Wichrowe wzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wichrowe wzgórza
Wichrowe wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,80  35,84 
Wichrowe wzgórza
Audio
Wichrowe wzgórza
Audiobook
Czyta Marek Konopczak
19,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

EMILY
BRONTË
WICHROWE
WZGÓRZA

przełożył i posłowiem opatrzył

Piotr Grzesik


Tytuł oryginału: Wuthering Heights

Copyright © for Polish translation by Piotr Grzesik, Kraków 2008

Copyright © Posłowie by Piotr Grzesik, Kraków 2008

Copyright © 2014, MG

Cytowane w posłowiu oraz w apendyksie fragmenty esejów

pochodzą z następujących publikacji:

Elisabeth Gaskell The Life of Charlotte Brontë (1857) Georges Bataille La littérature et le mal (1957) Howard Phillips Lovecraft Supernatural Horror in Literature (1927) Virginia Woolf The Common Reader, Jane Eyre and Wuthering Heights (1925) – wszystkie fragmenty w przekładzie Piotra Grzesika.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-175-2

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Podziękowania:

dla Marzeny Boroń za cierpliwe sprawdzanie kolejnych wersji tłumaczenia, słuchanie po sto razy tych samych słów i zdań, a także za wiele cennych sugestii w tej materii;

dla Jerzego Basiurskiego za pomoc w rozwiązywaniu językowych zagadek

p.g.

WYJAŚNIENIA

Przeznaczone są dla Czytelników, którzy znają „stary” przekład tej książki autorstwa Janiny Sujkowskiej, wydany po raz pierwszy w roku 1929 pod tytułem Szatańska miłość (powojenne wydania nosiły już tytuł Wichrowe Wzgórza), których zdziwić, a nawet zaniepokoić może pewna pozorna niekonsekwencja tłumacza – oryginalny tytuł książki brzmi: Wuthering Heights – i, jak to w pierwszym jej rozdziale opowie nam „nadnarrator”, imć pan Lockwood:

Siedziba pana Heathcliffa nosi nazwę Wuthering Heights – „wuthering” jest wielce znaczącym miejscowym przymiotnikiem, opisującym atmosferyczny zamęt, na jaki miejsce to jest wystawione podczas burzowej pogody. Istotnie – czysty, ożywczy przeciąg muszą oni tu mieć chyba zawsze – łatwo można domyślić się siły północnego wiatru wiejącego nad wzgórzami, patrząc na tych kilka bardzo pokrzywionych, karłowatych jodeł na tyłach domu i na rząd mizernych krzaków wyciągających wszystkie swoje gałęzie w jedną stronę, jakby błagały słońce o jałmużnę. Na szczęście architekt okazał przezorność i zbudował mocny dom: wąskie okna są głęboko wpuszczone w ściany, a rogów bronią duże, wystające kamienie.

Zatem siedziba pana Heathcliffa nazywa się Wuthering Heights (za siedzibę uznać należy nie sam tylko dom, lecz także przynależące doń ziemie, jest to więc nazwa całego – jakbyśmy u nas powiedzieli – „majątku”). Kłopot w tym, że nazwę „Wuthering Heights” noszą również okoliczne wzgórza, w których pobliżu znajduje się dom, od nich niewątpliwie biorący swe miano. W tekście wyrażenie „Wuthering Heights” oznacza raz jedno, a raz drugie. Postanowiłem te dwa znaczenia rozróżnić – nazwę domu pozostawiam więc zawsze w wersji oryginalnej, kiedy zaś chodzi o nazwę miejsca – lokalne określenie geograficzne – tłumaczę ją zgodnie z przyjętą tradycją jako Wichrowe Wzgórza. Nazwa ta jest również tytułem książki (uważam, że w nowych przekładach klasycznych utworów raczej nie powinno się zmieniać tytułów, nawet jeśli mogłyby one być ciut lepsze – kilku zbyt pomysłowych, choć skądinąd znakomitych tłumaczy pośliznęło się na tym i dość boleśnie upadło).

