Plan - opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Plan - opowiadania
Plan - opowiadania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Plan - opowiadania
Plan - opowiadania
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Plan - opowiadania

Saga

Plan - opowiadaniaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594553

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PLAN

Była noc i szalała burza. Niebo przecinały błyskawice, rozświetlając je na ułamek sekundy. Grzmiało. Zerwała się wichura, przyginająca palmy ku ziemi. Nadciągała tropikalna ulewa.

Ludzie pozamykali się w domach. Nikt nie miał odwagi wyjść na ulicę ani też położyć się spać. Słychać było, jak przesuwali ciężkie komody, barykadując drzwi. Inni bali się, że wichura porwie domy. Pakowali do skrzynek zapas wody, suchy prowiant i niezbędne lekarstwa.

Gdyby zbłąkany przechodzień był jeszcze na ulicy, dostrzegłby w ciemnych oknach domostw światełka latarek przesuwających się po pokojach i wymacujących drogę w dół po schodkach do piwnicy. Jakiś mieszkaniec New Hong City podszedł do okna i, starłszy parę z szyby palcami, wyjrzał z niepokojem na zewnątrz. Podniósł oczy w czarne niebo, lecz zacisnął powieki przestraszony zygzakiem białej błyskawicy. Zauważył jednak, że jej blask rzucił na ściany domów cień barczystego mężczyzny.

Gdy niebo ponownie pociemniało, a ukrywający się w piwnicy otworzył przerażone oczy, już go nie dostrzegł. Cień wtopił się w czarne tło nocy. Olbrzymi mężczyzna szedł bardzo szybko, długimi krokami. Nie zważał ani na grzmoty, ani na porywy wichury. Mokre już powietrze niosło w sobie zbliżający się deszcz. Czując zapach wody, jeszcze przyspieszył. Już biegł, uderzany w pochylone plecy porywami wichury. Spojrzał pospiesznie na potężne palmy, których czubki się wyginały, by odgadnąć siłę nadchodzącej burzy.

Zdążył dotrzeć do Misji, kiedy lunął deszcz.

Nie wiadomo, jak mu się udało przejść przez bramę chronioną zamkiem szyfrowym. Nie mógł przecież sforsować muru otaczającego teren Misji, chyba że dysponował sprawnością komandosa. Misja! Tak nadal nazywano to miejsce, chociaż żołnierze dawno już swoją misję ukończyli i odlecieli warczącymi maszynami po kolei, szwadron za szwadronem. Wtedy przez otwarte drzwi widać ich było siedzących rzędem i trzymających ręce na broni położonej płasko na kolanach. Patrzyli z góry na miasto, które prawie zrujnowali. Przyglądali się z pogardą skłóconym ludziom, których nie udało im się ucywilizować. Spoglądali na wąskie uliczki wśród wysokich domów, wiedząc, że pleniący się tam złoczyńcy tylko czekają, by ostatnia maszyna zniknęła za łańcuchem gór. Wtedy bandyci wypełzną niby szybkie skorpiony i będą kąsać wszystkich. Obejmą władzę, bo teraz ich kolej, i odegrają się na każdym, bez wyjątku. Żołnierze, trzymając spokojnie ręce na broni, byli jednak czujni i w napięciu obserwowali to miasto i jego ciemne, cuchnące uliczki, podobne do kolein wyżłobionych przez koła wozów historii. Nie byli bezpieczni, póki ich warczące maszyny nie przeleciały poza łańcuch gór. Wiedzieli, że potem nikt już nie będzie pewny swego życia. Ale to ich nie obchodziło.

Pozostały po nich na rozległym terytorium – równym dzielnicy w mieście – baraki, zabudowania dla oficerów i pomieszczenia wypakowane tysiącami skrzynek. W Misji litościwa Federacja umieściła dzieci. Dostawały jedzenie czerpane z puszek i paczek pozostawionych w skrzyniach wypełniających magazyny. Szczodra i łagodna ręka Federacji karmiła dzieci, ale wpierw jej wytknięty palec nakazał spalić zboże na polach. Zapewniła im dach nad głową, ale dopiero po zburzeniu ich domów. Jednak, co najważniejsze, zapewniła im opiekę, protekcję i bezpieczeństwo, zabiwszy przedtem rodziców i obaliwszy rząd. Ale Misja trwała. I, pomimo wszystko, to było dla dzieci największym, choć jedynym dobrodziejstwem.

