Niegodziwi święci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Mapa

2  1

3  2

4  3

5  4

6  5

7  6

8  7

9  8

10  9

11  10

12  11

13  12

14  13

15  14

16  15

17  16

18  17

19  18

20  19

21  20

22  21

23  22

24  23

25  24

26  25

27  26

28  27

29  28

30  29

31  30

32  31

33  32

34  33

35  34

36  35

37  36

38  Epilog

39  Podziękowania

Tytuł oryginału: Wicked Saints

Copyright © 2019 by Emily A. Duncan

By arrangement with the author

All rights reserved

Copyright for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,Poznań 2020

Redakcja

Agnieszka Zienkowicz

Jacket design: Olga Grlic

Jacket illustration: Mark McCoy

Mapa

Rhys Davies

Opracowanie grafi czne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Wydanie I

ISBN 978-83-8116-895-3

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla mamy i taty

— moich najbardziej

zagorzałych zwolenników

Mapa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

NADIEŻDA ŁAPTIEWA

Śmierć, magia i zima. Gorzki cykl, który Marzenija przędzie bladymi palcami przy użyciu purpurowych nici. Jest konsekwentna, jest nieubłagana, jest wieczna. Tym, których pobłogosławiła, może przyznać dowolne zaklęcie, a swoim zasięgiem bogini ta obejmuje całą strukturę magii.

Kodeks Boskości, 2:18

USPOKAJAJĄCE ECHO ŚWIĘTYCH ŚPIEWÓW niosło się z prezbiterium do piwnic. Było późne południe, tuż przed nieszporami, pora, gdy chóralnie wznoszono psalmy bogom.

Nadieżda Łaptiewa spojrzała na stos ziemniaków, które lada moment mogły spaść ze stołu. Mocno przycisnęła nóż do trzymanej w dłoni bulwy i ledwie unikając skaleczenia, obierała warzywo, zmieniając łupinkę w spiralę.

— Obowiązki kleryczki są ważne, Nadieżdo — wymamrotała do siebie, naśladując srogi ton opata monastyru. — Możesz zmienić losy wojny, Nadieżdo. A teraz idź, Nadieżdo, i przez resztę życia usychaj w piwnicach.

Stół pokrywały już spiralne łupiny obranych wcześniej ziemniaków. Kleryczka nie spodziewała się, że straci cały dzień, odbywając tę karę, a jednak tak się stało.

— Słyszałaś to? — Konstantyn zachowywał się tak, jakby w ogóle się nie odezwała.

Nasłuchiwał, a nożyk do obierania, identyczny jak jej, zawisł nieruchomo w palcach chłopaka.

Z góry docierały jednak wyłącznie odgłosy nabożeństwa. Jeśli Konstantyn próbował odwrócić jej uwagę, to mu się to nie uda.

— Czyżbyś słyszał nieuchronne nadejście naszej śmierci, gdy zginiemy pod lawiną ziemniaków? Jeszcze jej nie słyszę, ale jestem pewna, że nadciąga.

W odpowiedzi spotkało ją miażdżące spojrzenie. Zamachała nożem na przyjaciela.

— Co to może być? — dumała dalej głośno. — Tranawianie u naszych drzwi? Najpierw mieliby wszak do pokonania siedem tysięcy schodów. A może zmierza ku nam ich arcyksiążę, który w końcu postanowił się nawrócić?

Próbowała żartować, ale pomysł, że arcyksiążę wrogiego kraju może przebywać w pobliżu monastyru, przyprawił ją o dreszcz. Chodziły słuchy, że ten młody mężczyzna jest niezwykle potężnym magiem krwi, jedną z najbardziej przerażających osób w całej Tranawii, krainie heretyków.

— Nadio — upomniał ją szeptem Konstantyn — mówię poważnie.

Wbiła swój nóż w kolejnego ziemniaka i spojrzała na towarzysza niedoli. To z jego winy tu tkwili. Figle Konstantyna wynikłe z mieszaniny nudy i szaleństwa po wczesnoporannych modlitwach początkowo zdawały się niewinne. Zagaszanie klasztornego kadzidła źdźbłem trawy cytrynowej albo obcinanie knotów świątynnych świec. W najlepszym razie były to drobne wykroczenia. Nic, co zasługiwałoby na śmierć wśród ziemniaków.

