Miasto marzeń

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Korekta, skład i łamanie

Lidia Ciecierska

Projekt okładki

Oficyna Wydawnicza Edytor.org

Zdjęcie na okładce

Agata Dyka

© Copyright by Elżbieta Ruman, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7823-532-3

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

bernardinum@bernardinum.com.pl

www.bernardinum.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Rozdział 1. Konkurs

  Rozdział 2. Upadek

  Rozdział 3. Szczęśliwy człowiek

  Rozdział 4. Cierpienie dziecka

  Rozdział 5. U Tadka – audycja radiowa

  Rozdział 6. Głos, który uzdrawia

  Rozdział 7. Papież i Małgosia

  Rozdział 8. Świeca

  Rozdział 9. Nie mogę uciec od ludzi

  Rozdział 10. Najtrudniejsza droga

  Rozdział 11. Miłość w Państwie Watykańskim

  Rozdział 12. Karol i Karolinka – cud narodzin

  Rozdział 13. Sobota jakich wiele

  Rozdział 14. Napad

  Rozdział 15. Samolot to śmierć

  Rozdział 16. Spełnić choć jedno marzenie

Rozdział 1

Konkurs

Warszawa, grudzień 2005 rok

Grudniowy wieczór był wyjątkowo mroźny. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, ciemności rozpraszane były setkami światełek choinkowych, a neonowy pajac, któremu nakazano udawać św. Mikołaja, smętnie pobłyskiwał na rogu Okopowej. Wjechałam na pusty plac parkingowy. W czasie gorączki przedświątecznych zakupów, restauracje świeciły pustkami. Skulona pod płotem psina ożywiła się, spoglądając na mnie z nadzieją.

– Chodź maleństwo – wyciągnęłam do niego resztkę mojej pracowniczej kanapki. Wyglądała dość smętnie, ale pies z wdzięcznością wyrwał chleb z mojej ręki.

Naciągnęłam na głowę ulubioną błękitną czapeczkę. Mój projekt wymagał udziału jednej z najpopularniejszych polskich aktorek, więc nie miałam zamiaru wejść na spotkanie z nią z zamarzniętym mózgiem. Bogdan Sadowski, zastępca szefa redakcji programów katolickich TVP, jezuity Andrzeja Majewskiego, od początku popierał mój pomysł – atrakcyjne ukazywanie dobra w cotygodniowych programach redakcji katolickiej Telewizji Polskiej. Do podejmowanych w programach tematów przyciągnąć miała widzów uwielbiana przez miliony fanów aktorka.

Projekt mojego autorstwa pt. „Talenty” wygrał redakcyjny konkurs na nowy program o tematyce rodzinno-społecznej. Szef redakcji, ks. Majewski, postanowił – niestety – nie zmieniać tytułu istniejącego już, choć dogorywającego, cyklu, uzasadniając tę decyzję „przyzwyczajeniem” widzów do tytułu i czołówki. A więc stary tytuł: „My Wy Oni” dostał zupełnie nową – zaprojektowaną przeze mnie – zawartość. Teraz jeszcze musiałam przekonać do pomysłu samą Małgorzatę Kożuchowską, co większość kolegów uważała za niemożliwe. Jedynie Bogdan obiecał mi wsparcie redakcyjne w trakcie rozmowy z Gwiazdą.

W myślach układałam sobie argumenty: „Projekt jest rewelacyjny, potrzebuje tylko wyjątkowej prowadzącej” (na początek dobre pochlebstwo…). „Chcę pokazać widzom świat pełen dobra i nadziei – i mam nadzieję, że pani Kożuchowska tej nadziei im nie chce zabierać” (lekkie wymuszenie). „Ważną postacią w projekcie jest Jan Paweł II. Program jest szansą na mówienie o nim nawet tym widzom, którzy włączą telewizor tylko dlatego, żeby zobaczyć co o papieżu powie Gwiazda” (wiedziałam z własnego wywiadu, że Małgosia Kożuchowska bardzo go ceni). „Jeśli ona się nie zgodzi, to programu nie będzie. Jej udział jest warunkiem emisji cyklu na antenie TVP1” (lekki terror i ostatnia deska ratunku).

Umówiłyśmy się w kawiarni na Woli. Zbliżała się 17.30. Dochodząc do lokalu, zobaczyłam z ulgą, że redaktor Sadowski już czeka przy drzwiach wejściowych. Tupał głośno, usiłując ogrzać zziębnięte w eleganckich trzewikach stopy.

