsza.