Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemnościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elżbieta Sidorowicz

Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności


ISBN 978-83-8116-806-9


Copyright © by Elżbieta Sidorowicz, 2019

All rights reserved Redakcja Agnieszka Czapczyk Projekt okładki i stron tytułowych Elżbieta Sidorowicz Opracowanie graficzne i techniczne Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Życie jest jak pudełko czekoladek.

Nigdy nie wiesz, co ci się trafi.

Forrest Gump, reż. Robert Zemeckis

Oleńce

Jest czas śmierci, czas życia i czas miłości. Jest czas siania i czas zbierania tego, co zasiane. Czas pisania i czas czytania tego, co napisane. Jest czas prawdziwy i czas opowieści, a oba przenikają się nawzajem. Nie sprawdzaj czasów, nie szukaj czasów, podążaj za nimi. Czas jest ponad nami wszystkimi i ponad tą historią. Nie zawsze się zgadza i nie wiń go za to. Czas jest w nas. W Tobie i we mnie. Podaruj sobie ten czas.

Choć akcja książki rozgrywa się w ramach ściśle określonych lat, często wplecione są w nią wydarzenia i nawiązania do lat znacznie późniejszych. To celowy zabieg autorski — przywołuję i wplatam w akcję te momenty, dzieła, powiedzenia, które mogą ją wzbogacić. Szkoda pozbawiać książki odniesienia idealnie pasującego do treści tylko dlatego, że w czasach, o których piszę, wydarzenie to nie zdążyło jeszcze zaistnieć. Za to zaistniało później i jest w pamięci ludzkiej, więc wykorzystuję je. Nie bądźmy niewolnikami czasu. Niech będzie ponad nami. Ponad tą opowieścią.

PROLOG

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam ten dom, cały był w liszajach i purchlach od łuszczącej się farby, jego okna przypominały wystraszone oczy, a z wszystkich rynien ciekła woda w najmniej oczekiwanych miejscach. Padał deszcz.

Siedzieliśmy wszyscy troje ­— tata, mama i ja — w samochodzie stojącym pod przekrzywioną bramą i patrzyliśmy na zrujnowaną fasadę.

— Czy nie macie wrażenia, że wygląda to jakoś… no… głupio? — spytała mama.

Istotnie, dom wyglądał dość idiotycznie. Przed nim był niewielki placyk, sprawiający wrażenie bardzo zaniedbanego podjazdu, dookoła pętelka drogi. Z obu stron rosły dwa ogromne, czarne świerki. Po kilku pokruszonych schodach wchodziło się na ganek objęty parą zgrabnych kolumienek, które niczego nie podtrzymywały. Na zdrowy rozum powinien być nad nimi jakiś balkonik, tympanon, daszek czy cokolwiek innego, ale na ich kapitelach leżała tylko płaska płyta i na niej rosło małe drzewko. Wyżej nie było nic — żadnego piętra, żadnej mansardy w dachu ani w ogóle żadnego dachu, to znaczy był, ale zupełnie płaski. Wszystko razem stanowiło jakiś przedziwny wybryk architektoniczny.

— Wygląda tak głupio, bo prawdopodobnie spaliło się całe piętro — powiedział zdecydowanie tata po dłuższym milczeniu. — A potem przykryli resztę płaskim dachem, byle jak, aby się tylko na łeb nie lało. — Tata otworzył drzwi i wyszedł prosto w deszcz.

— Weź parasolkę — zawołała mama, wychodząc równie szybko. — Ania, masz kalosze?

— Mam. Parasolkę też. Daj spokój, ledwie kropi.

Staliśmy wszyscy troje przed bramą. Tata już dzwonił. Bardzo długo nic się nie działo, potem otworzyły się drzwi i po schodkach skuśtykała obszarpana i zgięta wpół staruszka o prezencji Baby Jagi i to tego najgorszego sortu, z gatunku tych, którymi straszy się dzieci. To znaczy kiedyś się straszyło.