Olbrzymi mężczyzna zatrzymał się na chwilę poza wysokim murem. W tym samym właśnie miejscu pięć lat temu stał razem z chłopcem. Od tamtego czasu nigdy więcej tu nie był. Być może nie interesował się piętnastolatkiem, którego przyprowadził za rękę i pozostawił na łasce Misji. W jakim więc celu przyszedł tej nocy? Jaka sprawa nie mogła poczekać do rana? I kim był dla niego ów młody człowiek, dla którego narażał się na niebezpieczeństwo?

Przybyły wszedł pomiędzy równo stojące baraki. Poruszał się tak, że ani razu nie oświetliła go błyskawica. Nigdy też jego olbrzymi cień nie pokazał się na ścianie. Stawiał stopy bez szmeru. Nie zachrzęścił żwir ani też nie zaszeleściły liście wydarte wiatrem z drzew palmowych i rzucone na ziemię. Kluczył pomiędzy budynkami, zmierzając do tego, który stał na krańcu terytorium.

Kiedy dotarł do baraku, przylgnął do ściany, stapiając się z jej ciemną barwą. Nasłuchiwał chwilę wśród świstów wichury koszącej strumienie wody. Ktoś inny nie usłyszałby rozmowy poprzez ścianę. Mężczyzna jednak pokiwał głową, rozpoznając znajome głosy. Wyciągnął ramię i dotknął ręką drzwi. Ukrytą w dłoni kartą rozkodował zamek. A kiedy tylko drzwi się uchyliły, wsunął swe olbrzymie ciało do wnętrza baraku. Zatrzymał się tuż za progiem.

- Valko – szepnął.

Młody mężczyzna, który tu przebywał, skoczył ku niemu. W połowie drogi się jednak zatrzymał. Spojrzał na olbrzyma, z którego ściekały strumienie wody. Zobaczył go po raz pierwszy od pięciu lat, kiedy to Chińczyk przyprowadził go tu, do Misji i kazał mu pozostać. Dlaczego odtąd nie dawał znaku życia?

Z sąsiedniego pokoju wyszła dziewczyna. Stąpała z dziwną w tym miejscu godnością. Pokazywała być może, że nie czuje się sierotą, pozbawioną ojczyzny. Stanęła naprzeciw Chińczyka, patrząc na niego bystro. Oczekiwała, że to on zacznie rozmowę. Przybyły jednak milczał. Błyskawica przecięła niebo. Uświadomili sobie nadzwyczajną powagę sytuacji. Skoro przeszedł przez miasto mimo burzy i wiatru, miał coś ważnego do zakomunikowania.

Valko lekko się pochylił i otworzył usta, by wyrzucić z siebie pytania, lecz dziewczyna zatrzymała go władczym gestem prawej ręki. Usłuchał jej nakazu. Wyprostował się i zamknąwszy usta, czekał na wyjaśnienia. Przybyły zauważył, że ochłonęli ze zdziwienia, więc już może im wyjawić cel swego przybycia.

-Musicie uciekać! Natychmiast! – powiedział.

Stali jednak nieporuszeni.

-Chodźcie ze mną – rzekł Chińczyk już w półobrocie ku drzwiom.

Dziewczyna się obejrzała naokoło, patrząc na osobiste przedmioty. Postawione pod łóżkiem buty, jeszcze wilgotne po spacerze na trawnikach, porzucony na poduszce e-czytnik z wyświetloną stronicą książki, wskazywały, czym się właśnie zajmowała, gdy niespodziewany posłaniec wkroczył wprost w ich spokojny wieczór, każąc porzucić wszystko, co było ich stabilizacją.

Chińczyk pokręcił przecząco głową, co znaczyło „niczego nie wolno zabierać”. Dziewczyna odczytała w geście zapewnienie: „wkrótce tu wrócimy”, a jej towarzysz pomyślał: „niczego nie musicie zabierać, gdyż nie będzie wam potrzebne, wszystko zostanie zapewnione”. Wyszli, osłonięci szerokimi plecami prowadzącego. Pochylając się przed wiatrem, zmierzali ku wznoszącej się nieopodal rozległej budowli. Wbudowano ją we wzniesienie, które nie było porośnięte drzewami jak inne.

