Pięć kilometrów do bomby

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Reinhardt

Wydaje się, że od kiedy Afryka odzyskała niepodległość, zapadła w swoistego rodzaju letarg, że nic się na powierzchni tego lądu nie dzieje. Ale to nieprawda. W XXI wieku, w czasach powszechnej elektronizacji, skomputeryzowania życia codziennego i możliwości przesyłu danych dookoła świata w ciągu kilku minut – wiele z tych potencjalnych informacji wcale do nas nie dociera.

Warto się o nie upomnieć, bo wkrótce mogą się okazać kluczowe także dla nas.

– W RPA, jeśli mówisz w afrikaans, jesteś uznawany za rasistę, bo tym językiem posługiwali się biali podczas apartheidu – mówi Reinhardt. Siedzimy na tarasie, w dole płynie rzeka, gdzieś za jej siódmym zakrętem spiętrzają się Popa Falls. – To słowo stało się wytrychem na wszystko. Rząd obiecywał ludziom darmowe domy, wodę i elektryczność, a teraz nie może się wywiązać z obietnic, więc mówi, że to wina apartheidu.

Daje przykład: RPA ma problem z prądem. W 2008 roku rząd zaczął budować kolejną elektrownię (Medupi Power Station), którą miał ponoć ukończyć w pięć lat, ale budowa nadal trwa, a koszty dawno już przekroczyły zakładany budżet. Zaczęły się przerwy w dostawie prądu. Rządzący mówią: „To przez apartheid! Biali zadbali o prąd tylko dla siebie i teraz nie starcza dla wszystkich!”.

Przypomnę – apartheid to system rozdzielenia białych od czarnoskórych (a także innych „kolorowych”, np. Hindusów). Zasadę wprowadzono nie tylko w RPA, ale w tym kraju przybrała najbardziej rozwiniętą formę. Biali nie mogli wchodzić w związki małżeńskie z czarnoskórymi, zabronione były międzyrasowe relacje seksualne, czasem prawo segregowało nawet rodziny – rodzice mogli być zaklasyfikowani jako biali, a dzieci jako kolorowe. Doszło do tego, że czarnoskórzy nie mogli głosować ani posiadać ziemi na tzw. terenach dla białych. Aby rozdzielić jednych od drugich, rząd wprowadził osobne obiekty użyteczności społecznej: plaże, autobusy, szkoły, szpitale. W wielu publicznych miejscach pojawiły się tablice: „White Area” i „White Only”[18].

Apartheid obowiązywał między 1948 a 1994 rokiem, czyli dokładnie 46 lat. Od jego zniesienia minęły już dwie dekady, ale nadal wszelkie niepowodzenia składa się na karb tego systemu. Utożsamiany z rasizmem stanowi jedynego kozła ofiarnego i niezawodną wymówkę. Mało kto mówi o nasilającej się odwróconej ksenofobii – wobec białych.

– System szkolnictwa podupada – ciągnie Reinhardt. – Czasami nauczyciele dwunastej klasy uczą matematyki, którą sami znają na poziomie klasy czwartej. Nie rozumieją tego, co wykładają. No i są efekty: pod względem nauczania matematyki mamy trzecią pozycję od końca w całej Afryce! Do niedawna wystarczyło zdobyć trzydzieści procent punktów z danego przedmiotu, żeby zaliczyć rok, od dwa tysiące trzynastego trzeba mieć już trzydzieści siedem procent. Ale jeśli nie zdobędziesz i tyle, nie ma obaw, ponieważ jeśli oblejesz drugi raz, automatycznie przepiszą cię do następnej klasy. Dlatego można spotkać dwudziestopięciolatków, którzy dopiero kończą szkołę. – I wcale nie znaczy to, że już potrafią pisać i czytać! – podkreśla Reinhardt. – Mają jednak w ręce certyfikat i z tym ruszają do pracodawców. To wszystko dzieje się pod rządami ANC[19], które doprowadziło kraj do niepodległości, a więc nadal ma jeszcze sporo zaufania społecznego.

Reinhardt ma charakterystyczny, czysty akcent południowoafrykański, kiedy mówi „Yesss”, przeciąga ostatnią głoskę.

– Młodzi obywatele zaczynają pojmować, że ANC marnowało ich czas. Rosną w nich frustracja i agresja w związku z niemożnością znalezienia pracy. Wychodzą na ulice, a rząd używa starej śpiewki: „Apartheid…”. To oczywiście nie dotyczy wszystkich czarnych – podkreśla Reinhardt. – Ja sam zatrudniam dwóch, którzy ciężko, a przy tym świetnie pracują. Jeden z nich ciągnie nadgodziny, nie czekając na ekstra wynagrodzenie, a to naprawdę rzadkie w RPA. Jest też sporo bardzo bogatych czarnych, których stać na posyłanie dzieci do najlepszych szkół. To one potem dostają się do władzy. Dzięki poziomowi, jaki reprezentuje większość społeczeństwa, nie mają żadnej konkurencji.