„Height” to w tym wypadku po prostu wzniesienie, wzgórze, niewielki szczyt, a „wuthering” – hmm – i tu jest problem, bo słowo to praktycznie nie występuje nigdzie poza kontekstem tej powieści – oznacza ono właśnie to, co tak plastycznie opisał nam powyżej pan Lockwood, i pochodzi z dialektu hrabstwa Yorkshire, a sięgając jeszcze głębiej – najprawdopodobniej z języka (lub dialektu – sprawa ta jest przedmiotem dyskusji językoznawców) szkockiego (Lowland Scots). Nazwa ta wręcz idealnie oddaje sytuację owego domu na wzgórzach (a również całej okolicy – tak przynajmniej, jak widzi ją pan Lockwood) jako miejsca całkowicie oddalonego i oddzielonego od wszelkich „centrów cywilizacyjnych”, a zarazem położonego w okolicy, gdzie wieją naprawdę bardzo srogie wiatry (warto tu przypomnieć, że w języku polskim funkcjonuje zabawne wyrażenie „wygwizdów” – używane na określenie takiego właśnie miejsca – pustego, odludnego i samotnego, a więc takiego, gdzie swobodnie „gwiżdże” wiatr, a zarazem w sensie symbolicznym oddalonego od cywilizacji).

„Wichrowe Wzgórza” w tytule książki to w moim rozumieniu raczej nazwa pewnego obszaru geograficznego, nie zaś samego tylko domu (i z tego właśnie powodu ten dumnie nosić będzie swoje miano angielskie), gdyż – w opisanym powyżej kontekście – nazwa domu pochodzi wprawdzie od zjawiska rzeczywistego, przyrodniczego (owych posępnych wzgórz), niemniej – jak się wydaje – od pierwotnego znaczenia mocno się już oderwała i zaczęła spełniać funkcję podobną jak w polskim obszarze językowym nazwy Skarżysko-Kamienna, Piotrków Trybunalski, Zakopane czy Strzyżów – rzeczywisty, bądź to obyczajowy, społeczny bądź przyrodniczy rodowód tych nazw zatracił na przestrzeni wieków swoje znaczenie i są one już dziś odbierane jedynie powierzchownie, jako brzmienia przede wszystkim. Z podobnej przyczyny nie tłumaczę także nazwy drugiego z domów – Thrushcross Grange – tu sprawa jest nawet trudniejsza, gdyż o ile wyrażenie „Wuthering Heights” jeszcze od biedy przetłumaczyć się daje, o tyle druga nazwa już nie za bardzo („Drozdowe Gniazdo” we wspomnianym przekładzie J. Sujkowskiej jest bardzo ładnym wprawdzie, ale dość sporym jednak uproszczeniem). „Grange” bowiem to posiadłość wiejska, folwark, a w znaczeniu archaicznym – stodoła lub spichlerz; słowo to dostało się do języka angielskiego z Francji, a korzeń swój ma w łacińskim słowie granum, czyli ziarno. „Thrushcross” zaś – hmmm – thrush to drozd, a cross w tym, geograficznym kontekście oznacza zapewne rozdroże, skrzyżowanie dróg – może więc uszłyby mi na sucho „Drozdokrzyże”?; albo „Krzyżów Drozdowy”?; a może nawet i „Krzyż (lub Skrzyż) Drozdowa”? Ufff – chyba jednak lepiej będzie rzecz zostawić tak, jak jest…

I już poza wszystkimi rozważaniami filologicznymi uważam, że warto, aby nazwa „Wuthering Heights” pozostała w tekście w brzmieniu oryginalnym, gdyż mam wrażenie, że w tych dwóch słowach naprawdę wieje i szepcze w trawach ten zimny, przejmujący wiatr znad wrzosowisk Yorkshire – niechże więc jego podmuch muśnie nas lekko, wplatając się łagodnie w tak przecież podobnie jak on szeleszczące, dźwięki polskiej mowy.

Piotr Grzesik

ROZDZIAŁ I
1801

Właśnie wróciłem z odwiedzin u mojego gospodarza i sąsiada – odludka, z którym będę musiał się jakoś dogadywać. Ależ to jest piękna kraina! Nie sądzę, bym w całej Anglii mógł znaleźć drugie miejsce tak zupełnie pozbawione zgiełku i towarzystwa. Doskonałe niebo mizantropa – a pan Heathcliff i ja jesteśmy tak znakomicie dobraną parą, by dzielić pomiędzy siebie to pustkowie. Kapitalny gość! Nie wyobrażał sobie nawet, jak moje serce zadrgało ku niemu, kiedy spostrzegłem, jak jego czarne oczy wycofywały się podejrzliwie, gdy się zbliżałem, a palce ukryły się z czujnym zdecydowaniem jeszcze głębiej w kamizelce, kiedy obwieściłem swoje nazwisko.

– Pan Heathcliff? – spytałem.

Kiwnięcie głową było odpowiedzią.

– Lockwood – pański nowy dzierżawca. Pozwoliłem sobie odwiedzić pana natychmiast po przyjeździe, aby wyrazić nadzieję, że nie sprawiłem kłopotu swoimi uporczywymi staraniami o wynajęcie Thrushcross Grange. Słyszałem wczoraj, że myślał pan o…

– Thrushcross Grange jest moją własnością – przerwał mi, krzywiąc się. – Nie pozwoliłbym nikomu sprawiać mi kłopotów, jeślibym mógł temu zapobiec – wchodź pan!

