Złota ćma

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złota ćma
Złota ćma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Złota ćma
Złota ćma
Audiobook
Czyta Karol Kunysz
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Złota ćma

Saga

Złota ćmaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2014, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594546

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne, a podobieństwo

do osób i wydarzeń jest przypadkowe.

ROZDZIAŁ I NOC ZAPADA

Wisiał na łańcuchach przymocowanych do żelaznego drąga wbitego w mur. Nie żył. Rozłożone ramiona zostały unieruchomione w obręczach, kołki je blokowały. Wyprężone palce stóp omal nie dosięgały bruku. Brakowało milimetrów. Czy dlatego skonał?

Głowa przechylona na prawe ramię zasłaniała twarz. Nikt nie mógłby go zidentyfikować ani nawet zauważyć. Na dziedzińcu było pusto. Brama od strony Targu Węglowego została zamknięta. Zrobiona z metalu, gruba i ciężka, broniła wejścia do Katowni i uniemożliwiała odbicie pojmanego. Torturowano tutaj więźniów. Działo się tak w poprzednich stuleciach, w naszym budynek służył pięknu i sztuce, gdyż mieściło się w nim Gdańskie Muzeum Bursztynu. O tej porze muzeum nie zwiedzano. Na brukowanym dziedzińcu nie rozlegał się stukot kroków strażnika.

Łańcuchy zostawiono jako atrakcję dla zwiedzających. Przyciągały swą makabryczną możliwością.

Bywało, że młodzi mężczyźni zatrzymywali się przy łańcuchach zwisających z żelaznego drążka. Odczuwali nagle przemożne pragnienie, by doświadczyć tortur na własnym ciele. Wewnętrzny głos budził w nich śpiącego demona, a ten podjudzał: „Sprawdź”.

Podnosili ramiona, odwracali się plecami do ceglanej ściany i pozwalali koledze albo też stojącemu obok strażnikowi wsunąć żelazne kołki w otwory na obręczach. Stojąc z rozkrzyżowanymi ramionami, odwracali głowę w lewo w górę i potem w prawo, by sprawdzić, czy kołki wsuwają się w otwory, a nie w ich przeguby, i upewniwszy się, zwisali. Opierali się stopami na bruku, stojąc z podniesionymi rękami. Po chwili odczuwali ból, gdyż krew nie dopływała do góry. Dawali więc znak koledze, ale niepotrzebnie, bo strażnik już wysuwał kołki z otworów, ręka od razu wyślizgiwała się z obręczy i młody mężczyzna poruszał palcami, i ocierał ramię o swój bok, by krew płynęła żyłami. Jednocześnie uwalniano jego prawe ramię. Odwracał się więc od łańcuchów i ściany i kiwając głową strażnikowi w podziękowaniu, wsuwał mu do ręki monetę i dołączał do grupy kolegów, którzy śmiejąc się, poklepywali go po ramionach, i cała grupa, zadowolona z przygody, znikała w ciemności przeciwnej bramy, zanim wydostała się na słońce.

Teraz, późnym już wieczorem, i tamta brama była zamknięta. Przed ceglaną ścianą nie stał strażnik. Ze schodów nie zbiegały przejęte grupy zwiedzających. Nie było nikogo.

Panowała tu upiorna cisza. Mury stały z zaciśniętymi zębami, rozpamiętując cierpienia skazańców; ich krzyk wsiąkł w strukturę cegieł i się w nich zapisał. Ktoś obdarzony wrażliwym słuchem usłyszałby ten straszny wrzask bólu i uciekłby, wciskając pięści w muszle uszu. Zapadała ciemność. Spływając z nieba, wsączała się powoli od góry w studnię dziedzińca i układała coraz gęstszymi warstwami. Gdy zapadła już noc, podwórko zostało wypełnione ciemnością aż po zręby dachów. Zrobiło się parno i duszno. Zbierało się na burzę. Gdzieś daleko przez niebo przeleciał zygzak srebrnej błyskawicy. I zniknął.

Noc przetaczała się powoli nad Gdańskiem.

