Pięć kilometrów do bomby

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nieopodal, w zasięgu węchu, znajduje się największe na świecie siedlisko kotika karłowatego zwanego też uchatką karłowatą. W okresie rozrodu, na który trafiliśmy, może być tutaj ponad 200000 osobników. Z solnego szlaku oznaczony piaszczysty trakt wiedzie do budynku mieszczącego kasę rezerwatu i toalety. Otoczenie ozdobione jest dziesiątkami kości wielorybów, głównie ich żebrami i ogromnych rozmiarów kręgami kręgosłupa poukładanymi przez ludzi. Na nas, przyzwyczajonych do oglądania na co dzień niewielkich kości kurzego udka tudzież wieprzowych żeberek, widok wielorybiego kręgu ważącego kilkadziesiąt kilogramów sprawiał surrealistyczne wrażenie. W zakratowanym okienku siedziała niezainteresowana pracą dziewczyna w kolorze młodej uchatki. Tuż przy wejściu, na okrągłym stojaku, powiewały radośnie dziesiątki ozdób, portfeli, wisiorków i bransoletek wykonanych z bardzo miłego w dotyku futra, które pozyskano, sądząc po kolorze, z osobników w różnym wieku. Po nieudanych próbach negocjacji cen biletów, nie spiesząc się, kasjerka sprzedała nam je i nie odwracając głowy od komputera, niedbałym ruchem ręki wskazała kierunek, w którym mamy się udać, rzucając tylko, że to 4 km stąd. Siedliśmy na rowery i w silnych porywach oceanicznego wiatru ruszyliśmy na spotkanie z najbardziej śmierdzącym miejscem podczas naszej wyprawy. Już po kilku minutach mozolnego pedałowania po kamienistej drodze dotarł do nas niedający się pomylić z niczym innym zapach 200000 ryczących wniebogłosy uchatek karłowatych. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zapach ten zdominował wszystkie nasze doznania, a jego stężenie w powietrzu było tak duże, że niemal szczypało w oczy.

Tysiące zwierząt rozpłaszczało swe niezgrabne cielska na przybrzeżnych skałach i łachach piasku. Nad stosunkowo niewielkimi samicami ważącymi około 120 kg górowały ogromnych rozmiarów samce, których masa ciała dochodzi nawet do 350 kilogramów. W tłumie dorosłych osobników przemieszczały się, nieustannie pojękując, dziesiątki tysięcy foczych maluchów, których futro, w przeciwieństwie do brązowych rodziców, jest całkowicie czarne. W tym ogromnym skupisku częste są przypadki zaginięcia młodych, których matka nie może odszukać. Takie maluchy są najczęściej skazane na śmierć głodową. Uchatki rozmnażają się bardzo szybko ze względu na niewielką liczbę naturalnych wrogów, do których należą rekiny i nieliczne tutaj drapieżniki lądowe.

W kolonii na Cape Cross prowadzona jest przez człowieka kontrola populacji przez zabijanie pewnej liczby młodych osobników. Młode foki uśmierca się przez uderzenie pałką w głowę. Może się wydawać, że jest to brutalne i niehumanitarne, jednak ten sposób przynosi szybką śmierć, nie zadając zwierzętom niepotrzebnego bólu. Wzdłuż plaży, na której przebywają uchatki, zbudowano pomost, z którego można oglądać całą kolonię. Materiałem użytym do jego konstrukcji są przetworzone butelki PET, o czym z dumą komunikuje stosowna tablica. Pomost ów, który z założenia miał oddzielać turystów od zwierząt, nie do końca spełnia swoją funkcję, gdyż część osobników wyleguje się na nim. Aby przejść przez całą jego długość, niejednokrotnie trzeba by przekraczać opasłe cielska drzemiących uchatek, na co się nie odważyliśmy. Mimo ogromnego wrażenia, jakie wywarła na nas kolonia, opuszczaliśmy to miejsce bez zbędnej zwłoki i zbytniego żalu, popędzani gnanym wiatrem zapachem uryny, przy którym zapyziały wiejski wychodek jest niczym salon kosmetyczny.

Marzenia o tabliczce czekolady

Pogoda jest kiepska: wiatr, mgła i wilgoć, nawet Tomek zakłada polar. Przemierzam bezmyślnie kolejne kilometry wzdłuż wybrzeża, w przerwach jem kanapki, po przerwie żuję suszone mięso antylopy. W Polsce prawie nie jadam słodyczy, tu ciągle o nich marzę. Z Henties Bay wysyłam e-maila do Grande:

8 grudnia 2015:

Siedziałam dziś na poboczu drogi Swakopmund–Cape Cross, oczy miałam zamknięte, a w myślach powtarzałam: „Zatrzymuje się samochód i jego kierowca przynosi mi mleczną czekoladę, zatrzymuje się samochód i jego kierowca przynosi mi mleczną czekoladę…”. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Pytam więc – jak to jest z tą kreacją przestrzeni?