Aż w końcu, napełniając miskę do mycia ojca Aleksieja czerwonym barwnikiem, który wyglądał jak krew, posunął się za daleko.

Krwi nie można było traktować lekko, nie w obecnych czasach.

Wściekłości ojca Aleksieja nie złagodzi ich pobyt w piwnicach. Po obraniu tej góry ziemniaków — o ile uda im się to zadanie wykonać — czekało ich jeszcze wielogodzinne kopiowanie świętych tekstów w skryptorium. Na samą myśl o tym dziewczynie już cierpły ręce.

— Nadio.

Konstantyn trącił ją łokciem i nóż zsunął jej się z ziemniaka.

— Cholera, Kostia.

„Moje pasmo pięćdziesięciu czterech nieprzerwanych spiralek zniszczone” — pomyślała z żalem.

Wytarła ręce o tunikę i spiorunowała wzrokiem chłopaka.

Kostia skupił spojrzenie swych ciemnych oczu na zamkniętych drzwiach prowadzących ku schodom na górę. Nie było tam niczego poza…

„Och”.

Ziemniak wyślizgnął się Nadii z palców i spadł na zakurzoną podłogę. Dopiero teraz dotarło do niej, że dźwięki nabożeństwa nad nimi ucichły. Kostia wbił paznokcie w jej rękaw, lecz jego dotyk wydawał się dziewczynie dziwnie odległy.

„To się nie dzieje naprawdę”.

– Armaty — wyszeptała, w jakiś sposób urealniając to poprzez wypowiedzenie słowa na głos.

Chwyciła inaczej nóż, odwracając go, jakby zamiast tępawego kuchennego narzędzia trzymała w dłoni jeden ze swoich worienów o wąskim ostrzu.

Wystrzały armatnie to odgłos, który znały doskonale wszystkie kalazińskie dzieci. Towarzyszył im w czasie dorastania, gdy kołysanki mieszały się z kanonadą w oddali. Wojna była ich stałym towarzyszem i tutejsze dzieci wiedziały, że muszą uciekać natychmiast, jak tylko usłyszą huk dział i poczują w powietrzu żelazny posmak magii.

 

Armaty mogły bowiem oznaczać tylko jedno: magię krwi. A magia krwi oznaczała Tranawian. Święta wojna między Kalazinem a Tranawią szalała od stu lat. Tranawian nie obchodziło, że ich magia krwi znieważa bogów. Gdyby potrafili, wyeliminowaliby boski dotyk z całego Kalazinu, tak jak wcześniej dokonali tego w swoim państwie. Wojna wszakże nigdy nie dotarła dalej niż do kalazińskiej granicy. Aż do tej chwili. Skoro Nadia słyszała armaty, oznaczało to, że wojna powoli pożera Kalazin żywcem. Centymetr po krwawym centymetrze wsączała się w serce kraju Nadii, niosąc śmierć i zniszczenie.

A istniał tylko jeden powód, dla którego Tranawianie atakowali odosobniony w górach monastyr.

Piwnica się zatrzęsła i z sufitu posypał się pył. Nadia zerknęła na Kostię, którego wzrok był twardy, a równocześnie pełen przerażenia. Byli przecież jedynie parą akolitów z kuchennymi nożykami. Co zrobią, jeśli wpadną tu żołnierze?

Nadia szarpnęła różaniec na szyi; gorącym opuszkom jej palców gładkie drewniane koraliki modlitewne wydawały się chłodne. Gdyby Tranawianie pokonali siedem tysięcy schodów prowadzących do klasztoru, powinien rozlec się alarm, ale Nadia nigdy go nie słyszała. I miała nadzieję, że nigdy nie usłyszy.

Kostia złapał ją za rękę i powoli pokręcił głową, patrząc poważnymi ciemnymi oczami.