– Uważasz, że to celowe?

– Nie znajduję żadnego innego wytłumaczenia.

Na temat rządów prezydenta Zumy, najwyższego przedstawiciela ANC, w mediach pojawiło się już setki karykatur. Są dziełem artysty Zapiro, wszystkie można obejrzeć na stronie rysownika[20]. Ogromna część z nich dotyczy jego praktyk seksualnych. Reinhardt mówi, że zaczęło się od wypowiedzi minister zdrowia Manto Tshabalala-Msimang: „Aby się uchronić przed AIDS, trzeba jeść czosnek, buraki i cytrynę”. Przed 10 laty kobieta, zamiast promować leki antyretrowirusowe, skupiała się na zdrowym odżywaniu i popierała leczenie u szamanów. Prezydent Thabo Mbeki, który wówczas rządził, odmówił przyznania, że AIDS jest chorobą nieuleczalną i że RPA boryka się już z epidemią. Mówił ludziom, że to zwyczajna propaganda.

– Problem w tym, że jeśli jesteś na stanowisku, obywatele wierzą, że wiesz, co robisz – mówi Reinhardt. – Większość z nich to ignoranci, którzy wszystko przyjmą za dobrą monetę. Nie wyobrażają sobie nawet, że lider mógłby ich okłamać.

Jacob Zuma trzyma fason, wystarczy jeden obrazek, żeby wyrobić sobie zdanie na temat jego przekonań. Zapiro wyrysował na nim prezydenta podczas kąpieli, z ust głowy państwa wypływa tekst: „Wziąłem prysznic, aby zminimalizować ryzyko AIDS”[21]. Mówi to głowa państwa, które znajduje się w dziesiątce najlepiej rozwiniętych krajów afrykańskich pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI). Wskaźnik ten mierzy m.in. edukację, strach zatem pomyśleć, co promuje się w mniej rozwiniętych państwach. Obecnie ludzie wyjeżdżają z RPA, żeby kształcić swoje dzieci gdzie indziej. Na pytanie, co Reinhardt jako obywatel może w tej sytuacji zrobić, słyszę tylko: „Mam zły kolor skóry”. Podobnie jak wiele innych, i to stwierdzenie mężczyzna okrasza potężnym uśmiechem.

– Kiedy ANC przejęło rządy, wiadomo było, że nowa polityka będzie służyć czarnym – tłumaczy. – W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku wprowadzili Black Economic Empowerment (BEE – Program Upodmiotowienia Ekonomicznego Czarnych[22]) i zaczęli wypychać białych z wysokich pozycji. Czarni mieli się stać częścią systemu ekonomicznego – i ja się z taką polityką zgadzam, nie ma w tym nic złego. Tyle że ANC jest obecnie zaniepokojone, bo nie osiągnięto zamierzonego celu i tylko niewielka część czarnej elity jest ekonomicznie aktywna, a biali nadal nieźle sobie radzą. Kłopot w tym, że z roku na rok BEE zwiększa wymagania. W tej chwili starają się przepchnąć prawo, że pracodawca zabiegający o pracownika nie będzie mógł szukać go na własną rękę, tylko zgłosi się w tej sprawie do odpowiedniego urzędu i dostanie człowieka „z przydziału”. Wszystko dlatego, że wielu czarnych nie spełnia wymogów, żeby ich zatrudnić – przez swoje niskie wykształcenie.

Według obowiązującego BEE korzystnie jest przyjmować czarnoskórych pracowników, ponieważ dostaje się za to punkty w rządowej skali, a te decydują m.in. o wygranych w przetargach, dotacjach i ulgach. Nie wprowadzono jak dotąd kar za ich niezatrudnianie (ale rząd już takie przewiduje), w rzeczywistości jednak firmy skupiające białych pozbawione są wielu ulg, a więc w sposób zakamuflowany płacą za brak „kolorowych” w swojej kadrze.

