Życie zmienia się, ale się nie kończy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przedtytułowa

Życie zmienia się, ale się nie kończy


Tytułowa

Ewa Chalimoniuk

Krzysztof Popławski OP

Elżbieta Sobkowiak

Życie zmienia się, ale się nie kończy.

Chrześcijańskie przeżycie żałoby

Wydawnictwo W Drodze, Poznań 2020

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2020

Redaktor prowadzący – Ewa Kubiak

Redakcja – Paulina Jeske-Choińska

Korekta – Agnieszka Czapczyk, Paulina Jeske-Choińska

Skład i łamanie – Stanisław Tuchołka • panbook.pl

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki – Krzysztof Lorczyk OP

Fotografia/grafika/rycina na okładce – Onésipe Aguado de las Marismas (ok. 1862 r.). Ze zbiorów Metropolitan Museum of Art (Nowy Jork, USA)

Fotografia (s. 2) – ELLIENELIE/unsplash

ISBN 978-83-7906-365-9

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Dedykacja

Pamięci Kasi

Część I Krzysztof Popławski OP

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kilka słów na początek i zakończenie…

Fundament jest (lub może być) znany, wystarczy sięgnąć do Katechizmu czy dobrego podręcznika eschatologii, a te poprowadzą nas do odpowiednich fragmentów Pisma Świętego i świadectw wiary Kościoła. Czytając zamieszczone w tej książeczce odpowiedzi, pamiętajmy, proszę, o tym fundamencie. Czasem będę o nim mówił wprost, a czasem nie. Chcę spróbować swoimi słowami (to nie znaczy wcale, że będą inne od tych, które słyszeliśmy dotąd) odpowiedzieć na nurtujące nas pytania. To jest rozmowa i spróbujmy ją razem podjąć. Punktem wyjścia są nasze doświadczenia, wobec których słowa bywają bezsilne i bardzo wtedy potrzebujemy milczącej obecności tych, których kochamy, i tych, którzy kochają nas. Pamiętajmy, proszę, o tym milczeniu, kiedy będziemy rozmawiać. W tej książce powinno być sporo pustych stron, jako znaku potrzeby, a czasem konieczności milczenia.

Jakie szczególne elementy z naszego fundamentu będą moim światłem, drogowskazem, pocieszeniem, zatrzymaniem? Na czym będę budować moją refleksję?

Przede wszystkim na tajemnicy życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, na którą odpowiadam i która ukonkretnia się w moim życiu przez wiarę, miłość i nadzieję. „W wierze najbardziej miłuję nadzieję, mówi Bóg” (Charles Péguy). Dzieje się to w Kościele założonym przez Jezusa dla nas. To w wierze Kościoła wyznajemy: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen”. Amen, czyli: niech się tak stanie.

Dalej, opieram się na całym słowie Bożym. Teraz szczególnie myślę o fragmentach: „Według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy” (2 Kor 5,7)[1], „Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi” (Hbr 12,2) i o słowach Jezusa: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25).

Czerpię także z liturgii i sakramentów Kościoła, zwłaszcza chrztu i Eucharystii, oraz ze słów prefacji pogrzebowej: „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”.

W kwestii spraw ostatecznych i eschatologii, jako teologicznej refleksji o nich, szczególne znaczenie ma metoda negatywna, to znaczy, że łatwiej powiedzieć, czym coś nie jest, niż czym jest. Jest to właściwie próba ustalenia granicy obszaru, poza którym – jak zapewnia i poucza nas wiara – coś się znajduje, ale my nie bardzo wiemy co.

Ani Pismo Święte, ani teologowie nie rzucają wystarczającego światła, by można było w pełni opisać przyszłe życie po śmierci. Chrześcijanin powinien mocno przyjąć dwa istotne punkty. Z jednej strony powinien wierzyć w zasadniczą ciągłość, jaka zachodzi dzięki mocy Ducha Świętego między obecnym życiem w Chrystusie i życiem przyszłym (miłość jest prawem Królestwa Bożego i właśnie nasza miłość tu, na ziemi, będzie miarą naszego uczestnictwa w chwale Nieba). Z drugiej natomiast strony chrześcijanin powinien dobrze zrozumieć, że istnieje wielka różnica między życiem obecnym i przyszłym, ponieważ ekonomia wiary ustąpi ekonomii pełnego światła: będziemy razem z Chrystusem i „ujrzymy Boga” (por. 1 J 3,2). Na tych obietnicach i przedziwnych misteriach opiera się w sposób istotny nasza nadzieja. Jeśli nie może dotrzeć tam nasza wyobraźnia, to nasze serce lgnie tam spontanicznie i całkowicie (Kongregacja Nauki Wiary, List do biskupów o niektórych zagadnieniach dotyczących eschatologii).