Dotarła do furtki i dłuższą chwilę mocowała się z kluczem, wysłuchując bez słowa naszych powitań i wyjaśnień, że my właśnie z ogłoszenia w sprawie kupna domu. Na brodzie i pod nosem rosły jej czarne, szczeciniaste włoski.

Furtka wreszcie się poddała, a my wtargnęliśmy na teren, oglądając się, czy do nogawek nie dopada nam aby jakiś pies, ale nie, psa nie było. Staruszka coś mówiła, tata rozglądał się dokoła z wyrazem twarzy zupełnie nieobecnym, wreszcie wpadł jej w słowo w miejscu najmniej oczekiwanym. Wiem, że w ogóle nie słuchał.

— Pani pozwoli, że zanim wejdziemy do środka, trochę rozejrzymy się tu, na zewnątrz.

Jaga, mamrocząc, cofnęła się do domu, my zostaliśmy na mokrej trawie. Z ciężkich, iglastych łap świerków kapała woda.

— Dobrze, zobaczymy to teraz od drugiej strony — rzucił tata.

Z tyłu dom wyglądał prawie tak samo, nawet miał odpowiednik ganeczku w postaci niewielkiego tarasu umieszczonego centralnie. Po obu stronach były okna, z boku drugie wejście, kuchenne, z resztką zachowanych podcieni — dokładnie mówiąc, dwa filarki łączone łukiem i łukowato sklepione. Jeszcze małe, okrągłe okienko, nisza w murze, jakaś mosiężna klamka o idealnie czystych proporcjach — więcej nie trzeba było nic oglądać. Ten dom to nie był jakiś tam tuzinkowy klocek bez duszy, panował w nim przytłumiony klimat, to coś nienazwanego, co decyduje o prawdziwym pięknie. No, może pięknie przeczuwanym.

— I jeszcze obejrzyjmy sobie ogród.

Obejrzeliśmy sobie. Z prawej strony mały sad, o niskich, artretycznie powykręcanych drzewach, których gałęzie kładły się prawie na trawę, pośrodku coś, co można by było nazwać trawnikiem, gdyby nie to, że sięgało grubo powyżej kolan i składało się w głównej mierze ze skłębionego zielska, perzu, mleczy, ostów i jakichś zdziczałych krzaków. Łąka ta, przegrodzona w pewnym miejscu siatką, ciągnęła się jeszcze dalej, aż opierała się na koniec o ciemną, fioletowo-niebieską, parującą w deszczu ścianę Lasu Kabackiego. Z lewej strony, już poza terenem posiadłości, widniał dość duży dół, jakby pozostałość stawu, teraz też zarośniętego całkowicie chaszczami i młodymi brzózkami.

— Aha, romantyczne bajoro też tu było — mruknął tata jeszcze w zamyśleniu, po czym odwrócił się do nas. — No więc jestem już prawie pewny, że to dawny dworek lub fragment folwarku byłych właścicieli okolicznych ziem. Myślę, że można to datować mniej więcej na lata dwudzieste XX wieku, wtedy była moda na polskie dworki z kolumienkami. Ten podjazd z przodu, to jeziorko z tyłu, to, że dochodzi się tu jakby aleją… Zwróciłyście uwagę? Droga prowadzi do tego domu, dawniej pewnie tak było, grunta ciągnęły się od obecnej ulicy Puławskiej aż do lasu. Potem wszystko rozparcelowano, podzielono na działki, te wszystkie domy po obu stronach drogi powstały już po wojnie… Spalił się, może w czasie wojny, przykryli byle jak i tak to zostało…

— W środku może być ruina — ostrzegła mama.

— Może. Ale nie musi. Zaraz zobaczymy.

— Obawiam się, że cywilizacja tutaj nie sięga. — Mama nie dawała się przekonać. — Widziałam studnię na podwórzu.

— No to co — wtrąciłam się — ze studni jest bardzo dobra woda…

— Już nawet widzę, jak ją nosisz…

Tata zniecierpliwił się.

— Proszę was. Obejrzyjmy to wszystko dokładnie.

— I Ania będzie miała potworny kawał do szkoły.