— Nie rób tego, Nadio — upomniał ją.

— Jeśli nas zaatakują, nie będę się ukrywała! — odpowiedziała stanowczo.

— Nawet jeżeli oznacza to wybór między uratowaniem monastyru a ocaleniem całego królestwa?

Znów chwycił ją za ramię, a ona tym razem dała mu się wciągnąć z powrotem do piwnic. Jego strach był uzasadniony. Nadia nigdy przedtem nie walczyła w prawdziwej bitwie, jednak wyzywająco spojrzała mu w oczy. Znała wyłącznie to miejsce i jeśli Konstantyn sądził, że nie będzie walczyła o monastyr, to był chyba szalony. Zamierzała chronić jedyną rodzinę, jaką miała; do tego ją wyszkolono. Chłopak przesunął dłonią po swoich krótko przyciętych włosach. Oboje wiedzieli, że nie zdołałby jej powstrzymać.

Wyrwała się z jego uścisku.

— Jeśli ucieknę, jaki będzie ze mnie pożytek? Jaki byłby w tym sens?

Kostia otworzył usta, chcąc zaprotestować, lecz w tym momencie piwnicą zatrzęsło tak mocno, że Nadia zadała sobie pytanie, czy nie skończą pogrzebani żywcem. Pył z sufitu pokrył jej jasne włosy. Natychmiast przebiegła pomieszczenie i zbliżyła się do drzwi wiodących do kuchni. Milczenie dzwonów oznaczało, że wróg nadal przebywa w górach. Był jeszcze czas…

Ledwie dotknęła dłonią klamki, gdy dzwony zaczęły bić. Dźwięk brzmiał znajomo, jakby stanowił wyłącznie kolejne wezwanie na modlitwę do prezbiterium. Potem kleryczkę poruszył ich natarczywy zgrzytliwy ton, kakofonia wysokich tonów. Nie, nie było już czasu. Szarpnęła drzwi i biegiem pokonała ostatnie kilka stopni w górę, do pomieszczeń kuchennych. Kostia deptał jej po piętach. Przecięli ogród — pusty i martwy w tych przenikliwie zimnych miesiącach — i dotarli do głównego kompleksu budynków.

Niezliczoną ilość razy słyszała o protokole na wypadek takich zdarzeń. Przejść na tyły kaplicy. Modlić się, bo to właśnie umiała najlepiej. Inni pójdą do bram, gdzie będą walczyć. Będą ją chronić. Ale wszystkie te polecenia stanowiły jedynie teorię, bo przecież Tranawianie nigdy nie powinni dotrzeć tak daleko w głąb kraju; plany snuto po prostu na wypadek, gdyby stało się to, co niemożliwe.

„Cóż, właśnie stało się niemożliwe”.

Pchnęła ciężkie drzwi prowadzące poza świątynię, uchylając je tylko odrobinę, tak aby ona i Kostia mogli się przez nie prześlizgnąć. Odnosiła wrażenie, że odgłos dzwonów pulsuje w jej skroniach, boleśnie, z każdym uderzeniem jej serca. Zadaniem dzwonów było wszak budzić ich wszystkich na jutrznię o trzeciej nad ranem. I robiły to bez zarzutu.

Kiedy mijała przyległy korytarz, ktoś na nią wpadł. Odwróciła się, trzymając w gotowości kuchenny nożyk.

— Na świętych, Nadio! — Anna Wadimowna przycisnęła sobie dłoń do serca. U biodra miała weniaszek — krótki miecz — a kolejne, długie, cienkie ostrze ściskała w dłoni.

— Mogę go zabrać? — Nadia wyciągnęła rękę po sztylet Anny. A ta wręczyła go jej bez słowa. Sztylet wydawał się solidny, niepodobny do rachitycznego nóża, którym obierała ziemniaki.

— Nie powinno cię tu być — wytknęła jej Anna.

Kostia rzucił Nadii znaczące spojrzenie. Wedle hierarchii monastyru Anna — jako wyświęcona kapłanka — przewyższała rangą Nadię. Jeśli Anna każe jej pójść do świątyni, Nadia nie będzie miała wyboru, musi okazać posłuszeństwo.