Odpowiedź nadchodzi dwa dni później:

Nawet w Namibii przestrzeń jest lustrem-obrazem-odpowiedzią naszego wnętrza. Ale nie jego chwilowych fluktuacji czy zachcianek (choć czasami i to możliwe), lecz zapisu „dysku twardego”. Czyli zasłużyłam, coś takiego mi się należy. W dodatku raczej nie działa forma wypowiedzianego zdania, ale wewnętrzne przekonanie, że tak będzie i tak już jest! […] Aż tu nagle mała Elunia siedzi nadąsana, bo nie dostała czekoladki, i gdzie jest ta Dobra Bozia, co ją rozdaje… Budować zapis wnętrza, budować, budować i budować. A wtedy i czekoladka na pewno przyfrunie na Madagaskar. Pozdrawiam Was i pamiętajcie, aby pompować opony – inaczej ciężko jedzie się po bezdrożach

A więc dostaję przepis na czekoladkę (i nie tylko): „Stałość pragnień”. Ech…

* * *

W Henties Bay zmieniliśmy kierunek naszej trasy i wyruszyliśmy na wschód, w głąb rozgrzanej do białości pustyni Namib. Nasze przygotowania polegały głównie na zaopatrzeniu się w żywność i wodę, ze szczególnym naciskiem na wodę. Kupiliśmy dodatkowe butelki, wiedząc, że do kolejnej miejscowości dotrzemy dopiero następnego dnia wieczorem. W chwili opuszczania wybrzeża nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, co nas czeka już kilkanaście kilometrów dalej. Przewidując jednak problemy z brakiem wody, przytroczyliśmy do rowerów zapas 10 litrów. Kilka kilometrów za Henties Bay, po przekroczeniu suchego jak pieprz koryta rzeki Omaruru, skręciliśmy w drogę C35, która miała nas zawieść do Uis, a dalej do Khorixas i Otavi. Zostawiliśmy solny szlak na rzecz ciągnącej się przez kilkaset kilometrów kreski szutrowo-piaszczystej drogi, wydrapanej w pustyni przez pługi podobne do tych, jakich w naszym klimacie używa się zimą do odśnieżania trudno dostępnych górskich szlaków. Szerokość tego traktu była zdumiewająca, gdyż dobrze przekraczała 10 m, co w połączeniu ze śladowym ruchem samochodowym nasuwało oczywiste pytanie o sens „budowania” tak pojemnej drogi.

Przez pierwsze kilkanaście kilometrów wyraźnie czuliśmy na plecach oddech chłodnego oceanu, a wiejący z jego kierunku wiatr pomagał nam w jeździe i mile schładzał pracujące mięśnie. Nad nami rozpościerał się pas chmur, ciągnący się wzdłuż wybrzeża i sięgający w głąb lądu na odległość około 15 kilometrów. Wraz z oddalaniem się od oceanu temperatura stopniowo rosła, by uderzyć w nas obuchem upału w momencie wyjechania spod chroniącej nas kołderki chmur. Żarty się skończyły. Ni stąd, ni zowąd z przyjemnych 20°C zrobiło się ponad czterdzieści. Piach i żwir, po których jechaliśmy, odbijały promienie słoneczne i raziły nas w oczy, ziejąc równocześnie niewyobrażalnym żarem. Wzdłuż drogi posadzono niekończącą się linię drewnianych słupów telefonicznych, które w perspektywie wyglądały jak zawieszone w gorącym, falującym powietrzu. Drewniane pale nanizane na mizerną nitkę telefonicznego kabla stały zatopione w zmierzwionej masie gorącego powietrza jak w wodzie. Znikały daleko na horyzoncie w trzęsącej się jak galareta przezroczystej materii, którą ktoś nazwał powietrzem i kazał nam nim oddychać. Monotonny, płaski krajobraz dookoła sprawiał wrażenie, jakbyśmy mimo upływu czasu i mozolnego kręcenia pedałami, stali w miejscu. Daleko na horyzoncie po prawej stronie majaczył monumentalny masyw samotnej góry Spitzkoppe. Z naszej perspektywy to potężne wzniesienie wyglądało jak lewitujący nad ziemią ogromny statek kosmiczny.

