Geniusz i lustro

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Geniusz i lustro
Geniusz i lustro
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 9,98  7,98 
Geniusz i lustro
Geniusz i lustro
Audiobook
Czyta Marta Wągrocka
5,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emma Popik

Geniusz i lustro

Saga

Geniusz i lustroZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599800

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

- Halo, John.

- Witaj, Adrianie – odpowiedział automat. – Kafe latte, jak zwykle?

- Tak, dziękuję.

Stał przed automatem do kawy i przyglądał się swemu odbiciu w lśniącej powierzchni maszyny. Widział nalaną twarz z głęboką blizną na czole, zagłębiającą się w czaszce. Jakież to potężne uderzenie wyłupało mu kość i czyja to zrobiła ręka? Ponieważ rozpoznał to odbicie, powoli przypominał sobie, co ma robić. Ręka Adriana wsunęła żeton do szczeliny i na półeczce stanął kubek kawy z pianką, obok leżał ciepły rogalik z nadzieniem z wiśni. Pod woskowanym kubkiem podłożono okrągłą, karbowaną na brzegach serwetkę z nadrukiem.

Adrian podniósł kubeczek. Na podłożonej pod nim serwetce zobaczył obrazek. Skierował wzrok nieco w dół, by obejrzeć obrazek. Pamiętał bowiem, że codziennie tak robił. Zawsze w nagrodę za wysiłek wykonania tej czynności jak trzeba, widział inne kolorowe figurki na serwetce. Bardzo był ciekaw, co zobaczy dzisiejszego popołudnia. Czy to będzie ładna pani, czy dwa pieski tańczące na tylnych nóżkach? Każdego ranka przyglądał się obrazkom z płonącymi oczami. Były takie piękne!

Trzymając lewą ręką tacę, na której leżał rogalik i serwetka, przyglądał się obrazkowi, przysuwając tacę wyżej do oczu. Prawą ręką trzymał kubek z gorącą kawą, ozdobioną górką bitej śmietany. Musiał uważać, by nie przechylić kubka i nie wylać kawy na dywan. Utrzymywanie kubka w pionie było bardzo trudną sztuką.

Nie wolno mu było uronić ani kropli na dywan leżący na podłodze. Westybul był bowiem pomieszczeniem przeznaczonym dla klientów. Teraz ich nie było, gdyż minęła już godzina siedemnasta i biura korporacji ATS, czyli systemów zaawansowanych technologii były już puste. Urzędnicy poszli do domów i niedawno ostatni z nich minął oszklone drzwi z błyszczącymi uchwytami, gdzie stał jego wózek.

I dlatego, że urzędnicy dziesięciopiętrowego biurowca pożegnali się aż do rana ze swoimi oszklonymi pokojami, Adrianowi było wolno wejść do westybulu przeznaczonego dla klientów.

„Kawę musisz pić w magazynku”, przypomniał sobie teraz słowa Kierownika. Ściskając kubek w prawej ręce, przeszedł przez drzwi obok automatu do kawy i tam nareszcie postawił go na stole. Górka bitej śmietanki pozostała nienaruszona. Położył również na stole tacę z serwetką i rogalikiem. Było to takie trudne, musiał wykonać po kolei wiele czynności, i to precyzyjnie. Usiadł wyczerpany na krześle i westchnął. Po chwili odpoczynku przyjrzał się lepiej obrazkowi na serwetce. Nie zobaczył na nim ani delfina w czerwonej obroży, ani też parówki z keczupem, lecz wysoki budynek cały ze szkła. Jego szklane okna były jednak potłuczone i kawałki szyb leżały na podłodze. Po tych ostrych okruchach szedł boso mężczyzna.

Obrazek przypomniał mu jego samego, bo przecież on także przebywa samotnie w budynku ze szkła. Spojrzał od razu na swoje nogi. Ucieszył się, że nie są pokaleczone, lecz obute w przepisowe buty.

