Beach ReadTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

RECENZJE

„Słuchajcie, przepadłam! Beach read jest jak powiew świeżego powietrza. Serce mi się ściskało na myśl o January, a za Gusa mogłabym umrzeć – zmysłowy, inteligentny, błyskotliwy romans. Wciągnął mnie po uszy!”.

– Josie Silver,

autorka książki Jeden dzień w grudniu,

numeru jeden na liście bestsellerów „New York Timesa”

„Cudownie romantyczna i podstępnie przejmująca. Beach read obfituje w błyskotliwe dialogi i wciągające historie. Ma w sobie wszystko, o czym mogą marzyć wielbiciele powieści: rywalizację, twórcze zmagania, rodzinne sekrety i wzruszający motyw zakochania bez pamięci. Beach read Emily Henry to idealna lektura do czytania zawsze i wszędzie”.

– Christina Lauren,

autorka Podróży nieślubnej, bestsellera „New York Timesa”

Beach read jest oryginalna, olśniewająca i nasycona emocjami. Czy próba spojrzenia na świat oczami dawnej miłości / dawnego rywala okazała się kiedykolwiek tak mocna i przejmująca? Jeśli cenisz cięte riposty i mgliste napięcie erotyczne, na pewno zakochasz się w tej książce”.

– Sally Thorne,

autorka bestsellerów „USA Today”

Wredne igraszki i 99 Percent Mine

„To poruszająca, szczera książka o miłości, zdradzie, żałobie, porażce i uczeniu się, jak kochać na nowo. Z ogromną przyjemnością wyruszyłam w tę podróż razem z Gusem i January, a na koniec zamknęłam książkę z westchnieniem satysfakcji”.

– Jasmine Guillory,

autorka The Proposal, bestsellera „New York Timesa”

Beach read jest dokładnie tą błyskotliwą, uroczą i wzruszającą powieścią, o której zawsze marzyliśmy, a przy tym serwuje nam niespodziewaną dawkę emocjonalnej mądrości i błyskotliwy komentarz społeczny, jakiego nam obecnie potrzeba. Niezwykle mi się podobała”.

– Julia Whelan,

autorka My Oxford Year

Beach read Emily Henry ma w sobie wszystko, co obiecuje tytuł: galopującą fabułę, rodzinne sekrety i miłosne podekscytowanie, a wszystko osadzone na rozległym wschodnim wybrzeżu jeziora Michigan. Nie mogę się doczekać następnej książki Henry”.

– Amy E. Reichert,

autorka The Coincidence of Coconut Cake

i The Optimist’s Guide to Letting Go


Dla Joeya

– bo jesteś moją

absolutnie ulubioną osobą

1

Dom

Mam jedną katastrofalną wadę.

Lubię sobie myśleć, że każdy taką ma. A przynajmniej ułatwia mi to sprawę przy pisaniu: buduję swoje bohaterki i bohaterów wokół tej jednej cechy, która szkodzi im samym, uzależniam wszystko, co im się przydarza, od tego jednego szczególnego rysu – od czegoś, co nauczyli się robić, żeby się chronić, i czego nie mogą się oduczyć, nawet kiedy przestaje im to służyć.

Może na przykład jako dziecko nie miałaś zbyt dużej kontroli nad swoim życiem. Więc żeby uniknąć rozczarowań, nauczyłaś się nie zadawać sobie pytania, czego tak naprawdę chcesz. I przez długi czas to się sprawdzało. Tylko że teraz, kiedy dociera do ciebie, że nie osiągnęłaś tego, czego podświadomie chciałaś, zasuwasz autostradą w samochodzie zdradzającym kryzys wieku średniego, z walizką pełną pieniędzy i z facetem o imieniu Stan w bagażniku.

Może twoją katastrofalną wadą jest to, że nie włączasz kierunkowskazu.

A może, tak jak ja, jesteś niepoprawną romantyczką. Po prostu nie możesz przestać opowiadać sobie tej historii. Historii o własnym życiu, z melancholijną muzyką w tle i snopami złotego światła wpadającymi przez okna samochodu.

