Beach ReadTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Labradory

– Przysięgnij, że dasz radę, January – mówiła Anya, podczas gdy ja wyjeżdżałam z miasta. – Jeśli obiecam Sandy, że dostanie książkę do pierwszego września, to musimy mieć książkę do pierwszego września.

– Pisałam już książki w dwa razy krótszym czasie – zawołałam, przekrzykując wiatr.

– Och, wiem, że pisałaś. Ale my rozmawiamy o tej konkretnej książce. O tej, którą piszesz od ponad roku. Ile już masz?

Serce waliło mi jak młot. Na pewno wyczuje, jeśli ją okłamię.

– Jeszcze jej nie napisałam – odparłam. – Ale mam już plan. Potrzebuję tylko trochę czasu na dopracowanie. Trochę czasu i spokoju.

– Spokój mogę ci obiecać. Potrafię zmienić się dla ciebie w Królową Spokoju, ale proszę, proszę, proszę, proszę, nie zwódź mnie. Jeśli chcesz przerwy…

– Nie chcę przerwy – weszłam jej w słowo. Nie mogłam sobie na nią pozwolić. Musiałam działać niezależnie od wszystkiego. Opróżnić dom nad jeziorem, żeby go potem sprzedać. Napisać romans, mimo że niedawno straciłam niemal całą wiarę w ludzi i w miłość. – Tak naprawdę to świetnie sobie radzę.

Anya udała zadowolenie, a ja udałam, że wierzę w jej zadowolenie. Był drugi czerwca, co oznaczało, że miałam niecałe trzy miesiące na napisanie czegoś książkopodobnego.

Tak więc zamiast pojechać prosto do domu i zabrać się do pracy pojechałam oczywiście na zakupy. Wypiłam dwa łyki kawy od Pat i było to o dwa łyki za dużo. Po drodze wyrzuciłam ją do kosza i zastąpiłam wielkim mrożonym americano ze stoiska Starbucksa w centrum handlowym, a potem zaopatrzyłam się w wystarczająco dużo produktów spożywczych (makaron, płatki śniadaniowe, wszystko, co nie wymaga za dużo przygotowań), żeby przetrwać kilka tygodni.

Kiedy dotarłam do domu, słońce stało już wysoko na niebie, a powietrze było gęste i kleiste, ale mrożona kawa przynajmniej trochę złagodziła łupanie w mojej głowie. Wypakowałam zakupy i zaniosłam komputer na taras, ale zaraz się zorientowałam, że mam rozładowaną baterię. Wróciłam do środka, żeby go podłączyć, i podniosłam telefon, który właśnie zabzyczał na stole. Esemes od Shadi: No CO TY. Seksowny Diabeł GUS? Pytał o mnie? Powiedz mu, że tęsknię.

Wystukałam odpowiedź: Nadal seksowny i nadal DIABEŁ. NIE powiem mu, bo NIE będę z nim rozmawiać do końca naszych dni. Nie pamięta mnie.

Shadi odpisała natychmiast: Hmmmm, nie ma OPCJI, żeby nie pamiętał. Jesteś jego księżniczką z bajki. Jego cieniem. Albo on twoim, wszystko jedno.

Nawiązała do kolejnej upokarzającej historii z Gusem, o której usiłowałam zapomnieć. Kiedyś wylądował na tych samych zajęciach ogólnouniwersyteckich z matematyki co Shadi i powiedział jej, że zauważył nas razem. Kiedy potwierdziła, że się przyjaźnimy, zapytał, co ze mną jest „nie tak”. Shadi poprosiła, żeby wytłumaczył jej, co to miało, do cholery, znaczyć, a on tylko wzruszył ramionami i wymamrotał coś, że zachowuję się jak księżniczka z bajki, którą wychowały leśne skrzaty.

Shadi wyjaśniła mu, że tak naprawdę jestem cesarzową, którą wychowała para seksownych szpiegów.