To „wchodź pan” zostało wypowiedziane przez zaciśnięte zęby i znaczyło raczej „idź do diabła”. Nawet brama, o którą się opierał, nie okazała poruszenia współgrającego z treścią jego słów – myślę, że okoliczności spowodowały, iż zdecydowałem się przyjąć zaproszenie – zainteresował mnie człowiek, który zdawał się być jeszcze bardziej przesadnie powściągliwy niż ja sam.

Kiedy zobaczył, że pierś mojego konia śmiało popycha bramę, wyciągnął rękę, by ją otworzyć, i z ponurą miną poprowadził mnie do domu wyłożoną kamiennymi płytami ścieżką, a kiedy weszliśmy na podwórze, zawołał:

– Joseph! Weź konia pana Lockwooda i przynieś jakieś wino.

Otóż i mamy całą obsadę służby, jak się wydaje – taka była moja refleksja po usłyszeniu tego kompleksowego polecenia. Nic dziwnego, że trawa rośnie tu pomiędzy kamieniami na ścieżce, a żywopłot strzygą jedynie krowy.

Joseph był niemłodym, a nawet już wiekowym człowiekiem – być może nawet całkiem starym – choć czerstwym jeszcze i krzepkim.

– Panie dopomóż! – zająwszy się moim koniem, monologował półgłosem, wyrażając zrzędliwe niezadowolenie. Patrzył mi przy tym w oczy tak kwaśno, że wzbudził we mnie miłosierne przypuszczenia, iż potrzebować musi boskiej pomocy, aby strawić obiad, a jego pobożne eksklamacje nie mają żadnego związku z moim niespodziewanym pojawieniem się.

 

Siedziba pana Heathcliffa nosi nazwę Wuthering Heights – „wuthering” jest wielce znaczącym miejscowym przymiotnikiem, opisującym atmosferyczny zamęt, na jaki miejsce to jest wystawione podczas burzowej pogody. Istotnie – czysty, ożywczy przeciąg muszą oni tu mieć chyba zawsze – łatwo można domyślić się siły północnego wiatru wiejącego nad wzgórzami, patrząc na tych kilka bardzo pokrzywionych, karłowatych jodeł na tyłach domu i na rząd mizernych krzaków wyciągających wszystkie gałęzie w jedną stronę, jakby błagały słońce o jałmużnę. Na szczęście architekt okazał przezorność i zbudował mocny dom: wąskie okna są głęboko wpuszczone w ściany, a rogów bronią duże, wystające kamienie.

Zanim przekroczyłem próg, zatrzymałem się, by spojrzeć z podziwem na wielką ilość groteskowych zdobień wyrytych przy wejściu, a zwłaszcza wokół głównych drzwi, ponad którymi pośród zamętu pokruszonych gryfów i bezwstydnych małych chłopców dostrzegłem datę „1500” i nazwisko „Hareton Earnshaw”. Chętnie bym poczynił kilka komentarzy i poprosił o krótką historię owego miejsca, ale postura ponurego gospodarza stojącego przy drzwiach zdawała się żądać ode mnie albo szybkiego wejścia, albo całkowitego odwrotu, a nie chciałem wzmagać jego zniecierpliwienia, dopóki nie obejrzałem tajemniczego wnętrza.

Jeden stopień dzielił nas od rodzinnej bawialni, bez żadnego pośredniczącego przejścia ani korytarza – nazywają to tutaj solennie „dużą izbą”. Zazwyczaj składa się ona z kuchni i salonu, ale myślę, że w Wuthering Heights kuchnia zmuszona była wycofać się do jakiejś innej części budynku – rozpoznawałem bowiem paplaninę i brzęk naczyń kuchennych dobiegający skądś z głębi domu i nie zauważyłem śladów smażenia, gotowania albo pieczenia przy wielkim palenisku ani też błysku miedzianych rondli i cynowych cedzaków na ścianach. Istotnie, z jednej strony izby zarazem światło, jak i żar odbijały się w szeregach ogromnych cynowych naczyń przemieszanych ze srebrnymi dzbankami i kuflami, które wznosiły się rząd za rzędem na szerokim dębowym kredensie aż do samego stropu. Ten ostatni nie był zakryty, cała jego anatomia była odsłonięta dla badawczego spojrzenia, z wyjątkiem tych miejsc, gdzie zakrywała ją drewniana rama, uginająca się pod ciężarem placków z mąki owsianej oraz całych gron nóg wołowych i baranich, tudzież szynek. Nad kominem wisiały rozmaite stare, podejrzane strzelby i para kawaleryjskich pistoletów, a także – tytułem ornamentu – trzy jaskrawo pomalowane pojemniki rozmieszczone wzdłuż parapetu. Podłoga była z gładkiego, białego kamienia; krzesła – z wysokimi oparciami, prymitywnej konstrukcji – pomalowane na zielono; a jedno czy dwa – ciężkie i czarne egzemplarze – czaiły się w cieniu. W niszy pod kredensem leżała wielka, wątrobianego koloru suka rasy pointer, otoczona mrowiem piszczących szczeniaków; inne psy zajmowały pozostałe wnęki.