U mnie zaczęło się, gdy miałam dwanaście lat. Rodzice usiedli ze mną i przekazali mi wiadomość. Mama otrzymała swoją pierwszą diagnozę – podejrzane komórki w lewej piersi – i tyle razy mi powtórzyła, żebym się nie martwiła, że zaczęłam podejrzewać, że dostanę szlaban, jeśli mnie na tym przyłapie. Moja mama była kobietą czynu, śmieszką, optymistką, a nie panikarą, ale widać było, że jest przerażona, więc ja też się przestraszyłam. Zamarłam na kanapie, nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć, żeby nie pogarszać sprawy.

Ale wtedy mój ojciec, książkowy przykład domatora, zrobił coś nieoczekiwanego. Wstał, złapał nas za ręce – za jedną mamę, za jedną mnie – i powiedział: „Wiecie, co musimy zrobić, żeby wyrzucić z siebie te złe emocje? Musimy potańczyć!”.

Na naszym przedmieściu nie było żadnego klubu, tylko jeden kiepski bar ze stekami, gdzie w piątkowe wieczory grali muzykę na żywo, ale mama się rozpromieniła, jakby zaproponował, że polecimy prywatnym odrzutowcem na Copacabanę.

Włożyła swoją pastelowożółtą sukienkę i kolczyki z młotkowanego metalu, które połyskiwały przy każdym jej ruchu. Tata zamówił dla siebie i mamy dwudziestoletnią szkocką, a dla mnie bezalkoholową Shirley Temple, a potem wszyscy troje kręciliśmy się i bujaliśmy, póki nie dostaliśmy zawrotów głowy i nie zaczęliśmy potykać się o siebie ze śmiechem. Śmialiśmy się tak, że ledwo mogliśmy ustać na nogach, a mój ojciec, zazwyczaj taki powściągliwy, śpiewał głośno do Brown Eyed Girl, nie zważając na to, że cała sala się na nas gapi.

Potem wsiedliśmy wyczerpani do samochodu i w ciszy pojechaliśmy do domu. Mama z tatą trzymali się mocno za ręce między siedzeniami, a ja oparłam głowę o okno i patrząc na przemykające po szybie światełka latarni, pomyślałam: Wszystko będzie dobrze. Nic złego nigdy nam się nie stanie.

Właśnie w tamtej chwili sobie to uświadomiłam: kiedy świat wydaje się mroczny i straszny, miłość jest zdolna porwać do tańca, śmiech potrafi odjąć trochę bólu, a piękno może powybijać dziury w lęku. Postanowiłam wtedy, że moje życie będzie pełne ich trzech – miłości, śmiechu i piękna. Nie tylko ze względu na mnie, ale też ze względu na mamę i na wszystkich ludzi wokół.

W moim życiu będzie cel. Będzie piękno. Będzie blask świec. I będą piosenki Fleetwood Mac, cicho płynące w tle.

No więc zaczęłam opowiadać sobie piękną historię o własnym życiu, o losie i o tym, jak wszystko się układa, aż wreszcie skończyłam dwadzieścia osiem lat i moja opowieść była idealna.

Idealni (wolni od raka) rodzice, którzy dzwonili po kilka razy w tygodniu, lekko oszołomieni winem albo swoim towarzystwem. Idealny (spontaniczny, znający języki, metr osiemdziesiąt wzrostu) chłopak, który pracował na pogotowiu i potrafił przyrządzić kurczaka w winie. Idealne mieszkanie w stylu shabby chic w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Idealna praca pisarki powieści romantycznych – inspirowanych idealnymi rodzicami i idealnym chłopakiem – dla wydawnictwa Sandy Lowe Books.

Idealne życie.

Ale to była tylko opowieść, więc kiedy pojawiła się jedna dziura w fabule, całość się zawaliła. Tak to jest z opowieściami.