„Więc nie dam Annie tej sposobności” — pomyślała i ruszyła dalej korytarzem.

— Pokonali schody?

— Byli blisko — zawołała kapłanka.

„Blisko” oznaczało bardzo realne prawdopodobieństwo, że kiedy we troje dotrą na dziedziniec, natkną się tam na Tranawian. Nadia pociągnęła za swój różaniec, jej palce dotykały kolejnych karbowanych koralików, szukając właściwego. Na każdej z drewnianych kulek, a było ich dwadzieścia, wyrzeźbiono symbol przedstawiający boga lub boginię z panteonu. Rozpoznawała je po dotyku, wiedziała dokładnie, który koralik nacisnąć, by dostroić się do konkretnego bóstwa.

Kiedyś żałowała, że nie może się zmieszać z innymi kalazińskimi sierotami zamieszkującymi monastyr, ale prawda była taka, że odkąd pamiętała, ilekroć się modliła, bogowie jej słuchali; zdarzały się cuda, działa się magia. Dlatego Nadia była taka cenna. I taka niebezpieczna.

Szarpała różaniec, dopóki pożądany w tej chwili koralik nie znalazł się na dole. Wyryty na nim symbol miecza kłuł jej kciuk niczym drzazga. Nacisnęła go i posłała modlitwę do Wiaczesława: boga wojny i ochrony.

„Czy kiedykolwiek się zastanawiasz, jak by to było, gdybyś walczyła przeciwko ludziom, którzy również prosili o moją ochronę?” — Jego głos był ciepłym letnim wiatrem wślizgującym się w tył jej głowy.

„Naprawdę mamy szczęście, że nasi wrogowie są heretykami” — odpowiedziała bezgłośnie. Heretykami, którzy wygrywali tę wojnę.

Wiaczesław zawsze był gadatliwy, ale teraz Nadia potrzebowała pomocy, a nie rozmowy.

„Proszę, potrzebuję czarów ochronnych — modliła się. Jej kciuk musnął koralik Marzeniji i nacisnęła symbol czaszki z otwartymi ustami. — A jeśli, Marzenijo, jesteś w pobliżu, ciebie również potrzebuję”.

Magia popłynęła w jej żyłach, ten przypływ mocy, który przychodził wraz z brzęczącymi akordami świętej mowy — językiem, który Nadia rozumiała tylko wtedy, gdy bogowie jej na to pozwalali. Serce zabiło jej gwałtownie, mniej ze strachu, a bardziej z odurzającego dreszczu ich mocy.

Kiedy minęła w końcu frontowe drzwi kaplicy, szeroki dziedziniec okazał się cudownie cichy. Na lewo biegła ścieżka prowadząca do męskich cel; na prawo inna znikała wśród lasów, wiodąc do utrzymywanego przez monastyr starożytnego cmentarzyska, gdzie wieki temu chowano zmarłych świętych. Śnieg z poprzedniej nocy pokrywał ziemię zaspami, a powietrze było lodowate. Na wierzchołkach Gór Baikkle padało przez większość nocy, a także dni. Nadia miała nadzieję, że śnieg spowolni nadciągających Tranawian.

Rozejrzała się w poszukiwaniu ojca Aleksieja i znalazła go na szczycie schodów. Kapłani i kapłanki, którzy przygotowywali się do bitwy, czekali na dziedzińcu, a jej serce zadrżało na myśl, jak niewielu ich tu jest. Jej pewność siebie osłabła. Zaledwie dwa tuziny przeciwko całej kompanii Tranawian. Tak naprawdę nigdy nie miało dojść do bitwy. Monastyr znajdował się w samym środku świętych gór; dotarcie doń było trudne — prawie niemożliwe — szczególnie dla osób nieprzywykłych do nieprzystępnych terenów Kalazinu.

W jej myślach pojawiła się Marzenija.

„Czego sobie życzysz, moje dziecko?” — spytała bogini magii i poświęcenia. I śmierci. Marzenija była patronką Nadii w panteonie, rościła już sobie do niej prawa, gdy Nadia była niemowlęciem.