— Mamo, proszę.

— Te świerki… — powiedział cicho tata. — I spalił się… Dwór w Kielanach.

…Pamięć i mgła, puste łąki… Jakby się nagle wyłonił z oceanu czasu, z niebytu… Świerki po bokach, splątana trawa, jak przez łzę. Łza w gardle, gęsia skórka z boku policzków. Wiem, że oni czują to samo… Co czuł mój tata? Mój tata romantyk, pragmatyk, architekt, do którego przyszło znienacka utracone marzenie?

— Dobrze, zobaczmy ten środek — powiedział.

Środek zaskakiwał olbrzymią przestrzenią, ale, co tu ukrywać, wyglądał dość obskurnie. Wprost z ganku wchodziło się do dużej sieni, po prawej stronie była kuchnia w kształcie litery L, z wyjściem na arkadki i boczne schodki, po lewej wąski korytarzyk prowadził do pokoju, z którego przechodziło się do następnego i jeszcze następnego, a z niego znów do wąskiego pomieszczenia przy kuchni i do kuchni. W ten sposób można było cały dom obejść wkoło. W sieni z prawej strony, za wejściem do kuchni, była niewielka łazienka, z lewej z kolei, za korytarzykiem, schody na górę donikąd, bo piętra nie było. Z sieni na wprost — wejście do głównego pokoju, a z niego też na wprost — na taras. W pokojach farba klejowa: wściekły oranż w srebrny wzorek, w kuchni farba olejna w kolorze kociego gówna, a powyżej beżowa farba w zielony rzucik. Zaschło mi w ustach. W ogóle nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można egzystować w takich kolorach. Widocznie Jaga umiała.

Ale dom był wielki, pokoje przestronne, wysokie i jasne, mury solidne, na podłodze parkiet i deski, a pod całością obszerne piwnice. W jednej z nich urządzona była kotłownia z bardzo porządnym piecem węglowym centralnego ogrzewania.

— A gaz? — spytał tata.

Jaga wyraźnie się stropiła. Gazu nie ma. Wody też nie ma.

— Jak to? — Mama osłupiała. — W ogóle?

Była, owszem. Wszędzie w okolicy były studnie, ale ostatnio pobudowano studnie głębinowe, które obniżyły poziom wód gruntowych. Większość studni wyschła.

— I ta akurat też?

— Tak.

— To skąd pani bierze wodę?

— Sąsiedzi mi przynoszą po wiaderku… Ale tu ma być doprowadzona woda z sieci miejskiej, już zawiązał się komitet.

 

Po wiaderku jej przynoszą… Boże. Przynajmniej zrozumiałe się staje, czemu tu taki straszny brud… A ta Jaga w sumie biedna. Co ma robić? Ale ten srebrny rzucik…

— Tylko spokojnie — powiedział tata, wyraźnie rozkojarzony. — Zaraz. Myślę, że musimy się naradzić. Obejrzeliśmy wszystko, zastanowimy się i w ciągu kilku dni damy pani odpowiedź. Ma pani telefon?

A nie, telefonu to tu nie ma…

— Oszaleliście. Oszaleliście oboje. — Mama bez przerwy wstawała i siadała, wymachując w dodatku rękami. Może nie tyle wymachiwała — były to ruchy dość systematycznie się powtarzające, sprawiające wrażenie ćwiczeń gimnastycznych.

— Kochanie, proszę cię, usiądź — poprosił tata — i zaniechaj na chwilę tego callaneticsu. Posłuchaj — jeśli rzeczywiście oszalałem, to nie do końca. Sprawdziłem wszystko dokładnie. Tam rzeczywiście ma zostać doprowadzona woda z sieci miejskiej, rozmawiałem z prezesem komitetu osiedlowego, czy też ulicznego, bo to tam idzie ulicami. Woda będzie pewnie jeszcze w tym roku. Poza tym utworzył się też komitet gazowy, główna nitka już jest w trakcie budowy, najdalej na wiosnę, no, może w lecie w przyszłym roku będzie i gaz. W tej chwili kupujemy to po cenie ruiny, za rok będą wszelkie wygody. Przyrzekam. Czyli właściwie chodzi o to, by przetrwać w niewygodzie jeden rok. Niewygoda będzie istotnie, bo jednocześnie zrobimy remont, ale powiedzcie, czy nie warto się pomęczyć, w sumie dość krótko, by potem cieszyć się wygodnym życiem w ładnym domu, na tyle daleko od centrum, by nie słyszeć zgiełku miasta, a na tyle blisko, by nie odczuwać uciążliwości związanych z dojazdami?