– Pani Kożuchowskiej jeszcze nie ma – przywitał mnie. – Mam nadzieję, że masz dla niej dobre argumenty.

– Jasne – odpowiedziałam. – Wiem, że muszę mieć i że na pewno nie są to argumenty finansowe.

– Ha, ha – zaśmiał się kolega. – To nie nasza wina, że Telewizja przeznacza raczej „biedne” środki na nasze programy. Ale jeśli nie mamy środków na gwiazdorskie honorarium, to musimy mieć choć jakiś pomysł…

O to się nie martwiłam, w końcu to ja jestem od pomysłów. Obawiałam się tylko, jak odbierze je popularna aktorka. Dotąd nie poznałam jej osobiście. Wiedziałam tylko, że jest torunianką, ma dwie siostry, i że z wielką wrażliwością i talentem wchodzi w powierzone jej role. Tylko intuicja mówiła mi, że to osoba, która znajdzie treść w bliskich mi tematach. A więc warto spróbować.

Usiedliśmy przy stoliku, ukrytym za porośniętym pnączami przepierzeniem. Zamówiliśmy dwie kawy.

– Trzy! – zawołałam do odchodzącej kelnerki.

W drzwiach pojawiła się Kożuchowska i byłam pewna, że zapach kawy pomoże naszym rozmowom.

Blond włosy schowane pod dużą czarną czapką, puchowy płaszczyk. Szybko nas zauważyła i wyciągnęła rękę na powitanie.

– Małgosia – powiedziała. Jej bezpośredniość natychmiast stopiła osiemdziesiąt procent lodu niepewności, jaki właśnie mnie obezwładniał.

– No i co to za pomysł? – rzuciła, badawczo mierząc nas wzrokiem.

Redaktor Sadowski z kurtuazją odebrał okrycie Małgosi i zaniósł na stojący niedaleko drewniany wieszak. Kelnerka postawiła przed nami filiżanki z kawą.

– O, jest i dla mnie? Świetnie, dziękuję. Od razu zacznijmy, bo troszkę się obawiam, że nie nadaję się na panią redaktor.

– Oj, spójrzmy od razu pozytywnie – rzuciłam. Dla mnie to była jedyna droga.

W rozmowie telefonicznej przedstawiłam aktorce pomysł cyklu i sposób realizacji programu. Jej rola to bycie gospodarzem programu i rozmowy z jego bohaterami. Mówiłam, że pierwotny tytuł cyklu, „Talenty”, wypływa z pomysłu, aby pokazywać „talent do czynienia dobra”, a więc poznawać ludzi, którzy się nie poddają, odbijają od dna, przemieniają życie swoje i innych oraz miejsca, w którym na przekór złu i trudnościom, dzieje się dobro. Wiele mediów żyje z epatowania złem i przemocą, nawet programy informacyjne – niezgodnie z etyką dziennikarską – zaczynają się od wypadków i tragedii. Mój pomysł na cotygodniowe programy redakcji katolickiej TVP1 polega na „szukaniu dobra w świecie i atrakcyjnym przybliżaniu go widzom”, jak napisałam w merytorycznym uzasadnieniu projektu…

– Atrakcyjne pokazywanie dziejącego się w świecie dobra to unikalny projekt w dzisiejszych mediach. Potrzebuję wyjątkowej prowadzącej – odważnie rzuciłam pierwszy z pomostów.

– Ela, sam pomysł jest świetny, ja też uważam, że to, co dobre trzeba pokazywać w mediach profesjonalnie, i że katolicki to nie znaczy „zgrzebny”. Ale dlaczego ja? Nie jestem redaktorem, tylko aktorką. Nie umiem prowadzić programu (Kożuchowska sięgnęła po cukiernicę).

– Chciałabym, żebyś w programie była sobą, nie panią redaktor. Wyobrażam sobie, że pytania, które będziesz zadawała naszym bohaterom, będą twoimi autentycznymi pytaniami; takimi, jakie pewnie zadawaliby także widzowie po obejrzeniu reportażu filmowego z ich historiami.

– To jest redakcja katolicka, tak? – zapytała aktorka. Patrząc troszkę zbyt poważnie, ostrożnie mieszała parującą kawę.