Teraz miałam dwadzieścia dziewięć lat, byłam przybita, spłukana, niemal bezdomna, bardzo samotna i właśnie podjeżdżałam pod śliczny dom nad jeziorem, co przyprawiało mnie o mdłości. Snucie wyidealizowanej opowieści o własnym życiu przestało mi służyć, ale moja katastrofalna wada nadal jechała ze mną w poobijanej kii soul i relacjonowała mi wszystko na bieżąco:

January Andrews patrzyła przez przednią szybę na wzburzone jezioro, którego fale rozbijały się o pogrążony w mroku brzeg. Próbowała przekonać samą siebie, że przyjazd tutaj nie był błędem.

Oczywiście, że był błędem, ale nie miałam innego wyboru. Nie odrzuca się darmowego zakwaterowania, kiedy jest się bankrutką.

Zaparkowałam na ulicy i spojrzałam na fasadę przerośniętego domku letniskowego, na jego lśniące okna i bajkowy ganek, na kępy trawy piaskowej tańczącej w powiewach ciepłego wiatru.

Porównałam adres, który wpisałam w GPS, z odręcznym napisem na breloku przy kluczu. Zgadza się, to tu.

Ociągałam się jeszcze przez chwilę, jakbym liczyła na uderzenie asteroidy, która przyniesie koniec świata, zanim będę zmuszona wejść do domu. Potem wzięłam głęboki oddech i wysiadłam z samochodu. Wyszarpnęłam swoją przeładowaną walizkę z tylnego siedzenia, a za nią wyciągnęłam kartonowe pudełko z butelkami dżinu.

Odgarnęłam kosmyk ciemnych włosów z oczu i przyjrzałam się chabrowej dachówce oraz śnieżnobiałemu wykończeniu. Po prostu udawaj, że to Airbnb. Natychmiast przemknęło mi przez głowę zmyślone ogłoszenie: Urokliwy dom nad brzegiem jeziora, z trzema sypialniami i trzema łazienkami oraz mnóstwem dowodów na to, że twój ojciec był dupkiem, a całe twoje życie kłamstwem.

Ruszyłam po schodkach wyciosanych w trawiastym zboczu, krew szumiała mi w uszach jak woda w wężu strażac­kim, a kolana się trzęsły w oczekiwaniu na moment, w którym otworzą się przede mną wrota piekieł, a ziemia usunie mi się spod nóg.

To już się wydarzyło. W zeszłym roku. I nie zabiło cię, więc teraz też nie umrzesz.

Na ganku wszystkie odczucia w moim ciele się nasiliły. Mrowienie na twarzy, ucisk w żołądku, łaskotanie kropel potu spływających po karku. Oparłam karton z dżinem na biodrze i wsunęłam klucz do zamka, trochę licząc na to, że się zaklinuje. Że to wszystko okaże się jakimś wymyślnym dowcipem, który tata przygotował dla nas, zanim umarł.

Albo jeszcze lepiej – że tak naprawdę nie umarł. Zaraz wyskoczy zza krzaków i krzyknie: „Mam cię! Chyba nie sądziłaś, że naprawdę mógłbym prowadzić w tajemnicy drugie życie, co? Jak mogłaś pomyśleć, że miałem drugi dom z jakąś inną kobietą niż twoja matka?”.

 

Klucz przekręcił się bez trudu. Drzwi otworzyły się do wewnątrz.

W domu panowała cisza.

Przeszył mnie ból. Ten sam, który odczuwałam przynajmniej raz dziennie, odkąd odebrałam telefon od mamy z wiadomością o zawale i usłyszałam jej szloch: „Nie ma go już, Janie”.

Nie ma taty. Ani tu, ani nigdzie indziej. A potem kolejny cios, obrót noża: „Chociaż ojciec, którego znałaś, i tak nigdy nie istniał”.

Tak naprawdę nigdy go nie miałam. Tak samo jak nigdy nie miałam swojego byłego chłopaka Jacques’a ani jego kurczaka w winie.

To była wyłącznie historia, którą sobie opowiadałam. Ale odtąd będzie już tylko brzydka prawda albo nic. Zebrałam się w sobie i weszłam do środka.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że brzydka prawda nie jest wcale taka brzydka. Miłosne gniazdko mojego taty było urządzone na otwartej przestrzeni: salon przechodził w fikuśną kuchnię z niebieskimi kafelkami i przytulnym kącikiem jadalnianym, a tuż za nim znajdował się rząd okien wychodzących na ciemno polakierowany taras.

