Pięć kilometrów do bomby

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Musieli być ostrożniejsi niż ich sąsiedzi hodujący krowy i antylopy. Dużym zwierzętom nie zagrażają małe drapieżniki, przed którymi kozy i owce trzeba bezwzględnie chronić. Siatka otaczająca posesję Annette i Gerta miała więc gęstszy splot i była wkopana w ziemię. Zmartwieniem były guźce, które regularnie robiły podkopy.

– Krowy są zagrożone tylko w czasie porodów – tłumaczy kobieta, odpalając kolejnego papierosa. – Jeśli szakali jest dużo i są naprawdę głodne, zaczynają atakować cielęta, które dopiero przychodzą na świat. Dosłownie wyciągają je z krowy! My musieliśmy mieć się na baczności przez cały rok. Owce są łatwą zdobyczą. Szakal przedostaje się z sąsiednich farm, zabija kilka zwierząt, zjada część mięsa i ucieka, a kolejnej nocy zabija następne. Codziennie trzeba zwierzęta zaganiać na noc do zagrody, choćby dlatego, że co jakiś czas w okolicy pojawiał się lampart.

– Masz jeszcze dwunogiego wilka, który przychodzi czasem pozbierać twoje zwierzęta – mówi Gert. – Kiedyś straciliśmy sześćdziesiąt pięć owiec.

– To były jedne z najlepszych zwierząt – dodaje Annette. – Mieliśmy osiemdziesiąt sztuk, które zostawiliśmy na stado. Zwierzęta były jeszcze małe i dopiero uczyły się życia na farmie. Codziennie o piątej po południu wracały swoim korytarzem do zagrody. Któregoś dnia o pierwszej jeszcze wszystkie były, a wieczorem sześćdziesięciu pięciu brakowało. Szukaliśmy ich całą noc, ale bez skutku. Ktoś musiał podjechać przyczepą i je zgarnąć.

– Wtedy pomyślałem, że jestem bankrutem – mówi Gert. Jego głos jest poważny, jak gdyby na chwilę zanurzył się w tamtym czasie.

– Zgłaszaliście to na policję?

– Tak, ale złodzieje zawsze dzielą się z mundurowymi. Dają im mięso, a ci potem mówią farmerowi: „Sprawdziliśmy, nie ma takich owiec w okolicy”. Sam nie możesz nic zrobić, nie masz prawa wejść na inne farmy bez pozwolenia, a jeśli złamiesz zasady, odpowiesz za wykroczenie. Możesz oczywiście dostać taką zgodę, ale jej uzyskanie trwa kilka dni, a żeby ukryć zwierzęta, wystarczy kilka godzin. Ty szukasz na farmie sąsiada, a twoje owce są już na kolejnej. Pod koniec dnia nawet ich nie odróżnisz, bo będą miały zerwane numery. Wtedy sąsiedzi wpuścili nas na swoje posesje, ale nic nie znaleźliśmy.

– Znacie prickly pears?[13] – pyta Annette, częstując nas wspaniale schłodzonymi owocami opuncji. – Większość farmerów sadzi opuncje jako ogrodzenie. W Khorixas mieliśmy nimi obsadzone trzy duże alejki. W porze suchej ścinaliśmy je, żeby rosły niżej, a liści używaliśmy jako pokarmu dla kóz. W sezonie dawały nam dodatkowy dochód: sprzedawałam nawet sto pięćdziesiąt owoców dziennie! Musiałam tylko wynaleźć sposób na ich przechowywanie, bo mają krótki okres przydatności do spożycia. – Zatapiamy zęby w pysznych, słodkich owocach, a kobieta opowiada dalej. – Kiedy na terenach Himba czy Ovambo przejedziecie kozę, nie zatrzymujcie się! – Annette udziela nam wielce praktycznej rady. – Bo będziecie musieli zapłacić za zabitą kozę, za młode, które przyszłoby na świat trzy pokolenia później, za szkodę dla stada i Bóg wie, za co jeszcze! Nie zatrzymujcie się!

– Teraz już wiem! – Śmieję się, po czym opowiadam historię z Etiopii. – Kiedyś jechałam z grupą przez dolinę Omo. Nasz kierowca Josi bardzo ostrożnie lawirował między stadami zwierząt prowadzonymi środkiem drogi, podczas gdy młodzi pastuszkowie nie kwapili się z ich przepędzaniem. W którymś momencie przejechaliśmy kozę. Jaki rozpoczął się lament, jaki płacz! Josi wiedział, co to wszystko oznacza i nie chciał się zatrzymać, ale mnie było żal lamentującego nad zwierzęciem dziecka. Stanęliśmy. Przyszła starszyzna z pobliskiej wioski. Przyszły kobiety i dzieci. W końcu zjawiła się i policja. Starsi mężczyźni debatowali, ustalali, przekrzykiwali się, policjant przyglądał się w milczeniu. Starszyzna ustaliła cenę za zwierzę trzy razy wyższą niż ta, za jaką sprzedaliby je na targu. Podeszłam do policjanta zapytać, dlaczego nie wtrąci się do debaty, ale nie odpowiedział. „On jest stąd, nie może stanąć przeciwko starszyźnie – wyjaśnił Josi. – Może dostanie od nich coś za milczenie. Gdyby im się sprzeciwił, mógłby źle skończyć”. Zbiliśmy nieco cenę, ale i tak zapłaciliśmy dużo więcej, niż zwierzę było warte, a przy tym straciliśmy mnóstwo czasu.