Było to w Misji zakazane miejsce. Nikomu nie zezwalano się do niego zbliżać. Nikt zresztą nie miałby na to ochoty ze względu na przerażający wygląd budynku. Betonowe ściany mówiły, że wejść pozwolą, lecz już nie wypuszczą na wolność. Podejrzewano, że w czasach, gdy zarządzali nim żołnierze, mieściło się tu więzienie. Wskazywały na to małe okienka umocnione grubymi kratami. Wśród wolontariuszy Misji krążyły pogłoski o szczelnych piwnicach, przystosowanych do torturowania aresztantów, którymi byli okoliczni mieszkańcy, niechcący się podporządkować nowemu prawu. Opowiadano sobie szeptem, że ktoś, zaglądnąwszy przez zakratowane okno umieszczone tuż nad ziemią, zobaczył zwłoki zaczepione pod sufitem nogami na hakach, zanurzone głową w basenach z wodą. Gęsty cień otaczał budynek, ściany wydzielały chłód, powodując, że nawet ziemia w pobliżu była zimna.

W strugach deszczu zatrzymali się przed okratowanymi drzwiami. Żelazo już pokrywała rdza, lecz nie przeżarła grubych prętów. Chińczyk zbliżył się swym bezszelestnym krokiem i wsunął ramię poza kratę. Spoza jego palców wystawał róg karty. Zamek się rozkodował i drzwi, razem z okrywającą je kratą, otworzyły się, nie wydając szmeru. Mężczyzna pierwszy przekroczył próg, pochylając głowę. Popchnięci wiatrem, skoczyli przerażeni w ciemność. Drzwi od razu się zamknęły i zabłysło światło.

Ciągnął się przed nimi długi korytarz o gładkich ścianach i czystej podłodze pokrytej lustrzanymi taflami. Pod sufitem były podwieszone rury i przewody. Kiedy ruszyli, zachęceni gestem swego przewodnika, ich kroki nie wywoływały odgłosu, a mokre zelówki nie pozostawiały śladów na lśniącej podłodze. Za zakrętem wymacała ich pierwsza kamera i obróciła za nimi swój ostry nos, wbijając w ich głowy punkcik swego spojrzenia.

Tysiące pytań szalało w głowie Valko. Dlaczego korytarze wyglądają jak nowo zbudowane, chociaż żołnierze przestali je przemierzać przed dwudziestoma laty? Co pochłania dźwięk? Dokąd przesyłają obraz śledzące ich ruchliwe kamery? Kto na nich teraz patrzy? Wszystkie urządzenia, jakie dotychczas napotkali, były sprawne. Do licha, była to przecież ukryta baza wojskowa, i to precyzyjnie działająca. A Chińczyk doskonale się orientuje w jej topografii i potrafi uruchamiać systemy. Valko zapamiętał go przecież jako bogatego handlarza, który z panem Ka-O, nazywanym kałem, prowadził interesy. Kim naprawdę był?

 

Znaleźli się potem w olbrzymiej sali z wieloma konstrukcjami z żelaznych belek. Kiedy tylko przekroczyli próg, zapłonęły lampy, wydobywając kontrast białego metalu na tle czarnych ścian. Na środku pomieszczenia lśnił szklany szyb windy. Weszli do niego i drzwi się za nimi zasunęły. Dopiero wtedy, gdy błyskawicznie się unosili, pozwolił sobie na skąpą informację.

-Musicie wyruszyć jeszcze tej nocy, przed świtem – zaczął.

Chłopak spodziewał się zupełnie innych wiadomości. Potrzebował wyjaśnień. Dlaczego muszą tak nagle opuścić miasto? Co się stało? Dokąd muszą się udać, no i oczywiście – na jak długo? Spodziewał się, że wkrótce wrócą. Będą mogli doczytać stronę na ebooku, zanim wyczerpią się baterie wyświetlacza.

Chińczyk zauważył jego ciekawość. I mimo że doskonale znał psychiczną strukturę Valko i jego gwałtowność, najważniejsze informacje nadal utrzymywał w ukryciu.

-Nie czas teraz na zbędne pytania i wyjaśnienia. Musimy się skupić na najważniejszym. A tym jest wasza ucieczka i przeżycie.

-Kiedy? – Chłopiec nie skończył pytania, które miało brzmieć: „kiedy wszystko nam wyjaśnisz?”

-Wkrótce się dowiesz – uciął pytanie Chińczyk.

Winda zawiozła ich do obszernej komory. Nareszcie mogli zdjąć z siebie przemoczone ubranie. Zwinąwszy je w kłąb, wrzucili przez drzwiczki do czerwonego wnętrza elektrycznego pieca i, stojąc przed paleniskiem, przyglądali się płomieniom. W tej chwili włączył się wywietrznik usuwający popiół i nie pozostało ani śladu po ich seryjnej odzieży, opatrzonej znakiem międzynarodowej Misji.