– Tak – odpowiedziałam. Wiedziałam, że Kożuchowska jest osobą wierzącą. Czasem z daleka widywałam ją w kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu.

– No właśnie… – Małgosia zamyśliła się. – Ja jestem aktorką, gram różne role – nie zawsze „święte” – spojrzała pytająco na redaktora Sadowskiego. Jej niebieskie oczy i długie blond włosy sprawiały, że – grając poważne role – wyglądała jak nastolatka.

 

– To oczywiste – Bogdan przejął pałeczkę. – Katolicki to znaczy powszechny, więc podejmujemy wszystkie tematy związane z życiem i jego dylematami. Z tego, na ile poznałem projekt Eli, wiem, że są to również bardzo kontrowersyjne tematy, a więc niczego się nie boimy. To normalne, że aktor wchodzi w różne historie i postacie.

Rozmowa się przeciągała, a ja modliłam się do świętych od spraw beznadziejnych – św. Rity, św. Antoniego, a nawet św. Krzysztofa. Widziałam, że decyzja aktorki nie jest oczywista.

– Może zróbmy jeden program – rzuciłam, patrząc z nadzieją na Małgosię Kożuchowską.

– Dobry pomysł! – poparł mnie Bogdan Sadowski. Spokojny i stonowany stwarzał mocne podstawy do rozmowy.

– Tym bardziej, że jeśli się nie zgodzisz, to cyklu po prostu nie będzie – dorzuciłam. – Szef redakcji postawił warunek: będzie pani Kożuchowska, będzie cykl… Może brzmiało to troszkę żałośnie, ale sytuacja dziennikarzy w Telewizji nie jest komfortowa. Wszelkie zgłaszane przez nas projekty, zanim znajdą się na antenie, są opiniowane przez wiele osób, czasem zupełnie inaczej patrzących na świat.

– No ładnie – aktorka była wstrząśnięta. – Terrorystka – dodała, patrząc na mnie. Widziałam jednak iskierki w jej oczach.

– A więc OK! Jeden program.

Małgosia wstała.

– Pędzę dalej. Mam jeszcze 18 stron roli do nauczenia na jutro. Czyli – tak, jak pisałaś – spotykamy się w czwartek, na Woronicza. Czekam na scenariusz. Do zobaczenia.

Otuliła się płaszczem i już jej nie było. Patrzyliśmy w ślad za nią, podmuch zimnego powietrza wtargnął przez otwierane drzwi. Szybko wsiadła do samochodu i zniknęła.

– Dwie łyżeczki – powiedziałam.

Redaktor Sadowski spojrzał na mnie z niepokojem…

– Dwie łyżeczki? – powtórzył zdziwiony.

– Sypie dwie łyżeczki cukru do kawy, a ja myślałam, że pije gorzką. Jest taka szczupła.

Byłam pod wrażeniem naturalności aktorki, żadnego „gwiazdorzenia”, jak mówimy na Woronicza o tych aktorach, którym popularność zdecydowanie zaszkodziła. Jest otwarta, szczera i po prostu miła.

– Nie wierzyłem, że ci się uda, a widzę, że jesteś zachwycona – redaktor Sadowski spojrzał na mnie z uznaniem. – Wygląda na to, że po prostu ona się zgodziła!

Wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie.

– Wyjdziemy razem, dzięki za współpracę. Zgodziła się na jeden, ale postaram się, żeby moi bohaterowie wciągnęli ją na dłużej.

To był stresujący wieczór, ale założyłam, że interesuje mnie tylko sukces. Czytałam, że najlepiej prosperujące biznesy zaczęły się od marzenia o tym, co według innych jest niemożliwe, i że podstawą powodzenia jest pozbycie się lęku. Spróbowałam, stosując jeszcze dodatkowe, nieśmiałe wymuszęnie na rzeczywistości, wsparte pomocą Niebios – niektórzy nazywają to wrodzonym optymizmem. Wyszliśmy w mroźny wieczór, a ja z wdzięcznością spojrzałam w rozgwieżdżone grudniowe niebo.

„Nie wiem, kto z Was mi pomógł” – myślałam. Prosiłam Jana Pawła II, ale też św. Ritę od spraw beznadziejnych. – Dzięki Wam Wszystkim – uśmiechnęłam się do bezgranicznych przestworzy.

Małgosia Kożuchowska już pojechała. Za tydzień zaczynamy.