Pamiętając więc, że o sprawach ostatecznych nic ostatecznego powiedzieć nie możemy, pomódlmy się na początku słowami znanej nam modlitwy:

O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy. Zachowaj nas od ognia piekielnego. Zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

[1] Cytaty z Pisma Świętego za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2003.

Gdy przychodzi śmierć

Dlaczego Bóg godzi się na cierpienie?

Nie wiem, czy Bóg godzi się, czy też nie godzi się na cierpienie. Wiem, że dla mojego życia przyjęcie i przeżycie napotkanych trudności i cierpień jest absolutnie kluczowe, oraz wierzę, że Bóg w Jezusie Chrystusie bierze udział w moim cierpieniu i bierze je na siebie, przemieniając na krzyżu.

Cierpienie jest częścią ludzkiego życia, można powiedzieć, ludzkiej kondycji. Są cierpienia fizyczne i są cierpienia duchowe (które mogą prowadzić zarówno do śmierci fizycznej, jak i duchowej). Niektórzy mówią, że cierpienie uszlachetnia, pomaga dojść do dojrzałości czy też odkrycia, co jest w życiu najważniejsze. Tak mogą mówić tylko ci, którzy cierpią, a nie ci, którzy próbują ich pocieszyć czy wytłumaczyć cierpienie i jego sens. Czasem pocieszanie bądź tłumaczenie tylko pogłębiają cierpienie. Przekonał się o tym Hiob, otoczony przez przyjaciół, którzy tak naprawdę czynili jego cierpienie dotkliwszym przez przemądrzałe formuły, próby obrony Boga i udowadniania winy Hioba. Dotknięty cierpieniem, nie potrzebował dowodów ani obrony Boga, któremu ufał do tego stopnia, że mógł powiedzieć: „Choćby mnie zabił, będę Jemu ufał” (Hi 13,15).

Hiob mówi, że życie ludzkie podobne jest do bojowania (por. Hi 7,1). Cierpienie występuje w życiu, a my mamy je przeżyć. I przeżyjemy je na pewno, a dla tych, którzy będą żyli w Bogu, po śmierci nie będzie więcej cierpienia. Bóg istnieje i jest w tym cierpieniu obecny. Wierzę, że On nie chce naszego cierpienia i dlatego jest w nim razem z nami.

Oczywiście nie chodzi o „cierpiętnictwo”, bierne przyjęcie cierpienia, chociaż niektórzy mogą tak je przeżywać w duchu pokuty, zadośćuczynienia, ofiary. Mamy prawo szukać naturalnych środków do jego usunięcia (np. lekarstwa, terapia) i możemy modlić się o uzdrowienie.

Ważną kwestią w kontekście cierpienia jest nasza obecność przy tych, którzy cierpią. Chodzi o obecność pełną cierpliwości i miłości. Jan Paweł II w liście apostolskim o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia Salvifici doloris pisze: „Te słowa o miłości, o uczynkach miłości związanych z ludzkim cierpieniem, pozwalają nam raz jeszcze odkryć samo odkupieńcze cierpienie Chrystusa u podstawy wszystkich ludzkich cierpień. (…) Chrystus nauczył człowieka równocześnie świadczyć dobro cierpieniem – oraz świadczyć dobro cierpiącemu. W tym podwójnym aspekcie odsłonił sens cierpienia do samego końca”.

Dlaczego śmierć istnieje?

Często myślimy o śmierci jako o karze za grzech i ten wątek jest obecny w Piśmie Świętym i nauce Kościoła. Niemniej warto – zaczynając lekturę od Księgi Rodzaju – uświadomić sobie, że człowiek prawdziwie i wiecznie żyje dzięki Bogu, nawet jeśli jego ciało obumiera. Jesteśmy prochem, w który Bóg tchnął życie. Natomiast grzech wprowadza zerwanie więzi z Bogiem, śmierć duchową oraz lęk przed śmiercią fizyczną. Gubiąc więź z Bogiem, otwieramy w sobie przestrzeń śmierci już teraz: „Śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących. (…) Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 1,13; 2,24). To, co nazywane jest dramatem śmierci, ma swoje źródło w grzechu. Chodzi o sposób przeżywania śmierci, bólu i cierpienia, doświadczenie zerwania i dojmujący lęk przed śmiercią: „Doświadczenie śmierci może być skutkiem grzechu; przeżywane jest bowiem jako bezsensowne, ciemne przerwanie życia, jako podejrzana, przerażająca, podszyta strachem rzeczywistość” (Gisbert Greshake).