Spotkanie na żywo po tych wszystkich latach było przerażające – napisałam jej. – Mam traumę. Przyjedź się mną zaopiekować.

Już niedługo, habibi – odpisała.

Miałam zamiar napisać tego dnia tysiąc pięćset słów. Dociągnęłam tylko do czterystu, ale dobra wiadomość jest taka, że wygrałam dwadzieścia osiem partii pasjansa z rzędu, zanim zrobiłam sobie przerwę na podsmażenie warzyw na kolację. Kiedy zjadłam, usiadłam w ciemnościach, skulona przy stole kuchennym, z kieliszkiem czerwonego wina, w którym odbijała się poświata ekranu laptopa. Jedyne, czego potrzebowałam, to kiepski pierwszy szkic. Napisałam ich już w życiu mnóstwo, wypluwałam je z siebie szybciej, niż nadążałam klepać w klawiaturę, a potem z wysiłkiem przepisywałam na nowo w ciągu kolejnych miesięcy.

Dlaczego teraz nie mogłam się zmusić do napisania tej kiepskiej książki?

Boże, jak ja tęskniłam za czasami, kiedy słowa dosłownie się ze mnie wylewały. Kiedy opisywanie tych szczęśliwych zakończeń – tych pocałunków w deszczu i rozbrzmiewających muzyką scen oświadczyn na kolanach – było najprzyjemniejszą chwilą w ciągu dnia.

W tamtych czasach prawdziwa miłość jawiła mi się jako najwyższa nagroda, jedyne, co jest w stanie przetrwać każdą burzę, ocalić zarówno od znoju, jak i od lęku, a pisanie o niej wydawało mi się tym jednym, najwartościowszym darem, jaki miałam do zaofiarowania.

I nawet jeśli ta część mojego podejścia do życia wzięła sobie krótki urlop, musi być tak, że czasem kobiety o złamanych sercach odnajdują swoje szczęśliwe zakończenia, swoje mokre od deszczu i rozbrzmiewające muzyką chwile czystego szczęścia.

Na ekranie wyskoczył nowy mejl. Żołądek wywinął mi koziołka i zatrzymał się dopiero, kiedy upewniłam się, że to tylko odpowiedź od Pat z adresem spotkania klubu książki i jednozdaniową wiadomością: Możesz przynieść coś do picia albo tylko siebie :)))

Uśmiechnęłam się. Może jakaś wersja Pat trafi do mojej książki.

– Wszystko w swoim czasie – powiedziałam na głos, po czym złapałam swój kieliszek i podeszłam do tylnych drzwi.

Przystawiłam dłoń do czoła, żeby osłonić oczy przed blaskiem odbijającym się w szybie, i zerknęłam na taras Gusa. Wcześniej z paleniska unosił się dym, ale teraz już go nie widziałam – taras opustoszał.

Rozsunęłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Świat spowijały odcienie błękitu i srebra, a łagodne chlupotanie fal rozbijających się o brzeg zwielokrotniała panująca dookoła cisza. Sponad drzew powiał wiatr, od którego lekko zadygotałam, więc otuliłam się ciaśniej szlafrokiem, dopiłam wino i obróciłam się, żeby wrócić do środka.

W pierwszej chwili pomyślałam, że niebieska poświata, którą zauważyłam, pochodzi z mojego laptopa, ale światło nie biło z mojego domu. Świeciło z pogrążonych w mroku okien sąsiada, na tyle jasne, że widziałam, jak Gus chodzi tam i powrotem koło stołu. Naraz przystanął, pochylił się i klepał coś przez chwilę, po czym wziął z blatu butelkę i przeczesując ręką włosy, wrócił do przemierzania pokoju.

Dobrze znałam ten układ choreograficzny. Mógł sobie gadać, ile chciał o zakochanych piratach i wilkołakach, ale kiedy przychodziło co do czego, Augustus Everett chodził tam i z powrotem w ciemnościach i mozolił się nad swoimi opowieściami jak my wszyscy.