Postęp drogi mogliśmy odczytać wyłącznie z licznika. Nieobecność nawet najbardziej prozaicznych punktów orientacyjnych, jak drzewa, krzewy czy większe głazy nasuwała myśl, że zostaliśmy uwięzieni w jakiejś nagrzanej do białości kuli, gdyż poza narastającym zmęczeniem, ubywaniem wody z naszych zapasów i ślimaczo zmieniającymi się cyframi na wyświetlaczu nic nie wskazywało na to, że się przemieszczamy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że przez większość dnia, mimo bezchmurnego nieba, nie widzieliśmy słońca. W warunkach krajowych turla się ono po niebie na wysokości dostępnej dla oczu. By zobaczyć je tutaj, głowę należy zadrzeć pionowo do góry i dopiero wtedy człowiek jest w stanie dojrzeć ukochaną gwiazdę. Odpoczynek w takich warunkach daje tylko iluzoryczne wytchnienie. Z powodu braku jakiejkolwiek roślinności albo skał nie ma się gdzie schować przed spadającymi pionowo, boleśnie kłującymi włóczniami promieni słonecznych. Przez pierwsze godziny Elżbietka napawała się tym upałem, a gdy zatrzymaliśmy się na odpoczynek, rozkładając ramiona, położyła się na rozgrzanym do kilkudziesięciu stopni drobnym żwirze, by zagrzać zmarznięte nad oceanem ciało. Ja w tym czasie rozpaczliwie szukałem cienia, próbując chociaż głowę wsunąć w ten jego miniaturowy skrawek, jaki dają przytroczone do roweru sakwy. Już po kilku godzinach takiej jazdy dotarła do nas niepokojąca myśl, że zabrany z Henties Bay zapas wody może się okazać za mały, by spokojnie dotrzeć do najbliższej miejscowości.

Dzięki nieustannie popychającemu nas lekkiemu wiatrowi nie odczuwaliśmy, że droga powolutku, ale niezmiennie pięła się pod górę. Wczesnym popołudniem z pewnym zdziwieniem odnotowaliśmy na GPS-ie wysokość ponad 300 m n.p.m. Tego dnia czekał nas pierwszy nocleg na pustyni. Z utęsknieniem szukaliśmy jakiegoś punktu, na którym wzrok mógłby się zatrzymać. Ku naszej ogromnej radości kilkaset metrów od drogi zauważyliśmy coś, co wydawało się rachitycznym krzakiem. Rzeczywiście w korycie niewielkiego okresowego potoku (chociaż słowo „koryto” jest tu sporym nadużyciem) rosło kilka niewielkich krzewów, przy których postanowiliśmy spędzić noc. Mimo że teren był całkowicie płaski, a równina ciągnęła się niemal po horyzont, tych parę niewielkich roślin uzbrojonych w kilkucentymetrowe, ostre jak szpilki kolce dawało wrażenie przytulności i zapewniało irracjonalne poczucie bezpieczeństwa. Bladożółte słońce wisiało kilka centymetrów nad horyzontem, rzucając nasze groteskowo wydłużone cienie kilkadziesiąt metrów po gładkiej jak lotnisko powierzchni pustyni. W jego promieniach dostrzegliśmy niewielkie stado springboków, które mozolnie wyszukiwały wśród drobnych kamieni nieliczne, mikroskopijne kępki ostrej jak brzytwa trawy. Byliśmy za daleko od nich, by mogły zwrócić na nas uwagę, dlatego przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy ich zgrabne sylwetki powoli dreptające w nieustannym poszukiwaniu choćby najbardziej mizernej roślinności.

 

Po oczyszczeniu z kamieni niewielkiej łachy piachu położyliśmy na niej zabraną z Polski plandekę, na której stanął nasz czerwony namiocik. Płachta, która w założeniu miała służyć do przykrywania rowerów przed deszczem, okazała się niezwykle praktyczną podkładką pod namiot. Chroniła jego podłogę przed ostrymi kamieniami i w pewnym stopniu również przed kolcami afrykańskich roślin, ale przede wszystkim stawała się niewielkim „tarasem” przed wejściem. Kładliśmy na niej sakwy, gotowaliśmy jedzenie, spożywaliśmy posiłki i spędzaliśmy czas na rozmowach i odpoczynku. Takie rozwiązanie w znacznej mierze chroniło wnętrze namiotu przed wnoszeniem do niego piasku lub innych zanieczyszczeń, a także izolowało od większości owadów, które, zwłaszcza w dalszej podróży, występowały w ogromnych ilościach.