***

Tymczasem w Hotelu na Rybackim Pobrzeżu kilku panów zasiadło w restauracji do wytwornej kolacji. Kelner podał oprawione karty menu i rozwiał się w powietrzu. Doskonale wiedział, kim są goście, bez potrzeby wypytywania się w recepcji, skąd przybyli i jakie zarezerwowali apartamenty.

W tym hotelu bywali wyłącznie ludzie majętni i znaczący w świecie. Kelner o tym wiedział, potrafił od jednego rzutu wprawnego oka rozpoznać stanowiska gościa. Zresztą lubił to robić. Mówił wtedy do siebie: „Dyrektor na państwowej posadzie, dwieście tysięcy miesięcznej pensji”. Albo, spoglądając na wchodzącego dżentelmena, myślał: „Prywatna firma, kłopoty finansowe, szuka okazji do znalezienia wspólnika”. Wielką przyjemność sprawiały mu te zgadywanki. Nie chodziło mu o to, jak wysokiego może się spodziewać napiwku, cieszyła go znajomość ludzi. Uważał się za eksperta w tej dziedzinie i odczuwał dumę.

Tego wieczoru nie mógł jednak rozszyfrować tożsamości czterech panów, którzy siedzieli przy stoliku zasłoniętym stojącą na podłodze donicą ze srebrnym drzewkiem. Zostało ono zrobione przez gdańskich rzemieślników; hotel szczycił się lansowaniem sztuki wysokiej. Na ścianie wisiał kilim utkany przez współczesnego artystę. I chociaż kelner oglądał go codziennie, nie umiał w nim znaleźć nic ciekawego, dlatego proponował gościom inne stoliki.

Dyrekcja ceniła sztukę wysoką oraz wyjątkowość tego miejsca. Hotel na Rybackim Pobrzeżu był pierwszym na Pomorzu należącym do globalnej sieci. Został zaprojektowany przez profesora Stefana Kuryłowicza tak, by przypominać gdańskie kamieniczki, stojące blisko siebie, jednakże ich fasady z szarego i jasnego marmuru, strzeliście pnące się w niebo, były przykładem nowoczesnej architektury. Hotel oferował luksusowe przyjemności majętnym gościom. Mogli przygotowywać ciało i umysł w centrum spa i pływać w oszklonym basenie na dachu. Okna ich pokoi wychodziły na Motławę, która toczyła swe stalowe wody ku Bałtykowi. Zbudowanie hotelu tak znanej sieci świadczyło o klasie miasta i jego pozycji w świecie. Gdańsk stawał się miastem luksusu i wielkiego biznesu.

Kelner, Arkadiusz Pasik, był dumny z otrzymania angażu w tak renomowanym hotelu. Uważał, że zadecydowała o tym jego znajomość psychologii, która pozwoliła mu odpowiednio pokierować rozmową kwalifikacyjną.

Kiedy więc czterej panowie stanęli na progu sali, rozglądając się, podszedł, by zaproponować im stolik z dala od kilimu. Został odprawiony ruchem ręki. Najwyższy z gości, o czarnych włosach i srebrnych skroniach, budził zaciekawienie kelnera. Nie wynikało z ceny garnituru w kolorze marengo ani też z czarnej koszuli w subtelne białe prążki, ani krawata, również czarnego, tyle że w białe drobne kropki, co świadczyło nie tylko o grubym zwitku banknotów ujętych gumką, który na pewno leżał w kieszeni spodni, ale i o wyrafinowanym guście, a na tym kelner dobrze się znał, przynajmniej w swoim mniemaniu. Jego uwagę przyciągały czarne oczy, intensywnie patrzące, przeszywające na wskroś.

„Nie chciałbym stanąć mu na drodze, zniszczyłby mnie bez wyrzutów sumienia”, pomyślał kelner i miał rację.

Niesamowity dżentelmen ruszył w kierunku stolika obok srebrnego drzewka. Szedł długimi krokami, z dużą pewnością siebie. Przyzwyczajony do rozkazywania, nie zwracał uwagi na to, czy jego towarzysze za nim podążają. Kelner uznał go za bossa.

O krok w tyle dreptał mężczyzna, chyba osiemdziesięcioletni, lecz krzepki i żwawy, choć z wydatnym brzuchem. Dwaj pozostali byli młodzi, szczupli i wysportowani.