Złożył serwetkę na pół i potem jeszcze raz na pół, wygładził ją i wsunął do kieszeni bluzy. Kiedy dotrze na najwyższe piętro, gdzie dali mu mieszkanie, wyjmie serwetkę z kieszeni i włoży ją do kartonu po butach. Trzymał w nim swoje zbiory obrazków i każdego wieczoru je liczył. Fundował sobie wielką przyjemność powtarzania cyfr, chociaż znał dokładną liczbę obrazków. Licząc, czuł się bardzo dobrze, bo cyfry łaskotały go w mózg. Gdyby tylko mógł, nieustannie powtarzałby cyfry, jednak wykonywał inne, jeszcze ważniejsze czynności. „Masz tu odpowiedzialne zadanie”, przypomniał sobie zdanie Kierownika.

Aby więc móc podjąć swoje poważne obowiązki, wbił zęby w rogalik i wyssał wiśnie. Tak kazał mu robić Kierownik. Dlaczego? Przypomniał sobie: „Wiśnie zawsze ci skapują na kombinezon, nie będę ci dawał czystego co rano”. Ujął prawą ręką kubek z kawą i pociągnął długi łyk. Tak kazał mu robić Kierownik. Nie powiedział, dlaczego. Adrian zauważył jednak, że górka śmietanki wpadła do kubka po tym siorbnięciu.

Zatapiając po raz kolejny zęby w rogaliku, spojrzał na półki na przeciwnej stronie magazynku. Stało tam siedemdziesiąt pudełek z porcjami śmietanki w proszku. W każdym pudełku umieszczono po cztery kartoniki z otworami. W każdym otworze tkwiło trzydzieści porcji. „Razem osiem tysięcy czterysta porcji śmietanki”, policzył szybko mózg Adriana.

Po chwili w taki sam błyskawiczny sposób zostały policzone porcje kawy i rogaliki, a także serwetki z obrazkami do podkładania pod kubeczki. Skończywszy liczenie, Adrian dojadł rogalika i dopił kawę. Czuł się bardzo zadowolony. Tackę i kubek włożył do kosza na odpadki, stojącego przy drzwiach, wiedząc, że zostanie opróżniony jutro rano.

Podszedł do swego przyjaciela, Johna. Rozmawiał z nim każdego popołudnia po zjedzeniu podwieczorku. Wymiana zdań sprawiała mu wielką przyjemność. Szczególnie z tego powodu, że była całkowicie przewidywalna, a to najbardziej czarowało Adriana. Czuł się pewnie, jak zawsze, kiedy czynności się powtarzały.

- Halo, John.

- Halo, Adrian.

- Kawa mi smakowała.

- Dziękuję, Adrian.

- Rogalik mi smakował.

- Dziękuję, Adrian.

- Halo, John.

- Halo, Adrian.

Pożegnawszy się z przyjacielem, Adrian się odwrócił w prawo, by podejść do szklanych drzwi wejściowych. Zostawił przed nimi swój wózek, na którym leżały ścierki, gąbki, dezodoranty i kubełki na odpadki wraz z woreczkami. Stawiał swój wózek zawsze dokładnie pomiędzy lewym a prawym drążkiem, umieszczonym po obu stronach szklanych drzwi wejściowych. Drążki były wmurowane w posadzkę i sięgały aż do sufitu. Kiedy wózek stał w tym miejscu, drzwi były zablokowane.

Dzisiaj jednak Adrian zauważył coś, co wprawiło go w ogromne zdumienie. Jego wózek stał poza drążkiem po prawej stronie drzwi. Uchwyt, za który trzymał, pchając wózek po piętrach, niemal dotykał pionowego drążka. Adrian nie wiedział, jak położyć ręce na uchwycie wózka, by go popchnąć. Przypominał sobie powoli, jak to robił codziennie. Podszedł więc do drążka po lewej stronie drzwi, ale wózek tam nie stał. Mimo to Adrian wyciągnął przed siebie ramiona i ruszył do przodu. Z wyciągniętym ramionami minął oszklone drzwi, a wtedy jego ręce natrafiły na uchwyt wózka. Szedł dalej i teraz czuł przed sobą znany ciężar.