Im więcej czarnoskórych pracowników w firmie i im wyższą zajmują pozycję, tym więcej przedsiębiorstwo otrzymuje punktów, a zatem jeśli zatrudnimy niebiałego na stanowisku kierowniczym, dostaniemy więcej punktów, niż gdybyśmy dali mu posadę sprzątacza. Więcej punktów dostaniemy również za etaty dla kobiet niż mężczyzn, wobec czego skala układa się tak: najwięcej punktów za czarnoskórą kobietę, mniej za czarnoskórego mężczyznę, jeszcze mniej za białą kobietę, najmniej za białego mężczyznę. Ostateczną kombinację otrzymamy, biorąc dodatkowo pod uwagę zajmowane przez pracownika stanowisko.

W mediach pojawiają się informacje, że z powodu wprowadzenia BEE, które nazywane jest też ekonomiczną dyskryminacją białych, ci ostatni masowo opuszczają RPA. Z kraju wyjeżdżają między innymi wykwalifikowani specjaliści, co prowadzi do biznesowego chaosu. Wśród pozostałych w zastraszającym tempie wzrasta wskaźnik ubóstwa, szacuje się, że już 200000–400000 białych mieszka w squatter campach[23], bez wody i elektryczności. Wielu białych dawno już straciło swoje farmy: w ramach redystrybucji ziemi dostały się w ręce czarnoskórych. Dziewięćdziesiąt procent z nich zaprzestało produkcji, na czym traci również państwo, nie otrzymując podatków dochodowych. Każdego tygodnia dochodzi do zabójstwa białego farmera[24].

Jakie opcje pozostają białym? Walczyć zbrojnie, podzielić kraj na część „głównie białą” i „głównie czarną” albo szukać azylu na Zachodzie. Ostatnia alternatywa równa jest ucieczce z jedynej ojczyzny, jaką znają (ich przodkowie przybyli do RPA kilka wieków temu).

Niepokoi mnie sama myśl o pokrewieństwie sytuacji białych z RPA i białych z niektórych krajów Europy. Choć może to tylko historia wyrównuje dawne porachunki…

* * *

Kiedy ochłonęliśmy nieco z wrażeń i niemego zachwytu, w jaki wprowadził nas widok wodospadów Popa, na miękkich nogach, z drżeniem serca i myślami ciągle bujającymi na falach rzeki Okawango wyruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Bwabwata, by zmierzyć się wreszcie z dziką afrykańską zwierzyną. Niedaleko Popa Falls naszą uwagę przykuł pewien absurdalny obrazek: na trawiastym placyku prawdopodobnie w pobliżu lokalnej szkoły ktoś wstawił plac zabaw, sądząc po wyglądzie, żywcem przeniesiony z jakiegoś europejskiego demobilu. Na naszym kontynencie nie spełniał już pewnie norm bezpieczeństwa, można go więc było z czystym sumieniem, wykonując przy tym dobry uczynek, zutylizować na afrykańskim placu zabaw. Tutaj co prawda również był sprzętem bezużytecznym, ale przynajmniej jakaś fundacja pomocowa niewielkim kosztem wystawiła sobie pomnik swojej szczytnej działalności.

 

Bramę Parku Narodowego Bwabwata minęliśmy niezatrzymywani przez nikogo. Kilku strażników siedzących w budce zupełnie nie zwróciło na nas uwagi. My również staraliśmy się jej specjalnie nie przykuwać, żeby w ich głowach nie zaświtała genialna myśl zażądania od nas opłaty za wjazd. Nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy niespiesznie na wschód, w głąb półwyspu Caprivi. Niespieszność ta podyktowana była zarówno standardowym tempem naszego poruszania się, jak również wyraźnym znakiem ograniczającym prędkość ze względu na obecność słoni. Znak ten co prawda obligował nas do nieprzekraczania 80 km/h, ale na wszelki wypadek nie naciskaliśmy zbyt mocno na pedały, by w razie gdyby jakiś słoń wyskoczył znienacka z krzaków i zatrąbił na nas, móc gwałtownie zahamować, zawrócić i udać się ze stosowną prędkością w kierunku oddalającym nas od rzeczonego zwierzęcia.

Początkowo po zobaczeniu ostrzeżenia przed słoniami naszą uwagę mocno skupiliśmy na obserwowaniu zarośli wzdłuż drogi. Były gęste i najczęściej stanowiły je kilkumetrowej wysokości kolczaste krzaki, z których z rzadka sterczały nieco wyższe drzewa. Po obu stronach jezdni dla bezpieczeństwa ciągnął się kilkunastometrowej szerokości pas trawy, dzięki czemu zwierzę zamierzające przekroczyć szosę jest widoczne z większej odległości, dając kierowcy czas na reakcję. Wraz z upływem kilometrów i chwilowym brakiem słoni tudzież innej zwierzyny nasza uwaga nieco spadła i poza wypatrywaniem objawów życia w krzakach zaczęliśmy się też delektować otaczającą nas zielenią.