Gdyby to mama była właścicielką tego miejsca, wszystko byłoby utrzymane w stonowanych odcieniach beżu. Stałam jednak w pomieszczeniu w stylu boho, bardziej pasującym do mieszkania, które zajmowałam kiedyś ze swoim chłopakiem, niż do domu moich rodziców. Zrobiło mi się trochę niedobrze, kiedy wyobraziłam sobie tatę tutaj, wśród tych wszystkich rzeczy, których mama nigdy by nie wybrała: ręcznie malowany stół jadalniany w stylu folkowym, ciemne drewniane regały, zapadnięta kanapa, pokryta różnokolorowymi poduszkami.

Nie było tu śladu po tacie, jakiego znałam.

W kieszeni zadzwonił mi telefon, więc postawiłam pudełko na granitowym blacie, żeby odebrać.

– Halo? – Zabrzmiało słabo i ochryple.

– I jak? – odezwał się natychmiast głos po drugiej stronie. – Jest jaskinia seksu?

– Shadi? – domyśliłam się. Przytrzymałam telefon ramieniem i odkręciłam jedną z butelek dżinu, po czym pociągnęłam łyk na wzmocnienie.

– To naprawdę niepokojące, że jestem jedyną osobą, która mogłaby zadzwonić do ciebie z takim pytaniem – stwierdziła Shadi.

– Jesteś jedyną osobą, która w ogóle wie o tym Zagłębiu Miłości – zauważyłam.

– O nie, nie jedyną – zaprzeczyła Shadi.

Technicznie rzecz biorąc, miała rację. Podczas gdy ja dowiedziałam się o sekretnym domu nad jeziorem na pogrzebie ojca w zeszłym roku, mama była świadoma jego istnienia znacznie dłużej.

– Dobra – powiedziałam. – Jesteś jedyną osobą, której ja o nim powiedziałam. Tak czy inaczej, musisz dać mi chwilę. Dopiero przyjechałam.

– Dosłownie? – Shadi oddychała ciężko, co oznaczało, że właśnie idzie na swoją zmianę do restauracji. Ponieważ nasze rozkłady dnia tak bardzo się od siebie różniły, większość rozmów odbywałyśmy, kiedy ona była w drodze do pracy.

– Metaforycznie – odparłam. – Dosłownie jestem tu od dziesięciu minut, ale ledwo do mnie dociera, że w ogóle przyjechałam.

– Jakie to mądre – stwierdziła Shadi. – Jakie głębokie.

– Ćśś – powiedziałam. – Chłonę otoczenie.

– Sprawdź, czy jest jaskinia seksu! – rzuciła Shadi pospiesznie, jakbym chciała się rozłączyć.

Nie chciałam. Po prostu trzymałam telefon przy uchu, oddech w piersi, a serce na uwięzi i rozglądałam się po drugim życiu mojego ojca.

I właśnie wtedy, kiedy już prawie zdołałam przekonać samą siebie, że to niemożliwe, żeby tata spędzał tu czas, dostrzegłam na ścianie ramkę. A w ramce wycinek z gazety z listą bestsellerów „New York Timesa” sprzed trzech lat, ten sam, który tata zawiesił nad kominkiem w naszym domu. Właśnie tam, na ostatniej pozycji, pod numerem piętnastym, widniało moje nazwisko. A trzy pozycje nade mną – okrutnym zrządzeniem losu – znajdował się mój rywal z czasów studenckich Gus (chociaż teraz posługiwał się pełnym imieniem – Augustus, bo był Bardzo Poważnym Człowiekiem) wraz ze swoim przesadnie wyrafinowanym debiutem prozatorskim Objawienia. Utrzymywał się na liście przez pięć tygodni (nie żebym liczyła… no dobra, liczyłam).

– No i? – ponagliła Shadi. – Jak ci się widzi?