Pat mieszkała w różowej wiktoriańskiej willi na skraju kampusu uniwersyteckiego. Nawet pośród burzy, która przetaczała się tego poniedziałkowego wieczoru nad jeziorem, budynek wyglądał uroczo niczym domek dla lalek.

Zaparkowałam równolegle do krawężnika i spojrzałam na okna obrośnięte bluszczem oraz na czarujące wieżyczki. Słońce nie zaszło jeszcze całkiem, ale szare chmury kłębiące się na niebie zmieniały jego ostatnie promienie w zielonkawą poświatę, tak że ogród, który rozciągał się od ganku po biały drewniany płot, wyglądał w tym mglistym całunie bujnie i tajemniczo. Idealne miejsce na ucieczkę z literackiej jaskini, w której chowałam się przez cały dzień.

Wzięłam z siedzenia pasażera płócienną torbę pełną podpisanych zakładek i przypinek z cytatami z Rozkoszy południa i wyskoczyłam z samochodu, naciągając kaptur. Podbiegłam w deszczu do furtki, otworzyłam ją i ruszyłam brukowaną ścieżką.

Ogród Pat okazał się chyba najbardziej malowniczym miejscem, w jakim się kiedykolwiek znalazłam, ale najlepsze było to, że ponad hukiem grzmotu usłyszałam piosenkę Another Brick in the Wall Pink Floydów, puszczoną tak głośno, że ganek, na który weszłam, cały drgał od basów.

Zanim zdążyłam zapukać, drzwi otworzyły się zamaszyście, a Pat – z pełnym po brzegi plastikowym kieliszkiem w dłoni – wyśpiewała:

– Jaaaaaaaaaaaaaanuary Andrews!

Zza jej pleców odpowiedział chór innych głosów:

– January Annnnnnndrews!

– Paaaaaat – zaśpiewałam w odpowiedzi i wyciągnęłam butelkę chardonnay, którą kupiłam po drodze. – Bardzo dziękuję za zaproszenie.

– Ooooch! – Przyjęła butelkę i zmrużyła oczy, żeby przyjrzeć się etykiecie, po czym się roześmiała. Wino nazywało się Bukiet Petunii, ale ja wykreśliłam słowo „Petunii” i dopisałam zamiast tego „Pat”. – Wygląda na francuskie! – zażartowała. – Czyli innymi słowy: eleganckie! – Zaprosiła mnie gestem, żebym poszła za nią w głąb korytarza, w stronę źródła muzyki. – Chodź przywitać się z dziewczynami.

Na dywaniku przy drzwiach stało w rzędzie kilka par butów, głównie sandałów i traperów, więc zrzuciłam swoje zielone kalosze na obcasie i podążyłam śladem Pat, która przeszła boso przez korytarz. Paznokcie u stóp miała pomalowane na lawendowo, tak samo jak u dłoni, a w spłowiałych dżinsach i białej bawełnianej koszuli sprawiała wrażenie łagodniejszej niż w księgarni.

Przemknęła obok kuchni, gdzie na granitowych blatach stały stłoczone butelki, i weszła do salonu na tyłach domu.

– Zazwyczaj siedzimy w ogrodzie, ale zazwyczaj Bóg nie gra w kręgle nad naszymi głowami, dlatego dzisiaj musimy się zmieścić w salonie. Czekamy jeszcze tylko na jedną osobę.

Pomieszczenie było na tyle małe, że wydawało się zatłoczone, choć w sumie znajdowało się w nim tylko pięć osób. Trzy czarne labradory drzemiące – na kanapie (dwa z nich) i na fotelu (trzeci) tylko potęgowały to wrażenie. Do środka przyniesiono jasnozielone drewniane krzesła, które wskazywały ostentacyjnie, gdzie jest miejsce dla ludzi, i ustawiono je w niedużym półokręgu. Jeden z psów poderwał się i machając ogonem, przeszedł przez las nóg, żeby mnie przywitać.