Kelner się domyślił, że są ochroniarzami. Pomylił się jednak całkowicie. Położywszy karty delikatnym ruchem, odszedł. Obserwował gości przy stoliku, wsparty łokciem o bufet, trzymając białą serwetkę końcami palców dłoni zwieszonej przez srebrne obramowanie kontuaru, czujny, czekający na okazję, by znowu podejść i przyjąć zamówienie.

Boss zamówił wytworne i nietuczące potrawy, z którymi chciał dość szybko się uporać. Wydawało się, że jedzenie przeszkadza mu w rozmowie. Zgodził się na omawianie ważnych spraw przy posiłku, czyniąc koncesję na rzecz obyczaju, lekceważąc go podobnie jak serwowane dania.

Gruby marudził z przystawkami, nie wiedząc, co zjeść najpierw. Dwaj szczupli zamówili niewielkie objętościowo potrawy, które nie obciążały żołądka, co utwierdziło kelnera w przekonaniu, że są ochroniarzami i nie mogą być ociężali po posiłku.

Ku jego zdziwieniu to jeden z młodych zaczął rozmowę. Kelner usłyszał zadane po angielsku pytanie, skierowane do bossa. Usiłował odgadnąć akcent. Młody mężczyzna mówił płynnie i miał staranną wymowę. Nie był jednak Anglikiem. Gdzie się tak dobrze wyuczył tego języka? Z pewnością przebywał w strefie angielskojęzycznej, być może od dziecka. Kelner zrozumiał, że ma przed sobą obywateli Europy, którzy czuli się jak u siebie.

Boss jednakże nie raczył odpowiedzieć, tylko wskazał niedbałym gestem na grubego. Ten, grzebiąc widelcem w sałatce na talerzyku, rozpoczął długie wyjaśnienie.

Ku swemu zdziwieniu kelner usłyszał, że odpowiedź padła w języku niemieckim.

Marudzenie grubego z przystawkami nagle uzyskało znaczenie: rozdzielił oliwki i przesunął je na brzeg talerzyka w stronę każdego ze szczupłych mężczyzn. Każdemu przypadły po dwie. Boss dostał aż cztery oliwki. Trzy gruby przysunął do siebie, a jedną odgarnął na bok. Jak kelner się domyślał, miała przypaść w udziale partnerowi, którego nie zaproszono do stołu. Symulowano w ten sposób podział zysków. Ciekawe, kim był nieobecny wspólnik? Nie wyjdzie dobrze na tym interesie. Przypadła mu jedna i to dość mała oliwka.

Nagle boss ujął palcami tę oliwkę i ścisnął tak silnie, że wypłynęły z niej krople tłustego soku. Mężczyzna dotknął ust palcami, oliwa znikła w niewidoczny sposób. Towarzystwo kolacyjne, dzielące zyski, zrozumiało gest, wskazywały na to ich reakcje.

Gruby z uznaniem pokiwał głową. Młodzi zachowali zimny dystans, ich nieprzeniknione twarze nie pozwalały odgadnąć, czy nie podoba im się biznes, czy podział zysków. Boss ograniczył się do lekkiego rozciągnięcia warg w uśmiechu zadowolenia. Nieobecny wspólnik zostanie całkowicie wyciśnięty i skonsumowany, a należne mu zyski dostaną się bossowi. Straszliwie był zachłanny i bezwzględny w walce o pieniądze.

 

Gruby, ująwszy krawat, otarł nim spocone czoło. Najpierw jednak podsunął ku węzłowi pod szyją spinkę, wykonaną z bursztynu w srebrze. Na jej końcu lśniły trzy brylanciki. „Może to upominek od niewidzialnego wspólnika, który ma zostać wyciśnięty i oszukany”, pomyślał kelner. „Kto daje tak kosztowne i eleganckie prezenty?”.

Konwersacja toczyła się zamiennie i swobodnie w dwóch językach. Goście odznaczali się znakomitym wykształceniem i byli bogaci, skoro mieszkali w tym hotelu. Kelner nie zdołał podsłuchać, jakim zajmowali się biznesem. Nagle boss, w oczekiwaniu na kolejną potrawę, zaczął z zainteresowaniem oglądać kilim wiszący na ścianie. Na jego twarzy pojawił się wyraz aprobaty, tamci zachowali powściągliwość.

