Pięć kilometrów do bomby

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wieczorem zaczyna się głośna zabawa, ale nadal w osobnych kręgach – kontynuuje Honey. – W sobotę każda z rodzin zabija jedną krowę. Krewni młodego zaczynają zabawę, wołając: „Dajcie nam dziewczynę, przecież za nią zapłaciliśmy!”. Każda rodzina wynajmuje swoją grupę muzyczno-taneczną, która na przemian z drugą śpiewa piosenki wymyślane na poczekaniu. Jedna zaczyna, druga kontynuuje opowieść, która może na przykład zachwalać przymioty krowy przyprowadzonej przez chłopaka. Zaczyna się wspólne biesiadowanie. W niedzielę starszyzna zabiera dziewczynę do świętego ognia po to, żeby tam porozmawiać z duchami przodków. W ten sam dzień młody mąż przeprowadza żonę do swojego domu.

Honey mówi szybko i pewnie jak prawdziwa kobieta biznesu. Na taką zresztą wygląda, chociaż skończyła tylko szkołę średnią w Omaruru, bo na studia nie miała już pieniędzy. Ten kemping to pomysł mieszkańców jej wioski. Wybudowali go sami, przy niewielkim wsparciu rządu. Honey była tą, która szła od domu do domu z wyciągniętą dłonią i zbierała: „Pięćdziesiąt, pięćdziesiąt, pięćdziesiąt!”. A potem się z tej zbiórki rozliczała, wymieniając, na co poszła gotówka. Niektórzy mieszkańcy wioski nie umieją czytać, ale przychodzą zobaczyć rachunki. Ktoś czasem powie, że przejadła jego pieniądze, ktoś rzuci wprost: „Oddaj, co wpłaciłem”. Honey się śmieje, że niektórzy nie rozumieją, o co w takim biznesie chodzi. Nie przeraża jej brak podstawowej wiedzy. Kobieta rozumie, dlatego cierpliwie każdemu z osobna tłumaczy, że zanim zaczną zarabiać, muszą zainwestować.

– Użyj pieniędzy, żeby robić pieniądze. To im powtarzam – mówi na koniec.

* * *

Mimo dość późnej pory postanowiliśmy przejechać jeszcze kawałek i znaleźć jakieś ustronne miejsce na biwak. Zjechaliśmy z drogi do wyschniętego koryta rzeki i zatrzymaliśmy się na piaszczystej łasze lekko osłoniętej skałami. Pomni opowieści Honey wypatrywaliśmy miejsca, które choć w iluzoryczny sposób dawałoby nam osłonę przed wędrującymi doliną słoniami. Chwilę szukaliśmy śladów, ale wobec ich braku spędziliśmy spokojną noc pod rzęsiście rozgwieżdżonym niebem. Dopiero rano kilkanaście metrów od namiotu Elżbietka zauważyła słoniową kupę, której nie da się pomylić z odchodami żadnego innego zwierzęcia. Delikatnie zmroziło nam krew w żyłach, ale cieszyliśmy się, że zauważyliśmy to dopiero rano, gdyż przynajmniej noc spędziliśmy beztrosko, nieświadomi potencjalnego zagrożenia. Byliśmy już na wysokości około 1000 m n.p.m., ale upał w ciągu dnia nadal doskwierał. Zapasy wody, mimo oszczędnego jej używania, kurczyły się zadziwiająco szybko i praktycznie cały czas jechaliśmy z nieznośnym deficytem płynów. Co jakiś czas mijały nas pojedyncze samochody terenowe, którymi kierowali najczęściej turyści przemierzający namibijskie bezdroża. Obecność tych pojazdów dawała nam względne poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że w sytuacji zagrożenia lub innych problemów możemy liczyć na pomoc. Dwukrotnie zresztą z niej skorzystaliśmy, ponieważ skończyła nam się woda, a jej brak odczuwaliśmy wyjątkowo dotkliwie. Trudno w tej chwili stwierdzić, czy to rzeczywiste odwodnienie organizmu, czy też psychiczny dyskomfort działały na nas bardziej destrukcyjnie, powodując irytację i napiętą atmosferę. Na szczęście wszyscy podróżujący tędy ludzie są świadomi, jakie zagrożenie niesie ze sobą pustynia, w związku z czym w każdym samochodzie jest zapas wody na wypadek niespodziewanej awarii, nawet tak prozaicznej jak zwykły kapeć. Niewielu rowerzystów przemierza tę trasę, dlatego staliśmy się charakterystycznym elementem pustynnego krajobrazu i byliśmy kojarzeni przez kierowców, którzy spotykali nas już wcześniej na trasie.