Takie mieszkanie i takie meble nie byłyby niczym dziwnym, gdyby należały do swojskiego gospodarza z północy, o upartym obliczu i z krzepkimi kończynami odzianymi zgrabnie w bryczesy i kamasze. Takież indywiduum usadowione w swym krześle z oparciem dla rąk, z dzbankiem pieniącego się piwa na okrągłym stoliku przed nim, można zobaczyć w promieniu pięciu czy sześciu mil wokół tych wzgórz, jeśli przyjdzie się we właściwym, poobiednim czasie. Ale pan Heathcliff stanowi szczególny kontrast ze swoją siedzibą i swoim stylem życia. Z wyglądu jest smagły jak Cygan, z ubioru zaś i z manier jak dżentelmen – to znaczy na tyle dżentelmen, co wielu wiejskich dziedziców – raczej niedbały, a jednak niewyglądający z tym zaniedbaniem źle, z powodu wyprostowanej i okazałej sylwetki; jest też raczej posępny. Możliwe, że niektórzy mogliby go w pewnej mierze podejrzewać o grubiańską wyniosłość; ja jednak czuję wewnątrz życzliwą strunę, która mówi mi, że to nic z tych rzeczy, wiem instynktownie, że jego rezerwa wypływa z awersji do ostentacyjnego okazywania uczuć, do manifestowania wzajemnych uprzejmości. Będzie zarówno kochał, jak i nienawidził w skrytości, a do tego uważać będzie za rodzaj impertynencji być w odpowiedzi kochanym albo nienawidzonym. Nie – zbytnio się pośpieszyłem – nad wyraz hojnie nadaję mu własne przymioty. Pan Heathcliff może mieć całkowicie różne od moich powody, aby trzymać się z dala, kiedy spotyka potencjalnego znajomego. Pozwolę sobie żywić nadzieję, że moja konstytucja jest do pewnego stopnia szczególna – moja droga matka zawsze mówiła, że nigdy nie będę mieć spokojnego, wygodnego domu – i nie dalej jak ostatniego lata dowiodłem znakomicie, że niewart jestem takiego.

Ciesząc się miesiącem pięknej pogody na wybrzeżu, rzucony zostałem w towarzystwo wprost urzekającego stworzenia – w moich oczach prawdziwej bogini – dotąd przynajmniej, dopóki nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Nigdy nie „wypowiedziałem w głos” swej miłości, choć gdyby spojrzenia miały swój język, to każdy głupi mógłby zgadnąć, że wpadłem po uszy. Ona w końcu mnie zrozumiała i oddała mi najsłodsze z wyobrażalnych spojrzenie. A cóż ja zrobiłem? Wyznaję ze wstydem – na powrót wpełzłem jak zimny ślimak do swojej muszli – z każdym spojrzeniem wycofywałem się, coraz bardziej oziębły i odległy, aż w końcu niewinne biedactwo skłonne było wątpić w świadectwo własnych zmysłów; wreszcie przytłoczona, zażenowana przypuszczalną pomyłką nakłoniła swą matkę do wyjazdu. Przez ten tak dziwny zwrot moich skłonności zdobyłem sobie reputację człowieka rozmyślnie nieczułego – jak bardzo niezasłużoną, ja jeden tylko mogę stwierdzić.

Sięgnąłem po stojące przy palenisku krzesło – na wprost tego, ku któremu zmierzał mój gospodarz – i, by wypełnić interwał ciszy, chciałem pogłaskać sukę, która zostawiła matczyne obowiązki i od tyłu, po wilczemu, skradała się do moich nóg – z wargą odwiniętą w górę i ociekającymi śliną białymi zębami – w oczekiwaniu na ochłap. Moja pieszczota wywołała długie, gardłowe warczenie.