Kelner odgadł, że boss jest koneserem i znawcą sztuki. Gruby zachowywał się jak inicjator całego przedsięwzięcia, nakręcił ten interes, pewnie dlatego, że miał znaczny majątek, mógł sobie przecież pozwolić na brylanty, o ile nie były fałszywe.

Dwaj młodzi pozostali zagadką.

ROZDZIAŁ II IDŹCIE STĄD

Inspektor Wilecki stał na dziedzińcu Katowni, wezwany przez dyrektora muzeum, który się dotąd nie pokazał. Patrzył na mężczyznę zawieszonego na łańcuchach. Nie żył. Głowa opadła mu na ramię. Inspektor więc nie mógł zobaczyć twarzy.

Wileckiego ogarnął nagle ogromny smutek. W umyśle pojawiło się silne skojarzenie.

„Nie wolno tworzyć scen zawierających w sobie powszechnie rozumiane aluzje”, powiedział w myśli do siebie. Był kategoryczny w ocenach i bezwzględny w oddzielaniu dobra od zła. Pewnie dlatego został policjantem. „Trzeba szanować to, co nietykalne”, dodał.

Zmierzył wzrokiem odległość antresoli od bruku. Pod nią równolegle ciągnął się drążek z łańcuchami. Usiłował odgadnąć, jak mężczyzna dosięgnął do łańcuchów i wsunął ręce w szerokie żelazne obręcze.

Wilecki usłyszał nagle szmer za plecami i odwrócił się gwałtownie. Stojący za nim policyjny fotograf odsunął aparat od oczu.

– Co pan o tym myśli? – Przymierzając się do zrobienia dużego zbliżenia, wskazał przewieszone poza obręcze dłonie mężczyzny ze zgrubieniami powstałymi od pracy fizycznej.

Wileckiemu trudno było zaakceptować wniosek, że mężczyzna machał łopatą. Nie wyglądał na robotnika. Dlaczego więc miał na rękach odciski?

Stanął z boku, by się przyjrzeć głowie. Skinął na fotografa, wskazując mu, co ma ująć w kadrze. Ciemna opalenizna pokrywała kark wiszącego mężczyzny, lecz pod linią włosów odcinał się pasek białej skóry, a to oznaczało, że zostały skrócone, być może poprzedniego dnia.

„Przez ostatnie tygodnie wykonywał pracę fizyczną na powietrzu, pochylony, nie bacząc na ostre słońce bijące mu w kark”, pomyślał Wilecki. „Pewnie ją skończył, przyjechał z terenu do miasta i poszedł do fryzjera”.

– Muszę zrobić zdjęcie twarzy – powiedział fotograf.

– Tak – przyznał machinalnie inspektor. Odwlekał tę chwilę, choć sam był ciekaw.

– Czy może pan podnieść mu głowę? – poprosił fotograf.

– Nie – odmówił zbyt szybko. – Nie mam przecież gumowych rękawiczek.

Nie wolno dotykać zwłok gołymi rękami, ale nie tym się kierował. Nie mógł się przemóc i dotknąć wiszącego ciała, szczególnie głowy. Odczuwał coś w rodzaju szacunku i przerażenia w stosunku do tej figury rozpiętej na łańcuchach.

– Musimy więc zaczekać na lekarza. – Fotograf pochylił się, by zrobić zdjęcia stóp.

Nie dosięgały powierzchni brukowanego dziedzińca. Łańcuch został przerzucony przez żelazny pręt i zablokowany bolcem wetkniętym w ogniwo. Spowodowało to jego skrócenie. Kiedy zrobiono tę blokadę? Gdyby podciągnięto go jeszcze za życia i tak pozostawiono, byłaby to tortura, ale czy zmarłby z bólu?

Właśnie nadszedł lekarz wraz z asystentem i zbliżył się do wiszącego ciała.

– Czy już możemy zdejmować? – zwrócił się z pytaniem do inspektora.