Helmut

To jest nasz cieplny rekord: 44°C[4] w cieniu. Termometr trzymam w sakwie, nie próbując nawet dokonać pomiarów w słońcu, żeby nie wybuchł, gdyż jego zakres kończy się na pięćdziesiątce. Dziś pierwszy raz, od kiedy opuściliśmy wybrzeże, pojawiła się na niebie smukła chmurka. Ta jedna jedyna zwiewna przesłona wyzwala w człowieku na pustyni ogromną nadzieję – że choć przez chwilę zmniejszy się nacisk żaru na jego marną ludzką powłokę. Że ten niewielki skrawek rosy wpłynie na cyrkulację powietrza i wywoła skąpy powiew wiatru.

Przez większość dnia powietrze było nieruchome.

Skręciliśmy w podrzędną drogę za tabliczką „TIRO Stop & Shop”. Shop okazał się miniaturowym sklepem pośrodku niczego. Mężczyzna w ciemnych okularach i warkoczykach do ramion uśmiechnął się do nas:

– Pamiętam was! Minęliśmy się, kiedy jechałem do Walvis Bay!

W białej koszulce, roboczych spodniach i ortopedycznym bucie na lewej nodze okazuje się być kierowcą wyścigowym. Słysząc o naszym pięciomiesięcznym pomyśle, wymownie odwraca się bez słowa. Na sekundę. Odczytujemy to jako: „Jesteście szaleni!”.

– My, Afrykańczycy, jesteśmy leniwi – mówi. – Nigdy nie zdecydowalibyśmy się na coś takiego, nigdy! Nawet gdyby mój samochód był zepsuty, nie wsiadłbym na rower. Łapałbym stopa. – Helmut pokazuje kciukiem do góry. – Ale wcale bym nie szedł do głównej drogi. Poczekałbym, aż samochód podjedzie tutaj, pod sklep! – wybucha śmiechem. Do drogi jest może pięćset metrów.

Jego matka, przaśna kobieta, która rozpostarła swoje ciało na chodniku przed budynkiem, próbuje oponować. Nie chce, by syn opowiadał białym takie rzeczy o Afrykanach. Ale on jest uparty – zaczął, to i skończy, choć matka już trzy razy weszła mu w słowo. Nazwaliśmy ją w myślach Mama Africa, tak się kojarzy to jej wielkie ciało w obszernej, kolorowej sukni. Kobieta wyjmuje z przepastnej torby używane ubrania, przegląda je i co mniejsze oddaje dzieciom. Spoglądam na gromadę wcinającą chipsy. Co drugie ma nadwagę, pierwszy raz widzę coś takiego w Afryce.

– Dlatego mamy wielkie brzuchy – kontynuuje Helmut, łapiąc się za bebech. – Nawet jeśli mamy zagonić krowy, to robimy to, jadąc samochodem! – mężczyzna znowu wybucha śmiechem. – A moja żona? Gdybym powiedział jej: „Kochanie, chodźmy do wuja na nogach”, choć to tylko kilkaset metrów, odpowiedziałaby: „A pomyślałeś o słońcu?”.

Choć Helmut jest z grupy Damara, nie wydaje się groźny (przed tym ludem przestrzegała nas Kitty). Wręcz przeciwnie – nazwałabym go przyjacielskim, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Podkreśla, że nie lubi innych krajów, bo mieszka w nich za dużo ludzi. Fakt, Namibia jest jednym z najmniej zaludnionych państw świata. Atmosfera jest serdeczna, oni są ciekawi nas, tak jak my ich. Chwilę podsłuchujemy, jak się porozumiewają w języku z kliknięciami, którego nie uczą już swoich dzieci, bo teraz nadszedł czas na mówienie po angielsku i w afrikaans. Do zdjęcia pożegnalnego Mama Africa zwołuje wszystkich tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ale serdecznym. Uśmiecha się do obiektywu szeroko i znacząco: wiadomo, kto tu rządzi.

* * *

Po kilku dniach jazdy dotarliśmy, ku naszej ogromnej radości, do pięknej, czarnej i gładkiej jak stół drogi asfaltowej. Ze szczęścia niemal całowaliśmy jej nawierzchnię. Cieszyliśmy się jak dzieci z niewyobrażalnej rozkoszy, jaką dawała jazda asfaltem w stronę nieodległego już miasta Khorixas. Zmęczeni, brudni, zakurzeni, głodni i spragnieni zatrzymaliśmy się na uroczym kempingu, którego największą dla nas zaletą były nie tyle prysznice i niezła woda w kranie, ile prawdziwa, soczysta, zielona trawa pokrywająca pole namiotowe. Nie mogliśmy się nacieszyć widokiem świeżych liści na drzewach, kwitnących bajecznie kolorowo kwiatów płomienia Afryki (wianowłostki królewskiej) i dostojnie kołyszących się na delikatnym wietrze mięsistych liści palmowych.