– Ale jeśli zwierzę uszkodzi twój samochód, nie ma nikogo, kto by za to zapłacił – dodaje Annette. – Tylko ta jedna sztuka nagle „nie ma” właściciela!

– W Namibii wszyscy bardzo szybko prowadzą, więc staram się jechać samym skrajem drogi – mówię. – Tomek mnie pociesza, że jednak nas omijają, bo nie chcą pogiąć kosztownej karoserii.

– Musicie uważać, bo jeśli się przewrócicie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt wam nie pomoże – ostrzega Annette. – To zdarza się często podczas wypadków: na ziemi leżą ranni ludzie, a kierowcy innych aut zatrzymują się nie po to, żeby udzielić pomocy, tylko żeby okraść. Policji drogowej jest dużo, ale nie pilnuje porządku. Policjanci zwyczajnie szukają zarobku. Przyczepią się do najmniejszej usterki w twoim samochodzie. Wiedzą, że jesteś na wakacjach, szkoda ci czasu i nie znasz wysokości lokalnych mandatów, dlatego zapłacisz, żeby jechać dalej.

Znów przypomina mi się historia z pracy, zresztą z Namibii. Jechaliśmy dwoma samochodami 4×4, w pierwszym przewodnik Johan. Za rzekome przekroczenie prędkości zatrzymała nas policja. Johan wysiadł, chwilę podyskutował i pojechaliśmy dalej. Bez mandatu. „Co im powiedziałeś?”, zdziwiłam się. „Zapytałem, czy mają legalny radar. Czy kalibrowali go dzisiaj. Czy są pewni, że namierzyli moją prędkość z odległości mniejszej niż sto metrów, bo ja jestem pewny, że za znakiem miałem już mniej niż osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, a poza tym mam w samochodzie system GPS, który zapisuje moją pozycję i prędkość, więc jeżeli chcą, możemy to sprawdzić. Nie chcieli”.

Śniadanie jemy przed domem. Powinniśmy się spieszyć, ale w rzeczywistości robimy wszystko, żeby jeszcze chwilę pobyć z Annette i Gertem. Kobieta wprowadza nas w tajniki lokalnej medycyny:

– Kiedy jeszcze byłam mała, a dziecko rodziło się z kolką i cały czas płakało, starsi ludzie mówili, że to przez płyn owodniowy, którego się napiło. Brali białą część kurzej kupy, mieszali ją z ziołami i podawali dziecku. Małą łyżeczkę. Kiedy ta mikstura pojawiła się w pieluszce, było już po problemie, bo kurza kupa absorbowała wody owodniowe. Nie wierzyłam w to, dopóki nie zobaczyłam na własne oczy!

– Buszmeni[14] opowiadali, że zamiast tytoniu palą odchody zająca – rzucam.

– Podczas wojen burskich nie było bandaży, więc co robili Burowie? Nakładali na ranę końską kupę wymieszaną z ziołami. A jeśli człowiek stracił dużo własnej krwi, dawali mu pić zwierzęcą.

– Brzmi tak nieintuicyjnie: położyć odchody na miejsce, w którym się nie chce infekcji.

– To są roślinożerne zwierzęta, które jedzą wybrane gatunki ziół, więc w ich odchodach są tylko pewne rodzaje bakterii – tłumaczy Annette.

– Żeby zatruć strzałę, też musisz użyć odpowiedniej rośliny – dołącza do rozmowy Gert.

– Pracowałem kiedyś w domu Matki Teresy w Kalkucie – mówi Tomek. – Na przełomie lat 2004 i 2005 przez sześć miesięcy zajmowałem się pacjentami. Trzeba było ich karmić, ale też czyścić rany i robić opatrunki. Wielu z nich miało poważne owrzodzenia, w których żyły setki białych, obrzydliwych larw muchy plujki. Żywiły się martwą tkanką. Sukcesywnie je usuwaliśmy – tak żeby miały czas wyczyścić ranę. Robiły to znacznie dokładniej, niż mógłby to wykonać chirurg ze skalpelem. Po kilku dniach wybieraliśmy wszystkie albo zmuszaliśmy je do wyjścia dettolem. Tak oczyszczone miejsca bardzo szybko się goiły. Ciężko uwierzyć, ale nie było żadnych zakażeń!