Obróciłam się, a mój wzrok zatrzymał się na chuście z mandalą wiszącej nad kanapą.

– Zaczynam się zastanawiać, czy tata palił trawę. – Spojrzałam w stronę okien na bocznej ścianie, które znajdowały się niemal idealnie na wprost okien sąsiada. Mama nigdy nie przeoczyłaby takiej wady architektonicznej przy kupowaniu domu.

Ale to nie był dom mamy, więc z miejsca, w którym stałam, mogłam wyraźnie zobaczyć regały wznoszące się od podłogi do sufitu w gabinecie sąsiada.

– O kurczę, może to wcale nie zagłębie miłości, tylko plantacja marychy! – Shadi wydawała się zachwycona. – Trzeba było przeczytać ten list, January. To wszystko jedna wielka pomyłka. Ojciec zostawił ci rodzinny biznes. Ta Kobieta była jego partnerką w interesach, a nie kochanką.

Czy to źle, że chciałam, żeby miała rację?

Tak czy inaczej miałam zamiar przeczytać ten list. Czekałam tylko na właściwy moment w nadziei, że najgorszy gniew przeminie, a wtedy ostatnie słowa od taty przyniosą mi ukojenie. Minął jednak cały rok, a lęk, jaki czułam na myśl o otwarciu koperty, rósł z każdym dniem. To takie niesprawiedliwe, że on dostał szansę na ostatnie słowo, a ja nie miałam jak mu odpowiedzieć. Ani jak na niego nakrzyczeć, ani się rozpłakać, ani zażądać więcej wyjaśnień. Kiedy otworzę ten list, nie będzie już odwrotu. To będzie koniec. Ostateczne pożegnanie.

Tak więc na razie list wiódł szczęśliwe, choć nieco samotne życie na dnie pudełka z dżinem, które przywiozłam ze sobą z Queens.

– To nie plantacja – oznajmiłam Shadi i rozsunęłam tylne drzwi, żeby wyjść na taras. – No, chyba że znajdę trawę w piwnicy.

– Nie ma szans – orzekła. – Tam jest jaskinia seksu.

– Może przestańmy już rozmawiać o moim skopanym życiu – zaproponowałam. – Co nowego u ciebie?

– Chodzi ci o Nawiedzonego Kapelusznika? – Gdyby tylko Shadi nie miała czterech współlokatorek w swoim maleńkim mieszkaniu w Chicago, możliwe, że zamieszkałabym razem z nią. Chociaż kiedy znajdowała się w pobliżu, nie byłam w stanie nic zrobić. A moja sytuacja finansowa była zbyt opłakana, żebym mogła sobie pozwolić na nierobienie niczego. Podczas pobytu w tym bezczynszowym piekle musiałam napisać kolejną książkę. Wtedy może będzie mnie stać na moje własne bez-Jacques’owe mieszkanie.

– Jeśli to właśnie o nim chcesz rozmawiać – odparłam – to tak. Dawaj.

– Jeszcze się do mnie nie odezwał. – Shadi westchnęła melancholijnie. – Ale wiesz, potrafię tak jakby wyczuć, że na mnie patrzy, kiedy jesteśmy oboje w kuchni. Bo naprawdę coś nas łączy.

– Nie zastanawiasz się czasem, czy to coś łączy cię rzeczywiście z facetem, który nosi ten staroświecki kapelusz, czy raczej z duchem jego poprzedniego właściciela? Co jeśli uświadomisz sobie, że zakochałaś się w duchu?

– Hmm – Shadi zastanowiła się przez chwilę. – Chyba będę musiała zaktualizować swoją notkę na Tinderze.

Znad jeziora u stóp wzgórza powiała lekka bryza, która poruszyła moje brązowe pukle. Zachodzące słońce strzelało na wszystkie strony snopami złotego światła, tak jasnego i gorącego, że musiałam zmrużyć oczy, żeby popatrzeć na pomarańczowo-czerwone barwy zalewające plażę. Gdyby to był tylko jakiś zwykły wynajęty dom, byłby idealnym miejscem do napisania cudownej historii miłosnej, którą obiecywałam Sandy Lowe Books od paru miesięcy.