Pustynia definitywnie została za nami. Zniknęły ciągnące się po horyzont żwirowe równiny, zostawiliśmy za sobą suche, szarobrunatne góry. Ich miejsce zajęły niezmierzone połacie kolczastych zarośli. Wraz z zielenią pojawiły się również ogromne farmy, których jedynym dla nas widomym znakiem były ciągnące się dziesiątkami kilometrów ogrodzenia. Z Khorixas do Outjo mieliśmy do pokonania ponad 130 km i przez całą drogę jechaliśmy w wąskim korytarzu między dwiema liniami ciągnących się po horyzont drutów rozpiętych między słupkami. Z jednej strony dawało nam to swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, gdyż wiedzieliśmy, że żadne dzikie zwierzęta nam nie zagrażają, z drugiej jednak powodowało pewien kłopot przy szukaniu noclegu. Miejscem pod namiot pozostawał zaledwie 20-metrowej szerokości pas po jednej i po drugiej stronie drogi, co uniemożliwiało ukrycie się przed wzrokiem kierowców.

W Namibii niemal 100% dużych farm należy do białych obywateli, którzy są również znacznie bogatsi od przeciętnego czarnoskórego Namibijczyka. Kraj ten uważa się za jeden z najbardziej rozwarstwionych ekonomicznie. Oznacza to, że niewielka grupa ludzi uzyskuje większość dochodu narodowego. Upraszczając, można powiedzieć, że biali są bogaci, a czarnoskórzy biedni. Wzbudza to zazdrość i powszechną niechęć do białych. W związku z tym, szukając miejsc na nocleg, staraliśmy się raczej unikać wzroku przygodnych ludzi i rozbijać namiot w zaroślach z dala od głównej drogi. Niestety nie zawsze było to możliwe. Nasz biwak musiał czasami stanąć niemal przy samej drodze i wtedy z pewnym drżeniem serca słuchaliśmy w mroku nadjeżdżających samochodów, zastanawiając się, czy ktoś nas nie wypatrzy i nie zatrzyma się w jakimś niecnym celu.

Podróżując przez Namibię, przyjęliśmy założenie, że co drugi dzień będziemy nocować na kempingu. Pozwalało nam to powoli wdrażać się w klimat afrykańskiej podróży i systematycznie wypracowywać biwakowe procedury. Nasze pierwsze obozowania były nieco nieporadne. Nie mieliśmy opracowanego harmonogramu zajęć i systemu pakowania sakw. Nie do końca pamiętaliśmy, co wkładamy do której torby i w jakiej kolejności, ale powoli się uczyliśmy, które rzeczy lepiej dawać na dno, a które korzystniej mieć na wierzchu. Wraz z upływem czasu poszczególne elementy naszego wyposażenia systematycznie znajdowały swoje stałe miejsce. Do lewej sakwy Elżbietka pakowała na dno rzeczy najcięższe, czyli elektronikę: ładowarki, zapasowe baterie, kable, latarki i dyski zewnętrzne. Tam też znajdowały swoje miejsce wszystkie lekarstwa, których mieliśmy więcej niż niejedna afrykańska apteka, oraz część podręcznego prowiantu. Prawej sakwie, tej bardziej wypchanej, nadaliśmy nazwę „sakwy, w której nic nie ma”. Podróżowały tam w większości rzeczy, których nie używaliśmy na co dzień: części zapasowe, cieplejsze ubrania, drobne upominki na święta, które wypadały na czas naszej podróży, oraz niebagatelnych rozmiarów kosmetyczka (oczywiście tylko ze względu na duże opakowanie płynu do szkieł kontaktowych ). W plecaku zamocowanym na bagażniku jechały: śpiwór, mała kurtka puchowa, lekkie ubrania i notebook. W moich sakwach na dnie jako najcięższe spoczywały: części zapasowe do rowerów, sprzęt kuchenny, czyli dwie menażki, kubek, sztućce, kuchenka i butelka na paliwo, oczywiście ubrania i mikroskopijnej wielkości kosmetyczka tylko dlatego, że żona już spakowała większość . Z rzeczy przejściowych podróżowała w nich również woda, znaczna część zapasów żywnościowych, a do pewnego momentu pełne buty i metalowe talerze. W plecaku jechały: śpiwór, maty samopompujące, moskitiera (użyta raz, a i to z opłakanym skutkiem) i zapasowa butelka na paliwo, która w późniejszej części naszej podróży bardzo się przydała. Do przedniego bagażnika miałem przymocowany namiot i zapasową wodę.