W Polsce również jest już możliwe skorzystanie z larwoterapii. Pacjenci mający rany przewlekłe, ropne albo pokryte martwicą, z którymi nie radzą sobie antybiotyki, coraz częściej decydują się na tę, znaną już w starożytności, metodę. Larwy muchy plujki są nekrofagami, to znaczy, że odżywiają się jedynie martwą tkanką, nie uszkadzając przy tym żywej. Wydzielają enzymy, które rozpuszczają obumarłe komórki, a potem je zasysają. Produkują dodatkowo substancje bakteriobójcze oraz delikatnie drażnią ranę, co przyspiesza jej gojenie. Te mikroskopijne owady (aplikuje się osobniki długości dwóch milimetrów) niejednego cukrzyka uratowały przed amputacją stopy[15].

Czas zaczyna naglić. Jeszcze Gert pokazuje Tomkowi swoje siodła i opowiada o koniach, jeszcze Annette wypytuje nas o trasę, a my – na razie tylko w myślach – zaczynamy się pakować. Wtedy pojawiają się historie małżeńskie. Gert rzuca tylko: „Trawa za płotem zawsze wydaje się zieleńsza” i Annette, jak gdyby było to z góry ustalone hasło, zaczyna opowiadać:

– Znam mężczyznę, który ożenił się z jedną z bliźniaczek. Po ślubie mieszkali na farmie, nie mieli dzieci. Po kilku latach przyjechała do nich na wakacje siostra tamtej, niezamężna nauczycielka. Przez kilka tygodni pomagała im przy owcach i w ogrodzie, jeździła ze szwagrem w pole – po przyjacielsku. Ale w jego głowie zaczęła się budzić myśl, żeby się do dziewczyny zbliżyć. Któregoś wieczoru podczas wspólnej pracy mężczyzna zaproponował szwagierce nocne spotkanie w sadzie pomarańczowym i obiecał jej za to dziesięć funtów. Niewiele wcześniej żona prosiła go o taką samą kwotę na materiał, z którego chciała uszyć suknię, ale ten kazał jej czekać na pieniądze za karakuły. Tego wieczoru, kiedy zamykał system irygacyjny, dziewczyna poszła do domu i o wszystkim opowiedziała siostrze. „Załóż moją sukienkę – zaproponowała – i idź zamiast mnie”. Kobiety się przebrały i na schadzkę z mężczyzną poszła jego własna żona. W ciemności, przy wątłym blasku księżyca zerwali zakazany owoc – było wspaniale! Po wszystkim kobieta wzięła pieniądze i szybko wróciła do domu. Zamieniła suknię, wykąpała się i czekała na męża w łóżku. Kiedy wszedł do pokoju, dziesięć funtów leżało na poduszce. „Skąd je masz?” – zapytał zdenerwowany mąż. „Trzy tygodnie temu prosiłam cię o nie, ale kazałeś mi zaczekać. Nie wiedziałam, że zamierzasz zapłacić mi za sesję miłosną!” – Annette wybucha głośnym, równym śmiechem, a potem dodaje: – Wszystko jest w głowie!

 

Za czerwoną linią

Od Annette i Gerta wyjechaliśmy późno, wiedząc, że tego dnia nie przejedziemy planowanego dystansu. Jednym z założeń naszej wyprawy przez Afrykę było postanowienie, że nie będziemy się spieszyć. Mieliśmy funkcjonować w rytmie dnia i nocy: wstawać, kiedy robi się jasno, szukać miejsca na biwak, gdy słońce turla się w kierunku horyzontu, i kłaść się spać, gdy pierwsze gwiazdy pojawiają się na nieskażonym elektrycznym oświetleniem nieboskłonie. Niekiedy jednak musieliśmy liczyć kilometry i czas, który mamy na ich pokonanie. Tak właśnie było w ostatnich dniach grudnia, gdy zbliżał się termin upływu ważności wiz namibijskich i data wyjazdu Elżbietki na Madagaskar. Niezwykle sympatyczna wizyta u Annette i Gerta nieco zaburzyła nasz kilometrowy komfort i wiedzieliśmy, że mamy przed sobą poważne wyzwanie. Z gościnnego Otavi do Rundu mieliśmy 360 km i niewiele ponad trzy dni do wigilijnego wieczoru, na który chcieliśmy tam dotrzeć.