— Właśnie, dojazdami. Ania ma liceum dokładnie po drugiej stronie Warszawy, zdaje się, że tego oboje nie zauważyliście?

— Owszem, zauważyliśmy. — Tata uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten uśmiech. — Ale mamy samochody, a Ania jest właśnie na kursie prawa jazdy. Jadąc do biura rano, będę ją podwoził, wracać będzie już sama. A potem może brać wartburga, bo naszych samochodów to póki co może raczej nie… W każdym razie aż do momentu, gdy nabierze wprawy.

Dostawczy wartburg — weteran. Już widziałam radość moich kumpli, gdybym nim podjechała pod szkołę…

— Słuchaj, Andrzej. Ja wszystko rozumiem — powiedziała mama, znów podnosząc się, tym razem by przygotować kolację. — Widzę, że dom ci się podoba, zdaję sobie sprawę z tego, że to jest okazja, tylko właśnie przeraża mnie, że to taka nieucywilizowana ruina… I wiesz, zbierz wszystkie wydatki do kupy — kupno tego ósmego cudu świata plus remont i rozbudowa, plus oczywiście partycypacja w kosztach doprowadzenia wody i gazu, bo miasto nie będzie tego przecież do końca finansowało, plus co tam jeszcze…

— Kupno koksu i węgla na jeden sezon — dodał tata i znów się uśmiechnął.

— I dwóch wiaderek na wodę — dodałam.

— Aniu, a jak tobie podoba się ten dom?

— Jest świetny.

…Ten dom, jak pieczęć położona na życiu. Skąd mogłam wiedzieć? Zdradź Bogu swoje plany, gdy chcesz Go rozbawić bez granic.

Rodzice po pertraktacjach z Jagą doszli do kompromisu satysfakcjonującego obie strony — konsensusu, jak to nazwał tata — i na początku czerwca staliśmy się dumnymi posiadaczami nadpalonego dworku w ruinie, ze świerkami i ogrodem zdobnym w wybujałe chwasty i kępy łopianu.

Tata oszalał rzeczywiście. Runął do deski kreślarskiej, każdego dnia po powrocie z pracy aż do późnych godzin nocnych tkwił przy rajzbrecie, opracowując projekt nowej miłości swego życia. Zresztą, co tu ukrywać, naszej wspólnej miłości. Ten dom naprawdę miał w sobie coś. Trudno to nazwać słowami.

Pamiętam chwilę, na samym początku zmagań, gdy tata na niewielkiej kartce naszkicował cienkopisem, tą swoją cudowną, absolutnie bezbłędną kreską, której mu zawsze zazdrościłam, rysunek domu. Patrzyłam mu przez ramię. Przez sekundę dom zatrzymał się w stadium istniejącym, potem cienkopis podjął znów przerwaną linię — wyłonił się łamany, polski dach, z boku zarys dobudowanej części, potem lekko zaznaczony podjazd z krzakami róż, na kracie pędy dzikiego wina, na koniec dwa świerki flankujące dom z obu stron.

— Będziemy mieli dom, jasny dom, w jabłkowym sadzie, u wrót lasu — powiedział tata szeptem. — Będziesz miała dom. Patrz, Aniu.

W gardle i w oczach czułam mrowienie.

— Jest śliczny — szepnęła mama.