 

Z czasem w spontaniczny i naturalny sposób nastąpił podział obowiązków. Każde z nas miało swój zakres czynności i zadań zarówno przy rozbijaniu, jak i zwijaniu obozowiska. Moja żona, zawsze bardziej ode mnie zmęczona, zajmowała się rozbijaniem namiotu, a także rozkładaniem mat i śpiworów, po czym mogła już się położyć i odpocząć przed kolacją. Ja w tym czasie zajmowałem się przygotowywaniem posiłków, czyli gotowaniem ryżu (zawsze lekko al dente), odgrzewaniem zupy lub fasolki z puszki oraz parzeniem herbaty. Ostatnią czynnością przed udaniem się na spoczynek było spakowanie wszystkich bagaży i założenie alarmu. Malutki namiot nie był w stanie pomieścić równocześnie nas i dobytku, więc większość rzeczy wkładaliśmy do sakw. Dotyczyło to zwłaszcza takich przedmiotów, którym mógłby zaszkodzić deszcz. Z obawy przed ewentualnymi nieproszonymi gośćmi, zarówno ludźmi, jak i zwierzętami, w dyskretny sposób wiązaliśmy sznurkiem wszystkie sakwy razem, a jego koniec przywiązywaliśmy do blaszanego kubka, który wkładaliśmy do menażki, a do niego sztućce. Dla potencjalnego złodzieja tak przygotowany alarm był niewidoczny, ale jakakolwiek próba zabrania choćby jednej z sakw powodowałaby donośny hałas. Podobny alarm stosowaliśmy również przy rowerach. W namiocie spały z nami tylko dokumenty, pieniądze i najdroższa elektronika.

Z notatnika żony: Tak, znowu kłótnia o wodę. Tomek wychodzi z założenia, że skoro dostęp do niej jest już stosunkowo łatwy, nie musimy jej wozić w nadmiarze. Jest to wyraz ekonomicznego podejścia do jazdy, który rozumiem, ale tak naprawdę dostęp do wody nie zawsze jest taki łatwy, jak nieraz sądzi mój mąż. Owszem – czasem widzimy kilka pomp na odcinku kilkunastokilometrowym, ale czasem, jak na złość, kiedy właśnie potrzebujemy napełnić butelki (bidony dawno już pogubiliśmy) – żadnego źródła wody nie ma. Kiedy mój zapas spada do jednego litra, zaczynam się poważnie denerwować. Złoszczę się na Tomka, że odradził mi zabranie większej ilości wody, i na siebie, że go posłuchałam. Potem będę wysłuchiwała, że nie mamy nadprogramowych stu mililitrów na umycie rąk, którego potrzebuję, żeby zdjąć na noc soczewki, albo że „zużyłam ostatnią kroplę” lub w inny sposób nadwyrężyłam równowagę naszej wodnej gospodarki…

Annette i Gert

W Otavi mieliśmy tylko zrobić zakupy. Supermarket SPAR był zamknięty, więc wróciliśmy do sklepu przy stacji benzynowej. Tomek wszedł do środka, ja zostałam z rowerami. Uruchomiłam wyszukiwanie internetu.

– W Camel Inn jest Wi-Fi – powiedziałam do męża kilka minut później. – Może wypijemy coś zimnego i sprawdzimy pocztę?

Rowery przeprowadziliśmy przez bar i zasiedliśmy na niewielkim podwórzu pod ogromną parasolką. Kelnerka przyniosła menu, na którego pierwszej stronie znalazłam szesnastocyfrowe hasło do internetu. Wydostałam mój mały laptop z plecaka przymocowanego do bagażnika i nacisnęłam „Gmail”. Wiadomość od Kitty, poznanej pierwszego dnia dystyngowanej kobiety w niebieskiej sukience, zupełnie zmieniła nasze plany. „W Otavi mieszka moja kuzynka Annette” – przeczytałam na głos. „Odezwijcie się do niej, czeka na was”.

Nie wahaliśmy się długo. Wykręciliśmy podany numer i już po chwili znowu mieliliśmy powietrze pod pedałami. Zamiast kilkudziesięciu kilometrów, które planowaliśmy na to popołudnie, przejechaliśmy zaledwie kilka przecznic. Annette czekała przed bramą: siedemdziesięcioletnia kobieta o pięknym, dziewczęcym uśmiechu na pomarszczonej twarzy. Przywitała nas serdecznie, jakbyśmy znali się od lat albo chociażby byli spokrewnieni, a potem podała kawę z ekspresu przyprawioną mnóstwem opowieści.