Na naszej trasie nie było zbyt wiele spektakularnych i znanych z folderów atrakcji turystycznych, ale też od samego początku nie stawialiśmy sobie za cel obejrzenia wszystkich afrykańskich must see[16]. Niemniej przez sentyment i miłe wspomnienia związane z pracą dla Discovery Channel przy produkcji programu „Meteorite Men”, chciałem zobaczyć największy odnaleziony na Ziemi meteoryt, 60-tonowy Hoba. Mimo że leżał nieco na uboczu w stosunku do naszej trasy i wydłużał dystans do Rundu, to jednak żona przekonała mnie, że nie powinniśmy rezygnować z okazji.

Sam meteoryt został odkryty przypadkowo w 1920 roku przez rolnika, który orał ziemię i zahaczył pługiem o coś twardego. Okazało się, że jest to ogromny kawał żelaza, a po zbadaniu nie było już wątpliwości co do pochodzenia tego znaleziska. Meteoryt ów spadł w okolice Grootfontein około 80000 lat temu i, co bardzo zastanawiające, mimo ogromnej masy, jego upadek nie pozostawił krateru. Jest to fakt trudny do wyjaśnienia, ale niektórzy naukowcy przypisują go temu, iż Hoba jest stosunkowo płaski i podczas uderzenia o ziemię miał znacznie mniejszą prędkość, niż można by się było spodziewać. Co prawda wizualnie nie robi ogromnego wrażenia – jest mniej więcej prostopadłościanem o wymiarach około 3 na 3 m i grubości jednego metra – ale obcowanie z nim ma w sobie coś magicznego, a dla wielu poszukiwaczy meteorytów na świecie dotknięcie tej gwiazdki z nieba to jedno z największych marzeń.

Wigilia okazała się najdłuższym dniem w całej naszej wyprawie i jednym z najbardziej męczących. Wcześnie rano wyruszyliśmy z malutkiego kempingu przy Mururani Gate – bramie w tak zwanej Red Line. Zostawiliśmy za sobą farmy i wkroczyliśmy w obszar zaludniony znacznie gęściej i niemal wyłącznie przez lokalne grupy, takie jak Kavango, Lozi oraz Buszmeni. Ogromną i miłą dla nas odmianą było mnóstwo mijanych po drodze wiosek. Na południe od czerwonej linii niemal jedyne osady ludzkie to oddalone od siebie o 100–150 km miasta. Tutaj co kilka lub kilkanaście kilometrów mijaliśmy małe wioski i osady zamieszkane wyłącznie przez ludność czarnoskórą.

Powoli i nieuchronnie zbliżaliśmy się do obszaru objętego już porą deszczową, przed którą wielokrotnie ostrzegano nas w południowej części Namibii. Na niebie tu i ówdzie pojawiały się groźnie wyglądające cumulonimbusy, z których szarą, rozmazaną strugą spadały na ziemię strumienie życiodajnej wody. Na szczęście dla nas większość tych tropikalnych ulew przechodziła bokiem i omijała nas z daleka. Zieleń w tej części kraju stała się zdecydowanie soczystsza, tętniąca nieokiełznaną energią. Z zarośli dochodził świergot ptaków, pojawiały się pierwsze, kolorowe motyle i ogromne czarne żuki, których wielkość można porównać do rozmiarów niemowlęcej piąstki. Latały w sposób zupełnie nieskoordynowany, niejednokrotnie uderzając w nasze rowery albo wpadając w szprychy, co wywoływało charakterystyczne brzdęknięcie i suchy trzask łamanego żuczego kręgosłupa. Najczęściej rozśmieszały nas swoim nieporadnym lotem, ale kiedy pewnego razu jeden z nich zderzył się z moją szyją podczas szybkiego zjazdu, zdecydowanie do śmiechu mi nie było. Energia, z jaką walnął w krtań, spowodowała, że zakrztusiłem się jak małe dziecko syropem i z tego wszystkiego o mało nie wylądowałem w nieistniejącej fosie.

W Wigilię złapała nas pierwsza burza. Może nie była widowiskowa i nie przemokliśmy do suchej nitki, ale uświadomiliśmy sobie z pełną mocą fakt, że nie zawsze będzie nam towarzyszyła piękna pogoda. Otwarty teren pozwalał obserwować przemieszczające się komórki burzowe i z większej odległości monitorować miejsca uderzania piorunów. Jednak tego dnia, ze względu na długi odcinek do pokonania, nie mogliśmy sobie pozwolić na oczekiwanie, aż jakiś leniwie przemieszczający się tropikalny deszczyk przetnie w bezpiecznej odległości trajektorię toru naszej jazdy. Chwilę przed tym, jak dopadła nas ulewa, miało miejsce zdarzenie, które zweryfikowało nasze założenia dotyczące sposobu przemieszczania się. Tego dnia, kiedy byliśmy już bardzo blisko burzy i nic nie wskazywało na to, że uda się ją ominąć, zatrzymał się przy mnie kierowca jadący sporych rozmiarów pick-upem, proponując podwózkę o kilkanaście kilometrów. W obliczu zbliżającej się ulewy i niemałego już zmęczenia była to perspektywa niezwykle kusząca, mimo to nie zgodziłem się na jego propozycję. Kierowca odjechał, kręcąc z niedowierzaniem głową i życząc nam powodzenia. Kilkanaście sekund później dojechała do mnie żona: „Chciał nas podwieźć?” – spytała. „Owszem”. „Całe szczęście, że mnie tu nie było. Mogłabym się złamać!”.