– Dziewczęta – zawołała Pat i położyła mi dłoń na plecach. – To jest January. January przyniosła wino!

 

– Wino, cudownie! – Kobieta z długimi blond włosami podeszła, żeby mnie objąć i cmoknąć w policzek. Kiedy się odsunęła, Pat podała jej butelkę, a sama okrążyła pokój, kierując się w stronę odtwarzacza muzyki. – Jestem Maggie – przedstawiła się blondynka. Jej wysoka, smukła sylwetka robiła tym większe wrażenie, że kobieta miała na sobie kilka warstw zwiewnych białych szatek. Uśmiechnęła się do mnie z góry jak Galadriela, Pani ze Złotego Lasu, i podstarzała Stevie Nicks w jednym, a wiotkie kąciki jej brązowych oczu zmarszczyły się uroczo. – Cudownie cię poznać, January.

– To pani Patowa. – Głos Pat rozległ się odrobinę za głośno na tle cichnącej muzyki.

Promienny uśmiech Maggie wyglądał jak czuła wersja przewrócenia oczami.

– Po prostu Maggie. A to jest Lauren. – Otworzyła jedno ramię, żeby zrobić mi miejsce na przywitanie się z kobietą w dredach i pomarańczowej letniej sukience. – A tam, na kanapie, siedzi Sonya.

Sonya. To imię uderzyło mnie w brzuch jak młot. Zaschło mi w ustach, jeszcze zanim na nią spojrzałam. Pomieszczenie zaczęło rozmazywać mi się w oczach.

– Cześć, January. – Spod chrapiących labradorów dobiegł potulny głos Tej Kobiety. Zmusiła się do uśmiechu. – Miło cię widzieć.


6

Klub książki

Czy da się wpaść na kochankę zmarłego ojca z godnością? Nawet jeśli, to pewnie należałoby zrobić coś innego niż wykrztusić „Muszę siku”, wyrwać gospodyni butelkę, którą jej się przed chwilą wręczyło, i wybiec z powrotem do przedpokoju w poszukiwaniu łazienki. A jednak nic lepszego nie przyszło mi do głowy.

Odkręciłam butelkę z winem i wlałam je sobie do gardła pośrodku łazienki w stylu marynistycznym. Rozważałam ucieczkę, ale z jakiegoś powodu to wyjście wydało mi się najbardziej upokarzające. Przyszło mi jednak do głowy, że mogłabym wyjść z tego domu, wsiąść do samochodu i pojechać do Ohio bez zatrzymywania się po drodze. Wtedy już nigdy nie spotkałabym się z nikim stąd. Zatrudniłabym się w jakimś barze ze stekami. Życie mogłoby być wspaniałe! Albo mogłabym zostać w tej łazience na zawsze. Miałam wino, miałam toaletę, czego chcieć więcej?

Muszę przyznać, że to nie dzięki pozytywnemu nastawieniu i hartowi ducha w końcu z niej wyszłam. Skłoniły mnie do tego odgłosy kroków w korytarzu i rozmowy, podczas której Pat mówiła: „Ojej, na pewno nie możesz zostać?” takim tonem, jakby chciała powiedzieć: „O co, do cholery, chodzi, Sonya? Dlaczego ta dziwna dziewczyna się ciebie boi?”, a Sonya mówiła: „Niestety, bardzo bym chciała, ale zupełnie zapomniałam o tym spotkaniu, a szef nie przestanie mnie zarzucać mejlami, dopóki nie wsiądę do samochodu i nie podłączę się do bluetootha”.

– Blututa szmututa – powiedziała Pat.

– W rzeczy samej – powiedziałam do swojej butelki. Chardonnay szybko uderzyło mi do głowy. Przebiegłam myślami cały miniony dzień i podliczyłam swoje posiłki, próbując zrozumieć, skąd się wzięła ta natychmiastowa reakcja. Jedynym, co z całą pewnością zjadłam, była garść małych pianek, które złapałam w drodze na bardzo już potrzebną przerwę toaletową.