„Chcę dać heretykom na powitanie posmak kalazińskiej magii — odpowiedziała. — Niech się obawiają tego, czego potrafią dokonać wierni”.

Poczuła rozbawienie Marzeniji, a potem kolejny przypływ mocy. Magia oferowana przez Marzeniję nie przypominała tej, którą dawał Wiaczesław. Tam, gdzie on był żarem, ona była lodem, zimą i kosmiczną furią.

Równoczesny dostęp do magii ich obojga powodował swego rodzaju swędzenie pod skórą, niecierpliwość i porywczość. Nadia zostawiła Kostię z Anną i podeszła do ojca Aleksieja.

— Trzymaj naszych ludzi z dala od schodów — powiedziała cicho.

Opat spojrzał na nią spod uniesionych brwi. Nie dlatego, że siedemnastolatka wydaje mu rozkazy — chociaż, jeśli przeżyją, ostro ją za to skarci — lecz dlatego, że w ogóle nie powinna tutaj być. Mogła być wszędzie, byle nie tu!

Zmarszczyła czoło wyczekująco, pragnąc, żeby opat zaakceptował jej prawo do bycia tutaj. Musiała zostać. Musiała walczyć. Nie mogła już dłużej się ukrywać w piwnicach — nie, kiedy heretycy rozdzierali jej kraj, jej dom.

— Cofnijcie się — zawołał po chwili. — Wszyscy pod drzwi! — Dziedziniec był miejscem ciasnym, niestworzonym do zbrojnej konfrontacji. — Co planujesz, Nadieżdo?

— Tylko jakiś boski osąd — odpowiedziała, przygotowując się pospiesznie. Na pewno nie zamierzała stać w miejscu i rozważać, co się może zdarzyć.

Usłyszała jego znużone westchnienie, gdy przemieszczała się tam, gdzie schody łączyły się z dziedzińcem. Tylko tą drogą nieprzyjaciel mógł dotrzeć do monastyru, choć czasami stopnie były tak pokryte lodem, że nikt nie byłby w stanie się na nie wspiąć. Niestety, nie dziś.

Skąd Tranawianie wiedzieli, że ona tu jest? Jedyne osoby, które miały w ogóle pojęcie o istnieniu Nadii, przebywały w monastyrze.

No cóż… był jeszcze car. Ale car przebywał daleko, w stolicy. Było mało prawdopodobne, żeby nowiny o jedynej kleryczce rozeszły się po Tranawii.

Nadia szeptała modlitwę w świętej mowie, a symbole tworzyły światło na jej ustach i wzlatywały w obłoku mgły. Uklękła i przeciągnęła palcami po szczycie schodów. Gładki kamień zamarzł, zmieniając układ stopni w jeden duży blok lodu.

Cofnęła się, leniwie obracając w dłoni worien. Dzięki temu zaklęcu chciała zyskać na czasie; jednak zaklęcie na niewiele się zda, jeśli Tranawianie mieli ze sobą maga krwi, który potrafił zneutralizować jej magię.

„Nie ma już odwrotu”.

Z przeciętnym magiem krwi umiałaby walczyć. Ale na myśl o tranawiańskim poruczniku lub generale, magu, który awansował w hierarchii tylko ze względu na posiadaną moc, Nadia miała ochotę uciec stąd i wrócić do świątyni — tam gdzie było jej miejsce.

Marzenija zadrwiła z jej wątpliwości.

„Tu jest moje miejsce” — powiedziała sobie Nadia.

Kostia podszedł do niej i stanął obok. Zamienił już nóż kuchenny w noweńję — drzewce z długim ostrzem na jednym końcu. Oparł się teraz o broń i obserwował zbocze, tam gdzie znikały schody.

— Idź — powiedział. — Jeszcze nie jest za późno.

Nadia szeroko się do niego uśmiechnęła.

— Jest za późno.