Dotarło do mnie, że Shadi przez cały czas coś mówiła. Opowiadała dalej o Nawiedzonym Kapeluszniku. Miał na imię Ricky, ale my nigdy tak o nim nie mówiłyśmy. O życiu miłosnym Shadi rozmawiałyśmy zawsze szyfrem. Najpierw był ten starszy gość, który prowadził świetną knajpę z owocami morza (Rybi Król), potem facet, którego nazywałyśmy Mark, bo wyglądał jak jakiś sławny Mark, a teraz pojawił się ten nowy współpracownik, barman, który codziennie nosił kapelusz – Shadi nie znosiła facetów w kapeluszach, ale jemu nie mogła się oprzeć.

Skupiłam się z powrotem na rozmowie w chwili, gdy mówiła:

– Czwarty lipca? Długi weekend ze Świętem Niepodległości? Mogę wtedy przyjechać?

– Przecież to dopiero za miesiąc z kawałkiem. – Chciałam jej powiedzieć, że wtedy już mnie tu nie będzie, ale wiedziałam, że to nieprawda. Potrzebowałam przynajmniej całego lata, żeby napisać książkę i opróżnić dom, a potem sprzedać jedno i drugie, tak aby (miejmy nadzieję) odzyskać względny komfort finansowy. Może nie w Nowym Jorku, ale w jakimś znacznie tańszym miejscu.

Na Duluth pewnie byłoby mnie stać. Mama nigdy by mnie tam nie odwiedzała, ale w zeszłym roku i tak prawie się nie widywałyśmy, nie licząc mojej trzydniowej wycieczki do domu na Boże Narodzenie. Zaciągnęła mnie wtedy na cztery lekcje jogi, do trzech zatłoczonych pijalni soków i na Dziadka do orzechów, w którym występowała jakaś młoda, nieznana mi gwiazda – tak jakby myślała, że jeśli zostaniemy same choćby na chwilę, wypłynie temat taty i obie wybuchniemy.

Przez całe moje życie znajomi zazdrościli mi relacji z matką. Tego, jak często i swobodnie (a przynajmniej tak mi się wydawało) ze sobą rozmawiałyśmy, jak dobrze się razem bawiłyśmy. Teraz nasza relacja sprowadzała się do bardzo mało emocjonującej gry w przerzucanie się wiadomościami na poczcie głosowej.

Kiedyś miałam dwoje kochających rodziców i chłopaka, z którym mieszkałam. Teraz miałam już w zasadzie tylko Shadi, swoją najlepszą przyjaciółkę na (zdecydowanie zbyt dużą) odległość. Jedyną zaletą przeprowadzki z Nowego Jorku do miasteczka North Bear Shores w stanie Michigan było to, że znalazłam się bliżej jej mieszkania w Chicago.

– Do czwartego lipca jest kawał czasu – poskarżyłam się. – A ty mieszkasz tylko trzy godziny drogi stąd.

– No, ale nie umiem prowadzić.

– To może powinnaś oddać to prawo jazdy – zasugerowałam.

– Wierz mi, czekam tylko, aż minie termin ważności. Wtedy znowu poczuję się wolna. Nie znoszę, kiedy ludziom się wydaje, że potrafię prowadzić, tylko dlatego że mam na to papier. – Shadi jeździła fatalnie. Przy każdym lewoskręcie piszczała. – Poza tym wiesz, jak wygląda planowanie urlopu w tej branży. Mam szczęście, że mój szef zgodził się na tego czwartego lipca. Domyślam się, że teraz oczekuje, żebym mu obciągnęła.

– No co ty. Obciąganie tylko w przypadku dłuższych urlopów. Taki kwalifikuje się ledwo na to, żeby mu zrobić dobrze stopami, jeśli już musisz się odwdzięczyć.