– Dlaczego ludzie nadal na nich głosują? – powtórzyła moje pytanie Annette. – W Namibii SWAPO (South West Africa People’s Organization – Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej) rządzi nie dlatego, że potrafi, tylko dlatego, że to właśnie ta partia doprowadziła do niepodległości. Ludzie są w stosunku do niej lojalni już dwadzieścia pięć lat![5] Brakuje szkół, służby zdrowia, są problemy z prądem, ale ludzie nadal ich popierają. Upłynie dużo czasu, zanim coś się zmieni, ponieważ ten wzór przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Starsi straszą młodych, że jeśli SWAPO przegra, to wróci przeszłość wraz z niewolnictwem.

Annette podkreśla, że ze szkoły znika historia. Rządzący nie chcą wykształconych obywateli, bo tacy zaczynają domagać się reform dla siebie i kraju. Przenikliwym umysłom nie wystarcza to, że partia ćwierć wieku wcześniej wyzwoliła ich z kolonializmu. Chcą rozwoju, a nie tylko utrzymania status quo.

– Ja uczyłam się historii pierwszej i drugiej wojny światowej i komunizmu w Rosji – mówi kobieta. – Moje wnuki zaczynają naukę od czasu, kiedy zaczęło rządzić SWAPO[6]. Nie dziwi mnie fakt, że ostatnie wybory prezydenckie[7] również wygrała partia rządząca. – To były pierwsze elektroniczne wybory w Afryce – mówi Annette. Każde z jej oczu ma inny kolor, nie mogę oderwać od nich wzroku. – Wszyscy uprawnieni do głosowania jechali do komisji wyborczej albo wręcz przeciwnie – to komisja przyjeżdżała do nich.

Namibia jest trzy razy większa od Polski, a mieszka w niej tylko 2 mln ludzi. Do odległych miejsc w czasie elekcji pojechały specjalne samochody wyposażone w komputery, a niepiśmienni dostali tłumacza. To były pierwsze takie wybory w Afryce. Kandydatów na fotel namibijskiego prezydenta było dziewięciu, ostatecznie Hifikepunye Pohamba reprezentujący SWAPO ustąpił miejsca koledze z tej samej partii – Hage’owi Geingobowi.

– Podobny wynik jest możliwy tylko dzięki nowemu sposobowi głosowania. Przy naszej liczbie ludności z nową technologią teoretycznie można przeprowadzić wybory w jeden dzień. Ale elektroniczne głosowanie jest zdradliwe – ciągnie Annette. – Niekiedy w międzyczasie zdarza się przerwa w dostawie prądu i już nie możesz wrócić do swojej karty, bo twoje nazwisko jest na liście, a twój kciuk umoczony w atramencie na znak, że już oddałaś głos.

Kobieta zapala papierosa, nie pierwszego. Ma krótkie, siwe włosy, z którymi bardzo jej do twarzy. Zza bramy dobiega szum ciężarówek, nad nami powiewają długie, delikatne liście palmy. Annette mówi, że dorastała jako Afrykanerka. Przeszłość determinuje.

– W mojej rodzinie nawet nie wspominało się nazwisk Brytyjczyków, bo oni palili nasze farmy w czasie wojny burskiej i przygotowali obozy koncentracyjne, w których umierały kobiety i dzieci. Dlatego nie chcieliśmy być pod brytyjskim panowaniem – dodaje.

Pierwsza wojna burska (1880–1881) toczyła się na terenie obecnego RPA. Brytyjczycy walczyli o ziemie z Burami (potomkami holenderskich osadników z XVII i XVIII w.), ale tę rozgrywkę przegrali. Kiedy jednak w Transwalu i Oranii, historycznych państwach burskich obecnie leżących na terytorium RPA, odkryto złoża złota i diamentów, Brytyjczycy rozpoczęli drugą wojnę (1899–1902). W tym czasie obecna Namibia była niemiecką kolonią o nazwie Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia (1884–1915). Jej mieszkańcy wspierali Burów w walce przeciwko Brytyjczykom, lecz ostatecznie ponieśli klęskę. Od 1915 roku tereny Namibii były pod kontrolą obecnej RPA. W 1966 roku Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych mandat ten odwołało, RPA[8] odmówiła jednak uznania postanowienia i rozpoczęła trwającą kilkadziesiąt lat okupację. Namibia uzyskała niepodległość dopiero w 1990 roku.

– Myślenie o ślubie z Brytyjczykiem było jak zdrada – mówi Annette. – Dlatego kiedy moja kuzynka wychodziła za Anglika, wujek nie poszedł na uroczystość, chociaż to była jego jedyna córka. Nigdy nie zaakceptował zięcia.