Bicie dzwonów, jakby się z nią zgadzając, urwało się z niepokojąco ostatecznym dźwiękiem. Wokół monastyru zapanowała cisza — z wyjątkiem jednostajnego odgłosu wystrzałów armatnich, który dochodził teraz wyraźnie z punktu u podstawy góry.

Jeśli Rudnia upadnie, klasztor będzie następny. Miasto położone u podnóża górskiego pasma było dobrze ufortyfikowane, znajdowało się jednak w samym sercu Kalazinu. Nikt się dotąd nie spodziewał, że wojna dotrze tak daleko na zachód. Walki powinny się toczyć wyłącznie na wschodniej granicy, tam gdzie stykały się Kalazin i Tranawia, czyli na północ od granicy z Akolą.

I nagle… szczelina ciągnęła się w górę, po bryle lodu na schodach, niczym pajęczyna. Rozprzestrzeniała się, tworząc wzór pęknięć, aż cała konstrukcja się roztrzaskała. Kostia wciągnął Nadię na dziedziniec.

— Jesteśmy wysoko — mruknęła.

Trzymała worien. Tylko jeden sztylet.

„Jesteśmy wysoko”.

Ciszę przerwał wstrząs i Nadia poczuła z tyłu głowy ostre ukłucie.

„Magia krwi”– syknęła Marzenija.

Dziewczynie serce skoczyło do gardła, a wątpliwości niczym zimne macki przemknęły w dół, po kręgosłupie. Czuła, jak jej magia drży, i bez zastanowienia odepchnęła na bok Kostię, dokładnie w momencie, gdy coś eksplodowało w pobliżu miejsca, w którym wcześniej stał. Twardy kawałek lodu uderzył ją w plecy, ostry ból sięgnął aż palców u stóp. Coś pchnęło ją na Kostię i oboje upadli na ziemię.

 

Zanim Nadia zorientowała się, co się w ogóle stało, przyjaciel już zerwał się na nogi. Powietrze na dziedzińcu zgęstniało od magii i błysku stali, gdy żołnierze wspinali się po schodach. Nadia się podniosła i trzymała się blisko Kostii, a ostrze chłopaka poruszało się w zawrotnym tempie, broniąc ją przed tranawiańskimi żołnierzami.

Oczekiwano, że dzieci z targanej wojną krainy będą wiedziały, jak zareagować, kiedy wróg w końcu się zjawi. Kostia i Nadia doprowadzili swoją strategię do perfekcji. Ona była szybka, on silny, a jedno dla obrony drugiego zrobiłoby wszystko. Chyba że Nadia z nerwów zniweczy całą akcję. Nogi jej się trzęsły, gdyż ciałem dziewczyny szarpała większa niż zwykle dawka magii.

„Nie mam pojęcia, co robię”.

Gorączkowe modlitwy do bogów dawały tylko jeden efekt — jeszcze większą ilość magii. Nadia musiała sama zdecydować, jak tej mocy użyć.

Przesunęła dłonią po płaszczyźnie swojego woriena. Czyste, białe światło podążyło za jej dotykiem i chociaż nie była całkiem pewna, co robić, dość szybko się tego dowiedziała, zadając cios tranawiańskiemu żołnierzowi. Trafiła go jedynie w ramię, lecz światło — niczym trucizna — pozostawiło ciemną plamę na jego ciele w miejscu kontaktu. Plama rozciągnęła się następnie po jego ramieniu, do twarzy, zalewając oczy ciemnością, po czym mężczyzna upadł martwy. Nadia zatoczyła się w tył, wpadając na Kostię. Ogarnęło ją pragnienie, by upuścić worien.

„Zabiłam go. A nigdy dotąd nikogo nie zabiłam”.

Ręka Kostii opadła, muskając jej dłoń.

— „Kontynuuj” — nalegała Marzenija.

Ale w powietrzu wirowało tak dużo magii, i to magii niezwykle potężnej, Nadia zaś była tylko kleryczką. Na długą minutę zawładnął nią strach, aż bogini ostro dźgnęła ją w tył głowy, zadając jej ostry, bezwzględny ból.

„Kontynuuj” — powtórzyła sobie w myślach dziewczyna.