Pewnym kłopotem w Namibii były spore niedokładności mapy, którą posiadaliśmy. Część dróg i miejscowości na niej zaznaczonych w rzeczywistości nie istniała, z kolei inne, po których na mapie nie było ani śladu, zjawiały się nieoczekiwanie w terenie. Obawialiśmy się nieco takich rozczarowań w parku Bwabwata, więc poprosiliśmy Reinhardta, który wyruszył w tę trasę motocyklem, by wysłał nam wiadomość, na którym kilometrze znajdują się osady. Mielibyśmy wtedy sprawdzone dane co do najbliższych 200 km i moglibyśmy zaplanować rozkład noclegów w parku. Ze zrozumiałych względów chcieliśmy uniknąć biwakowania w buszu na dziko.

Reinhardt spisał się doskonale i co kilkadziesiąt minut otrzymywaliśmy esemesy z namiarami na nieliczne osady na tym etapie naszej podróży. Mimo sielankowej atmosfery gdzieś w głębi umysłu spoczywała przywalona pozytywnymi bodźcami zewnętrznymi myśl, że w końcu musi to nastąpić. I oto się stało. Późnym popołudniem, gdy słońce beztrosko sunęło na spoczynek, krzyknąłem do żony, wskazując palcem: „Patrz, słoń!”. Wyhamowaliśmy z piskiem opon, nie potrafiąc ani nie chcąc ukryć niebagatelnego podniecenia zaistniałym faktem. Pierwsza myśl była pytaniem: „Co robić?”. Przejechać obok niego jak najszybciej, czy zaczekać, aż zdecyduje się przejść na drugą stronę i zniknie w krzakach? Postanowiliśmy zaczekać, gdyż stał blisko drogi, zwrócony do nas przodem i moglibyśmy nie zdążyć uciec przed nim podczas próby wyminięcia. Niby staliśmy w bezpiecznej odległości, ale na wszelki wypadek odwróciliśmy rowery w drugą stronę i przyjęliśmy pozycję ucieczkową. Gotowi do natychmiastowej ewakuacji z zagrożonego terenu obserwowaliśmy to dostojne zwierzę, czekając, jaka będzie jego decyzja co do dalszej wędrówki.

Słoń najwyraźniej nie mógł się zdecydować, która strona drogi bardziej mu odpowiada, w końcu jednak przekroczył jezdnię, a my już myśleliśmy, że się oddali w sobie tylko znanym kierunku. On tymczasem odwrócił swoje cielsko i ponownie zajął pozycję wyjściową. Po kilkunastu minutach pojawił się samochód, ale kierowcy również nie spieszyło się do omijania słonia, dopóki ten nie znajdzie się w bezpiecznej odległości od drogi. Jeszcze kilka razy zwierzę to zbliżało się, to oddalało od jezdni, by w końcu stwierdzić, że jednak wróci w głąb buszu. Odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy dalej, obserwując z niepokojem toczącego się przez zarośla olbrzyma i słuchając trzasków łamanych gałęzi. Cały ten postój, trwający kilkadziesiąt minut, nadwerężył mocno czas, który mieliśmy na dojechanie do najbliższej osady. Nacisnęliśmy na pedały i mimo zmęczenia przez ponad półtorej godziny jechaliśmy z prędkością 25 km/h. Żeby ułatwić jazdę, jechałem z przodu, a Elżbietka – w celu zmniejszenia oporów powietrza – podążała zaledwie kilkadziesiąt centymetrów za mną. Ta potocznie zwana „jazda na kole” niezwykle zwiększyła tempo jej poruszania się.

Tego wieczoru jeszcze kilka razy mijaliśmy słonie, czasami w odległości zaledwie kilkunastu metrów, ale na szczęście zauważaliśmy je dopiero w ostatniej chwili, podobnie jak one nas. Słonie potrafią się doskonale schować w buszu, a ich ogromne rozmiary wbrew pozorom im tego nie utrudniają. Światło w Afryce jest bardzo kontrastowe, a mocne słońce sprawia, że często widzimy tylko jasne plamy zieleni poprzeplatane ciemnobrunatnymi, zacienionymi miejscami. W takim krajobrazie słoń bywa niezwykle trudny do zauważenia, gdyż jego skóra ma kolor afrykańskiego cienia. Gdy stoi nieruchomo, czasami nawet z odległości 30–40 m trudno go dostrzec, gdyż stanowi jednolitą ciemną plamę na tle jasno oświetlonej zieleni.