– Lepiej zostaw pan psa w spokoju – w unisono mruknął pan Heathcliff, kopniakiem powstrzymując jej gorętsze demonstracje. – Nie jest przyzwyczajona do rozpieszczania, nie trzyma się jej do zabawy.

I podchodząc do drzwi, krzyknął znowu:

– Joseph!

Joseph mamrotał coś niewyraźnie w głębiach piwnicy, nie dając bynajmniej znaku, że ma zamiar się wynurzyć, toteż jego pan zszedł na dół, zostawiając mnie vis-à-vis zbójeckiej suki oraz pary srogich, włochatych psów pasterskich, które dzieliły z nią baczną kuratelę nad wszystkimi moimi ruchami. Niechętny kontaktowi z ich kłami siedziałem spokojnie, lecz mniemając, że nie mogłyby zrozumieć zniewag niewypowiadanych na głos, pozwoliłem sobie nieopatrznie łypnąć okiem i uczynić grymas w stronę owego trio. Jakiś skręt mojej fizjognomii musiał tak zirytować „madame”, że nagle wpadła w furię i skoczyła na moje kolana. Zrzuciłem ją i pośpiesznie zasłoniłem się stołem. Mój manewr pobudził cały rój – pół tuzina czworonożnych diabłów rozmaitego wieku i kształtów wynurzyło się na powierzchnię ze swoich kryjówek. Poczułem, że celem tego ataku są zwłaszcza moje pięty i poły płaszcza, i za pomocą pogrzebacza odpierając co większych napastników najlepiej jak potrafiłem, w celu przywrócenia pokoju zmuszony byłem głośno wzywać pomocy któregoś z domowników.

Pan Heathcliff i jego sługa wchodzili po piwnicznych schodach z irytującym spokojem – nie sądzę, by poruszali się o sekundę szybciej niż zazwyczaj, choć wokół paleniska szalała teraz prawdziwa burza ze skowytami. Na szczęście więcej pośpiechu okazała rezydentka kuchni – krzepka dama w pofałdowanej sukni, z nagimi ramionami i policzkami zarumienionymi od ognia – ona to, wymachując patelnią, ruszyła w sam środek bitwy – i użyła owej broni, jak również swego języka, i to tak skutecznie, że huragan opadł jak zaczarowany, i ona sama tylko została – z piersią falującą niby morze po przejściu sztormu – kiedy jej pan wszedł na scenę.

– Co u diabła się tutaj dzieje? – zapytał, lustrując mnie w sposób, którego po tym tak niegościnnym potraktowaniu nie mogłem ścierpieć.

– Co u diabła – w rzeczy samej! – mruknąłem. – Stado opętanych wieprzów nie miałoby w sobie gorszych demonów niż te tu pańskie zwierzęta, drogi panie. Równie dobrze mógłby pan zostawić gościa z pomiotem tygrysa!

– Nie ruszają tych, którzy niczego nie dotykają – rzucił on, stawiając przede mną butelkę i poprawiając przesunięty stół. – Psy powinny być czujne. Kieliszek wina?

– Nie, dziękuję.

– Nie ugryzły?

– Jeśliby się tak stało, odcisnąłbym swą pieczęć na napastniku.

Twarz Heathcliffa rozluźniła się w szyderczym grymasie.

– Ejże, ejże – powiedział – jest pan wzburzony, panie Lock­wood. Wypij pan trochę wina. Goście są tak nadzwyczajną rzadkością w tym domu, że ja i moje psy – muszę to przyznać – nie bardzo wiemy jak ich przyjmować. Pańskie zdrowie!

Skłoniłem się, przyjąłem, a potem oddałem kielich na znak pojednania, zacząłem bowiem zauważać, że byłoby głupotą dąsać się z powodu braku manier okazanego przez stado kundli, poza tym nie chciałem dostarczać temu jegomościowi dalszej uciechy swoim kosztem, jako że taki właśnie obrót przybrał jego humor. On sam – wiedziony zapewne ostrożną rozwagą – uznawszy za szaleństwo obrażanie dobrego dzierżawcy, poskromił nieco swój lakoniczny styl, z którego zaimki oraz słowa posiłkowe zostały relegowane, i wprowadził wątek, co do którego mniemał, iż będzie dla mnie interesujący, czyli temat zalet i wad mego obecnego miejsca odosobnienia. Znalazłem go bardzo inteligentnym w kwestiach, które poruszyliśmy, i zanim udałem się do domu, byłem już na tyle ośmielony, że zaproponowałem złożenie jutro następnej wizyty. On najwyraźniej nie życzył sobie powtórki mojego najścia. Pójdę tam jednak, mimo wszystko. To zdumiewające, jak bardzo czuję się w porównaniu z nim towarzyski!