Było jej zimno w palce i gdy uchyliła się przed klingą Tranawianina, uderzyła go w mostek zmarzniętą ręką. Tak jak w przypadku poprzedniego żołnierza, tak i temu skóra sczerniała aż po szyję i twarz; zanim upadł, światło już dogasało w jego oczach.

Nadia poczuła ucisk w piersi. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, lecz wtedy dostała nieprzyjemny kuksaniec od Marzeniji, sugerujący, że bogini z obrzydzeniem patrzy na jej słabość. Tu nie było miejsca na bezzasadne sentymenty. Toczyła się wojna. Śmierć była nieunikniona. Niezbędna.

— „Nadieżdo!” — Ostrzeżenie Marzeniji przyszło zbyt późno. Dziewczynę już ogarnęły niewidoczne płomienie, paląc ją tuż pod skórą. Krew jej wrzała, ból zaciemniał wzrok. Potknęła się i Kostia ją chwycił, usuwając ich oboje z pola walki, po czym Nadia upadła na kolana w ciemnym wejściu do kaplicy. Zacisnęła zęby, przygryzając sobie wnętrze wargi; poczuła w ustach ostry, metaliczny smak krwi. Oddychała z trudem. Jakby płonęła żywcem od środka.

Akurat gdy pomyślała, że nie zdoła już więcej znieść, poczuła w sobie obecność Wiaczesława, ochraniającego ją. Uspokoił magię, odpychając ją, aż kleryczka znowu mogła oddychać. Nie przywołała go; po prostu wiedział.

Nie miała czasu na szok spowodowany wszechobecnością bogów. Podniosła się ciężko z miejsca, choć nogi jej drżały. Świat zawirował niebezpiecznie, lecz nie miało to znaczenia. Cokolwiek przed chwilą na nią spadło, było wynikiem ataku potężnego maga. Rozejrzała się po dziedzińcu, a kiedy znalazła źródło mocy, jej wrząca jeszcze przed chwilą krew niemal zastygła w żyłach.

Och, popełniła taki straszny błąd!

„Trzeba było się ukryć”.

Trzydzieści kroków od niej, przy wejściu na dziedziniec, stał młody Tranawianin z zakrwawionym kawałkiem papieru w dłoni. Skórę nad jego lewym okiem przecinała straszliwa blizna. Zaczynała się od skroni, a kończyła tuż przy nosie chłopaka. Obserwował akty przemocy wokół z szyderczym wyrazem twarzy. Nadia rozpoznałaby go nawet bez czerwonych naramienników i złotych galonów na mundurze.

W całym monastyrze szeptano o arcyksięciu Tranawii. Ów młodzieniec został generałem już jako szesnastolatek, zaledwie w sześć miesięcy po wyruszeniu na front. Podobno wykorzystywał wojnę, by podsycać w sobie i bez niej straszliwy zasięg magii krwi. Był potworem.

Nagle powróciły wątpliwości, jakie Nadia wcześniej w sobie zdławiła. To nie mogła być prawda, to nie mógł być arcyksiążę, nie on!

Chłopak był młody, ledwie kilka lat starszy od niej, i miał najjaśniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziała. Jakby wyczuwając jej obecność, spojrzał Nadii prosto w oczy i jego wargi wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu. Później spojrzenie arcyksięcia zbłądziło ku mocy wirującej jak światło w jej dłoniach.

Kleryczka wyrzuciła z siebie kilka przekleństw.

„Potrzebuję… — modliła się gorączkowo. — Potrzebuję czegoś potężnego. On po mnie przyjdzie. Przecież na mnie patrzy”.

— „Ryzykujesz, że zranisz wiernych” — upomniała ją Marzenija.

I nagle świat się przechylił. Czarny kolor zabarwił narożniki widzianego przez Nadię świata. Dziedziniec stał się koszmarem. Karmazynowe rozbryzgi pokryły śnieg, ciała tych, z którymi Nadia mieszkała, pracowała, modliła się, padały, ich kości roztrzaskiwały się o kamienie. To była rzeź i doszło do niej z jej, Nadii, winy. Gdyby nie ona, Tranawian by tu nie było. Czy zabicie jej było warte takiej masakry?