Uuups.

Drzwi frontowe się otworzyły. Wypowiedziano formułki pożegnalne wśród bębnienia deszczu o dach, a ja nadal siedziałam w łazience.

Postawiłam butelkę na umywalce, spojrzałam na siebie w lustrze i wycelowałam groźnie palcem w swoje małe brązowe oczka.

– Przed tobą najtrudniejszy wieczór tego lata – wyszeptałam. To było kłamstwo, ale bezkrytycznie je kupiłam. Wygładziłam włosy, zrzuciłam z siebie żakiet, schowałam butelkę z winem do płóciennej torby i wyszłam z powrotem do przedpokoju.

– Sonya musiała iść – powiedziała Pat, choć zabrzmiało to raczej jak: „O co, do cholery, chodzi, January?”.

– O – odparłam. – To szkoda. – Choć zabrzmiało to raczej jak: „Blututowi niech będą dzięki!”.

– W rzeczy samej – przyznała Pat.

Wróciłam za nią do salonu, gdzie labradory zmieniły położenie, podobnie jak wszystkie panie. Jeden z psów przeniósł się na koniec kanapy, więc Maggie mogła zająć jego poprzednie miejsce, a drugi ulokował się na fotelu, zasadniczo na trzecim. Lauren siedziała na jednym z zielonych krzeseł o wysokich oparciach, a Pat wskazała mi kolejne, podczas gdy sama wsunęła się na trzecie. Sprawdziła godzinę na swoim zegarku ze skórzanym paskiem.

– Za chwilę będzie. To na pewno przez tę burzę! Już niedługo zaczynamy.

– Świetnie – odparłam.

Pokój nadal lekko wirował. Ledwo byłam w stanie spojrzeć na kanapę, na której siedziała przedtem Sonya, smukła i odprężona, z białymi falami upiętymi wysoko na głowie. Była przeciwieństwem mojej drobnej matki, która miała proste włosy i nosiła grzywkę. Skorzystałam z wolnej chwili, żeby poszukać w torbie (ostrożnie, tak żeby nie przewrócić wina) swoich zakładek.

Ktoś zapukał do drzwi i Pat się poderwała. Serce załomotało mi na myśl, że Sonya mogła zmienić zdanie i wrócić. Ale wtedy usłyszałam w korytarzu chrzęst niskiego głosu i Pat wróciła, prowadząc za sobą mokrego, rozczochranego Augustusa Everetta. Przeczesał dłonią szpakowate włosy, strząsając z nich krople deszczu. Wyglądał, jakby przed chwilą wytoczył się z łóżka i przyszedł tu w ulewie, popijając po drodze wino z papierowej torebki. Chociaż ja w tym momencie nie byłam wcale lepsza.

– Dziewczęta – obwieściła Pat – przed wami jedyny w swoim rodzaju Augustus Everett. Myślę, że wszystkie go znacie.

Gus skinął, pomachał. Uśmiechnął się? Nie, to chyba zbyt duże słowo. Powiedziałabym raczej, że jego usta przyjęły do wiadomości wszystkich zebranych, a potem jego wzrok padł na mnie i ten bardziej zadarty kącik uniósł się jeszcze trochę. Kiwnął mi głową.

– January.

Mój mózg słabowicie obracał śliskimi od wina zębatkami, próbując rozgryźć, co tak bardzo uwiera mnie w tej scenie. Obecność zadufanego w sobie Gusa Everetta? Pewnie tak. Natknięcie się na Tę Kobietę i picie wina w łazience? Też. Ale jeszcze…

Różnica w tym, jak przedstawiła nas Pat.

„To jest January” – tak mówi rodzic, kiedy nakłania jednego przedszkolaka do zaprzyjaźnienia się z drugim.

„Przed wami jedyny w swoim rodzaju Augustus Everett” – tak na spotkaniu klubu książki przedstawia się gościa specjalnego.