Jezus przeszedł przez doświadczenie ludzkiej śmierci i z tego powinniśmy czerpać nadzieję i siłę: „Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” (Rz 6,8–11).

Śmierć staje się momentem, w którym szczególnie sprawdza się nasza wiara, jej zakorzenienie i głębia. Przez śmierć do życia można przejść dzięki wierze i przez wiarę. Dla człowieka, który jest blisko Boga, nie ma nieodpowiedniego czasu śmierci, śmierć nigdy go nie zaskoczy. Jakimś odblaskiem tego przekonania jest przyrównanie śmierci do snu, które pojawia się na przykład w liturgii pogrzebowej: „Nasz brat zasnął i obudzi się do życia wiecznego”.

 

Śmierć fizyczna od momentu grzechu pierworodnego jest więc czymś wpisanym w ludzką naturę, co oczywiście nie osłabia jej tragizmu. Przeraża nas widok umierającego ciała, zanik pamięci, kruchość życia. To także sprawdzian naszej wiary: umieramy po to, by żyć w Bogu, a nie żyjemy po to, by umierać w ciemności i samotności.

Widzimy i doświadczamy tego, że perspektywa śmierci potrafi obudzić w nas refleksję i pozwala docenić życie nasze i naszych bliskich. Mówi się, i bardzo często się to sprawdza, że jakie życie, taka śmierć. W bardzo konkretny sposób przez miłość i spełnione życie oswajamy śmierć, przygotowujemy się do niej, by z akceptacją i w spokoju przyjąć czas naszego odejścia ze świata. W pewnym sensie to my decydujemy, czym jest dla nas śmierć, bo dzięki wierze traktujemy ją jako realne spotkanie z Bogiem i bliskimi, którzy odeszli

przed nami.

Czy Bóg jest dobry, skoro dopuszcza śmierć tragiczną lub przedwczesną?

Gdzie jest Bóg? – pytamy w różnych sytuacjach. Czasem to pytanie wyraża dystans i zaraz pada odpowiedź filozoficzna z odcieniem wyższości: „Jeżeli tyle zła jest w świecie, to Boga nie ma”. Zadajemy je również wobec śmierci tragicznej – kiedyś w takiej sytuacji usłyszałem, że „Bóg o nas zapomniał”. Czasem jest to pytanie zrodzone z bólu, kiedy tragedia własna lub czyjaś jest tak wielka, że nie ma możliwości zrozumienia i odpowiedzi. Jest ciemność i rozpacz.

Po pierwsze, trzeba odczarować śmierć. Często w tego rodzaju pytaniach jest ukryte założenie, że śmierć jest czymś najgorszym, co nas spotyka. Oczywiście znamy przykłady tragicznych, okrutnych śmierci. Właściwie codziennie jesteśmy informowani o wypadkach, każdy z nas znał kogoś, kto zginął nagle lub umarł, jak to mówimy, za wcześnie. A z drugiej strony, jak już wspomniałem, dla kogoś, kto jest blisko Boga, każdy czas jest odpowiedni, by spotkać się ze śmiercią, czyli z Bogiem w nowym życiu.

Nie wiem, czy Bóg chce tych tragicznych śmierci. Nie mógłbym powiedzieć ze spokojem, jak niektórym się to zdarza: „Bóg tak chciał”. Czasem myślę, że Bóg wcale tak nie chciał, i nie wiem, dlaczego do tego wszystkiego dopuścił. Oczywiście pojawia się pytanie odnośnie do Jego wszechmocy, ale nie miejsce i czas, by je tutaj podejmować. Teolodzy porządkują i próbują opisać to, co jest związane z wolą Bożą i naszym życiem, ale to tylko próby: „Teologia uczy, że wola Boża objawia nam się nie tylko przez przykazania i rady, ale także przez zdarzenia zamierzone lub co najmniej dopuszczone przez Boga. W istocie nie dzieje się nic, czego Bóg by nie chciał (jeśli jest to dobro) lub nie dopuścił (jeśli jest to zło)” (Reginald Garrigou-Lagrange OP)[1].