Dziewczyna westchnęła, jakby zrzuciła z siebie ciężar. Valko przyglądał się z zaciśniętymi zębami, jak obraca się w popiół jego przeszłe życie. Z gabloty w ścianie zostały wyjęte kombinezony, które założyli, dziwiąc się, że dopasowują się do ich sylwetek. Były bardzo wygodne i dawały szczególną przyjemność poruszania się, nie zawadzając w niczym.

Kombinezony zostały odlane z jednego kawałka porowatego tworzywa. Nawet na ramionach i nogach miały liczne kieszenie, w których znajdowało się wiele rożnych przedmiotów. Na paskach mankietów również umocowano mierniki poziomu energii.

Chińczyk wyjmował ważniejsze urządzenia i, trzymając je przez chwilę na dłoni, objaśniał szeptem ich przeznaczenie. Pokazywał tylko proste działanie: włącz – wyłącz. Czerwone i góra na wskaźnikach zawsze oznaczały zagrożenie. Czasu było mało, mimo to Chińczyk mówił spokojnie. Valko, zawsze jednak niecierpliwy, przestępował z nogi na nogę. Zapamiętał, że dysponowali przydatnymi miernikami i komunikatorami. Miał świetną pamięć i bardzo szybko kojarzył. Wystarczyło, że zobaczył jeden raz jakiś układ elementów, a choćby ich było bardzo wiele, potrafił bezbłędnie odtworzyć całość.

Chińczyk oparł rękę na ścianie. Kod się wczytał i otworzyły się drzwi do kabiny. Stały w niej konsole sterownicze i obrotowy fotel.

-Będę was prowadził – powiedział Chińczyk. – Kiedy tylko opuścicie New Hong City, nic wam nie będzie zagrażać.

-Czy chcieli mnie zabić? – zapytał chłopak.

Chińczyk ociągał się przez chwilę z odpowiedzią.

-Planowali cię pojmać – odpowiedział wreszcie.

-Nigdy! – powiedział chłopak z mocą.

Kiedy to mówił, dźwięki warczały mu w głębi gardła. Stał, kołysząc się lekko na stopach. Chociaż się uśmiechał, obnażał zęby jak zwierzę. Dziewczyna wyciągnęła ramię. Valko zamilkł i zacisnął wargi.

-Planuje się jednak pewne wydarzenia – zaczął Chińczyk.

-Jestem gotowy na wszystko – Valko powiedział z dużą wewnętrzną siłą. – Zniosę każdy ciężar, pokonam przeszkody – mówił rozdzielając słowa i nadając i im powagę. – Nigdy się nie poddam.

Dziewczyna opuściła ramię i stanęła spokojnie obok niego.

-Dokądkolwiek zaplanowałeś nas wysłać – powiedział chłopak – sprawdzimy się jako ludzie.

- Macie tu wszystko, co jest potrzebne do życia – powiedział Chińczyk. – Niczego wam nie zabraknie.

Stał jeszcze chwilę, jakby chciał coś dodać, tym razem od siebie. Swoje emocje trzymał zawsze na uwięzi i nigdy nie pozwalał sobie na ich ujawnianie. Zrobił to tylko raz – chłopiec sobie potem tę chwilę przypomniał, gdyż ona zadecydowała o jego życiu. Twarz Chińczyka była wilgotna od deszczu zapewne. To woda ściekając, wywoływała wrażenie, że po policzkach spływają szybkie krople łez, gdyż się żegna na zawsze z najbliższą na świecie osobą.

Uczynił już gest, jakby chciał wejść do kokpitu. Dawał im do zrozumienia, że i dla nich pora odwrócić się, by się znaleźć na platformie przed szerokimi drzwiami, jeszcze otwartymi. Postąpili więc o krok i znowu się zatrzymali, tym razem na krawędzi: czubkami butów jeszcze po tej stronie, a piętami już poza linią platformy. W lewej, zgiętej ręce trzymali naszpikowane urządzeniami półhełmy, przypominając sportowców z piłką tuż przed meczem. Bali się i byli niepewni wszystkiego. Wiedzieli jednak, że nie mają żadnej innej możliwości. Nie mogą pozostać w New Hong City. Już nie powrócą do Misji i swoich pokojów, które ogrzewali własnym życiem przez pięć lat. Porzucony czytnik ebooka, czekając na odwrócenie strony, zacznie w końcu migotać i obraz na nim zafaluje. Litery będą blaknąć i wyszczerbią się ich brzegi, aż wreszcie znikną na zawsze i nikt już nie doczyta tej historii do końca. Wyparuje rosa na butach po spacerze, a one same się zeschną i wypaczą, by wreszcie zapomnieć kształt stóp.