– Chodź, proszę. Usiądź sobie tutaj, obok January – powiedziała tymczasem Pat. – Masz ochotę na drinka?

Mój Boże. Źle to wszystko zrozumiałam. Nie zostałam tu zaproszona jako gość, tylko jako potencjalna członkini klubu. Przyszłam na spotkanie, na którym będą omawiane Objawienia.

– Masz ochotę na coś do picia? – powtórzyła Pat, zawracając do kuchni.

Gus przebiegł wzrokiem po niebieskich plastikowych kieliszkach w dłoniach Lauren i Maggie.

– A co wy pijecie? – spytał przez ramię.

– A, w naszym klubie na pierwszy ogień idzie zawsze Biały Rosjanin, ale January przyniosła też wino, jeśli wolisz.

Wzdrygnęłam się zarówno na myśl o rozpoczynaniu wieczoru od Białego Rosjanina, jak i na upokarzającą perspektywę wyławiania z torby napoczętego wina i częstowaniu nim Gusa. Z szerokiego uśmiechu na twarzy Pat domyślałam się jednak, że nic nie sprawiłoby jej większej radości.

Gus pochylił się i oparł łokcie na udach. Lewy rękaw jego koszulki podsunął się przy tym do góry, odsłaniając wąski czarny tatuaż z tyłu ramienia: skręcony, ale zamknięty okrąg. Wstęga Möbiusa, tak to się chyba nazywa.

– Biały Rosjanin będzie idealny – odpowiedział Gus.

Oczywiście, że tak.

Ludzie lubią sobie wyobrażać, że ich ulubieni męscy autorzy siadają przy maszynie do pisania ze szklanką najmocniejszej whiskey i nieposkromionym głodem wiedzy. Nie zdziwiłabym się, gdyby wymięty mężczyzna, który siedział obok mnie, ten sam, który kpił z mojej kariery, miał na sobie brudne majtki z zeszłego tygodnia wywrócone na lewą stronę i żywił się chrupkami serowymi z supermarketu.

On mógł wyglądać jak rezerwowy nastoletni diler (brany pod uwagę, tylko kiedy pierwszy zasiedzi się akurat na kalifornijskiej plaży), a nadal był traktowany poważniej niż ja w swojej sztywnej sukience od Michaela Korsa. Ja mogłam wynajmować profesjonalnego fotografa z „Bloomberg Businessweek” do zrobienia sobie zdjęć autorskich, a on mógł skorzystać z aparatu cyfrowego mamusi z dwa tysiące drugiego roku, żeby cyknąć sobie fotkę z marsową miną na własnym tarasie, i nadal wzbudzał większy szacunek niż ja.

Równie dobrze mógłby wysłać zdjęcie swojego fiuta. Wydrukowaliby je na skrzydełku tuż nad dwuzdaniowym biogramem, który wcześniej by z siebie wypluł. Im krócej, tym lepiej – powiedziałaby Anya.

Wyczułam na sobie spojrzenie Gusa. Wyobrażałam sobie, że on z kolei wyczuwa, jak ja w swojej głowie rozrywam go na strzępy. Wyobrażałam sobie, że Lauren i Maggie wyczuwają, że ten wieczór zakończy się wielką porażką. Pat wróciła z kolejnym niebieskim kieliszkiem pełnym mlecznej wódki, a Gus jej podziękował. Wzięłam głęboki oddech, kiedy usiadła obok mnie.

Czy ten wieczór mógłby być jeszcze gorszy?

Labrador najbliżej mnie głośno pierdnął.

– No dobrze! – zawołała Pat, klaszcząc w dłonie.

A co mi tam. Wysunęłam z torby wino i pociągnęłam duży łyk. Maggie zachichotała na kanapie, a labrador przetoczył się na drugi bok i wcisnął pysk między poduszki.

– Rozpoczynamy posiedzenie Klubu Książki Trzy Kolory i Rosjanin. Jestem ogromnie ciekawa, co sądzicie o naszej książce.