Tata porozpinał ogromne kalki kreślarskie i pastwił się nad wnętrzem. Tkwiłam przy nim murem, to było coś fascynującego. Wtedy właśnie zdecydowałam nieodwołalnie, że mój przyszły zawód musi być związany z architekturą. Po liceum plastycznym chciałam startować na Akademię Sztuk Pięknych, teraz uściśliłam plany — na Wydział Architektury Wnętrz.

— Patrz uważnie — powiedział tata — masz przecież rysunek techniczny w szkole.

Miałam. Rzut z góry to prosta sprawa, gorzej było z przekrojami, ale na razie tata pracował na rzucie. Przede wszystkim powyrzucał ściany. Jako pierwszą tę oddzielającą kuchnię od korytarza.

Już się w tym trochę orientowałam.

— Przecież to jest ściana nośna — zauważyłam. — Mówiłeś, że ścian nośnych lepiej nie tykać…

— W zasadzie tak. Ale jest i na to sposób. Robi się podciąg, stalową belkę trzymającą fragment ściany nad otworem, wtedy ma się pewność, że nic się nie zawali. I my taki podciąg tu zrobimy.

Następną ścianą, którą tata usunął, była ta pomiędzy pokojami znajdującymi się na wprost głównego wejścia. Tata połączył je w jeden, olbrzymi salon o dwóch funkcjach — jadalni i części kominkowej, a tam, gdzie od zewnątrz tkwił trochę nieokreślony, mały tarasik, zaprojektował werandę-oranżerię, łagodną falą stopni otwierającą się na ogród. Mały boczny pokoik ocalał, w przyszłości miał się stać pokojem gościnnym lub gabinetem mamy, gdyby chciała otworzyć kiedyś prywatną praktykę ginekologiczną w domu.

Jako pierwsza powstała pracownia taty. Fizycznie, już nie jako wizja na kalce. Pamiętam moje wzruszenie — to wszystko działo się naprawdę. Brygada smutnych facetów zasuwała aż miło, co prawda żadnego z nich nie chciałabym spotkać w trakcie samotnego spaceru gdzieś na pustej ulicy, ale na szczęście nie musiałam się z nimi spotykać. A raczej o tyle, o ile. Dobudowana pracownia miała kształt prostokąta, wchodziło się do niej z lekko wydłużonego, arkadowego wejścia od strony kuchni, a z tyłu wyciągnięta była bardziej w ogród. W rezultacie dom nabrał formy litery L, z tyłu, w załomie między murami, miała powstać w przyszłości pergola z winem lub innymi pnączami.

Pracownia jako jedyna miała na razie skośny sufit z widocznym wiązaniem dachu — belki były ciemne, ściana w najniższym punkcie o wysokości 180 cm, tyle tylko, aby mógł stanąć człowiek, ale właściwie było to miejsce przeznaczone na deskę kreślarską i blaty do pracy. Tata odpuścił sobie urządzenie pracowni, jak przyznał, chciał ją postawić po to, by mieć jakiś magazyn dla naszych mebli i innych bambetli. Wnętrze domu musiało zostać kompletnie oczyszczone przed remontem, a właściwie przed pruciem ścian. Miało to nastąpić lada moment.

Najbardziej w tym wszystkim przeszkadzała mi szkoła. Coś jednak było w tym, co mówiła mama… Nasz dom był na trasie wylotowej z Warszawy w stronę Piaseczna, jeszcze za Pyrami. Szkoła na Żoliborzu. Droga dokładnie przez całe miasto.

Na początku mama sprawdziła wszystkie połączenia autobusowe, bo tak to już jest, że choć mam prawie siedemnaście lat, to orientacji w terenie ni cholery, a już jakiś wyjątkowy niedorozwój przejawiam w kwestii komunikacji miejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem kierunków i stron świata. Tym razem nie było żartów — trzy przesiadki jak w pysk dał. Codziennie rano odwoził mnie tata, ale wracałam już sama. Dokładnie w momencie, gdy rozwalona została ściana pomiędzy korytarzem a kuchnią, skończyła się szkoła i drogą rodzinnych nacisków zostałam usunięta z placu boju.