Rozdział 2

Upadek

Borawe, 1962 rok

Tadek wracał ze szkoły, idąc skrajem drogi. Koledzy zostawili go już dawno – szedł zbyt wolno. Drobny, płowowłosy chłopiec od kilku tygodni nie czuł się najlepiej. Wcześniej żywy jak iskra, biegiem – na skróty przez pola – pokonywał drogę do szkoły w kilka minut. Dziś te kilkaset metrów ciągnęło się bez końca. Głębokie bruzdy miedzy, wzdłuż dość wysokiego już owsa, były jak progi nie do przekroczenia. Chaty Borawego piękniały w wiosennym słońcu – drewniane, otoczone rzędami malw, zapomniały już o mrozach, które przenikały do wewnątrz przez nieszczelne okna. Rodzinny dom Tadka był blisko, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Chłopiec usiadł przy kępie modraków i rozpłakał się. Zdjął tornister i wyciągnął się na piasku.

„Odpocznę chwilę i pójdę dalej” – pomyślał. Tymczasem chór świerszczy ukołysał chłopca do snu, a majowy wiatr biedził się, żeby zdmuchnąć jego smutek.

2 maja 1962 roku w maleńkiej mazowieckiej wsi Borawe niewiele różnił się od poprzedniego dnia. 1 Maja – narodowe, robotnicze święto – nie cieszyło się szacunkiem rolników. Jak wieś długa narzekali, że w pole tego dnia wyjść nie wolno, że robota przerwana… Na szczęście partyjni sekretarze z pobliskiej Ostrołęki nie naciskali na dyrekcję szkoły, a więc dzieci nie musiały brać udziału w pierwszomajowym pochodzie. Nie było to zaniechanie – wieś była przedmiotem zainteresowania komunistycznych ideologów, jednak chłopi, którzy czuli się panami na swoich skrawkach ziemi, byli „elementem opornym”.

Tadek niewiele wiedział o świecie. Kończył piątą klasę szkoły podstawowej, lubił czytać, ale czasu wolnego za wiele nie miał. Po lekcjach jak każde wiejskie dziecko pomagał rodzicom w gospodarstwie. Zresztą książek w domu nie było, tylko Biblia po babci. Czasem jakieś gazety, ale dla niego niewiele tam było do czytania.

Chłopak nie wyglądał na swoje 13 lat, drobną budowę odziedziczył po tacie Franciszku, a włosy jak len i szaroniebieskie oczy – po mamie Mieczysławie. Był najstarszym dzieckiem, urodził się cztery lata po wojnie, 20 lipca 1949 roku. Rodzina mieszkała w starym drewnianym domu, który przetrwał wojenną zawieruchę. Podłogi skrzypiały, dach ciągle wymagał reperacji, tylko gniazda jaskółek trzymały się pod nim nieźle. Jesienne deszcze chłostały strzechę ze złością, zima okrywała lodowatą ciszą – dopiero wiosna pozwalała na swobodny oddech, Franciszek ustawiał drabinę i łatał dziury.

Trzy lata po Tadku Miecia urodziła córeczkę – Hanię. Dziś dziewczynka była już w drugiej klasie. Ze szkoły wracała z koleżanką, spieszyła się, bo w domu czekała maleńka Dorotka. Trzecie dziecko było prezentem na ostatnie Boże Narodzenie – Dorotka urodziła się 22 grudnia, miała niecałe 5 miesięcy. Hania wiedziała, że mama na nią czeka, że wyjdzie na pole, do ojca, dopiero wtedy, gdy przy kołysce siądzie starsza siostra.

Głośna kłótnia gawronów wyrwała Tadka ze snu – ptaszyska walczyły o zdobycz tuż nad głową chłopca. Wstał z trudem.

„Co się dzieje? Co z moimi nogami?” – przerażone myśli odbierały mu siły.

Zmusił nogi do posłuszeństwa i powolnym krokiem doszedł do domu.

– Jesteś wreszcie – powiedziała zaniepokojona mama, zdejmując mu tornister z pleców.

– Gdzie byłeś? Już godzinę temu skończyły się twoje lekcje…

– Mamo – powiedział chłopak drżącym głosem, bolą mnie nogi, nie mogę chodzić.