Maggie i Lauren wymieniły spojrzenia i siorbnęły swoich Rosjan. Maggie odstawiła kieliszek na stół i klepnęła się lekko w udo.

– Mnie się, kurczę, podobała.

Pat roześmiała się gardłowo, ale ciepło.

– Tobie wszystko się podoba, Mag.

– Nieprawda. Nie spodobał mi się ten facet szpieg, nie ten główny, tylko ten drugi. Był jakiś taki opryskliwy.

Szpiedzy? Czy w Objawieniach byli jacyś szpiedzy? Spojrzałam na Gusa, który wyglądał na równie zdezorientowanego jak ja. Usta miał rozchylone, a swojego Białego Rosjanina oparł na lewym udzie.

– Ja też go nie polubiłam – zgodziła się Lauren. – Szczególnie na początku, ale pod koniec było lepiej. Kiedy wyszła ta historia o powiązaniach jego matki z ZSRR, zaczęłam go rozumieć.

– Tak, to był przyjemny akcent – przyznała Maggie. – No dobrze, cofam to, co powiedziałam. Pod koniec w sumie też go polubiłam. Ale mimo to nie podobało mi się, jak potraktował agentkę Michelson. Tego mu nie wybaczę.

– No nie, jasne, że nie – dołączyła się Pat.

Maggie machnęła dłonią.

– Kompletny mizoginizm.

Lauren przytaknęła.

– A co sądzicie o tym zwrocie z bliźniakami?

– Ja, szczerze mówiąc, się zawiodłam i powiem wam dlaczego – zaczęła Pat. Po czym powiedziała nam dlaczego, ale ja ledwo słuchałam, tak bardzo pochłonęła mnie subtelna gimnastyka odbywająca się na twarzy Gusa.

Z pewnością nie mówiły o jego książce. Wyglądał jednak bardziej na zbitego z tropu niż przerażonego, tak jakby sądził, że padł ofiarą jakiegoś kawału, ale nie jest jeszcze na tyle pewny, żeby powiedzieć to głośno. Dopił już Białego Rosjanina i zerkał teraz w stronę kuchni, jakby miał nadzieję, że kolejny sam się stamtąd wyłoni.

– Czy ktoś poza mną płakał, kiedy córka Marka śpiewała Amazing Grace na pogrzebie? – spytała Lauren, chwytając się za serce. – To mnie poruszyło. Naprawdę. A wiecie przecież, że mam serce z kamienia! Doug G. Hanke to fenomenalny pisarz.

Rozejrzałam się po pokoju, spojrzałam na kredens, na regał za kanapą i na koszyk z czasopismami pod stolikiem kawowym. Z ciemnych grzbietów wyskoczyły na mnie dziesiątki, jeśli nie setki nazwisk i tytułów.

Operacja Skyforce. Moskiewska gra. Przykrywka. Czerwona flaga. Oslo po zmroku.

Klub Książki Trzy Kolory i Rosjanin.

Ja, January Andrews, autorka romansów, oraz literackie objawienie, Augustus Everett, trafiliśmy do klubu książki zaczytującego się głównie w kryminałach. Musiałam zdobyć się na spory wysiłek, żeby zdusić śmiech, ale i tak niezbyt mi się udało.

– January? – zdziwiła się Pat. – Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym – odparłam. – Chyba wypiłam trochę za dużo wina. Augustus, lepiej zabierz je ode mnie.

Wyciągnęłam do niego butelkę. Uniósł jedną, srogą brew. Wyobrażałam sobie, że choć nie całkiem się uśmiecham, to jednak wyglądam zwycięsko, czekając, aż przyjmie ode mnie jedną trzecią butelki chardonnay.

 

– Tak się jeszcze zastanawiam… – powiedziała Maggie w zamyśleniu. – Ale chyba jednak podobał mi się ten zwrot z bliźniakami.

Gdzieś obok pierdnął labrador.