Wierzę, że Bóg jest we wszystkim, co się zdarza. Jednak powiedzieć, że Bóg tak chciał, w sytuacji, kiedy topi się czwórka rodzeństwa czy kiedy jacyś szaleńcy zabijają setki dzieci w Biesłanie, jest jakimś głębokim nieporozumieniem. Dlatego gdy słyszę te słowa czy też widzę taki napis na cmentarzu, coś się we mnie często buntuje. Przecież mówiąc tak, zgadzałbym się na okrucieństwo Boga czy może – bezpieczniej – na Jego bezmyślność. Czy Bóg chciał śmierci dzieci, które paliły się żywcem w Indiach bądź zostały zadeptane w Chinach przez swoich rówieśników spieszących na ceremonię wciągnięcia flagi? Bóg wcale tego nie chciał. To człowiek przez swoją bezmyślność spowodował coś, co przynosi cierpienie ludziom i Bogu. I nie jest to marne usprawiedliwienie Boga, Bóg nie potrzebuje usprawiedliwienia. To człowiek potrzebuje usprawiedliwienia, a właściwie oczyszczenia i przebaczenia za błędy i zło przynoszące cierpienie innym. Dobro Boga nie decyduje o bezsensownej śmierci, na przykład kogoś, kto jedzie samochodem 200 km na godzinę. To często brak Boga, miłości i szacunku do życia o niej decyduje.

Bóg, tak jak był w umierającym na krzyżu Jezusie, jest pośród cierpiących, odrzuconych, zabitych. To stanowi Jego moc: przyjęcie i przemiana słabości świata i człowieka przez przebaczenie i miłość. Czasem, jak w Ewangelii, ktoś dostępuje łaski uzdrowienia, ocalenia, ale nie wszyscy (wręcz niewielu) i nie zawsze (wręcz rzadko). Bóg, który jest, był i przychodzi, jest w każdym czasie i ponad tym czasem (por. Ap 1,8).

Gdzie zatem jest Bóg? Pismo Święte odpowiada: „(…) musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć (…) będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mt 16,21). I w tych słowach z Ewangelii św. Mateusza odnajdujemy odpowiedź na pytanie Leśmiana: „Mów, co czynisz w tej godzinie,/ Kiedy dusza moja ginie?/ Czy łzę ronisz potajemną,/ Czy też giniesz razem ze mną?”. Jezus odpowiada: ginę, abyś żył i zmartwychwstał.

Jak się modlić, gdy umiera ktoś bliski?

Tak się modlić, jak się kocha, czyli z całego serca, umysłu i siły. A kiedy trzeba, musimy także umieć się modlić – właśnie z miłości i z miłością – o dobrą śmierć, o ulżenie w cierpieniu.

Jeśli kochamy, to znaczy, że chcemy dobra dla kochanej osoby. To oznacza, że będziemy modlić się zarówno o cud uzdrowienia, jak i o dobrą śmierć. I gdy nastąpi ten moment, pozwólmy umierającemu odejść. Więź miłości między ludźmi potrafi nieraz w tajemniczy sposób sprawić, że umierający zatrzymuje się na granicy przejścia przez śmierć – kiedy zbyt rozpaczamy, roztaczamy życzeniowe myślenie o zdrowiu i przekonujemy go, że „wszystko będzie dobrze”.

Czasami, gdy patrzymy na cierpienie kogoś bliskiego, pojawia się myśl, że lepiej, by umarł, by skończyło się cierpienie, jego i nasze. Doświadczamy wówczas poczucia winy, możemy sądzić, że to egoistyczne. Pamiętajmy, że w miłości nie ma nic złego w takiej myśli. Możemy prosić o dobrą śmierć, czasem tylko to nam tak naprawdę pozostaje.

Inna modlitwa, którą bliskość śmierci intensyfikuje, dotyczy tego, by ktoś umarł pojednany z Bogiem i z innymi ludźmi. Brak pojednania przynosi dodatkowe cierpienie tym, którzy pozostają.

Mój przyjaciel parę dni przed śmiercią napisał: „Dzisiaj przyjąłem sakrament chorych, wyspowiadałem się i przyjąłem komunię świętą. Był mój proboszcz. Nie mogę już prawie wychodzić z domu. Mam kolejne duże zmiany i przerzuty na mózg. Dostałem steryd, więc mogę patrzeć i pisać. Inaczej mam rozjechany obraz i leżę z zamkniętymi oczami. Wszelkie leczenia zakończyły się wczoraj. Już tylko niwelowanie tzw. dolegliwości. Jeszcze może tylko naświetlanie mózgu, żeby ulżyć. Z jednej strony jestem z tym wszystkim pogodzony. Z drugiej strony, niezależnie od mojego pogodzenia, nie przestanę żebrać o cud. Jak kobieta, co się uwiesiła płaszcza. Jak ten, co powiedział: Panie, nie jestem godzien. Wesprzyj mnie, proszę, w tych dniach”.

Wspieramy umierających przez obecność i modlitwę, a także przez pozwolenie im, by odeszli godnie i w spokoju.

Jak mówić dzieciom o śmierci?