Nasz kilkunastolitrowy zapas wody z poranka skurczył się dość poważnie, odparowując niepostrzeżenie z naszych ciał w ciągu całego dnia. Pozostałe kilka litrów nie pozwalało na ugotowanie ekstrawaganckiej kolacji w trzech garnkach, których notabene nie mieliśmy, więc musieliśmy się zadowolić puszką kiełbasek z ryżem i kilkoma kawałkami suszonego mięsa. Ryż staraliśmy się gotować w najmniejszej możliwej ilości wody, więc z reguły wychodził co nieco al dente. Pożywienie to, mimo iż nie było specjalnie wyszukane, skutecznie zapełniało żołądki i likwidowało głód przynajmniej do czasu, kiedy zasypialiśmy. By uniknąć w naszym obozie wizyty nieproszonych gości z królestwa zwierząt, niekonsumowalne resztki jedzenia i opakowanie po zupie wynieśliśmy kilkadziesiąt metrów od naszego szmacianego domu. Po kolacji w leciwym aluminiowym, pogiętym jak samochód po dachowaniu czajniczku gotowaliśmy herbatę, która stanowiła dopełnienie posiłku i uzupełnienie utraconych w ciągu dnia płynów.

Pierwszy nocleg na pustyni wprowadził do naszych umysłów lekkie napięcie, ale w wyniku zmęczenia dość szybko zasnęliśmy. W środku nocy obudziły mnie dochodzące z niewielkiej odległości dziwne dźwięki. Podniosłem się na łokciu i zacząłem nasłuchiwać. Wydawało mi się, że słyszę coś jakby mlaskanie i węszenie. Mój ruch sprawił, że Elżbietka również się obudziła i spytała, co się dzieje. Odpowiedziałem, że chyba coś nam łazi po gospodarstwie. Wydałem kilka dziwnych dźwięków, próbując odstraszyć domniemanego intruza, co żona skwitowała krótkim:

– Wszystko mi jedno, jestem zmęczona i idę spać.

Być może była to tylko wyobraźnia pobudzona oglądanymi przed wyjazdem filmami na National Geographic, niemniej jednak rano nie zauważyliśmy żadnych śladów obecności zwierząt w pobliżu naszego obozu, a puszka po zupie z resztkami kolacji stała nieruszona w tym samym miejscu, w którym zostawiliśmy ją poprzedniego dnia.

Planując nasz wyjazd, zakładaliśmy, że będziemy wstawać o godzinie 4.00, zwijać obóz i jechać do południa, kiedy upał jeszcze nie doskwiera. Potem mieliśmy w zacienionym miejscu przeczekiwać skwar i ruszać dalej, gdy słońce zacznie powoli staczać się z nieba. Rzeczywistość jednak okazała się zupełnie prozaiczna. Jedyną aktywnością, jaką byliśmy w stanie wykonać o czwartej rano, było wyłączenie budzika, a niespieszna pobudka przesunęła się o minimum dwie godziny. Początkowo zwalaliśmy to na karb zmęczenia i nieprzyzwyczajenia do reżimu codziennej jazdy. Jednak, jak wskazała dalsza historia podróży, nasze ambitne plany pozostały w sferze nieosiąganych marzeń suto doprawionych przez moją żonę elementem ironii.

Naszym celem tego dnia było oddalone o 60 km miasteczko Uis. Wydawać by się mogło, że nie jest to zbyt duża odległość, ale jazda po szutrowo-piaszczystej drodze w 50-stopniowym upale wymusza powolność. Kilometry przebytej drogi uciekały odwrotnie proporcjonalnie do znikającej z naszych butelek wody. Taktyka jazdy w tym nieprzyjaznym środowisku polegała na wyborze właściwego toru. Trakt szerokości kilkunastu metrów pokrywały równoległe ślady opon samochodów terenowych, więc by zminimalizować opory, staraliśmy się wybierać najtwardsze i najrówniejsze ślady. Wymagało to nieustannego lawirowania pomiędzy jednym a drugim skrajem drogi i ciągłej zmiany toru jazdy na jak najbardziej optymalny. Dziesiątki razy zdarzało się, że pozornie wyglądająca na twardą koleina okazywała się wyłożona piaskiem o konsystencji mąki, po którym jazda jest niemal niemożliwa. Obciążony rower utrudniał utrzymanie równowagi, a duży opór podłoża zatrzymywał nasze jadące żółwim tempem pojazdy. W takiej sytuacji musieliśmy zsiadać z roweru i trzymając jedną ręką za kierownicę, a drugą za siodełko, zapierając się z całych sił nogami w sypkim podłożu, wypychać je na fragmenty drogi nadające się do jazdy. Dodatkowym utrudnieniem na pustynnych szlakach była często pojawiająca się tarka – poprzeczne, regularne, oddalone od siebie o około 20 cm wyboje, po których jazda była jednym z największych koszmarów naszej pustynnej włóczęgi. Nie dość, że w brutalny sposób testowana była wytrzymałość naszych nadgarstków i ramion, to nasze pośladki dostawały cięgi niepamiętane od czasów wczesnej podstawówki.