Historia Namibii jest nierozerwalnie sprzęgnięta z historią Republiki Południowej Afryki. Od 1948 do 1994 roku w ZPA, a potem RPA trwał apartheid[9], więc obowiązywał również w Namibii. Dziś jest podobna sytuacja – tyle że to czarnoskórzy zwracają się przeciwko białym. Uważają, że ci zabrali im ziemie, choć Annette mówi, że została ona legalnie nabyta od lokalnych plemion.

– Niemcy zakupili ją od Herero i Damara, a potem my kupowaliśmy od nich – tłumaczy.

Historycy trochę ostrzej oceniają działania Europejczyków sprzed 100 lat. Namibia przez 31 lat[10] była kolonią niemiecką. Biali podstępem „odkupowali” ziemie od miejscowych plemion za podarki i pomoc w walce z rywalami. Afrykańczycy nie znali własności prywatnej i nie rozumieli, że w ten sposób pozbywają się ziemi na zawsze. Po epidemii księgosuszu w 1896 roku, która zdziesiątkowała stada bydła, Niemcy zaoferowali pożyczki na wysoki procent. Jako należność zabierali pola, bydło i zmuszali do pracy, dopuszczali się też morderstw i gwałtów. Niemieccy wojskowi chcieli jak najszybciej pozbyć się Herero, którzy zajmowali najlepsze tereny. Obmyślili plan – zamknąć ich w rezerwatach.

Herero się zbuntowali. W 1904 roku zaatakowali farmy w okolicach miasta Okahandja, zabijając ponad 100 żołnierzy i rolników. W Berlinie zawrzało. Niemcy wysłali posiłki i generała Lothara von Trotha, który mawiał: „Moja polityka polegała i polega na stosowaniu siły, skrajnego terroru, a nawet okrucieństwa”. Pod Waterbergiem otoczyli Herero z trzech stron, pozostawiając im tylko jedną drogę ucieczki – w stronę pustyni Kalahari. Kilkanaście tysięcy osób zmarło z wycieńczenia, braku wody i chorób. Trotha ogłosił, że Herero muszą opuścić tereny Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej i nikt, kto pozostanie, nie uniknie śmierci. Jego celem była eksterminacja tego ludu. Pod koniec 1905 roku powstanie wznieciła również grupa Nama, dzieląc los Herero.

Pod wpływem opinii publicznej Niemcy odwołali nakaz czystki etnicznej, jednak aresztowali wszystkich pozostałych przy życiu Herero i Nama i wysyłali ich do obozów koncentracyjnych w Lüderitz, Swakopmund, Okahandja i Windhuk. Więźniowie pracowali przy budowie rezydencji, budynków administracyjnych, sklepów i linii kolejowych. Jeden ośrodek się wyróżniał – ten na Shark Island (Wyspie Rekiniej) w Lüderitz. Ci, których tam wysyłano, mieli już tylko umrzeć. Dzisiaj uważa się go za pierwszy obóz zagłady w XX wieku. Wielu niemieckich naukowców skorzystało z jego istnienia. Więźniów sterylizowali i zarażali śmiertelnymi chorobami po to, by prowadzić na nich doświadczenia. Przeprowadzali badania na odciętych głowach, sprawdzając, czy mózg czarnego różni się od mózgu białego. Strażnicy wysyłali na uniwersytety niemieckie pomoce naukowe: szkielety, pojedyncze kończyny, głowy w formalinie.

Z 80000 Hererów przeżyło 15000, 20-tysięczna populacja Nama zmniejszyła się o połowę. W Windhuk stoi pomnik „ku czci i pamięci odważnych wojowników Schutztruppe, którzy dla cesarza i Rzeszy zginęli w walce z Herero i Nama”. Chętnie fotografują się przy nim niemieccy turyści. Dziś nie wypada głośno mówić o bestialskich praktykach sprzed ponad 100 lat, ponieważ Niemcy są najliczniejszą grupą turystów w tym kraju, a i niemieckie euro zasila namibijski budżet[11].

 

– Murzyni mordują farmerów z nienawiści, że ukradli im ziemię – mówi Annette. – Teraz rząd skupuje gospodarstwa i oddaje czarnym, ale oni na nich nie pracują. Dlaczego? Bo uważają, że to niewolnictwo! Pod Otavi znajdowała się ogromna przetwórnia owocowo-warzywna, Prinsloo Farming. Było tam wszystko: chłodnie, myjnie, linia produkcyjna i dział pakowania. Czterysta hektarów upraw: marchew, kapusta, winogrona, cytryny, pomarańcze. Świetnie działająca, tylko wejść i kontynuować produkcję. Rząd kupił ją w 2009 roku i przesiedlił tam sześć czarnych rodzin. Mogli dostać doradcę, który pomógłby im się wdrożyć do pracy, ale nie chcieli. Po pięciu latach nie ma nic. Tam, gdzie były uprawy, dzisiaj rośnie busz. Dachu i okien nie ma – sprzedali je, żeby przeżyć. Traktory stoją popsute i nowi właściciele teraz, kilka lat po czasie prosperity, zaczynają orać wołem!