– Potrzebuję zdjęć twarzy – odpowiedział i czekał na niesamowitą chwilę uniesienia głowy denata.

Wyczuwało się straszne napięcie. Co zobaczą? Zmasakrowaną twarz z przyschniętą krwią? Zastygłą w cierpieniu, wykrzywioną z bólu? Te przerażające obrazy przemykały przez wyobraźnię wszystkich. Inspektor zakołysał się na piętach. Założył ręce za pasek, ale ten gest wydał mu się niestosowny, więc splótł je przed sobą, uznając to za wyraz szacunku dla zmarłego.

Zapanowała cisza. Stali nieruchomo, czekając. Naciągając gumowe rękawiczki, lekarz podszedł do ciała. Kciukami podparł od dołu szczękę, czterema palcami objął czoło i podniósł opuszczoną głowę.

– Właśnie o to mi chodziło – powiedział fotograf rzeczowo, by ukryć emocje.

Wileckiego zaskoczył wygląd twarzy mężczyzny. Pozostał na niej zakrzepły wyraz silnej woli, która nie da się złamać, brwi były ściągnięte, jakby w gniewie. Spodziewał się, że zgodnie ze skojarzeniami zobaczy wyraz łagodnej rezygnacji, poddania się wyrokom nieba, a tymczasem miał przed sobą mężczyznę stanowczego za życia i dającego odpór do ostatniej chwili.

Lekarz podtrzymywał opadającą głowę, szklane oczy patrzyły wprost na budynek naprzeciwko, skąd dobiegł odgłos kroków. Wilecki odwrócił się błyskawicznie, gotowy do natychmiastowej reakcji.

W drzwiach stał mężczyzna w eleganckim garniturze. Na widok twarzy denata cofnął się o krok. Lekarz nagle opuścił ręce, głowa opadła na prawe ramię, nieruchomiejąc.

Mężczyzna w garniturze odetchnął. Jednak grymas nie zniknął z jego twarzy, chociaż szkliste oczy już na niego nie patrzyły. Elegancki pan to dyrektor muzeum. Nazywał się Fijorek. Inspektor oglądał go spod przymrużonych powiek.

Dyrektor zmarszczył brwi, krytycznie ocenił jakiś szczegół w wyglądzie zwłok. Zacisnął szczęki w postanowieniu i sapnął ze złości. Obejrzał się, jakby szukał winowajcy, by na nim wyładować wściekłość.

– Pan zna tego człowieka? – zapytał Wilecki.

– Nie! – zaprzeczył z krzykiem. – Zdejmijcie go czym prędzej! – wrzasnął.

– Musimy jeszcze przeprowadzić czynności śledcze.

– Jakie czynności? – pisnął dyrektor.

– Wszystkie.

– Czy będą długo trwały?

– Ile trzeba – odpowiedział inspektor.

– Wybuchnie skandal! Wilecki nie reagował.

– Czy pan w ogóle zdaje sobie sprawę, w jakim jest pan miejscu? – Zatoczył ręką okrąg. Czekał na odpowiedź, lecz Wilecki milczał.

– Jesteśmy w Gdańskim Muzeum Bursztynu! – obwieścił. Twarz inspektora pozostała obojętna.

– Czy pan zna nasze zbiory? Bursztyn, tak pan odpowie. Ale jaki! Unikaty, o które ubiegają się światowe muzea. Każdy z nich mógłby być ozdobą królewskiej korony. Mamy bursztyn w całej gamie barw: od białego, poprzez złoty, aż po czarny. Oryginały przywiezione z najdalszych krańców globu. O inkluzjach nie wspomnę. – Zrobił wymowną przerwę, by zapytać ironicznie: – Inspektor oczywiście wie, co to są inkluzje?

– I nie czekając na odpowiedź, wyjaśnił: – Miliony lat temu, gdy po pniu drzewa spływała powolutku kropla żywicy, napotykała na siedzącego na korze owada i oblewała go, więżąc na zawsze. Bursztyn stwardniał, owad zachował się w nim jak żywy. Mamy bezcenną inkluzję. Szczycimy się posiadaniem unikatu. Czy pan o nim słyszał?

Zadając pytanie inspektorowi, spojrzał na zwłoki.