Warszawa, sierpień 2007 roku

Strażnik otworzył przed nami szlaban, samochód szybko włączył się w typowy dla ulicy Woronicza korek do świateł. Małgosia prowadziła pewnie, ale widziałam, że jest wstrząśnięta. Reportaż o niewidomym panu Krzysztofie i rozmowa z jego przyjaciółmi w studiu była pełna emocji. Mężczyzna miał swoją firmę budowlaną, żonę i syna – kiedy nagle, siedząc przy biurku – przestał widzieć. Pogotowie przyjechało natychmiast, podejrzewano wylew, udar mózgu. Okazało się, że „tylko” stracił wzrok. Nieodwracalnie. To było siedem lat temu, załamał się i popadł w depresję.

– Kiedy wyjeżdżając na wakacje podziwiamy cuda natury nie myślimy o tym, że są ludzie, którzy widzą tylko… ciemność. Kiedy nie można nawet zobaczyć twarzy swojego dziecka – gorzkie słowa z początku reportażu jeszcze brzmiały w naszych uszach.

Pojechałam do Białegostoku, aby zrobić o nim materiał na prośbę jego 18-letniego syna. Zadzwonił do redakcji i kompletnie mnie zaskoczył. – Mój tata jest wyjątkowy – powiedział. – Mimo że stracił wzrok, „trzęsie całym naszym osiedlem”. Organizuje spotkania, koncerty charytatywne, opiekuje się ludźmi, pomaga bezdomnym – zaprasza gwiazdy, niedawno był u nas pan Kryszak. Tata pomaga wielu ludziom, i nauczył się żyć zupełnie od nowa. Jest niewidomy, ale „widzi” lepiej niż my! Proszę przyjechać zrobić o nim program.

„Syn, który tak mówi o ojcu?” – pomyślałam. „Samo to jest piękne…” I było warto uwierzyć temu nastolatkowi. Choć życie Zbigniewa Krawczyka zmieniło się całkowicie, cierpiał wiele miesięcy zmagając się ze sobą, wygrał. Jest wzorem dla syna i nadzieją dla wielu.

Czy to możliwe, aby widzieć kiedy straciło się wzrok? Dostrzegać cierpiące i samotne dzieci, potrzebujących opieki sąsiadów, a nawet pochylać się nad porzuconym kundlem…? Pan Zbyszek Krawczyk odkrył swoje „nowe oczy”.

– To naprawdę robi wrażenie – Małgosia spojrzała na mnie z uznaniem. – Kolejny program, który po prostu zwala z nóg, ale zwalając, daje skrzydła!

Korek w Alejach Niepodległości unieruchomił nas na dobre. Dobrze, że z bufetu zabrałyśmy choć wodę mineralną. Upał w mieście, szczególnie o 17.15, jest trudny do zniesienia.

– To teraz historia, którą żyję od dwóch miesięcy – nie miałam jeszcze okazji opowiedzieć Małgosi o nowym przyjacielu. Ona ciągle w biegu, na planie „M jak Miłość” albo na próbie w teatrze, albo w jakimś innym miejscu. Jej pracoholizm był mocno udokumentowany. Nagranie do programu „My Wy Oni” to też niezłe szaleństwo – charakteryzacja, ustawienie świateł, pierwsze rozmowy z naszymi bohaterami, wreszcie wołam „akcja” i po godzinie wychodzimy skonane ze studia. I tak pełne wrażeń, że czasem trudno wrócić do rzeczywistości. Dziś Małgosia podwoziła mnie na spotkanie, więc chwile w samochodzie były „darowane”.

– W czerwcu poznałam szczęśliwego człowieka… Małgosia spojrzała na mnie zaskoczona.

– Nie żartuj! Gdzie jest taki?

– W Domu Opieki Społecznej w Brańszczyku – przyznałam bez oporu.

– Wykończysz mnie – westchnęła aktorka… – Gadaj coś więcej!

Rozdział 3

Szczęśliwy człowiek

Warszawa, czerwiec 2007 rok

Poranek przepełniony był słońcem, powietrze drgało trelami przejętego skowronka – od kilku dni budziły mnie jego wibrujące zaloty. Kolejny czerwcowy dzień kusił błękitem.

Poranna msza w intencji Basi! – uświadomiłam sobie, patrząc na ekran komórki ze zgrozą: 16 czerwca 2007 roku, 6.45. Wskoczyłam w sukienkę, myjąc zęby, wsuwałam stopy w sandały.