Wtedy zapaliło się światło za ich plecami. Było jaskrawe. Świeciło z góry i padając na twarze, wyostrzało rysy. Światło zaczęło się obracać. Raz ich dotykając, raz omijając, powodowało, że znikali i znowu się pojawiali. Zapalały się po kolei wszystkie urządzenia za ich plecami. Odezwał się wyjący sygnał, niby syrena oznajmiająca tlenie się ognia.

-Chodź – szepnęła dziewczyna.

Nie uczyniła kroku wstecz, lecz wykonała obrót przez lewe ramię, odwracając się plecami do Chińczyka, który właśnie robił krok w przeciwną stronę. Widziała jeszcze, że usiadł na obrotowym fotelu, kładąc ręce na pulpicie. Wpatrywał się w monitor, na którym pokazał się obraz jakiegoś wnętrza, jeszcze pustego. Na ekranie wyświetlił się komunikat skierowany do niej. Przeczytała i zamyśliwszy się, zacisnęła wargi w postanowieniu. Odwróciła się pierwsza. Było jej łatwiej, bo nie miała nikogo na Ziemi. Valko zacisnął szczęki i rzuciwszy ostatnie spojrzenie na Chińczyka wykonał obrót i krok do przodu.

Nie usłyszeli wcale, że drzwi się za nimi zamknęły. Nie obejrzeli się, gdyż znaleźli się w pomieszczeniu, które całkowicie przyciągnęło ich uwagę. Horyzontalnie rozsunęły się ściany, zamieniając się w olbrzymie okna. Zauważyli, że Ziemia jest już pod nimi. Wysokie domy spadały coraz niżej, już przestali widzieć ich dachy, już miasta stawały się punktami, potem zobaczyli oceany.

-Ziemia – szepnęła dziewczyna. – Już jej nie widać.

-Dokąd lecimy? – zapytał chłopak.

-Boję się – powiedziała cichutko dziewczyna, by nie usłyszał, bo przecież zawsze była bardzo dzielna.

Ziemi już nie było. Nie mogli otrząsnąć się z szoku.

-Myślałem, że będzie to krótka podróż. Może na jakiś spokojniejszy kontynent – powiedział Valko, stojąc na szeroko rozstawionych nogach, z opuszczonymi i skrzyżowanymi przed siebie ramionami, niby samotny zawodnik przed meczem, który za moment stoczy bój sam ze sobą i z całym światem.

-Nie ma spokojnych kontynentów – odpowiedziała dziewczyna. – Wszędzie są walki, zamieszki i działania misyjne, przywracające stabilizację. To znaczy, morduje się ludzi w imię naszego prawa, które jest dla nich lepsze. Niech więc zginą, skoro nie potrafią go przyjąć.

- Może lecimy na Satelitę nr 1 – wyraził przypuszczenie chłopak, tylko by ją uspokoić. – Tam nikt nas nie zna. Powrócimy na Ziemię, na pewno.

W tej właśnie chwili rozświetliły się konsole pod ścianami kabiny, zabłysły monitory. Z podłogi na środku wysunęły się dwa szerokie fotele, ustawione do siebie oparciami. Usiedli na nich od razu, zapinając pasy i klamry. Konsole przysunęły się bliżej i chłopak położył ręce na pulpicie, przyglądając się ikonom. Nie miał wiele do zrobienia, zdając sobie sprawę, że kieruje ktoś inny. Jakże tajemniczy był Chińczyk! Teraz więc, zdany na jego umiejętności i wolę, kierowany systemami, które tamten kontrolował, patrząc na panoramiczne okna, wciąż ciemniejące, rozjaśniane tylko smugami – czym były? Planetami? – przypominał sobie, jaką rolę odgrywał w jego życiu.

Chińczyk przyprowadził go do Misji. Chłopiec miał wtedy piętnaście lat.

- Musisz tu zostać, Valko.

Powiedział to stanowczo, jednocześnie rozglądał się przymrużonymi oczami, czy nic im nie grozi. Misja była jedynym miejscem, gdzie nie wchodziły zbiry pana Ka-O, nazywanego kałem. Pozostawała pod opieką i zarządem Federacji Narodów i Planet, a z taką siłą nawet pan Ka-O nie śmiał zadzierać. Utrzymywana z jej funduszy i kontrolowana przez inspektorów, była nietykalnym terytorium. Valko stał tuż za bramą i nawet się nie rozglądał. Wbił wzrok w ziemię, ale wciąż miał przed oczami bolesną scenę, na którą przed chwilą musiał patrzeć. Chińczyk trzymał go za ramię. Valko przecież i tak nie rzuciłby się do ucieczki, będąc nadal w stanie szoku po tym, co widział. Ukryty w cieniu olbrzymiego mężczyzny, czuł swoje mocno bijące serce.