ROZDZIAŁ II

Wczorajsze popołudnie było zimne i mgliste. Raczej skłaniałem się ku spędzeniu go przy ogniu w swoim gabinecie, zamiast brnąć przez błota i wrzosowiska do Wuthering Heights. Po obiedzie (notabene jadam pomiędzy dwunastą i pierwszą popołudniu, gospodyni – która była na wyposażeniu domu – nie mogła czy też nie chciała zrozumieć mojej prośby, żeby obiad podawać o piątej) wszedłem na piętro z tym próżniaczym postanowieniem, jednakże w pokoju natknąłem się na służącą – na kolanach, otoczoną przez szczotki i wiadra na węgiel – która wzniecała piekielny wręcz dym w trakcie gaszenia ognia popiołem. Ten widok odrzucił mnie natychmiast, wziąłem więc kapelusz i po czterech milach spaceru dotarłem do bramy ogrodu Heathcliffa – w samą porę, by uciec przed pierwszymi puchowymi płatkami śniegu.

Na szczycie tego posępnego wzgórza ziemia była stwardniała od ostrego mrozu, a lekki wiatr przeszywał dreszczem wszystkie moje członki. Nie mogąc otworzyć łańcucha, przeskoczyłem przez ogrodzenie i pokonawszy wyłożoną kamiennymi płytami ścieżkę, wzdłuż której rosło kilka krzaków agrestu, zacząłem pukać, aby mnie wpuszczono – nadaremnie jednak – aż wreszcie palce zdrętwiały, a psy zaczęły wyć.

Oż, wy tutejsi przeklętnicy! – wykrzyknąłem w duchu. – Zasługujecie na wiekuistą izolację od swego gatunku za waszą grubiańską niegościnność. Przynajmniej w dzień nie trzymałbym drzwi zaryglowanych. A zresztą – wchodzę do środka!

Śmiało chwyciłem zasuwę i szarpnąłem ją gwałtownie. I w tym momencie Joseph o kwaśnym obliczu wystawił głowę z okrągłego okienka stodoły.

– A wy tu cego? – krzyknął. – Pon jes na dole, w uowcorni. Idźcie hań i skryńcie za rogiem stodoły, kiej kcecie z niym godoć.

– A w środku nie ma kogoś, żeby otworzył drzwi? – zakrzyknąłem w odpowiedzi.

– Ni ma nikogo ino poni, a uona nie uotwozy choćbyście się i do nocy jako tyn cort tukli.

– Dlaczego? Czy nie możesz jej powiedzieć, kim jestem?

– Jo, ni! Mie ta nic do tego – znikając, wymamrotała głowa.

Zaczął padać gęsty śnieg. Złapałem klamkę, żeby spróbować jeszcze raz, kiedy to młody mężczyzna bez płaszcza, z widłami na ramieniu, pojawił się w głębi podwórza. Zawołał, bym poszedł za nim i po przejściu przez pralnię i wyłożony kamieniami plac, gdzie znajdowała się komórka na węgiel, pompa oraz gołębnik, w końcu znaleźliśmy się w wielkim, ciepłym i przyjemnym pomieszczeniu – tym, w którym zostałem ostatnio przyjęty. Aż żarzyło się tu od blasku wspaniałego ognia, w którym płonęły pospołu węgiel, torf i drzewo, a przy stole zastawionym do sutego, wieczornego posiłku siedziała (co spostrzegłem z wyraźną przyjemnością) owa „poni”, której istnienia dotąd nie podejrzewałem. Ukłoniłem się i czekałem, aż poprosi, abym usiadł. Spojrzała na mnie, rozparła się w krześle i tak pozostała, niema i nieruchoma.

 

– Psia pogoda! – zauważyłem. – Obawiam się, pani Heathcliff, że drzwi poniosły konsekwencje braku skwapliwości pani sług – ciężką miałem robotę, by mnie usłyszeli.

Nawet nie otworzyła ust. Patrzyłem na nią – ona też patrzyła – a przynajmniej zatrzymała na mnie swój zimny, obojętny wzrok, nadzwyczaj krępujący i nieprzyjemny.

– Siądźcie – powiedział młody mężczyzna opryskliwie. – On niedługo wróci.

Posłuchałem go, odchrząknąłem i zawołałem ową nikczemną Juno, która – przy okazji tego drugiego naszego widzenia się – raczyła poruszyć samym koniuszkiem ogona, co oznaczać miało przyznanie, że już się spotkaliśmy.

– Piękne zwierzę – zacząłem znów. – Czy ma pani zamiar rozstać się z młodymi, madame?