Upiłam kolejny łyk dżinu, a potem zawróciłam na końcu tarasu i niemal krzyknęłam. Na sąsiednim tarasie, położonym trzy metry na prawo od mojego, zobaczyłam tył czyjejś głowy, z ciemnymi, kręconymi włosami wystającymi znad krawędzi leżaka. Modliłam się w duchu, żeby ten mężczyzna spał – żebym nie musiała mieszkać przez całe lato obok kogoś, kto słyszał, jak dywagowałam o robieniu dobrze stopami.

Ale on, jakby czytał w moich myślach, pochylił się do przodu, wziął butelkę piwa ze stolika ogrodowego, upił łyk i rozparł się z powrotem na leżaku.

– Racja. Nie zdejmę nawet crocsów – powiedziała tymczasem Shadi. – Muszę kończyć, właśnie doszłam do pracy. Ale daj znać, czy w piwnicy są prochy czy pejcze.

Obróciłam się plecami do tarasu sąsiada.

– Nie sprawdzę, dopóki nie przyjedziesz.

– Jędza – orzekła Shadi.

– Ja cię tylko zachęcam – powiedziałam słodko. – Kocham cię.

– Ja ciebie bardziej – odparła z naciskiem i rozłączyła się.

Odwróciłam się z powrotem do kędzierzawej głowy, po części oczekując, że przyjmie do wiadomości moją obecność, a po części zastanawiając się, czy powinnam się przedstawić.

W Nowym Jorku nie znałam za dobrze żadnego ze swoich sąsiadów, ale teraz byłam w Michigan, a z opowieści taty na temat dorastania w North Bear Shores domyślałam się, że któregoś dnia będę musiała pożyczyć temu człowiekowi cukier (do zapamiętania: kupić cukier).

Odchrząknęłam i przykleiłam do twarzy próbną wersję sąsiedzkiego uśmiechu. Mężczyzna pochylił się i upił kolejny łyk piwa, a ja zawołałam w jego stronę:

– Przepraszam, że panu przeszkodziłam!

Machnął niedbale ręką, po czym odwrócił stronę książki, którą trzymał na kolanach.

– Niby dlaczego robienie dobrze stopami jako forma zapłaty miałoby mi przeszkadzać? – odparł przeciągle niskim, znudzonym głosem.

Skrzywiłam się, szukając w głowie odpowiedzi – jakiejkolwiek odpowiedzi. Dawna January wiedziałaby, jak się odciąć, ale w moim umyśle była tylko pustka, jak za każdym razem, kiedy otwierałam Worda.

 

No dobra, może trochę zdziczałam przez ten ostatni rok. Może nie byłam nawet pewna, co właściwie robiłam przez ten czas, skoro nie odwiedzałam mamy ani nie pisałam, ani nie owijałam sobie sąsiadów wokół palca.

– W każdym razie – zawołałam – właśnie się tu wprowadziłam.

Machnął znowu od niechcenia i mruknął, tak jakby czytał mi wcześniej w myślach:

– Daj znać, gdybyś potrzebowała cukru. – W jego ustach zabrzmiało to jednak bardziej jak: „Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj, chyba że zauważysz pożar w moim domu, ale nawet wtedy sprawdź najpierw, czy nie słychać syren”.

Tyle by było z tutejszej słynnej gościnności. W Nowym Jorku sąsiedzi przynajmniej przynieśli nam ciastka, kiedy się wprowadziliśmy (bezglutenowe i z dodatkiem LSD, jednak liczą się intencje).

– Albo gdybyś chciała, żebym wskazał ci drogę do najbliższego sex shopu dla fetyszystów – dodał Gbur.

Policzki zapłonęły mi ze wstydu i wściekłości. Zanim zdążyłam się zastanowić, wypaliłam:

– Zaczekam, aż wyprowadzisz swój samochód, i po prostu pojadę za tobą. – Wybuchnął zaskoczonym, gardłowym śmiechem, ale nadal nie raczył na mnie spojrzeć. – Cudownie było cię poznać – dodałam zgryźliwie, po czym odwróciłam się i ruszyłam w stronę rozsuniętych szklanych drzwi prowadzących do bezpiecznego wnętrza, w którym prawdopodobnie będę musiała chować się przez całe lato.

– Obłudnica – usłyszałam jeszcze, zanim je zasunęłam.