Słyszymy kroki i na podwórko wchodzi wysoki mężczyzna o ogorzałej twarzy, daje całusa żonie i siada na wolnym krześle. Gert, mąż Annette, jest wściekle chudy, jak go określa Tomek, i w pierwszej chwili poważny. Ma spokojny głos człowieka, którego niewiele zaskakuje. Annette zamienia z nim parę zdań w afrikaans, który brzmi ostro jak rysy jego twarzy. Już po angielsku mężczyzna rzuca:

– Czy ci ludzie zostają na noc? Mam zamknąć bramę?

Przez moment czuję się nieswojo, ale po kilku minutach już o tym nie pamiętam.

– Gert wraca z farmy znajomych, którą opiekuje się pod ich nieobecność – mówi Annette. – My też mieliśmy kiedyś farmę, niedaleko Khorixas. Trzy tysiące hektarów – opowiada, a ja myślę, że z naszym półhektarem wyglądamy na niepoważnych. – Hodowaliśmy owce i kozy. To było dziesięć lat temu, potem stwierdziliśmy, że brakuje nam sił do pracy. Zdrowie dopisuje, ale mamy przecież po siedemdziesiąt lat!

Gert przynosi piwo. Podobnie jak żona, dużo pali. Siedzi w milczeniu i przysłuchuje się jej często długim opowieściom. Kwituje je krótkim komentarzem, po którym śmiech nadyma nasze płaskie brzuchy.

– Jak sobie dajesz radę w takiej podróży? – pyta mnie Annette.

– Nie przypuszczałam, że drzemią we mnie takie możliwości! – Zaczynam się śmiać, po czym wyznaję. – Wcześniej, przez całe życie, przejechałam na rowerze może pięćset kilometrów. Tutaj po dwóch tygodniach licznik pokazał osiemset pięćdziesiąt.

– Jeśli zrobiłaś drogę między Swakopmund a Uis, wszystko w tym kraju będzie już łatwe – mówi Gert. – Kiedy miniecie czerwoną linię, znajdziecie się w bardziej rolniczym terenie.

Czerwona linia (Red Line) to umowna granica weterynaryjna[12] biegnąca od wschodu na zachód Namibii m.in. przez Mururani Gate i Oshivelo. Oddziela „niebezpieczną” północ kraju od południa, które uznaje się za „czyste”: farmy handlowe mają tu ogrodzenia, a zwierzęta są znakowane, szczepione i co pół roku badane. Na północ od wspomnianego „płotu” mieszkają głównie czarnoskórzy hodowcy, którzy nie pilnują tak restrykcyjnie swojego inwentarza. Trzymają bydło na otwartej przestrzeni, nie martwiąc się o ewentualne choroby. Ogrodzenie to utworzono w 1896 roku podczas epidemii księgosuszu. Fort Namutoni, znajdujący się na terenie Parku Narodowego Etosha, został wybudowany jako stacja policyjna kontrolująca przemieszczanie się lokalnych mieszkańców oraz ich inwentarza. Linia biegła dalej do Okaukuejo na południowym zachodzie i Otjituuo na południowym wschodzie. Czerwona linia była zmieniana kilka razy, a od lat 60. XX wieku służyła też do ograniczania rozprzestrzeniającej się pryszczycy.

– Możesz bez przeszkód przewieźć surowe mięso z południa na północ kraju, ale już nie w odwrotną stronę – tłumaczy Gert. – Jadąc z Angoli albo z północnej Namibii na południe, musisz mieć pozwolenie na jego przewóz, a żywe zwierzęta muszą przejść miesięczną kwarantannę. Tak samo wygląda eksport do RPA: najpierw badane jest zwierzę, a potem jeszcze mięso.

Wszystko to oznacza, że aż do Mururani Gate wzdłuż drogi będą się ciągnęły ogrodzenia, a tym samym jeszcze przez 250 km nie musimy się obawiać dzikiej zwierzyny.

– Spotkacie tylko krowy i osły – uspokaja nas Gert. – Miejscowi będą sprzedawali pamiątki z gliny i drewniane rzeźby. Czasem podbiegną i poproszą o pieniądze, a na szutrowych drogach mogą zrobić blokady.