Adrian zmierzał w stronę windy towarowej. Minął automat do kawy, stojący po jego lewej ręce. I zauważył znowu rzecz, która wprawiła go w zdumienie. Na fotelu przed automatem leżało porzucone płaskie zielone pudełko. Widział z daleka, że było to opakowane po silnym środku przeciwbólowym. Jednak nie zobaczył w nim ani jednej tabletki.

Nie wiedział, co ma zrobić.

Przypomniał sobie słowa Kierownika „W westybulu na fotelach siadają klienci”. To nie był klient. „Ale jest na fotelu”, myślał Adrian. Dziwił się, nie mogąc zrozumieć, co się wydarzyło.

Otworzyły się drzwi windy mieszczące się po lewej stronie westybulu i Adrian wepchnął do niej swój wózek. Drzwi się za nim zamknęły. Na pierwszym piętrze wysiadł. „Masz odpowiedzialne zadanie”, powtórzył słowa Kierownika i zabrał się do polerowania klamki pierwszych drzwi po lewej stronie.

Budynek miał dziesięć pięter. Na każdym z nich znajdowało się po dwadzieścia pomieszczeń. Adrian sprzątał korytarze od godziny siedemnastej do dwudziestej drugiej. Na czyszczenie każdej klamki, jak obliczył, mógł poświęcić pięć sekund. W tym czasie potrafił przesunąć ręką trzymającą ścierkę dwa razy w górę i dwa razy do dołu.

Przy drzwiach stał metalowy kosz na odpadki. Wyglądał podobnie jak słupek przy drzwiach w westybulu, ale był sześć razy szerszy. Zrobiono go nawet z takiego samego lśniącego metalu. Na górnej części umieszczono wklęsłą, zamykaną na wieczko popielniczkę. Do żadnej popielniczki nie strząsano jednak popiołu z papierosów, gdyż w budynku obowiązywał zakaz palenia.

W popielniczkach czasami znajdowały się papierki od gumy do żucia, czy na przykład opakowania po bateriach. Adrian wyjmował te drobiazgi. Chociaż kolorowe obrazki na papierkach od gumy do żucia bardzo mu się podobały, wkładał do woreczka. Chętnie również włożyłby do kieszeni baterie, gdyż umożliwiały liczenie zbiorów. Przypomniał sobie jednak słowa kierownika „Drobiazgi z popielniczki włóż do woreczka. Woreczek umieść na swoim wózku”. Zrobił, jak zapamiętał i wtedy dwoma ruchami wypolerował popielniczkę. Wyliczył, że może poświęcić na polerowanie jedną sekundę i 67 setnych.

Dzisiaj jednak znalazł w popielniczce tekturowe pudełko od reklamowych zapałek. Tkwiła z nim ostatnia zapałki ze spaloną główką. Niedawno zgasła, gdyż wyczuł zapach siarki.

„Co robić?” Przypomniał sobie słowa kierownika: „Pamiętaj, przestrzegaj instrukcji”. Adrian ujął tabliczkę, wiszącą na rzemyku na jego piersi. Punkt pierwszy: zagrożenie pożarowe. „Telefonuj pod numer 112”. Adrian wystukał numer na telefonie umocowanym na jego lewym przegubie.

- Pogotowie Pożarowe.

- Halo, Pogotowie Pożarowe – odpowiedział ucieszony Adrian.

- Złóż meldunek.

- Znalazłem zapałki.

- Czy palą się?

- Jest tylko jedna.

 

- Gdzie?

- „MENSA Members Club” – przeczytał Adrian na pudełku.

- Tu Pogotowie Pożarowe.

- Halo, Pogotowie Pożarowe – powtórzył ucieszony Adrian.

- A jak mam się do ciebie zwracać?

- Ty debilu, jak wszyscy – odrzekł z radością Adrian.

- Schowaj to pudełko od zapałek. To piękna pamiątka. MENSA skupia ludzi z wysokim stopniem inteligencji.

- Halo, Pogotowie Pożarowe.

- Halo, geniuszu.

Ręka Adriana schowała do kieszonki kombinezonu pudełko po zapałkach klubu, do którego mogli należeć ludzie odznaczający się inteligencją od 140 IQ. Adrianowi brakowało setki, by się tam znaleźć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?