W „czystym stylu”

Jeszcze w Polsce, kiedy rozmawialiśmy o naszej podróży, trwałam na stanowisku, że w razie czego wsiadam do autobusu. Nie upierałam się, że Tomek musi zrobić tak samo. Chciałam mieć tylko pewność, że gdybym nie dawała rady, mogę skorzystać z innego środka transportu, i Tomek nie będzie miał mi tego za złe. Zgodził się. Myślę, że już wtedy wiedział to, co ja zrozumiałam dopiero w Afryce. Że tylko jeśli przejedziemy w „czystym stylu”, będziemy mogli z czystym sercem powiedzieć, że przemierzyliśmy Afrykę rowerami. I że ja sama to zrozumiem.

Otóż tego dnia, kiedy wiatr wiał w twarz z taką mocą, że mimo usilnego naciskania pedałów ledwie toczyłam się do przodu – tego dnia moja wola osłabła. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, czym jest zbliżająca się burza dla rowerzysty. W samochodzie wystarczy nieco silniej wcisnąć pedał gazu – tutaj nie ma niestety benzyny… Są tylko moja tkanka mięśniowa i niewielki zapas tłuszczu. Nie wiedziałam, jak ciężko jest jechać pod wiatr, który ugina nawet najgrubsze konary drzew. Jak to jest kierować się w stronę najczarniejszej z chmur, wiszącej tak nisko, że człowiek niemal zahacza o nią czubkiem głowy. Jak narasta złość na samą siebie i na ten głupi pomysł, żeby się na rowerze przedzierać przez pułapki przyrody. Wichura huczy, nie słychać nic poza jej grobowymi jękami. Konary wykonują szaleńcze tańce, jak gdyby chciały odfrunąć w stronę nieba. Opadłe liście, połamane gałęzie i drobne śmieci wirują na poboczu. Podmuch wiatru spycha mnie co chwilę na środek jezdni. Muszę przeciwstawiać się jego mocy, muszę przez cały czas modyfikować trajektorię jazdy, odnaleźć w sobie siłę – zwierzęcą, fizyczną.

Ale ja już nie miałam siły. Ledwie poruszałam nogami. Lepiej byłoby zsiąść i przeczekać, myślałam. Zachować resztki energii na później, kiedy nie będzie trzeba tak dużo jej tracić na samą walkę z oporem powietrza. Kiedy powiedziałam o tym Tomkowi, rzucił tylko: „Jeśli siądziemy, za godzinę będziemy w tym samym miejscu. A tak chociaż kilka kilometrów zrobimy”. Zupełnie mnie to nie przekonało, ale jechałam dalej. Moja głowa układała w biały wiersz brzydkie słowa.

To była Wigilia. Dzień, który – jak mówi przysłowie – zapowiada cały następny rok. To, co robisz w przeddzień Bożego Narodzenia, emocje, jakie temu towarzyszą – wszystko to będzie się powtarzało przez każdy dzień następnego roku. Nie byłam zadowolona z tej przepowiedni. W Wigilię pobiłam swój życiowy rekord jazdy na rowerze – 140 kilometrów. Zatrzymaliśmy się na któryś z kolei krótki postój. Wyjęłam z lewej sakwy chleb i coś do chleba, zrobiłam kanapki dla nas obojga. Tomek wziął jedną i zaczął jeść bez słowa, zapatrzony w swój telefon, w którym udało się uruchomić internet. Byłam wściekła. Dlatego, że ze mną nie rozmawiał, że rzeczywistość wirtualna stała się dla niego w Wigilię bardziej rzeczywista. Dlatego, że ja też chciałabym skorzystać z tego internetu. Napisać do rodziny i przyjaciół, podnieść się jakoś na duchu. Nie odezwałam się wtedy, pozwalałam, żeby rósł we mnie niepotrzebny żal.