Już w całkowitej ciemności dotarliśmy do majaczącego niewyraźnie w świetle naszych latarek prymitywnego ogrodzenia. Około 200 m od drogi zobaczyliśmy jasny punkcik ogniska, wyglądający, jakby ktoś w ogromnej czarnej płachcie zrobił szpilką maleńką dziurkę, przez którą wpada słońce. Elżbietka zadecydowała: „Idziemy tam”. W mroku znaleźliśmy bramę, którą po kilkuminutowych zmaganiach udało się nam otworzyć. W czasie walki z upartą materią nieożywioną nasze obute w sandały stopy zostały zaatakowane przez setki nieprawdopodobnie żarłocznych mrówek. Co prawda nie wypuszczały jadu, ale ich maleńkie zębiska kąsały dotkliwie i mieliśmy wrażenie, że gdybyśmy tam postali jeszcze kilkanaście minut, to to stado miniaturowych faszystów obgryzłoby nasze stopy do gołej kości. Musieliśmy cały czas groteskowo podskakiwać, żeby przynajmniej część tych krwiożerczych bestii strzepnąć w piach i nie pozwolić im dostać się w wyższe, bardziej wrażliwe partie naszych organizmów.

Poruszające się dwa światła latarek zaalarmowały mieszkańców osady i na spotkanie nam wyszło kilkoro dzieci. Próbowaliśmy wytłumaczyć im naszą sytuację i zapytać o możliwość noclegu. Niedługo później zatrzymaliśmy się przy ognisku, na którym rodzina Buszmenów właśnie przygotowywała kolację. Jedyną osobą, która w miarę sprawnie posługiwała się angielskim, była młoda dziewczyna o imieniu Anoria, i to za jej pośrednictwem uzyskaliśmy zgodę na rozbicie namiotu przy trzcinowym płocie zagrody. Po kolacji na chwilę przysiedliśmy się do naszych gospodarzy, próbując podpytać co nieco o ich żywot.

U Buszmenów (ludu San)

Palące się ognisko jest jedynym źródłem światła w okolicy, nie licząc wyświetlacza małego telefonu, w który Anoria coś wstukuje. Dziewczyna jest w moim wieku i jako jedyna z rodziny mówi trochę po angielsku. Na kawałkach drewna, na krześle bez oparcia i na pustym kanistrze siedzi kilkoro dzieci, z uwagą śledzących każdy nasz ruch. Płomienie strzelają, w kotle postawionym na ogniu bulgocze woda. Gotuje się papka z kukurydzy i mięso z kudu, które upolował wuj dziewczyny.

Nie było entuzjazmu w jej głosie, kiedy pytaliśmy o pozwolenie na nocleg. „Możecie zostać”, powiedziała, nie pytając, skąd ani dlaczego jedziemy na rowerach i co o tej porze robimy w środku buszu. Ugotowaliśmy swój posiłek, posprzątaliśmy, przygotowaliśmy posłanie. Ale nie chcieliśmy jeszcze iść spać. Chcieliśmy z nimi usiąść i sprowokować ich chociaż do krótkiej rozmowy.

Przysiedliśmy się do ognia, odnosząc wrażenie, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Starszyzna rozmawiała, dzieci przysypiały przy palenisku, a my marzyliśmy o coca-coli. Babcia o wspaniałej gestykulacji, dobitnej mowie i mocnej perswazji mogłaby grać w teatrze. Przez chwilę obserwowaliśmy ją z zainteresowaniem, podkładając pod jej i dziadka laudację własną wersję tej konwersacji. Naprzeciw nas ciągnęło się ogrodzenie z trzciny, wzmocnione co jakiś czas kawałkiem solidnego pnia. To za nim kryło się kilka chat, w których mieszkali Buszmeni.

Anoria przysiadła się do nas i zadała kilka pytań.

– Może w tym roku będę miała paszport, mogłabym wtedy odwiedzić rodzinę w Botswanie i RPA – rzuciła po jakimś czasie. Podobnie jak wszyscy zgromadzeni wokół ogniska, była ubrana po europejsku, ale rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości. Wąskie, nieco azjatyckie oczy, wydatne usta i niski wzrost są dla tej grupy etnicznej charakterystyczne. San są uznawani za jedną z najstarszych grup świata. Kiedyś zajmowali całą Afrykę Południową, później zostali wyparci przez Burów i ludy Bantu. Do tych ostatnich należą poznane już przez nas Himba i Herero. W podobnych sytuacjach historia konkretyzuje się przed oczami mojej wyobraźni: przodkowie Honey wyparli antenatów Anorii. Ale i moi przodkowie przyczynili się do zepchnięcia Buszmenów na trudne, pustynne tereny. Burowie to przecież potomkowie europejskich osadników – również Polaków – którzy osiedlili się w Afryce Południowej w XVII i XVIII wieku[25].