Wczesnym popołudniem minęliśmy pierwszych tubylców, a chwilę później przy drodze pojawiło się pierwsze pełnowymiarowe drzewo. Powitaliśmy je z niekłamanym entuzjazmem i zatrzymaliśmy się w jego cieniu na dłuższy odpoczynek. To niesamowite, jak po tylu kilometrach jazdy przez niczym nieosłonięty teren człowiek zaczyna doceniać odrobinę cienia. Cienia prawdziwego, nie takiego, który rzuca jego własny organizm, a mającego wielkość kartki A4, ale takiego, przy którym, nawet gdy wyciągnie swoje ciało na pełną długość, rozpostrze ramiona i rozstawi szeroko nogi, to nadal żadna z części ciała nie wystaje poza jego obręb. Ogromną nowością w krajobrazie, zjawiskiem nieco surrealistycznym, byli ludzie. Nagle na drodze pojawiła się dwukółka zaprzężona w pięć stojących obok siebie osiołków. Sam pojazd sklecony był z kawałków karoserii jakiegoś pick-upa, który dawno temu zakończył żywot w piaskach pustyni, natomiast podwozie stanowił kompletny tylny most od terenowej toyoty. Całość wyglądała topornie, ale była to konstrukcja na tyle skuteczna, by codziennie transportować siódemkę dzieci do oddalonej o kilka kilometrów szkoły. Elżbietka szybko nawiązała z nimi znajomość, a nawet namówiła je na wspólną przejażdżkę.

Monotonny krajobraz płaskiej pustyni ustąpił miejsca niewielkim pagórkom, nieco się pofalował, a rozleglejszy widok zaczął zasłaniać potężny masyw góry Brandberg. Spomiędzy głazów zaczęły wychylać się coraz liczniejsze kępy suchych traw, krzewy o szarych, zakurzonych liściach i nieco wyższe rośliny, które na użytek naszych spragnionych zieleni umysłów nazywaliśmy w myślach drzewami. Na tych niby-drzewach od czasu do czasu można było zauważyć trawiaste kulki gniazd wikłaczy. Fakt, że kalendarz wskazywał grudzień i zbliżało się Boże Narodzenie, sprawiał, iż taki widok nieodzownie kojarzył się nam z przystrojoną bombkami choinką i potęgował tęsknotę za nieco niższymi temperaturami i świąteczną atmosferą w domu.

Droga wprowadziła nas w wyraźną dolinę między dwoma pasmami niewysokich wzgórz i nim wychyliliśmy ostatnią kroplę wody, pojawiły się pierwsze rozsiane z rzadka po dolinie zabudowania miasteczka Uis. Szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się większej miejscowości, ale i ta skromna mieścina dała nam ogromną radość oraz obietnicę porządnego odpoczynku.

W Namibii niemal w każdej miejscowości znajduje się przynajmniej jeden dobrze zorganizowany kemping, najczęściej z basenem i przyzwoitą restauracją. Tak też było w Uis. Szybko odnaleźliśmy sympatyczne miejsce i bez zastanawiania podjęliśmy jedynie słuszną decyzję o zrobieniu sobie przerwy na odpoczynek. Największą radość, poza widokiem basenu, sprawił nam nieograniczony dostęp do wody. Ku naszemu rozczarowaniu okazało się jednak, że woda z kranu nadaje się wyłącznie do mycia. Była tak słona, że nawet gotowanie, zrobienie herbaty i wrzucenie podwójnej porcji plusssza nie było w stanie zabić jej smaku. Jedynie przygotowywanego na niej ryżu nie trzeba było solić.

Na kempingu poza nami było zaledwie kilka osób, które zamieszkiwały pokoje, w związku z czym zewnętrzne toalety i prysznice mieliśmy do wyłącznej dyspozycji. Piaszczyste pole namiotowe porośnięte było z rzadka niewysokimi drzewami o rozłożystych koronach. Dawały one przyjemny cień, więc nawet w ciągu dnia, gdy słońce stało w zenicie, było tam relatywnie chłodno. To znaczy, że temperatura ledwie dochodziła do 40°C.