Uważałam, że ten dzień jest zły, że doświadcza mnie ciężej niż wszystkie poprzednie. Pogoda, relacja z Tomkiem, moje zmęczenie. „I jeszcze, ku…wa, deszcz!”, pomyślałam, kiedy wjeżdżaliśmy do Rundu. Jakby tego wszystkiego było mało, zmoczyło nas tuż przed wjazdem na kemping. Tam dopiero wybuchłam. Wylałam wszystkie żale i złości. To była nasza najgorsza kłótnia w życiu (aż do dziś), i do tego w Wigilię. Pogodziliśmy się jednak szybko – chyba dlatego, że baliśmy się zamknięcia restauracji. Była 21.30, kuchnię zamykali o 22.00, a my nie mieliśmy zupełnie nic do jedzenia…

* * *

W Rundu zatrzymaliśmy się na sympatycznym kempingu z mizernym widokiem na snującą się w dolinie rzekę Okawango. Ciężki dzień, zmęczenie, długa, przykra rozmowa i napięta atmosfera sprawiły, że dopiero tuż przed zamknięciem restauracji udaliśmy się na naszą wigilijną wieczerzę. W trudnej roli karpia wystąpił niewiadomego pochodzenia morszczuk, a kompot z suszonych śliwek zastąpiła lampka czerwonego wina. Nie było kolęd, choinki, prezentów, nie było nawet kiczowatego Last Christmas. Mogliśmy sobie jedynie wyobrazić, że pobliski basen to zamarznięta ślizgawka, a kąpiące się w nim afrykańskie dzieci to przebrani za diabłów kolędnicy. Ot, taki pełen braterskiej, świątecznej miłości wybryk wyobraźni. Chcieliśmy iść do kościoła, ale mimo prób nawiązania kontaktu z tutejszą salezjańską parafią Jana Bosko nic z tego nie wyszło. Nie dostaliśmy odpowiedzi na e-mail, telefonu nikt nie odbierał, próby dobijania się do bramy nie przyniosły skutku. Szkoda. W związku z tym Boże Narodzenie 2014 kojarzy nam się głównie z łataniem przebitych dętek, wymianą łańcuchów i ogólnym reperowaniem uszkodzeń ekwipunku w pierwszych tygodniach naszej afrykańskiej przygody.

Kłusownik

Dzisiaj niedziela, a my znowu jedziemy. Pierwszy krótki postój po 20 km robimy przy niebieskim stole pod drzewem. Jemy kanapki, pakujemy się i prawie ruszamy, kiedy z lasu wychodzi dwóch chłopaków. Czy idą dziś do kościoła? Nie, tak sobie tylko spacerują. A czymś konkretnie się zajmują? Nie, niczym specjalnie. Rozmowa, niby potężna lokomotywa, nabiera rozpędu powoli, ale nie wiedzieć czemu, nie chcę z niej zrezygnować. Podpytuję: a to o pobliską wioskę, której ogrodzenie widać z tej strony drogi. A to o ogrodzenie – z czego zrobione i kto za nim mieszka. Słowa skapują powoli niczym stężały miód spadziowy. Ale zawsze to coś, zawsze to jakaś informacja: że po trzcinę na ogrodzenie trzeba zejść do rzeki Okawango, w której pływają krokodyle. Że za ogrodzeniem mieszka jedna, ale za to wielopokoleniowa rodzina. I że firma MeatCo wypasa swoje bydło w lesie, z którego przed chwilą wyłonili się mężczyźni. Rozmawia z nami tylko jeden z nich, Jonny. Kusi mnie, żeby zapytać go, czy ten drugi jest jego bratem z jednej matki, w końcu nie wytrzymuję.

– Nie, z różnych – odpowiada. – Ojciec jest troszkę niegrzeczny, ma wiele kobiet. W domu trzy żony, ale wkoło… Ma w sumie dwadzieścioro dziewięcioro dzieci. Nie ze wszystkimi nawet mogę się porozumieć, bo mówią różnymi językami.

– Ojciec cię wspierał? – pyta Tomek.

– Nie, jest nas za dużo, nie da się każdemu pomóc. Ja nie chcę tak żyć.

Wiem już, że Jonny ma 29 lat; chociaż wygląda na znacznie młodszego. Nie wiem natomiast, skąd przyszło mi do głowy następne pytanie:

– Polujecie tu?

– Tak, na małe antylopy. – Pada szybka odpowiedź. – Na słonie też, bo mają dobre mięso.

Tej odpowiedzi się nie spodziewałam, ale przecież jesteśmy w Afryce. Mężczyzna ciągnie, że w okolicy są też duże węże, które mogą zjeść człowieka[17], ale czasem sytuacja się odmienia i to człowiek jest konsumentem w tej relacji. W ich wiosce właśnie tydzień temu zabito i przetrawiono jednego gada. Pytam o lwy i gepardy, ale nasz rozmówca zapewnia, że w tej okolicy ich nie ma. Powoli zbieramy się do odjazdu, wtedy właśnie zauważam tatuaż na ręce młodszego z braci. Na przedramieniu widać duży napis: „Elephant” – „Słoń”. Wydaje mi się to zaskakujące. W Polsce nikt nie tatuuje sobie na ramieniu „świnia” tylko dlatego, że pracuje w masarni. Trybiki w mojej głowie zaczynają przyspieszać:

 

– Masz tatuaż dlatego, że je zabijasz? – pytam.