Kilkadziesiąt tysięcy San – nie wiadomo, ilu jest ich dokładnie, ale ogólna liczba nie przekracza 100000 – zamieszkuje pięć krajów: Namibię, Botswanę, RPA, Angolę i Zimbabwe. Ich szanse na prowadzenie tradycyjnego życia spadły niemal do zera. Są wysiedlani z parków narodowych na coraz mniej przyjazne terytoria albo do rezerwatów. W internecie znalazłam informację, że w Namibii chroni się ich kulturę, trzymając grupę z dala od osiągnięć współczesnej „cywilizacji”. Rozmowa z Anorią nieco temu przeczy. Okazuje się bowiem, że jej krewni od jednej firmy dostali baterie słoneczne, a inna zaopatruje ich w mięso i pieniądze. Mają własną studnię i telefony komórkowe, dzięki którym korzystają z Facebooka albo wykrzykują w nie krótkie zdania w swoim języku pełnym mlasków i klików. Trójka dzieci Anorii chodzi do szkoły.

– Mam trzech synów, najstarszy ma piętnaście lat – mówi kobieta.

Anoria to jej angielskie imię. Kiedy pytam o buszmeńskie, dziewczyna woła matkę. Nie pamięta go, bo prawie nie używa. „Depemo” – dowiadujemy się od babci o aktorskich zdolnościach. Co jeszcze zapomniała? Czy zna chociaż kilka z 200 roślin, z których właściwości jej przodkowie korzystali, lecząc zakażenia, choroby skóry albo zatruwając strzały? Czy choć jeden z jej synów będzie umiał bezszelestnie przemieszczać się w buszu, ustrzelić antylopę z kilkudziesięciu metrów albo zagonić ją na śmierć? Czy wiedzą, że odchody zająca można palić jak tytoń i czy coś jeszcze rozumieją z naskalnych malowideł swoich przodków?

Kiedy byłam w Namibii dwa lata wcześniej z grupą, też odwiedziliśmy Buszmenów. Wiedziałam, że nie żyją już „tradycyjnie”, a nasze spotkanie jest czysto biznesowe. Ale żeby zarobić, musieli podzielić się cząstką wiedzy i umiejętności, jakie przekazali im rodzice. I ta cząstka, być może tylko dzięki turystom, jeszcze trwa. Jak rozpalić ogień, używając dwóch różnych kawałków drewna. Jak zrobić cięciwę do łuku z włókien roślin. Jak wykonać ozdobne koraliki z drobnych kawałków skorupy strusiego jaja. Jak założyć w buszu pułapki na antylopy, a jak na ptaki.

San prowadzili kiedyś koczowniczy tryb życia myśliwych i zbieraczy. Anoria przyznaje, że dzisiaj się już nie przemieszczają. Kiedy pytam, czym ona się zajmuje, odpowiada: „Niczym”. Ci, którzy kiedyś wychodzili na polowanie, czekają teraz przed chatą na mięso i na pieniądze. Nudzą się. A żeby zabić nudę, idą do wioski kilka kilometrów dalej na piwo i odrobinę telewizji (Anoria uprzedziła nas, że w nocy wrócą jej bracia z pobliskiej Omegi i żebyśmy się ich nie przestraszyli).

Zaraz pójdziemy spać. Patrzę w ogień, przypominając sobie spotkanie sprzed dwóch lat. Hipnotyzujący taniec Buszmenów, którzy śpiewali i klaskali w skomplikowany sposób, raz po raz przyspieszając albo zwalniając rytm. Ich kostki oplecione były grzechotkami wykonanymi z kokonów gąsienic, z których wcześniej wyjęto larwy i na ich miejsce wsypano kamyki. Niektórzy twierdzą, że ten taniec jest modlitwą. Widziałam tylko krótki fragment, ale opowiadano nam, że po kilku godzinach tancerze wpadają w trans, dzięki któremu zdolni są dokonywać uzdrowień, sprowadzać deszcz albo zwierzynę. Sztuka naskalna San również odnosi się do tańca, niektórzy uważają, że w ten sposób jego moc była przekazywana całej grupie.

 

Babcia, która wczesnym rankiem pójdzie uprawiać pobliskie pole kukurydzy, wykrzykuje w ciemność. Dziadek, siedząc na plastikowym krześle, słucha radia, dzieci rozeszły się do chat, siedmiu krów, o których wcześniej wspomniała Anoria, nie widać. Dookoła ogniska kręcą się psy, co chwilę ktoś rozmawia przez telefon. Dziewczyna nie jest wylewna. Przed snem mówi nam jeszcze, że tegoroczne wybory prezydenckie z powodu komputerów były very nice i że nie lubi SWAPO.