Day off w Uis

Nie chciałam nawet marzyć o tym, że w Uis moglibyśmy zrobić dzień odpoczynku. Starałam się nie dopuszczać tej myśli do siebie, żeby nie rozczarować się, kiedy mój mąż zarządzi wyjazd. Ale wbrew zamierzeniom nadzieja rozrastała się pod czaszką. Przejechaliśmy pustynię. Nigdy w życiu nie zrobiłam nie tylko tylu kilometrów, ale też nie jeździłam w tak ciężkich warunkach. Moim rowerowym maksimum dziennym przed wyjazdem było 57 km, dzisiaj zrobiliśmy 60 km po piachu i z deficytem wody.

Dwa dni jechaliśmy przez bezludzie. Nic się nie działo. Nic nie przyciągało wzroku, żaden dźwięk nie rozpraszał – poza trącymi o gorący piach oponami. Doskonale błękitnego nieba nie okraszał nawet jeden cumulus. Ani jednego źdźbła. Brak bodźców mnie paraliżował, gdziekolwiek spojrzeć – ten sam krajobraz, ta sama perspektywa. Człowiek zaczyna wierzyć, że pustynia nigdy się nie skończy, że zawsze już będzie trwał ten dzień świra. Miałam poczucie, że biorę udział w badaniach nad deprywacją sensoryczną. Nie wypadałam najlepiej. Na szczęście w telefonie miałam audiobooki, które okazały się skutecznym panaceum. Pamiętam, że słuchałam Kamienia księżycowego Wilkiego Collinsa.

Bolały mnie pośladki od ciągłych podskoków na tarce, w którą naturalnie przekształciła się szutrówka. Bolały mnie ramiona – potwornie. Tomek masował mi je w nocy, bo ból wybudził mnie ze snu. Ze zmęczenia od kilku dni wstawałam z zapuchniętymi oczami, co zdarza mi się tylko czasami i tylko w wysokich górach.

Szczerze mówiąc, dzisiejszy dzień szedł mi kiepsko. Pierwsze 20 km tarki zmasakrowało moje ramiona. Wpatrywałam się w licznik jak w wybawcę, prosząc o postój co 10 kilometrów. Wody ubywało, a ja robiłam się niespokojna. Dopiero tu odkryłam, jak zaczynają mnie ponosić nerwy z tej tylko przyczyny, że nie mam jej w nadmiarze. W domu nigdy bym tego nie doświadczyła. Wiedziałam, że zmęczenie jestem w stanie przemóc, ale na wyschnięte gardło nie znałam sposobu. Złościłam się na Tomka, że zwleka z decyzją o zatrzymaniu przejeżdżającego samochodu i poproszeniu pasażerów o wodę. Czułam, że ta złość dodatkowo zabiera mi energię. Dopiero widząc, że jestem wściekła, przystanął. Pierwszy pojazd, na jaki zamachaliśmy, zaopatrzył nas w dwa litry wody.

Wtoczyliśmy się do Uis. Kiedy po raz kolejny odpychałam od siebie myśl, że może jednak, może Tomek przystanie na jeden dzień bez pedałowania, usłyszałam:

– To co, Elżbietko? Zostajemy na dwie noce?

Łzy zakręciły mi się w oczach, niczego innego w tamtej chwili nie pragnęłam.

Cały dzień odpoczynku spędziłam w barze albo przy namiocie. Przejście z jednego do drugiego zajmowało może sześćdziesiąt sekund, ale zapamiętam je na całe życie. Nigdy wcześniej nie odczuwałam takiego bólu nóg. Miałam wrażenie, że ktoś poobijał mi uda grubym kijem i teraz przy każdym kroku mięśnie odrywają się od kości.

* * *

W pobliskim sklepie szukaliśmy produktów kalorycznych, lekkich i zajmujących jak najmniej miejsca. W naszym koszyku wylądowało suszone mięso i sery, które obydwoje bardzo lubimy, masło orzechowe, popularne słodkie suchary zwane ruski i ciemny chleb. Gorące danie mieliśmy jadać raz dziennie na kolację i składało się ono najczęściej z ryżu i warzyw z puszki. Żeby zwiększyć kaloryczność, czasami dodawaliśmy do niego suszone mięso albo żółty ser. Te produkty były stałymi pozycjami podczas wszystkich zakupów w Namibii, więc dla ułatwienia zrobiliśmy nawet podręczną listę w telefonie. Niekiedy dorzucaliśmy konserwę rybną, jednak najważniejszy ze wszystkich był dla nas biltong, czyli suszone paski mięsa, które roboczo nazywaliśmy „krową”. Krowa miała kilka niezaprzeczalnych zalet: była lekka, wysokokaloryczna, zajmowała niewiele miejsca, dawała się jeść zarówno na zimno, jak i na gorąco, nie psuła się w wysokich temperaturach i stanowiła świetną przekąskę do żucia nawet podczas jazdy. Jedyną wadą tego przysmaku była jego dość wysoka cena, ale i tak w przeliczeniu na dolarokalorie wypadała bardzo pozytywnie.