Arcyksiążę ruszył do niej przez dziedziniec, zaś Nadię ogarnęła panika, która przyćmiła wszystko inne. Jeśli Tranawianin ją dopadnie, co da mu jej krew? Co będzie mógł zrobić z magią, którą posiadała? Było tak wielu Tranawian, mieli w sobie tak dużo magii i wszyscy, których znała, umrą…

Kostia wepchnął ją w tym momencie z powrotem w ciemności. Gdy Nadia uderzyła plecami o drzwi, magia jej się wymknęła.

— Nadio — wyszeptał Kostia, oglądając się rozpaczliwie przez ramię. Książę był poza zasięgiem jej wzroku, ale nie zostało mu już wiele do przejścia. Nie było czasu. To był koniec. Kostia wsunął jej za ucho kosmyk włosów. — Musisz iść, Nadio, musisz uciekać.

Wpatrywała się w niego przerażona. „Uciekać?” Teraz, gdy zginęli wszyscy, których kochała, miała po prostu uciec w bezpieczne miejsce? Kim by się stała, gdyby uciekła, chcąc się ratować? Monastyr był jedynym domem, jaki kiedykolwiek znała.

— Musisz iść — naciskał przyjaciel. — Jeśli on cię schwyta, przegramy tę wojnę. Musisz żyć, Nadio.

— Kos…

Pocałował ją w czoło ciepłymi wargami i wsunął jej w dłoń coś zimnego i metalicznego.

— Musisz żyć — powtórzył chrapliwie. Potem się odwrócił i zawołał Annę. Nadia wrzuciła do kieszeni otrzymany od niego przedmiot, nawet nań nie patrząc.

Anna walczyła kilka kroków dalej, a u jej stóp piętrzyły się ciała nieprzyjaciół. Słysząc swoje imię, uniosła głowę. Kostia gestem wskazał na stojącą u jego boku kleryczkę i na twarzy Anny pojawiło się zrozumienie.

Potem zwrócił się ponownie do Nadii z miną, jakiej nigdy przedtem u niego nie widziała. Otworzył usta, zamierzając przemówić, lecz nagle jego ciało gwałtownie szarpnęło się do przodu i pod chłopakiem ugięło się kolano. Z tyłu jego nogi wystawał bełt kuszy.

Z gardła Nadii wyrwał się krzyk.

— Kostia!

— Czas iść, Nadio. — Anna złapała ją za ramię i pociągnęła w stronę ścieżki prowadzącej na cmentarz.

„Nie mogę zostawić Kostii” — pomyślała. Kostii, który — kiedy po raz pierwszy się spotkali — rozważył jej niezwykły dar z poważną miną, po czym zażartował, że Nadia nie mogłaby nigdy zrobić ani jednej złej rzeczy w życiu, ponieważ bogowie natychmiast by się o tym dowiedzieli. Kostii, który lekceważył jej układ z bogami i pochlebstwami nakłaniał ją do najrozmaitszych figli i szelmostw. Kostii, chłopca, który turlał w jej stronę jabłka podczas modlitwy. Kostii, jej przyjaciela, członka jej rodziny.

Machnął ręką, każąc im odejść, ból wyraźnie wykrzywiał mu twarz. Nadia walczyła z Anną, ale kapłanka była silniejsza.

„Nie Kostię! — Traciła wszystko, nie mogła stracić i jego. — Nie przehandluję mojego bezpieczeństwa za jego życie”.

Gardło ścisnęło jej się od łez.

— Nie zostawię go!

— Nadio, musisz.

Nie była w stanie się uwolnić. Potykała się, gdy Anna szarpnięciami prowadziła ją ku mauzoleum, a potem kopniakiem otworzyła drzwi. Ostatnią rzeczą, jaką kleryczka zobaczyła, zanim kapłanka wciągnęła ją w ciemność, było drżące ciało Kostii trafione kolejną strzałą z kuszy.