„Samochodem nie zdążę, to pewne, że stanę na przejeździe” – pomyślałam. Wiecznie zamknięty przejazd kolejowy rozdzielał mój świat na dwie strony. Tylko szybkim truchtem mam szansę wpaść do kościoła przed proboszczem.

Przemknęłam pod opuszczonym szlabanem – kolejki nie było widać z żadnej strony. Dobiegając usłyszałam: – Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze

Organista już zaczął, a ja próbując uspokoić oddech, wsunęłam się w ulubioną drugą ławkę po lewej stronie. Zerknęłam czy jest Michał. Jest! Radość poranka była dopełniona. Poznaliśmy się kilka tygodni wcześniej, niewiele o nim wiedziałam, jednak poranna wspólnota modlitwy bardzo mi odpowiadała.

– Módlmy się dziś za Barbarę w intencji jej powrotu do zdrowia – usłyszałam. Spokojny głos proboszcza działał jak balsam na moje rozpędzone serce. „Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości, jak oblubieńca, który wkłada zawój, jak oblubienicę strojną w swe klejnoty”… Optymizm poranka podkreślały nawet wersety z księgi Izajasza (Iz 61, 10). Ksiądz odprawiał mszę, a ja bardzo starałam się nie ulegać rozproszeniom.

Wyszliśmy z kościoła, mrużąc oczy.

– Witaj, Elu, w ten sobotni poranek – przywitał mnie Michał.

– …Kiedy „Łuk mocarzy się łamie, a słabi przepasują się mocą” (1 Sm 2,4) – odpowiedziałam cytatem z dzisiejszego psalmu.

– Wow – westchnął mój nowy przyjaciel. – Czy ty do jezuickich szkół chodziłaś? Czy masz tak naturalnie…?

– Naturalnie – rzuciłam ze śmiechem.

– Słońce tak na mnie działa!

– A czy może chciałabyś dziś poznać człowieka szczęśliwego? – zaskoczył mnie pytaniem Michał.

– A kto by nie chciał? – niezbyt już inteligentnie odpowiedziałam. – Chcę, oczywiście. Gdzie go znajdziemy?

– Potrzebujemy kilka godzin i samochód. No i może kawałek czegoś słodkiego – odpowiedział kolega. – Samochód daję, a słodycze kupimy po drodze.

Ruszyliśmy. Ja w nieznane, ale Michał dobrze znał drogę. Po godzinie jazdy w kierunku Białegostoku, skręcił w wąską wiejską drogę.

– Brańszczyk? – przeczytałam napis na mijanej właśnie tablicy.

 

– Patrz dalej – uśmiechnął się kolega.

Mijaliśmy stojące wzdłuż drogi zabudowania. Pełne uroku drewniane domy, za którymi na podwórkach rdzewiały nieużywane już maszyny rolnicze i nowsze z lat 70., murowane, budowane prosto, bez wysiłku „gwiazd” architektury. Kilka kur uciekło nam spod kół. „Gdzie ten szczęśliwy człowiek?” – zastanawiałam się. Rolnik jakiś?

– Ostatni zakręt i jesteśmy.

Michał zatrzymał samochód pod starym klonem. Naprzeciw była brama i niewielki domek stróża obiektu.

– Państwowy Dom Opieki Społecznej dla Osób Obłożnie Chorych w Brańszczyku – przeczytałam zaskoczona. – DPS? To tutaj mam znaleźć szczęśliwego człowieka? – spojrzałam na Michała z niedowierzaniem.

– Wchodzimy? – zapytał zadowolony z mojej zdziwionej miny.

Weszliśmy na teren ośrodka, którego centrum stanowił piętrowy, dwuskrzydłowy, szary budynek.

Duży ogród, barwne krzewy i zapach późnowiosennych kwiatów łagodził szarość i ostre kontury domu. Dom opieki społecznej – czyli ostatnie miejsce, w jakim człowiek chciałby się znaleźć, symbol samotności i odrzucenia, miejsce dla ludzi niechcianych. Tu trafiają chorzy i starzy, którymi rodzina nie chce albo nie potrafi się opiekować; tu trafiają też ci, którzy nie są w stanie poradzić sobie w życiu sami. „Czy to tutaj mam spotkać szczęśliwego człowieka?” – myślałam z niedowierzaniem.