– Naszą dumą jest Złota Ćma! – oznajmił.

– Co zmarły ma wspólnego z tą cenną inkluzją? – zapytał inspektor.

– Nic! – wrzasnął szybko dyrektor.

– Czy nie została skradziona? Dyrektor wzruszył ramionami.

– Sprawdzał pan system zabezpieczeń?

– Nie – odpowiedział Fijorek.

– Czy mam rozumieć, że dyrektor prestiżowego muzeum, posiadającego światowej klasy unikaty, nie interesuje się ich ochroną?

– Nie ma takiej potrzeby – powiedział dyrektor z pewnością siebie. – Zainstalowaliśmy oryginalne rozwiązanie.

– Nic więc nie zginęło? – dopytywał się inspektor.

– Brakło czasu na sprawdzenie. I tak przyszedłem wcześniej niż zazwyczaj.

– By go zawiesić?

– Co pan sugeruje? – oburzył się Fijorek. Odwrócił się, by odejść. – Proszę natychmiast opuścić teren muzeum. Wasza obecność jest destrukcyjna.

– Co zniszczy? – zapytał Wilecki.

– Projekt. Miasto przygotowuje się do wprowadzenia decydującej zmiany w certyfikacji bursztynu bałtyckiego. Pan zastopuje działania, zniweczy wysiłki, by przeprowadzać czynności, których nie można rzekomo odłożyć na późniejszy termin.

Dyrektor założył jedną rękę za plecy, a drugą zgiął przed sobą, jakby trzymał w niej mikrofon. Przeszedł się wzdłuż dziedzińca, spoglądając ponad głową inspektora, i przemawiał.

– Pomyślna realizacja projektu spowoduje, że Gdańsk stanie się decydującym graczem w światowym handlu bursztynem. Wkrótce milionerzy z całego świata, siedząc przy swoich komputerach, zrobią klik i zakupią unikatowe bryły bursztynu. Przeleją natychmiast na konto miasta olbrzymie sumy. Sejfy naszych banków będą pęcznieć od pieniędzy. Dziś rozstrzygnie się przyszłość.

– I ten nieszczęśnik pokrzyżował plany?

– On nie ma z tym nic wspólnego – zaprzeczył dyrektor.

– Pan o tym wie!

– Wiem, kto ma tu zaraz przybyć – skontrował go dyrektor.

– Spodziewam się prokuratora – odparował Wilecki. Dyrektora zatkało, jego oczy zrobiły się okrągłe z przerażenia.

– Za moment zaszczycą nas eksperci z zagranicy, zaproszeni przez miasto. Czyniliśmy długotrwałe zabiegi, aby skłonić te osoby do przyjazdu.

– W celu?

– Decydują w handlu i pośrednictwie bursztynem, są specjalistami od certyfikacji. I to ze mną będą rozmawiać. – Dla dodania znaczenia słowom dziobał się w pierś wskazującym palcem prawej ręki.

Widząc, że lekarz skończył oględziny, inspektor skinął głową.

Lekarz wraz z asystentem wyjęli z uchwytu jedno ramię, ciało się osunęło, przekręcając na bok i zawisło na drugim ramieniu, wciąż tkwiącym w obręczy łańcucha przerzuconego przez belkę.

Wyglądało to przerażająco. Wilecki miał w myśli obraz, jaki oglądał w swoim kościele, robił tam silne wrażenie, a tu jeszcze intensywniejsze, bo scena działa się w rzeczywistości.

W tej chwili z budynku naprzeciwko dobiegł krzyk kobiety, krótki, przerażony, wyrwał się nagle i ucichł. Lekarz z asystentem na chwilę zamarli, krzyk się nie powtórzył, powrócili więc do wyjmowania z obręczy drugiego ramienia.

Fijorek nagle zaczął się zachowywać jak szalony. Machał rękami, biegł kilka kroków do przodu, to znowu do tyłu. W końcu poniechał tego działania i pognał do bramy. Wyjrzał na zewnątrz.

– Nadjeżdżają! – wrzasnął.

Podbiegł do inspektora, wyciągając ramiona, jakby chciał go wypchnąć na ulicę.