 

Dzień spędzony na leniuchowaniu i nawadnianiu organizmów korzystnie wpłynął na nasze samopoczucie i pozytywnie nastroił przed czekającymi nas kolejnymi dniami jazdy przez pustynię. Ogromną ulgę odczuły głównie nasze pośladki, które nieprzyzwyczajone do wyboistej drogi i nowych, nieułożonych jeszcze siodełek szczególnie mocno dostały w kość. Wystarczył tylko jeden dzień przerwy, by przynajmniej pierwsze 20 km następnego dnia jazdy nie czuć bólu i móc bez zaciskania zębów rozkoszować się nowymi krajobrazami, upałem i otaczającym nas kurzem. Okolica stała się bardziej urozmaicona, pojawiły się pagórki przetykane rudoczerwonymi skałami, dającymi oparcie dla zmęczonego równiną wzroku. Późnym popołudniem pod jedną z takich skał na niewielkim wzgórzu zauważyliśmy kilka małych domków, do których kierowała tabliczka z napisem „camping”.

Honey

– Mam na imię Honey – powiedziała kobieta o wielkim uśmiechu i przerwie między jedynkami. Kilka chwil później uzmysłowiłam sobie, że imię dobrze oddaje jej charakter: była łagodna jak miód. Ubrana w europejski strój i złote kolczyki podała nam zimne napoje i przysiadła się do małego drewnianego stolika. Ozohere Campsite, który prowadziła, był wspaniale usytuowany pod ogromnymi ostańcami w kolorze zachodzącego słońca. Jedno z tych wymarzonych miejsc właśnie na podróż poślubną…

Jestem z plemienia Herero – dodała. Widząc moje zainteresowanie, schowała się na moment za drzwi w ceglanej ścianie, po czym wróciła w tradycyjnej bufiastej sukni w zielono-białym kolorze. Jej głowę ozdabiał dziwaczny kapelusz w kształcie krowich rogów. Dotykając go, Honey wytłumaczyła: – Jesteśmy ludem pasterskim, krowy są dla nas najważniejsze.

Podobnie jak dla Himba, których widzieliśmy dzisiaj rano. To była dla mnie wielka niespodzianka – grupa ta żyje w północno-zachodniej części kraju, więc teoretycznie nie mieliśmy szans na spotkanie. Ale, jak widać, nie czują się przykuci do jednego miejsca. Zobaczyliśmy ich przy wyjeździe z Uis: dwie kobiety i mężczyznę. Kobiety Himba uznawane są za najpiękniejsze w Afryce. Smarują ciało i włosy czerwoną glinką wymieszaną z tłuszczem, włosy sklejają w grube, ciężkie dredy. Ubierają się w skórzane spódniczki, ogromną ilość koralików i bransolet, również na nogach, lśniące od glinki piersi pozostawiając odkryte. Głowa Himba jest jak tablica ogłoszeń: fryzura i ozdoby służą do informowania innych o ich stanie cywilnym. Dziewczynki, których włosy zaplecione są w warkoczyki przesłaniające twarz, nie są jeszcze gotowe do zamążpójścia. Co innego, kiedy grube warkocze odchylone są do tyłu. Mężatki zakładają na głowę skórzaną ozdobę embra. Takie właśnie kobiety spotkaliśmy dziś przy drodze.

Myślę o nich w kontekście spotkania z Honey, ponieważ Herero i Himba, różne od siebie jak kwiat gruszy od jej owocu, należą do tej samej grupy ludów Bantu. Ich drogi rozdzieliły się dopiero około 150 lat temu. Ci, których dziś znamy jako Himba, zostali na północy, Herero wyruszyli na południe i upodobnili się do niemieckich kolonizatorów (w latach 1884–1915 tereny obecnej Namibii znane były pod nazwą Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia). Kobiety zaczęły nosić podpatrzone u żon niemieckich misjonarzy obszerne, wiktoriańskie suknie, które zupełnie nie komponują się z upalnym klimatem tej części kraju. Obydwie grupy nadal mówią tym samym językiem herero, można więc stać się świadkiem uroczej konwersacji między półnagą Himba i skrytą pod warstwami tkaniny dostojną Herero.