– Nie są moje – oznajmiła uprzejma gospodyni bardziej odpychająco, niżby to zrobił sam Heathcliff.

– Ach, więc tutaj są pupile pani? – ciągnąłem, odwracając się w stronę słabo widocznej poduszki, pełnej czegoś jakby podobnego do kotów.

– Też mi pan wybrał pupili! – zauważyła ona pogardliwie.

Niestety – to była sterta martwych królików. Odchrząknąłem ponownie i zbliżyłem się do kominka, powtarzając swoje uwagi na temat nielitościwej pogody tego wieczoru.

– Nie powinien był pan wychodzić z domu – powiedziała ona, wstając i sięgając po stojące na obramowaniu kominka malowane puszki na herbatę.

Poprzednio znajdowała się w pozycji niedostępnej dla światła, teraz zaś miałem dokładny widok całej jej twarzy i figury. Była smukła i najwyraźniej zupełnie niedawno przestała być dziewczyną – zachwycające kształty i najbardziej wyborna, mała twarz, jaką miałem kiedykolwiek przyjemność oglądać – rysy drobne, bardzo ładne, płowe albo raczej złote kędziory spadające swobodnie na jej delikatną szyję, i oczy – gdyby miały przyjemny wyraz, byłyby zniewalające – szczęściem dla mojego wrażliwego serca jedyne uczucie, jakie okazywały, było zawieszone w pół drogi pomiędzy pogardą i czymś w rodzaju desperacji, która zdawała się tutaj szczególnie nie na miejscu. Puszki były niemal poza jej zasięgiem, zrobiłem więc ruch, żeby jej pomóc, na co ona odwróciła się do mnie, jak uczyniłby to skąpiec, gdyby ktoś próbował pomóc mu liczyć jego złoto.

– Nie potrzebuję pańskiej pomocy – prychnęła. – Sama je ściągnę.

– O przepraszam! – pośpieszyłem z odpowiedzią.

– Czy był pan proszony na herbatę? – zapytała, wiążąc fartuch na czystej czarnej sukience i stojąc z łyżeczką herbaty zawieszoną nad czajniczkiem.

– Chętnie wypiłbym filiżankę – odparłem.

– Czy był pan proszony? – powtórzyła.

– Nie – powiedziałem z półuśmiechem. – To pani jest właściwą osobą, aby mnie zaprosić.

Rzuciła herbatę, łyżeczkę i wszystko w ogóle, po czym nadąsana wróciła na swoje krzesło, z czołem zmarszczonym i ze swą karminową dolną wargą wysuniętą niczym u dziecka, które zaraz się rozpłacze.

Tymczasem młody człowiek wciągnął na siebie obdarte wierzchnie okrycie i wyciągając się przed ogniem, patrzył na mnie kątem oka, zupełnie jakby była pomiędzy nami jakaś śmiertelna, niepomszczona zwada. Zacząłem się zastanawiać, czy był, czy też nie był służącym – jego ubranie i mowa były prostackie, zupełnie pozbawione rysu wyższości zauważalnego u pana i pani Heathcliff; gęste kasztanowe loki nierówne i zaniedbane, baki wdzierały się na policzki niczym u niedźwiedzia, ręce miał opalone jak zwykły robotnik, a jednak jego postura była swobodna, niemal wynios­ła, i nie wykazywał wcale owej właściwej służbie pieczołowitości w obsługiwaniu pani domu. W braku jasnych oznak jego kondycji uznałem, że lepiej powstrzymać się od zwracania uwagi na to dziwne zachowanie, a pięć minut później zjawienie się Heathcliffa uwolniło mnie – w jakimś stopniu przynajmniej – od tego niewygodnego położenia.

– Widzi pan, przyszedłem, zgodnie z obietnicą! – wykrzyknąłem, przyjmując wesoły ton. – I obawiam się, że przez tę pogodę zmuszony będę zostać jakieś pół godziny – jeśli udzieli mi pan na ten czas schronienia.

– Pół godziny? – powiedział, otrzepując z ubrania białe płatki. – Dziwię się, że wybrał pan akurat taką śnieżycę, żeby się wałęsać. Wie pan, że można zabłądzić na bagnach? Nawet ludzie, którzy dobrze znają te wrzosowiska, często gubią drogę w takie wieczory jak dziś; i powiem panu, że raczej nie ma szansy na poprawę.

– Może więc mógłbym wziąć za przewodnika któregoś z pańskich ludzi – zostałby w Thrushcross Grange do rana – czy użyczyłby mi pan któregoś?

– Nie, nie mogę.

– Och, doprawdy! Cóż, muszę więc zaufać własnemu rozumowi.