– Tadek zwykle czeka na mnie przed wejściem – uśmiech Michała dodał mi odwagi. W cieniu sporego różanecznika dostrzegłam dwa wózki inwalidzkie – siedzący na nich mężczyźni zajęci byli rozmową. Poza tym ogród był raczej pusty.

– Dzień dobry, Michale – usłyszałam.

– Witaj, Tadku – rzucił Michał. Po krótkiej prezentacji zostaliśmy zaproszeni przez Tadka na herbatę. – „Do domu” – jak powiedział.

Tadeusz poruszał się na wózku elektrycznym, który z pewnością dawał mu samodzielność. Krótki podjazd i znaleźliśmy się w zacienionym korytarzu. Tu nie było pusto. Tam i z powrotem przechadzali się mieszkańcy domu. Już w progu powitało nas radosne „dzień dobry” rzucone zaciekawionym tonem przez jednego z mężczyzn. Jakaś kobieta chwyciła mnie za rękę: – Chcesz zobaczyć moje prace? Pociągnęła mnie w stronę wiszących na ścianie, wymagających niezwykłej pracowitości, obrazków składających się z setek maleńkich papierowych kulek…

– Później, później – rzucił do niej Tadek, wiodąc nas do swojego pokoju.

Niewielki, może 3 na 2,5 metra, pokoik wyposażony był w niezbędne sprzęty: łóżko, szafa, maleńki stolik, półka z kubeczkami.

– Michale – zarządził Tadek. – Ty już dobrze wiesz, co robić.

– Czyli jak zwykle mogę zacząć od rozbicia szklanki? – zażartował Michał.

Bulgocąca w czajniku woda obiecywała herbatę.

– Mam dla was ciasto z naszej najlepszej w okolicy brańszczykowej piekarni.

Serdeczność w głosie Tadka była lekiem na moje onieśmielenie. No ładnie – pomyślałam. Jadąc do DPS, to ja powinnam przywieść ciasto. Może to jest pora, żebym wyciągnęła jedyne, na co wpadłam, kupione po drodze pudełko z czekoladkami.

– Proszę, panie Tadeuszu.

– Przepadam za słodyczami – usłyszałam.

Radość i życzliwość w oczach tego człowieka sprawiła, że nagle odetchnęłam, poczułam, że moje skrępowanie wynikało z bliżej nieokreślonych obaw. Trochę bałam się tego, co zobaczę. Cierpienia, na które nie można nic poradzić, osamotnienia i bólu wyzierającego z każdego kąta…

– Powiedz mi coś o sobie – usłyszałam.

Bardzo szybko przeszliśmy na „ty”, co zdecydowanie było dobrym krokiem. Tadeusz wsłuchiwał się w to, co mówię, jakby to w tej chwili było dla niego najważniejsze na świecie. Dawno nikt mnie tak nie słuchał!

Kątem oka widziałam, jak Michał nakrywał maleńki stolik, pokroił ciasto, zagotował wodę na herbatę. Kiedy rozmowę przejął Michał, zastanawiałam się, jak podać piaskową babkę człowiekowi, który nie może ruszyć ręką…

Zorientowałam się już, że Tadeusz ma całkowicie bezwładne ciało, a leżące na oparciach wózka dłonie nie są w stanie niczego utrzymać. Tylko palce prawej ręki mogą wykonywać drobne ruchy, co pozwala mu sterować joystickiem elektrycznego wózka. Sprawną ma tylko głowę.

Na szczęście Michał, który już trzeci rok zna Tadka, doskonale wiedział jak się zachować: na wózku postawił dopasowany blat, a na nim talerzyk z ciastem i kubek z herbatą – plastikowa słomka umożliwiała Tadkowi samodzielne popijanie herbaty.

– To wspaniale – powiedziałam – że masz tu swój własny pokój.

– Tak, to rzeczywiście przywilej…, ale chyba wynikający z mojego przywiązania do domu. Jestem tu już… 37 lat – odpowiedział, a ja znowu dostrzegłam jego śmiejące się oczy.

– To dobry dom i ludzie, z którymi bardzo się zżyłem.

37 lat w domu opieki społecznej, to znaczy, że trafił tu mając 20 lat! Tadek zobaczył moje zdumienie…

– To był mój własny wybór, żeby tu przyjechać. Mieszkałem na wsi i odkąd przestałem chodzić, całe dnie spędzałem – po prostu – siedząc na krześle w domu. Rodzice pracowali, siostry miały swoje życie, a ja… – też chciałem żyć.