– Tak – odpowiada krótko. To jego pierwsze słowo. Dotychczas tylko się uśmiechał, a rozmowę prowadził jego starszy brat.

– Duże? – Nie daję za wygraną.

– Tak.

– Bardzo duże? – Posługuję się sposobem mojej mamy: czasem trzeba porzucić kurtuazję, żeby się czegoś dowiedzieć.

Wtrąca się Jonny:

– Takie z ciosami. Potem je sprzedaje.

Wreszcie zaczyna to do mnie docierać: stoję twarzą w twarz z kłusownikiem. Nie takim z moich dotychczasowych wyobrażeń: bogatym, obwieszonym złotymi łańcuchami mężczyzną w średnim wieku, który dawno już wyeliminował atawizm, jakim są wyrzuty sumienia. Nie stoję też przed człowiekiem, który kubańskie cygara strzepuje w odciętą łapę goryla, przepięknie wyeksponowaną na hebanowym biurku. Stoję przed chłopakiem, który mieszka w lepiance, codziennie jada papkę z mąki kukurydzianej i chodzi w klapkach. Przed chłopakiem, który nie ma większych perspektyw na stałą, choćby średnio płatną pracę, dlatego raz na jakiś czas ryzykuje przeprawę dłubanką na drugą stronę pełnej krokodyli rzeki Okawango po to, żeby strzelić do słonia. Żeby trafić zwierzę tuż za uchem, a tym samym przebić mózg. Dwudziestosiedmioletni Shipipa takie polowania traktuje jak najnormalniejszą pracę.

Mam bardzo mieszane uczucia.

Tatuaż, który sprowokował całą tę rozmowę, Shipipa zrobił sobie w wiosce metodą chałupniczą. Spalił starą oponę, a jej popiół wymieszał z wodą. Taką mieszaniną ktoś nastrzyknął mu skórę. Oprócz rzucającego się w oczy, wielkiego napisu „Elephant”, po drugiej, wewnętrznej stronie przedramienia dostrzegłam jeszcze „Thug life” – „Życie bandyty” i motyw czaszki. Przemknęło mi przez myśl, że to nieostrożne zadawać zbyt dużo pytań. Tym bardziej że Shipipa odpowiadał pojedynczymi zdaniami, a nawet wyrazami, jak gdyby wiedział, że zdradzanie obcym tajników takiego zawodu jest ryzykowne.

– Komu sprzedajesz kość słoniową? – spytałam. Pomimo treści naszej rozmowy czułam się jednak bezpiecznie.

– Chińczykom. 300–400 dolarów namibijskich za kilogram. Jeśli cios waży 15–16 kilogramów, to jest to jakiś zarobek.

Trzysta dolarów namibijskich to 90 złotych, co znaczy, że za dwa 15-kilogramowe ciosy dostaje 2700 złotych. Nie pytam, czy wie, jaką wartość ma ten produkt na rynku azjatyckim. Pytam, dlaczego poluje właśnie w Angoli. Shipipa mówi, że tam nie ma strażników, więc jest bezpieczniej. A poza tym sam stamtąd pochodzi i nadal ma tam rodzinę. Angola wyzwoliła się spod panowania Portugalii w 1975 roku, ale potem pogrążyła się w długiej i krwawej wojnie domowej, która zakończyła się dopiero w 2002 roku. To w tym czasie Jonny i Shipipa przyjechali do Namibii. Starszy brat nie poluje na słonie, nad krew przedkłada handel. Przez pięć lat pracował na deptaku w Swakopmund, sprzedając turystom pamiątki. Mówi, że zarobek był niezły i myśli, żeby do tego zajęcia wrócić. Nie poluje na słonie, ale towarzyszy młodszemu bratu podczas wypraw, traktując wizyty w sąsiednim kraju jak odwiedziny rodziny. Trzeba tylko przemierzyć kilkaset metrów wody pełnej niebezpiecznych gadów.

Pożegnaliśmy się. Nie zapytałam, czy słoń płacze, kiedy umiera.

* * *

Ostatni etap naszej podróży przez Namibię wiódł do Katima Mulilo. Najpierw wzdłuż doliny dziwacznej rzeki Okawango, a później przez Park Narodowy Caprivi – łącznie 350 km przez wąski, około 20-kilometrowy pasek Namibii wciśnięty między Angolę i Zambię na północy a Botswanę na południu. Większość tego przylądka, bo tak jest również nazywany, stanowi Park Narodowy Bwabwata i to przejazd przez niego wzbudzał nasze największe emocje. Zanim jednak dotarliśmy do terenów parku, postanowiliśmy odwiedzić jedną z atrakcji turystycznych nieopodal naszej trasy, mianowicie wodospady Popa.