* * *

Rano do osady naszych gospodarzy przyszło jeszcze kilku Buszmenów z okolicy. Stanęli nieopodal, przyglądając się nam bez słowa. Anoria gdzieś zniknęła, a jedyną osobą, która wykonywała jakąś pracę, była stareńka babcia, energicznie okopująca mizerne kukurydziane łodygi, rosnące z rzadka na pobliskim polu. Szybko zwinęliśmy nasze rzeczy i po zdawkowym pożegnaniu ruszyliśmy w dalszą drogę, bez sentymentów opuszczając naszych jednonocnych gospodarzy.

W pobliskiej miejscowości Omega znaleźliśmy jeden otwarty przed południem sklep (będący jednocześnie barem i dyskoteką), gdzie zaopatrzyliśmy się we wszelkie dostępne w nim produkty żywnościowe, czyli kawę rozpuszczalną, masło orzechowe i cebulę. Sama osada była pięknie położona w rzadkim lesie, miała regularny zarys ulic, pompę i całkiem dobrej jakości zabudowania. Wynikało to z faktu, iż jeszcze niedawno była to baza wojskowa, stanowiąca zaplecze dla oddziałów walczących podczas konfliktu zbrojnego z Angolą w latach 1966–1990. W tym czasie tereny obecnej Namibii stanowiły prowincję RPA, a wojna zakończyła się w momencie wyparcia Kubańczyków z Angoli i skutkowała między innymi uzyskaniem niepodległości przez Namibię.

Po obfitych zakupach zatrzymaliśmy się na śniadanie przy drodze, pod charakterystyczną blaszaną parasolką. Ze stolika, który ją otaczał, zostały tylko cztery sterczące kątowniki, natomiast ciągle jeszcze były na miejscu dwie betonowe ławki, prawdopodobnie dlatego, że do ich oderwania, zniszczenia bądź przeniesienia w inne miejsce trzeba by było użyć ładunków wybuchowych. Jedną ławeczkę zajęliśmy my, a na drugiej spoczęła niewielkich rozmiarów babcia w pozycji mocno niestandardowej. Ławkę wzięła okrakiem i wypiąwszy swą odzianą w jaskraworóżową spódnicę pupę w stronę buszu, oparła się na łokciach i obserwowała z uwagą przejeżdżające z rzadka drogą pojazdy mechaniczne. Po chwili podjechał do nas na rowerze młody chłopak o sympatycznej twarzy.

John

Myślę, że jego uwagę przykuły nasze rowery – „mocne”, jak później zauważył. „Takie, jakie chciałby mieć” – dodał. Poprosił nawet, żebyśmy mu choć jeden odesłali po zakończeniu podróży. Ale ten temat poruszyliśmy dopiero na końcu, wcześniej skupiając się na otaczającej nas gęsto przyrodzie. Park Narodowy Bwabwata, w którym się znajdowaliśmy, jest stosunkowo nowym tworem, dlatego na wielu mapach zamiast jego nazwy figurują dwie inne: Caprivi Game Park i Mahango Game Reserve. Utworzony z tych dwóch w 2007 roku Bwabwata jest bytem wyjątkowym: w jego gęstwinie mieszkają także ludzie.

John jest jedną z ponad 5000 osób żyjących w parku i pracownikiem organizacji Kyaramacan, której nazwa w języku khwedam znaczy: „Szukać dla siebie czegoś, aby przetrwać”. Stowarzyszenie, utworzone przez lokalną społeczność, współpracuje z Ministerstwem Środowiska i Turystyki. Jego dochody są zdywersyfikowane: część pochodzi z obsługi podróżnych, bo Kyaramacan prowadzi kemping i małą lodżę, część ze sprzedaży czarciego pazura[26], który uśmierza ból i gorączkę, a część z trophy hunting, czyli polowań na dziką zwierzynę.

Było o czym mówić.

– Mamy ofertę dla licencjonowanych myśliwych – zaczął John. – Zwierzęta do odstrzału są limitowane, a łowczy, którym sprzedajemy koncesję na polowanie, rygorystycznie selekcjonowani. Muszą nie tylko wiedzieć, jak nacisnąć spust. Ważne jest, żeby mieli ogólną wiedzę z zakresu ochrony przyrody i świadomość, że odstrzał zwierząt stanowi przemyślany element gospodarki łowieckiej. Jeżeli jesteś zainteresowany, składasz wniosek do ministerstwa i jeśli tam go zaaprobują, kontaktujesz się z nami. Wtedy robimy biznesplan.