— Aniu, ty teraz, kochanie, pojedziesz na wakacje — powiedziała mama. — Tu będzie piekło, naprawdę wystarczy nas dwoje, wiele nam nie pomożesz, tylko będziesz się plątała między nogami.

— O rany, mamo, ja chcę w tym być! Przecież to najważniejsza sprawa.

— Nie bój się, jeszcze zdążysz! Co ty myślisz, że skończy się na dwóch miesiącach? Tu jest roboty na cały rok. Nie, nie, jedź, dziecko, na razie będzie harówa, przyjemnostki potem.

— Tak jest — poparł mamę tata. — W przyjemnostkach możesz brać nawet ożywiony udział, będzie to bardzo wskazane, bo masz dar tworzenia klimatów, ale to już kosmetyka. A na razie będzie pandemonium, wierz mi, bo się na tym znam. Bez wody, z kuchenką na butlę gazową, z obiadkami dla tej brygady i konieczną okowitą, nie, nie, wcale tu nie będziesz potrzebna…

— A ponadto słyszałam, że klub w Podborowie organizuje obóz jeździecki — dodała chytrze mama. — Wykupimy dwa turnusy…

Uległam. Czy kiedykolwiek to sobie przebaczę? Uległam. Dwa miesiące rosistych ranków, złotych pyłków krążących w promieniu słońca w kątach mrocznej stajni, lipcowych burz, sierpniowych upałów, szaleńczych galopad ścierniskiem, ognisk sypiących iskrami w gwiazdy, przynależności do konia, do przyrody, do wiatru. Poziomki na polanach, grzyby na krawędziach zagajników, jasna, mocna świadomość tego, że się żyje, że świat składa się z piękna. Kary Morfeusz, niosący mnie przez tamten świat — a może to był właśnie sen, przespałam dwa miesiące, których mi nikt nie wróci… Trzeba było zaprzeć się, wydrzeć życiu te dwa miesiące… Trzeba było. Tak, jakby można było przechytrzyć los.

Wróciłam pod sam koniec sierpnia, akurat na swoje siedemnaste urodziny i na czekający mnie egzamin na prawo jazdy. Niby wiedziałam dokładnie, co się dzieje w domu, gdyż kursowała między nami obfita korespondencja, ale i tak nie byłam przygotowana na to, co zastanę.

Z zewnątrz dom był nietknięty, prócz pracowni oczywiście, która została postawiona jeszcze przed moim wyjazdem, za to pokryta w trakcie mej nieobecności. Raptem część domu zyskała fragment skośnego dachu, który wystawał ponad istniejące, płaskie zadaszenie. Wiedziałam, że w przyszłości zostanie wybudowany dach, o kącie spadku identycznym jak spadek dachu pracowni, ale na razie wyglądało to zaskakująco i absurdalnie.

Tata, który mnie przywiózł z dworca, parsknął śmiechem na widok mojej miny.

— Wiem. Ale ty też wiesz, jak będzie. Nie damy rady zrobić wszystkiego w ciągu tego roku. Za to chodź i zobacz, co jest w środku…

Cztery kamienne schodki, ciężkie drzwi, korytarz. Nie, to nie może być prawda… Wiedziałam, że tata wziął brygadę, z którą stale współpracuje, że pracowali dla szefa, więc z pewnością się starali, ale w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że może to być podciąg­nięte do tego stadium…

Sień, w której stałam, wyłożona była kamiennymi płytami przypominającymi łupek, z prawej otwierał się widok na kuchnię z częścią jadalną. Było to bardzo duże pomieszczenie, umowną granicę części jadalnej stanowiła drewniana belka podtrzymująca strop, schodząca w dół słupem z zastrzałem. Pod belką stał czarny, dębowy stół. W tej części podłoga była drewniana, część kuchenna miała takie same płyty kamienne jak przedpokój. W kuchni masa szafek, półek i skrytek, wygodne szerokie blaty dębowe. I kredens — biały z przecierkami, na porcelanę i szkło codziennego użytku, z wprawionymi w drzwiczki szybkami. Stary, wiszący zegar Becketta cichutko przytakiwał. Zlewozmywak został już założony, bo choć wody nie było, tata przeprowadził wszystkie instalacje. Z boku, tam gdzie kiedyś istniała maleńka spiżarka, tata wybił kawał ściany do dużego pokoju, tworząc osobny korytarzyk, odpowiednik dawnego pokoju kredensowego, prowadzący bezpośrednio z kuchni do części jadalnej salonu. Przejście było na tyle szerokie, że spokojnie mógł stanąć w nim dość płaski, zakryty regał na zapasy, przetwory, warzywa i inne potrzebne rzeczy.