– Hmmm!

– Robis te herbate? – zapytał ten w wytartym ubraniu, przenosząc swoje dzikie spojrzenie ze mnie na młodą damę.

– Jemu też zrobić? – dodała ona, zwracając się do Heathcliffa.

– Rób, ale już! – zabrzmiała odpowiedź rzucona tak brutalnie, że aż się wzdrygnąłem. Ton tych słów znamionował prawdziwie złą naturę. Nie byłbym już teraz skłonny nazwać Heathcliffa kapitalnym gościem. Kiedy przygotowania były skończone, zaprosił mnie, mówiąc: – No, niechże pan przysunie sobie krzesło.

I tak wszyscy, łącznie z nieokrzesanym młodzianem przybliżyliśmy się do stołu; podczas gdy spożywaliśmy nasz posiłek, panowała surowa cisza.

Pomyślałem, że skoro to ja przywołałem chmurę, to moją powinnością jest też postarać się ją rozproszyć. Nie mogą przecież codziennie siedzieć tak ponuro i w takim milczeniu, to było niemożliwe – choćby nie wiadomo jak byli źli i kłótliwi – żeby ten ogólny wyraz zasępienia, który mają teraz na twarzach, był ich codziennym obliczem.

– To osobliwe – zacząłem w przerwie pomiędzy pochłonięciem jednej filiżanki herbaty i otrzymaniem następnej – to osobliwe, jak bardzo przyzwyczajenie może ukształtować nasze gusta i idee – wielu nie mogłoby sobie wprost wyobrazić obecności szczęścia w życiu pędzonym w takiej separacji od świata, jakie pan, panie Heathcliff, prowadzi, a jednak ośmielę się zauważyć, że otoczony przez rodzinę i z pańską miłą panią jako opiekuńczym duchem pańskiego domu i serca…

– Moją miłą panią! – przerwał z diabolicznym wręcz szyderstwem na twarzy. – A gdzież to ona – ta moja miła pani?

– Myślę o pańskiej żonie, pani Heathcliff.

– No cóż, tak – daje pan więc do zrozumienia, że jej duch przyjął stanowisko anioła-stróża i strzeże losów Wuthering Heights, nawet gdy jej ciało stąd odeszło. O to chodzi?

Spostrzegłszy, że popełniłem omyłkę, próbowałem ją naprawić. Mogłem był zauważyć, że zbyt wielka jest różnica wieku stron, aby prawdopodobne było ich małżeństwo. On miał około czterdziestki – w tym okresie mentalnego wigoru, w którym mężczyzna rzadko żywi złudzenia co do tego, by mógł być poślubiony z miłości przez młodą dziewczynę – to marzenie jest zarezerwowane dla pocieszenia schyłku naszych dni. Ona nie wyglądała na więcej niż lat siedemnaście.

I wtedy mnie olśniło – gbur przy moim boku, który pije herbatę z jakiejś miski i je chleb niemytymi rękami może być jej mężem – Heathcliff junior – to jasne. Oto są konsekwencje takiego zakopania się żywcem – wpadła w ręce tego chama z czystej niewiedzy, że istnieją lepsi! Smutno i żal – muszę pomyśleć, jak sprawić, aby pożałowała swego wyboru. Ta ostatnia uwaga może się wydać zarozumiała – ale taką nie była. Mój sąsiad wydał mi się wręcz odrażający, a wiedziałem – z doświadczenia – że sam jestem umiarkowanie atrakcyjny.

– Pani Heathcliff jest moją synową – powiedział Heathcliff, potwierdzając moje przypuszczenia. Mówiąc to, zwrócił w jej stronę szczególne spojrzenie, spojrzenie nienawiści – no, chyba żeby miał najbardziej przewrotny zespół mięśni twarzy, który nie wyrażałby, jak u innych ludzi, języka jego duszy.

– Ach, tak – teraz rozumiem – to pan jest szczęśliwie obdarowany prawem do owej dobroczynnej wróżki – zauważyłem, zwracając się do mego sąsiada.

To było jeszcze gorsze – młodzian oblał się purpurą i zacisnął pięści – miałem wrażenie, że zastanawia się, czy by się na mnie nie rzucić. Niebawem jednak się opanował i zdusił burzę w brutalnym przekleństwie wymamrotanym pod moim adresem, na które wszakże postarałem się nie zwrócić uwagi.

– Niewczesne pańskie domysły – zauważył mój gospodarz – żaden z nas nie ma zaszczytu posiadania praw do pańskiej dobrej wróżki – jej mąż nie żyje. Powiedziałem, że jest moją synową, musiała więc być żoną mojego syna.