Honey swoją suknię uszyła sama. Z tego, co mówi, nie tylko w tej dziedzinie życia musi być zaradna. Ma trójkę dzieci – dwóch chłopców uczęszczających do szkoły w Swakopmund i córeczkę, którą obecnie opiekuje się babcia. O mężu nie wspomina. Nie pytam, bo w Afryce często mężczyzna opuszcza rodzinę bez konsekwencji finansowych czy prawnych. Kobieta, jakby wyczuwając myśli błądzące po mojej głowie, opowiada o zmianach, jakie nastały po odzyskaniu przez kraj niepodległości.

– Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku wiele się w Namibii zmieniło na korzyść kobiet – mówi. – Możemy wreszcie dochodzić swoich praw w sądzie, mamy zapewnioną darmową pomoc prawną i adwokata z urzędu. Gdyby mężczyzna wypierał się dziecka, sąd kieruje go na badania genetyczne. W przypadku potwierdzenia ojcostwa przyznaje alimenty, które potrafi wyegzekwować. Nareszcie wszyscy mają równe prawa. Skończyły się czasy wyższości mężczyzn nad kobietami, tylko jeszcze nie wszyscy są tego świadomi – podsumowuje.

Byliśmy skolonizowani przez Niemców, potem przez RPA, teraz wreszcie rządzą nami nasi ludzie – Honey kontynuuje opowieść o kraju i zmianach, jakie w nim zaszły. – Ludzie, którzy znają naszą kulturę. Mamy wreszcie kobiety w parlamencie. Nareszcie jest równy układ, pół na pół, mówię o podziale ról między mężczyznami i kobietami. Mężczyźni czasami opuszczają kobiety, bo one nadal nie znają swoich praw. Ale w miastach mamy pracowników socjalnych, można do nich zadzwonić po pomoc. W mojej wiosce ja jestem kimś takim – dostaję telefony i esemesy z prośbą o radę. Jeśli to nie odnosi skutku, wzywamy pomoc z miasta.

Wioska Honey nazywa się Otjikakaneno, co znaczy „Czekając na”. Kobieta podkreśla, że jej język jest łatwy, sami możemy stwierdzić – po czym daje nam jego krótką lekcję. Okuhepa znaczy dziękuję, kora to cześć, a oniama – mięso. To ostatnie przykuwa moją uwagę, ponieważ brzmi niemal tak samo jak w suahili. Podpytuję ją o tradycje Herero.

– Jemy mięso i kwaśne mleko. Krowy, kozy, owce – tak. Springboka i kudu też, zebry nie. – Honey wykrzywia się z obrzydzeniem. – Zebry śmierdzą. Nie lubię też kurczaków. Teraz doprawiamy mięso przyprawami, ale jeśli ich nie ma, to tylko solą. Jadamy je każdego dnia: kiedy zabijesz krowę, masz zapas na cały tydzień. Rano troszkę mięsa i kwaśnego mleka, w ciągu dnia opieka nad krowami i kozami, w południe porządny posiłek. Wieczorem nie jemy mięsa, żeby w nocy nie mieć koszmarów. Uprawą roli się nie zajmujemy, to nie dla nas! Zresztą, po co to robić, skoro słonie i tak wszystko zniszczą? Przeszły tędy tydzień temu, łamiąc drzewka na terenie kempingu.

Tradycyjne wesele trwa cztery dni – kontynuuje Honey. – W czwartek zalotnik przybywa ze swoimi bliskimi do domu panny młodej, ale nie wolno mu się z nią spotkać. Rozbija obóz za jej domem i wraz z całą świtą na znak estymy dla dziewczyny przebywa w ciszy. Jeśli chcą się między sobą porozumieć, muszą szeptać. W piątek nad ranem przychodzi do domu wybranki prosić o nią na kolanach, co jest wyrazem szacunku. Starszyzna uzgadnia szczegóły zamążpójścia. Jeśli kobieta jest wyedukowana, trzeba za nią zapłacić nawet 10000 dolarów namibijskich[3] i dać trzy duże krowy. Rozgrywa się ciekawa scena: rodzina dziewczyny udaje, że nie chce krów od chłopaka i że w ogóle nie godzi się na to małżeństwo. Taka gra trwa jakiś czas, w końcu wprowadza się zwierzęta do zagrody, w której mieszka panna młoda, przechodzi do pertraktacji i uiszczenia opłaty. Wtedy rodzina młodego wycofuje się do swojego obozu i nadal przebywa w nim w ciszy.

Młodzi znają się wcześniej, spotykają, zdarza się, że już mają dzieci. Najczęściej przeprowadza się śluby w tradycji Herero w kościele, tylko w miastach załatwia się je w urzędzie.