Kuchnia miała północne, rozproszone światło, okno i oszklone tylne drzwi wychodziły na sad. Za kuchnią, dalej na prawo, była łazienka, po lewej stronie krótki korytarzyk wiódł do pokoju, a na wprost szerokie, rozkładane drzwi z ciemnego drewna prowadziły do salonu.

Stanęłam w progu. Ile światła! Okna na trzy strony świata, podłoga z szerokich desek, z jednej strony kominek, a na wprost… O rany! Ogromne oszklone drzwi sunące lekko na rolkach prowadziły do werandy — oranżerii, z której po schodkach można było zejść do ogrodu.

Na werandzie w wąską szczelinę surowej, betonowej ściany wprawiony był błękitny witraż. Przez moment padło na niego słońce i przez moment weranda jak zatopiony statek przefiltrowała się chłodnym błękitem, odległą przestrzenią, przeleciał ptak, zgasło światło na niebie, znów weranda stała się białym, oszklonym pokojem, z białą terakotą, z wąską szczeliną witraża. Tata mrugnął do mnie, pokręciłam z niedowierzaniem głową.

 

Cud — no bo jak to nazwać?

Cofnęliśmy się do wnętrza. Stały tu wszystkie meble babci, te z ogromnego utraconego domu w Łodzi, te same, które w maleńkich klitkach mieszkania na Bemowie dławiły się własnymi rozmiarami — kredens, kanapa i dwa fotele, okrągły stół dający się rozłożyć na dwadzieścia cztery osoby ciasno, bo ciasno, ale jednak. Gdzie miał się rozkładać na siódmym piętrze na Bemowie? Tu wszystkie meble nagle nabrały właściwych proporcji, bo przecież stworzone zostały do takich przestrzeni — by istnieć jako przeciwwaga pustki, która też ma swoje miejsce. Tak, jak dawniej to zostało wymyślone. Dla człowieka. Wielki, stojący zegar z rzeźbionym szczytem, moja miłość, mój kumpel z Łodzi, z Bemowa uroczyście odliczał sekundy, wiodąc nas ku temu, co miało nastąpić.

— Tu, w salonie, będę spał z mamą, dopóki nie wybudujemy piętra, a to pewnie na wiosnę… Ty na razie będziesz miała ten pokój.

Jakieś szesnaście, siedemnaście metrów kwadratowych. Już w nim stoi mój tapczan, biurko i ulubione krzesło, z boku mam starą szafę babci, tę z lustrem, rzeźbieniem w róże i z jęczącymi drzwiami. Okno wychodzi na podjazd, bramę, aleję drzew, ginącą perspektywę ulicy.

Gdy wieczorem leżałam w łóżku, przyszła mama, żeby mi powiedzieć, że jutro rozpalimy w kominku, upieczemy sobie w nim jabłka, a może i ziemniaki, i że uprasowała mi białą bluzkę na rozpoczęcie roku. Potem poprosiła, żeby jej jeszcze opowiedzieć o obozie.

Siedziała na skraju łóżka, ledwie muśnięta światłem padającym od mojej małej lampki nocnej, w wielkiej, rozszeptanej zegarami ciszy ogromnego domu, w nocy czarnej i rozgwieżdżonej, gdzie wielką kopułę nieba podpierały dwa mroczne świerki, i słuchała słonecznego opowiadania o koniach, wycieczkach, jeziorach, sympatiach, o moich dwóch miesiącach.

Nic mi nie powiedziało, że to są ostatnie chwile.