Właśnie na progu biura stanęła wolontariuszka. Po chwili ruszyła w ich stronę, niosąc coś ostrożnie. Była chyba niewiele starsza od Valko. Zaledwie Chińczyk ją spostrzegł, odwrócił się, pochylając głowę. Być może nie chciał zostać rozpoznany. Odchodząc, nawet się nie obejrzał. Chłopiec uznał, że wcale nie żałuje rozstania i jego osoba jest mu obojętna.

Wtedy podeszła do niego dziewczyna. Zatrzymała się przed nim i wyciągnęła obie ręce, w których trzymała miskę ryżu. Podając mu ją, powiedziała - Jestem Arlena.

Serce Valko nadal głośno się tłukło. Obawiał się, że dziewczyna usłyszy jego łomot i uzna go za tchórza. Zaczął więc od razu pochłaniać jedzenie, pochylając głowę i udając, że interesuje go tylko kolejna porcja ryżu na łyżce. Dziewczyna jednak wcale się nie śmiała z jego łapczywości.

- Jesteś bezpieczny – powiedziała.

Zbliżały się ku nim inne dzieci, ale nie podchodziły zbyt blisko. Zatrzymywały się w odległości większej, niż mogłyby zostać rozpoznane. Obawiały się nowego, nie wiedząc, kim jest i jak mógłby im zagrozić. Był nędznie ubrany. Miał na szyi chustkę, którą łatwo było naciągnąć na twarz. O, te dzieci były bardzo inteligentne i w lot odgadywały, z jakiego rodzaju człowiekiem mają do czynienia. Rozpoznawały przynależność do klasy społecznej i chociaż wszystkie były w tym samym miejscu i w podobnej sytuacji, to jednak się wcale nie zrównały. Wolały również, by nikt nie zapamiętał ich twarzy.

Valko uniósł na chwilę głowę znad gotowanego ryżu. Czynność jedzenia przestała być potrzebna jako kamuflaż. Powolnym ruchem odstawił miseczkę na ziemię poza swoimi plecami i stanął w rozkroku. Będzie się bił i pokona wszystkich albo zginie. Nie podda się nigdy.

- Ich rodzice zostali skazani za poważne przewinienia przeciwko prawu Federacji – powiedziała Arlena.

- Rozbój, morderstwo ze szczególnym okrucieństwem – skonstatował Valko, doskonale znając takie czyny i słowa. Były treścią jego życia.

Arlena lekko potraktowała jego przypuszczenia. – To nie są przestępstwa zagrażające Federacji. Takich nikt nie ściga.

- To co zrobili?! – wykrzyknął gwałtownie Valko.

- Ten chłopak z rękami w kieszeniach jest synem byłego premiera – powiedziała.

Valko chciał się na niego rzucić, ale Arlena powstrzymała go ruchem ramienia, stawiając przed nim po raz pierwszy taką zaporę.

- Nasłali na nas żołnierzy! Palili zboże, mordowali ludzi.

- Jego ojciec został stracony – powiedziała cicho Arlena.

Valko chciał wykrzyknąć jakieś straszne słowa, lecz dziewczyna położyła mu rękę na ustach. Wysoki, bardzo chudy chłopak, trzymający ręce wbite głęboko w kieszenie, popatrzył na Valko, po czym, nie zmieniając wyrazu twarzy, jakby nie słyszał i nie rozumiał, choć było odwrotnie, zakręcił się na pięcie i odszedł spokojnie.

Arlena podniosła miseczkę i odeszła. Chłopiec podążył za nią. Teraz ona była jedyną życzliwą osobą. Z powodu agresywności Valko umieszczono go w oddalonym baraku tuż przy budynku z zakratowanymi oknami.

- Nie chcę tu być! – wykrzykiwał, gdy przychodziła Arlena. Tylko ona miała w sobie tyle cierpliwości, by z nim spokojnie rozmawiać i tłumaczyć mu zasady przebywania w misji.

- Ale przecież nie mogę stąd wyjść! – wykrzykiwał po chwili.

 

- Jak to się stało? Powiedz.