– Co wtedy?

– Powiedzcie, że w Namibii nie ma takiego prawa i to, co robią, jest nielegalne. Nie akceptujcie żadnych propozycji pieniężnych, blefujcie: „Mam numer do policji drogowej, już dzwonię”. W razie czego możecie przejechać poboczem – samochodem się tego nie da zrobić, ale rowerem tak. Zazwyczaj stoją jeden czy dwóch chłopaków. Są sprytni, ale nie bardzo sprytni. – Gert zaczyna się śmiać, a w jego oczach pojawia się zabawny chochlik. – Najlepsza rzecz, jaką możecie zrobić, kiedy was zatrzymują, to pomachać do nich. A potem przejechać. Oni pomyślą, że wy myślicie, że oni was pozdrawiają, czyli że jesteście idiotami. Więc machajcie i jedźcie.

Annette sugeruje, żebyśmy z Mururani Gate w jeden dzień przejechali do Rundu: równo 140 km.

– A potem umarli! – rzucam. – Moje życiowe maksimum dzienne to osiemdziesiąt dwa kilometry!

– Najwyżej Tomek cię pociągnie – mówi Gert i tym sposobem przyznajemy się, że linka do tego celu była pierwszym zakupionym przez nas na wyjazd sprzętem (ostatecznie nigdy jej nie użyliśmy). Annette odradza nam przejazd przez Zimbabwe, mówiąc, że mieszkają tam bardzo biedni ludzie, więc może być niebezpiecznie, jeśli utkniemy gdzieś w nocy, zwłaszcza że prezydent Mugabe nie zaprzestał jeszcze swojej ostrej polityki względem białych.

Między kuchnią a salonem w domu Annette i Gerta znajduje się okienko, przez które można podawać potrawy albo porozmawiać. W pełnowymiarowych wychodzących na ogród oknach uwagę przyciągają kraty. Gert mówi, że nikomu tu nie mogą ufać. Że gdyby nie mieli takiego zabezpieczenia i wyjechali na tydzień z domu, wszystko byłoby rozkradzione.

– Zwykłe okno łatwo wyłamać, a w nocy jesteś wystawiony na atak – tłumaczy Annette. – Kraty nie chronią przed strzałem, ale zawsze dają ci dodatkowy czas na ucieczkę. W czasach mojego dzieciństwa niczego takiego nie było. Spaliśmy pod gołym niebem, bawiliśmy się na ulicy. Teraz BBC non stop podaje komunikaty o zaginięciu lub porwaniu dziecka, wszystko jedno, o jakim kolorze skóry. Są uprowadzane do rytuałów, bo ludzie wierzą czarownikom, którzy mówią, że seks z dzieckiem leczy AIDS, a wypicie krwi albo skonsumowanie jakiejś części ciała ratuje od innych chorób. Dzieci używa się też do niewolniczej pracy w kopalniach. Nie mówi się o tym głośno, żeby nie odstraszać turystów.

Jest późno. Jemy jajecznicę, buraki ćwikłowe, które przypominają nam polską Wielkanoc, i boerewors – kiełbasę burską przyrządzoną na patelni. Z tą ostatnią wiąże się niezła historia: w maju 2014 roku pojedyncza „kiełbaska” z RPA została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. Miała długość 1557,15 metra. Nasza sztuka nie jest kłopotliwie długa. Rozprawiamy się z nią dość szybko i przenosimy na miękką sofę do salonu. Powieki ciążą, chciałabym wziąć prysznic i pierwszy raz, od kiedy wylądowaliśmy w Afryce, położyć się na łóżku. Nad to pragnienie silniejsza jest jednak chęć słuchania. Annette przynosi rooibosa z mlekiem, Gert siedzi w fotelu naprzeciwko nas. Chwilowo on przejmuje pałeczkę narratora, jak gdyby dopiero nocą ożywały w nim wspomnienia.

– Nie mogłem dłużej być farmerem – mówi. Ma długie, wąskie dłonie i ogromny uśmiech. – Mam siedemdziesiąt lat i ciężko mi chodzić, a praca ze zwierzętami wymaga ciągłego ruchu. Pracowaliśmy przez sześć lat we trójkę: ja, Annette i nasz pomocnik. Teren podzieliliśmy na połączone korytarzami sektory, do których doprowadzona była woda. Codziennie trzeba było objechać posesję i sprawdzić, czy ogrodzenie długości pięćdziesięciu kilometrów nie ma uszkodzeń, przez które mogłyby się przedostać szakale. Większość naszej farmy porastał busz, więc dostrzeżenie zwierząt nie było łatwe.