Ocena tego niezwykłego cudu natury na Googlach wynosi 4,4 gwiazdki na 5 możliwych. Spodziewaliśmy się zatem widoków i przeżyć zapierających dech w piersiach i pozostających na długo w pamięci. W samej rzeczy tak też było. Zajechaliśmy przed bramę pięknego ośrodka o nazwie Popa Falls Resort, w którym wykupiliśmy wycieczkę pływającym domkiem za jedyne 100 dolarów namibijskich od głowy. Umówiliśmy się na następny dzień z Reinhardtem z RPA, którego poznaliśmy w recepcji, a który przyjechał tutaj ze swojego kraju na motocyklu. Cena za rozbicie namiotu skutecznie zniechęciła nas do pozostania na terenie ośrodka, ale udało się nam uzyskać zgodę na skorzystanie z prysznica.

Po ablucjach, praniu i zaopatrzeniu się w wodę wyjechaliśmy za bramę w celu znalezienia ustronnego miejsca na nocleg. Poszukiwania zajęły nam półtorej minuty, gdyż znaleźliśmy takowe 50 m od bramy wjazdowej w przytulnym, kolczastym zagajniku. Tuż przy ogrodzeniu kempingu. Poinformowaliśmy o tym stacjonujących na bramie ochroniarzy, a ci powiedzieli, że patrolując teren, będą sprawdzali, czy u nas wszystko dobrze i czy jesteśmy bezpieczni. Wieczorem podszedł do nas jeden z pracowników ośrodka, trochę postraszył stadami jadowitych węży i życząc spokojnej nocy, udał się do swojego domu. Wczesnym rankiem stawiliśmy się w pełnym rynsztunku w recepcji Popa Falls Resort gotowi do odbycia podróży marzeń legendarną rzeką Okawango. W podniosłych nastrojach razem z Reinhardtem wsiedliśmy do pływającego domku, który powoli, dostojnie opuścił zaciszną przystań i bujając się leniwie, popłynął w dół rzeki, wioząc naszą trójkę ku czekającym nas przeżyciom.

Po lewej stronie minęliśmy sporą wyspę, na której soczystozielone drzewa obsiadły ogromną liczbą białe garbate czaple. Nieco dalej usłyszeliśmy charakterystyczne gardłowe chrumkanie hipopotamów. Ku mojej radości zobaczyliśmy ich wystające z wody mięsiste łuki brwiowe i małe ruchliwe uszka. Po prawej stronie na wysokim brzegu wśród kolorowych drzew dumnie wznosiły się wysokiej klasy ośrodki wypoczynkowe ze spektakularnie umiejscowionymi chatkami w stosownie spektakularnych cenach. Kierowca naszego domku z gracją zmienił kierunek, w którym płynęliśmy, i teraz już, walcząc z leniwym prądem, przebijaliśmy się w górę rzeki, okrążając wyspę z drugiej strony. Nic jeszcze nie zwiastowało tego, co za chwilę mieliśmy zobaczyć. Napięcie rosło.

Powoli zaczął do nas docierać wzmożony szum, mimo że konfiguracja terenu nie zwiastowała specjalnych wodnych ekstrawagancji. W niewielkiej odległości naszym zdumionym oczom ukazał się płytszy odcinek rzeki, po którym wody Okawango przelewały się, wytwarzając odrobinę piany i wznosząc w powietrze przyjemny dla ucha szum. Kierownik łódki z wielką dumą malującą się na czarnej twarzy, z szerokim uśmiechem i z równie szerokim gestem ręki powiedział: „Oto właśnie wodospady Popa!”. Popatrzyliśmy na siebie w zdumieniu, licząc po cichu, że to żart. Mina Reinhardta, kiedy się do nas obrócił, wskazywała na podobne uczucia. Po chwili konsternacji ogarnął nas pusty śmiech i już do końca wycieczki nie przestawaliśmy ironizować na temat tego cudu natury, a bardziej otoczki, jaką mu nadano. Szczerze powiedziawszy, bicze wodne w termach w Bukowinie Tatrzańskiej w porównaniu z Popa Falls to Niagara podczas wiosennych roztopów. Bez wątpienia słowa uznania i najwyższego podziwu należą się temu, który w tak wyszukany sposób i za takie pieniądze potrafił sprzedać na rynku turystycznym tę mizerną namiastkę atrakcji hydrologicznej. Myślę, że ten człowiek zrobiłby ogromną karierę jako przedwyborczy pijarowiec dowolnie wybranej partii politycznej w Europie.