Przede wszystkim nie bać się rozmawiać z dziećmi o śmierci. I wcale nie trzeba czekać na śmierć kogoś bliskiego, by o tym mówić. W codzienności mamy wiele możliwości, by poruszyć ten temat: zmiany pór roku i obumieranie roślin, śmierć zwierząt, informacje o śmierci w telewizji. Mamy mówić o tym naturalnie i prosto.

Nie należy także bać się okazywania własnych emocji, łez wobec śmierci. Psycholodzy dziecięcy wskazują, że dzieci rozumieją świat obrazowo. Można więc opowiadać im, że zmarła osoba poszła na spotkanie z Bogiem, patrzy na nas. Nie ma jej przy nas, ale jest wciąż obecna i nam pomaga. Byłem wielokrotnie świadkiem, jak dorośli ludzie, którzy jako dzieci stracili najbliższe osoby, wspominali zmarłych z przeświadczeniem szczególnej ich obecności i opieki nad nimi w tym życiu. Wynikało to zarówno z doświadczenia życiowego, jak i z zakorzenionej w dzieciństwie wiary w obecność bliskich zmarłych w naszym życiu.

Wcale nie trzeba chronić dzieci przed widokiem osób zmarłych. Jerzy Pilch w swojej biografii wspomina o tym, że od najmłodszych lat, w protestanckiej Wiśle, uczestniczył z babcią w czuwaniach przy otwartej trumnie i było to częścią oswajania się ze śmiercią i jej obecnością w codzienności ludzkiego życia.

Należy też pamiętać, że w tym spotkaniu dziecka ze śmiercią chodzi nie tylko o rozmowę. Gdy dziecko doświadcza braku kogoś bliskiego, traci ono poczucie bezpieczeństwa. W takiej sytuacji bliskość fizyczna, przytulenie, zainteresowanie dzieckiem są nieodzowne. Nie można zakładać – bo to fałszywe założenie – że dziecko nie rozumie. Nawet jeśli nie rozumie tak jak my, to odczuwa bardzo na poziomie emocji. Czasem dorośli zamykają się we własnym bólu i nie zwracają na dziecko uwagi. Tymczasem możemy pomóc jemu i sobie przez wspominanie zmarłych, przypomnienie sobie radosnych momentów i tego, za co możemy być wdzięczni.

W obszarze wiary pocieszeniem dla dziecka może być powiedzenie, że bardzo chcemy spotkać się z naszymi zmarłymi w niebie oraz że pomagamy im już teraz w modlitwie i przez ofiarowanie Eucharystii, aby mogli mieć pełne szczęście w Bogu. Dziecko, które widzi, że obszar wiary, modlitwy i liturgii jest ważny dla bliskich, potrafi to przyjąć, przynajmniej na jakiś czas, jako wystarczające wytłumaczenie.

[1] Dodatkowe światło na ten temat rzuca Katechizm Kościoła katolickiego, w którym czytamy: „Dlaczego jednak Bóg nie stworzył świata tak doskonałego, by żadne zło nie mogło w nim istnieć? W swojej nieskończonej mocy Bóg zawsze mógłby stworzyć coś lepszego. W swojej nieskończonej mądrości i dobroci Bóg chciał jednak w sposób wolny stworzyć świat »w drodze« do jego ostatecznej doskonałości. To stawanie się dopuszcza w zamyśle Bożym pojawianie się pewnych bytów, a zanikanie innych; dopuszcza obok tego, co najdoskonalsze, także to, co mniej doskonałe; obok budowania natury, również zniszczenia. Obok dobra fizycznego istnieje zatem także zło fizyczne tak długo, jak długo stworzenie nie osiągnie swojej doskonałości.

Aniołowie i ludzie – stworzenia rozumne i wolne – muszą zdążać do swego ostatecznego przeznaczenia przez wolny wybór, a przede wszystkim przez miłość. Mogą więc błądzić. Istotnie, popełnili oni grzech. W ten właśnie sposób zło moralne weszło w świat; jest ono nieporównanie większe od zła fizycznego. Bóg w żaden sposób, ani bezpośrednio, ani pośrednio, nie jest przyczyną zła moralnego. Dopuszcza je jednak, szanując wolność swego stworzenia, i w sposób tajemniczy potrafi wyprowadzić z niego dobro: »Bóg wszechmogący (…) ponieważ jest dobry w najwyższym stopniu, nie pozwoliłby nigdy na istnienie jakiegokolwiek zła w swoich dziełach, jeśli nie byłby na tyle potężny i dobry, by wyprowadzić dobro nawet z samego zła« (św. Augustyn)” (KKK 310–311).

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?