Cena za odstrzał ustalana jest każdorazowo, John nie od razu chciał się przyznać, jaka jest to suma. Część pieniędzy przeznaczana jest na ochronę zwierząt, a część na wsparcie lokalnej społeczności, w tym na odszkodowania. Dzięki temu ludzie się uczą, że nie warto zabijać słonia, który niszczy uprawy, bo w ostatecznym rozrachunku zwierzę zabite przez myśliwego ze Stanów Zjednoczonych przynosi więcej korzyści niż zadźgane na polu kukurydzy przez mieszkańca parku.

Słońce przypieka, schronieni pod blaszaną parasolką dochodzimy do sedna konwersacji:

– Za słonia trzeba zapłacić trzysta tysięcy dolarów namibijskich[27] – mówi John. – Plus „coś” dla lokalnej społeczności.

Muszę go przycisnąć, żeby wyjawił, co znaczy ten eufemizm. „Coś” okazuje się wcale niemałym czymś, a stawką równą podstawowej! Cała kwota za odstrzelenie słonia to więc około 600000 dolarów namibijskich. Niemało.

– Ale za to dostajesz papiery – tłumaczy chłopak. – Możesz legalnie wywieźć ciosy i odsprzedać je w swoim kraju.

– Nie boicie się, że kłusownicy je sfałszują? – pytam.

– Monitorujemy wszystkie pozwolenia. Trzeba mieć dokumenty, żeby wywieźć ciosy, a jeśli celnik ma jakiekolwiek wątpliwości, kontaktuje się z naszą organizacją.

Rozmowa schodzi na kłusowników. John przyznaje, że ostatnio jest tu „cicho”, to znaczy, że nie docierają do nich wieści o nielegalnych odstrzałach. Jego zadanie polega między innymi na objeżdżaniu wiosek i zbieraniu informacji od ludzi. W ten sposób udało się niedawno kilku kłusowników aresztować i zamknąć, ale wcześniej śmierć poniosło 28 słoni. Przyczyną ich nieszczęścia były ciosy.

– Zwierzęta giną głównie z rąk miejscowych – mówi John. – Ale teraz jest spokojnie, bo dokoła widać żyrafy i elandy, które nie podchodzą do ludzi, gdy czują się zagrożone. Jeżeli są widoczne, można być pewnym, że jest bezpiecznie. To oznacza teren czysty od kłusowników.

Przed oczami staje mi Shipipa spotkany zaledwie dwa dni wcześniej. Powinnam opowiedzieć o nim Johnowi czy nie? Czy w stosunku do kłusownika obowiązuje poczucie lojalności? Czy to, że poluje za granicą, stawia go poza namibijskim wymiarem kary? W tym czasie John opowiada o organizacji Kyaramacan: że współpracuje z policją i że właśnie budują dla nich w Omega nowy wielki posterunek.

– Jeśli polujesz pierwszy raz, możesz z aresztu wyjść po zapłaceniu grzywny – tłumaczy chłopak. – Ale dla recydywy nie ma ulg: z pryczą w celi zaprzyjaźniasz się na dwadzieścia siedem lat.

– Kto kupuje? – pytam, mając na myśli odbiorców nielegalnej kości słoniowej.

– Najczęściej Namibijczycy, potem sprzedają dalej. Miejscowy kłusownik dostanie cztery tysiące dolarów namibijskich[28], może dwa razy tyle. Ostatni sprzedawca (sprzedaje do Stanów Zjednoczonych albo do RPA) zarabia kilkanaście tysięcy dolarów. Nasze ciosy są dobrej jakości – podkreśla, jak gdyby chodziło o jego własne siekacze. Zęby ma zresztą John – nic, tylko pozazdrościć. Śmieje się od czasu do czasu, częściej uśmiecha. Przez całą naszą niekrótką wcale rozmowę nie schodzi nawet z roweru. Duże, białe słuchawki wiszą bezczynnie na jego szyi, koszulkę – zieloną w niebieskie, białe i żółte pasy – dobrał w taki sposób, żeby imitowała przyrodę. – Słonie nie lubią białego i czerwonego. – John tłumaczy się z prezentowanych barw. Litościwie wzruszamy głowami nad samymi sobą: białe koszule i czerwone sakwy są głównymi oznakami naszej obecności. – Jeśli was poczują, mogą się zbliżyć, a to może się skończyć tragicznie. Musicie się poruszać pod wiatr. Kiedy słoń przechodzi drogę – czekacie. Ruszacie dopiero, kiedy zniknie w krzakach.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?