Mieszkali w nędznej dzielnicy New Hong City. Wąskie uliczki, nie były szersze niż dwa metry. Po obu stronach stały najwyżej dwupiętrowe domy, zbudowane z drewnianych bali i z trzciny. Do ich konstrukcji używano również pozostałości po wojsku, które właśnie opuściło miasto, pozostawiając wiele dobra zbyt kosztownego do transportu. Zresztą, po cóż zabierać z powrotem brezent i nylon namiotów, plastyk po skrzyniach i kontenery, skoro Federacja raz już zapłaciła za nie producentom. Któż płaciłby za składowanie połamanych desek, dziurawych pak i platform bez podnośników? A tutaj te rzeczy były cennymi materiałami, na których spryciarze umieli się wzbogacić. Największym z nich był pan Ka-O, którego ludzie szybko zgromadzili materiały w magazynach i odsprzedawali je lub wypożyczali biedakom w zamian za ich pracę. Biznes polegał na tym, że materiały zyskiwały na cenie po sprzedaży, a suma oddawana pracą w ratach co tydzień stawała się coraz mniej warta. Zrobiłeś sobie dom ze skrzyń i starych podłóg – musisz więc płacić za nieruchomość, której jesteś właścicielem, a nie za materiały. Nie chcesz płacić? Jutro twoja córka znika, powraca wprawdzie na następny dzień, ale milczy. Umiera od krwotoku, który wciąż się sączy po jej udach. Ze starych części zmontowałeś sobie samochód – płacisz więc za pojazd terenowy. Nie chcesz płacić? Jutro twój syn zostaje znaleziony na dnie morza, siedząc w samochodzie, a jego stopy są przywiązane do pedału gazu.

- Pamiętam, jak siedziałem obok matki – mówił Valko, patrząc gdzieś przed siebie. – Miałem kilka lat. Było to obszerne pomieszczenie, zalane słońcem. Wszędzie leżały części różnych urządzeń, które pozostawiło wojsko. Nieprzebrane ilości, najróżniejsze rzeczy. Niektóre prawie całe, inne zniszczone, choć stopień ich uszkodzenia nie umniejszał wartości. Kobiety demontowały te mierniki i czytniki, rozkładając na części. Dzieciaki, siedząc na podłodze w kucki, ostrymi nożykami zeskrobywały drobne cząsteczki metalu. Zsypywały je na podstawioną obok miseczkę, aż zapełniły ją tym czarnym, trującym ryżem, którym się karmiła elektronika.

Co tydzień przychodzili ludzie Ka-O. Pracujący widzieli ich pistolety zatknięte za pasek od spodni. Kobiety opuszczały głowy i matka Valko również, by nikt nie zobaczył jej lśniących oczu, które błyszczały białkami. Mocno różowe policzki i gładka skóra przyciągały wzrok każdego, więc pochylała głowę, by żaden nie podniósł ją za brodę lufą pistoletu, który wyciągnie zza paska zbyt ciasnych nagle spodni i każe jej odejść w kąt.

Jeden z nich jednak się zatrzymał przed kobietą w czerwonej sukience. Stał z szeroko rozstawionymi nogami, przyglądając się z góry siedzącej na niskim stołeczku postawionym na podłodze. Ręce jej wycierały z brudu szyby monitorów, leżących płasko pomiędzy jej kolanami. Pocierała plastykowe prostokątne powierzchnie szybko i energicznie, a kiedy zakrył ją cień stojącego przed nią mężczyzny, ręce zamarły i czekały bezbronnie, aż zostaną pochwycone i uwięzione w silnej, zaciskającej się garści, która będzie się podnosić do góry, dźwigając ją do wysokości twarzy napastnika, nagle nabrzmiałej.

W tej chwili jego towarzysz, również z pistoletem za paskiem, pochylił się ku niemu i wskazując podniesioną brodą pochyloną i nieruchomą z przerażenia i oczekiwania kobietę, szepnął mu kilka ważnych słów wprost do ucha, tak aby nikt nie usłyszał, ale imię pana Ka-O odgadli wszyscy z układu warg mówiącego. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie od siedzącej i pochyliwszy się, przesypał cenne metale z miseczek do toreb ze słomy ryżowej. Inni zabierali również elementy urządzeń, układając je według wielkości w płaskich kartonowych pudłach. Dawali kobietom żetony do sklepu pana Ka-O. Zebrany materiał zanosili do składu Chińczyka, który wpłacał żywą gotówkę na konto pana Ka-O. Co robił z surowcami i całym sprzętem, który zwożono tonami, rozdzielony już i posegregowany? Tego Valko nie wiedział. Nie kojarzył z tym transportowców, często przecinających łańcuch górski, poza którym leżały cywilizowane kraje, ale Chińczyk szybko stał się najbogatszym człowiekiem mieście.