– Wynoście się stąd, wy razem z nim! – wrzeszczał, tracąc nad sobą kontrolę.

Asystent lekarza przyniósł nosze z samochodu, stojącego poza bramą muzeum, i je rozłożył. Zwłoki wsunięto do zielonego worka z zamkiem błyskawicznym pośrodku, sięgającym od stóp do brzegu poza głową. Asystent, lekko się pochyliwszy, ściskał kciukiem i palcem wskazującym uchwyt zamka, gotowy zaciągnąć go jednym ruchem ręki. Lekarz dwoma palcami w gumowych rękawiczkach opuścił zmarłemu powieki i odwrócił się do inspektora.

– Nie żyje od kilkunastu godzin – powiedział.

– A co było przyczyną śmierci? – zapytał inspektor. Lekarz pokręcił głową.

– Sekcja wykaże.

Na zielonym worku zamek podchodził do góry, trzeszcząc, co brzmiało, jakby zmarły odpruwał tkaninę swojego życia od całości. Worek ze zwłokami położono na nosze, uchwycono je za drążki i wyniesiono poza bramę.

– Odmeldowuję się – powiedział fotograf.

Zamknął sprzęt w czarnej torbie i skinąwszy głową, poszedł ku bramie wychodzącej na Targ Węglowy.

Kiedy dyrektor zobaczył, że zwłoki zostały wyniesione poza bramę, jego ramiona opadły, a pierś podniosła się w głębokim westchnieniu ulgi.

Inspektor został. Ubrany w garnitur, niczym się nie odróżniał od ludzi, którzy mogli tu przebywać jako osoby zatrudnione.

Nie sądził, by dyrektor znowu próbował wypchnąć go za bramę. Chciał zebrać informacje; przychylając się jednak do jego błagań, zamierzał to zrobić dyskretnie.

W głębi ciemnego korytarza, z którego niedawno wyszedł Fijorek, ukazała się biała postać. Nie miała nóg i unosiła się w powietrzu. Posuwała się do przodu. Kiedy zatrzymała się w progu, inspektor zobaczył na jej brzuchu splecione ludzkie ramiona, a poniżej nogi mężczyzny w mundurze. Strażnik muzeum dźwigał posąg z białego kamienia, by go postawić na dziedzińcu. Rzeźba została umieszczona w miejscu, gdzie przed chwilą wisiały zwłoki. Strażnik się wyprostował i odetchnął, rozglądając się wokoło. W tej chwili z korytarza, z którego wyszedł, dobiegł krótki krzyk kobiety i ucichł.

 

Inspektor przyjrzał się posągowi. Przedstawiał klęczącą kobietę. Jej ramiona były opuszczone i rozłożone w geście niemego błagania. Uniesiona głowa i oczy skierowane w górę wskazywały, że błaga o litość i przebaczenie dla osoby, która była ponad nią umieszczona. Wyglądała, jakby skamieniała od straszliwego cierpienia.

Dyrektor spojrzał na posąg i ogarnęła go wściekłość. Zacisnął wargi, by nie przeklinać i powstrzymać eksplozję gniewu.

– Taką ma wizję! Nigdy na to nie pozwolę! – wrzasnął.

Strażnik odwróciwszy się do dyrektora, otworzył usta, by wyjaśnić, dlaczego rzeźbę przyniósł i postawił, ale ten gwałtownie machał ramionami.

– Wiem, wiem! – wrzasnął. – Zamilcz natychmiast. – Wytkniętym palcem pokazywał strażnikowi, że popełnił błąd, a ten wysoki i zwalisty mężczyzna stał, nie wiedząc, co robić. Ktoś mu polecił przynieść posąg na dziedziniec. Uczynił to za plecami dyrektora i na przekór jego rozporządzeniom. Fijorek się odwrócił i nie zwracając uwagi na inspektora, rzucił się w stronę drzwi. Przesadziwszy jednym susem schodki, zniknął w korytarzu, z którego przedtem wyszedł.

Strażnik stał z głupią miną, nie wiedząc, czy ma wykonać drugą część polecenia, czy też zaniechać go, słuchając się dyrektora. Najwyraźniej był sługą dwóch panów.