Następnego tygodnia, w dniu zabierania urobku, na inspekcję przyszedł sam pan Ka-O. Kobieta w czerwonej sukience wycierała szyby płaskich monitorów, trzymając je przed sobą. Za stołeczkiem, na którym siedziała, osłaniając go szeroko rozpostartą suknią, był ukryty mały chłopiec. Rozkładał płyty główne, wyjmując z nich elementy. Układał je po kolei na podłodze. Kiedy dostawił do rządka ostatni, ujmował pierwszy od lewej strony i z powrotem wtykał w poprzednie miejsce. Jego palce pracowały spokojnie, kierowane podświadomością, w którą wdrukował się wzór.

Pan Ka-O stanął przed kobietą w czerwonej sukience. Po chwili namysłu podniósł jej głowę, ująwszy za brodę, lecz nie pistoletem, ale ręką.

- Pokaszsz tę twaszsz – powiedział, przeciągając syczące głoski, co upodobniało go do węża.

Wielkie, lśniące oczy, czyste, lekko błękitne białka i czerwone policzki oraz napięta, bardzo jasna skóra objawiły się jego oczom. Nic nie mówił. Kobieta uniosła szybę monitora i zasłoniła się nią, jakby osłaniała się swoją nagością. Na twarz spadł właśnie kosmyk włosów i lekko się zwijał na policzku.

Pan Ka-O milczał. Wyciągnął jednak rękę i dwoma palcami usiłował pochwycić tańczący kosmyk, lecz ruch powietrza powodował, że umykał spod jego palców. Ręka się cofnęła, a włosy zwiał podmuch za ucho, i ono właśnie przyciągnęło wzrok pana Ka-O. Było niewielkie, obnażone i otoczone włosami.

Pan Ka-O wciąż milczał. Nie odrywając wzroku od precyzyjnych detali tej twarzy, wydobył wreszcie z siebie głos. Przeciągał głoski, sepleniąc, przez co sprawiał wrażenie niedorosłego.

- Przejdzieszsz do innej pracy.

Kobieta podniosła się i stanęła przed panem Ka-O, wciąż zasłaniając się szybą. Była od niego wyższa, patrzyła więc ponad jego głową. Nie mogła zmusić się, by zaczepić wzrok na jego szpetnej twarzy z wysuniętą nadmiernie dolną szczęką. Ta wada była powodem złej wymowy, co go deprymowało. Oparł się o framugę drzwi i wyjąwszy pistolet, uczynił nim nieznaczny ruch na bok. Było to zbędne, gdyż wszystkie kobiety tu pracujące już umykały bocznymi drzwiami, uniósłszy uprzednio zasłony ze słomy ryżowej. Przebiegały jak małe zwierzątka do dalszych pomieszczeń w tym domostwie o dziesiątkach pokoików, łączących się pomostami z całą dzielnicą, i przenosiły wiadomości. Chwytały swoje dzieci na ręce i zabierały ze sobą, przyciskając ich główki do piersi, by pan Ka-O ich nie rozpoznał. Jedna z kobiet w odruchu solidarności i mądrej chęci uratowania dziecka, pochwyciła chłopca, który w skupieniu składał zespoły. Już biegnąca, musiała go jednak puścić, gdyż pochwycił się obiema rękami nogi matki.

- Dorobiłaśś ssię bękarta – powiedział pan Ka-O.

Stał oparty nonszalancko jedną ręką o drzwi, zagradzając jej wyjście, z którego by nie skorzystała, nawet gdyby o tym pomyślała. Drugą ręką bawił się bronią. Sprawiało mu to wielką przyjemność, gdyż wzbudzało u innych przerażenie. Popisywał się swoją zręcznością, nawet gdy gardził obserwatorem. Była to jednak zawsze skuteczna metoda zastraszenia rozmówcy. Tak działo się i teraz. Obracał pistolet w ręku i, unosząc do ust, dmuchał w lufę. Jednocześnie rozmawiał z jego matką, pozornie skupiony jedynie na swej rozrywce.

Matka nie prostowała jego określenia zaprzeczeniem, że jej syn nie jest bękartem. I tak nie ujawniłaby, kto jest jego ojcem, gdyż musiała to utrzymywać w tajemnicy. Taka była umowa pomiędzy nią a ojcem chłopca. Nigdy nie łamała danego słowa, gdyż dla niej było to zobowiązanie moralne. Swą uczciwość biednej kobiety uważała za coś bezcennego, co ją różniło od takich jak pan Ka-O. Gdyby nie dotrzymała danego przyrzeczenia, czułaby, że się zniżyła do poziomu tego nikczemnika i nie jest nic – podobnie jak on – warta.