Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Nie całkiem z niczym — podpowiedział ponuro Stanisław. — Bo z długami.

Gerward ciągnął:

— Gnieżdżą się na Inowrocławiu i Gniewkowie. Tam ziemia dobra, ale źle uprawiana i zysk z niej mizerny. Trochę by można z gospodarki leśnej wyciągnąć, ale najpierw zainwestować trzeba, a oni nie mają z czego. Stratni są, nie ma co. A jeszcze ich Krzyżacy duszą o zwrot pożyczek Leszka. A tu ani Leszka, ani pieniędzy skąd wziąć nie mają.

— Mówiłeś, żeś im pożyczył.

— Pożyczyłem, ale boję się, czy zwrócą! — Oblicze biskupa w jednej chwili przybrało ten niezwykły wygląd, który upodabniał go do głęboko pokrzywdzonego dziecka. — Poza tym to twoi rodzeni, bratankowie. Trzeba ich jakoś w Królestwie uposażyć!

— Gerwardzie — żachnął się Władysław. — Bratankowie, prawda, ale mam bratanków i po Siemowicie. Jednemu dali nawet moje imię.

— Garbatemu — podpowiedział Stasiu Leszczyc.

— Trzy lata ma, garb jak dynia, wołają go Włodko Garbus — dodał mściwie Gerward.

— Nieprawda — odważnie sprzeciwił się bratu Stanisław. — Wołają go Garbacz.

— Zabiję Siemowita — wściekł się Władysław. — A inne dzieciaki jak nazwał?

— Starszego Leszek, a najmłodszego Bolesław — szybko powiedział prepozyt kruszwicki. — Żadnemu z tych nic nie dolega. Chłopcy jak malowanie. Wiem, bo na chrzciny prosili. Gerwarda nie mieli śmiałości, to do mnie, jakbym nie wiedział, że chcieli się przez brata biskupowi przypodobać.

— No to znasz prawdę o swoim bracie Siemowicie. Václavowi się w pas kłaniał, Krzyżakom wysługiwał, a garbatemu dzieciakowi dał twoje imię — zawzięcie podsumował biskup. — I tak powiem, mój książę: owszem, masz po nim bratanków, ale póki co to drobiazg, dzieciaki po parę lat mają, a przy ojcu pijaku nie wiadomo, czy dorosłości dożyją, więc by nie mnożyć kłopotów, proponuję na razie się nimi nie przejmować.

— Dobrze — przeżuł „Włodko Garbacza” Władysław. — Wróćmy do moich wiernych bratanków, zwanych kujawskimi braćmi.

Gerward przytaknął i kocim ruchem pogładził się po lśniącej łysinie.

— To tylko przypomnę — powiedział — jak Leszek karnie oddał ci Gdańsk i Tczew, rezygnując z własnych ambicji.

— To nie były jego ambicje, Gerwardzie, tylko Czarnej Salomei, piekielnej gryfiej wdowy, jego matki — gwałtownie zaprzeczył Władek. — Ta kobieta o niczym innym nie gada jak o morskiej soli, która płynie w żyłach jej synów. Szczuła Leszka latami, ale masz rację, chłopak oprzytomniał, jak mu do rozumu przemówiłem. Co masz na myśli, mówiąc, że trzeba kujawskich braci uposażyć?

— Gdybym był na twoim miejscu, mój panie, dałbym im jakiś urząd zacny, odpowiedni do książęcego urodzenia znaczeniem i dochodem. Coś, co zaspokoi ich niewielkie jak na Piastowiczów ambicje, a tobie da ten pożytek, że lojalnych i oddanych będziesz miał w nich ludzi. Kiedyś kolejni władcy Pomorza wywyższali Święców, może teraz czas na twych bratanków?

Ten znowu swoje! — pomyślał Władek i krzyknął:

— Nie mogę Święców odsunąć od władzy! Nawet jeśli im nie ufam, zrozum, biskupie, że baronowie Pomorza służą najpierw Święcom, a dopiero potem Królestwu! Ja dla nich jestem obcy. Bez rodu Święców Pomorze nie zegnie przede mną karku!

— Rozumiem, rozumiem — zrobił młynka palcami biskup. — W takim razie może trzeba nieco rozrzedzić ich władzę, co? Zostawić Święcom, choć ja uważam, że jesteś dla nich zbyt hojny, ich rodowe domeny wokół Słupska, Gdańska i Tczewa, a kujawskim braciom dać południowe Pomorze. Na przykład Świecie — oświadczył Gerward i dumny z pomysłu zaplótł pulchne palce na piersi.

— Świecie — powtórzył po nim Stasiu Leszczyc i dodał sentencjonalnie: — Wierność wynagrodzona.

— I biedę przestaliby klepać — dorzucił biskup. — Jak po pożyczkę byli, to żal było patrzeć. Buty znoszone, płaszcze wypłowiałe.

— Namiestnicy południowego Pomorza — powiedział z namysłem Władek. — Brzmi bardzo godnie.

— Nawet Czarna Salomea powinna czuć się tym usatysfakcjonowana — podpowiedział Gerward.

— Z nas dwóch, biskupie, to ja jestem osobą świecką i wiem więcej niż ty o usatysfakcjonowaniu kobiety — odciął mu się Władysław. — Gryfiej wdowy nic poniżej tytułu książąt Pomorza dla synków nie zaspokoi. Ale nie o nią chodzi, tylko o Kaźka, Przemka i Leszka.

— Leszka nie ma — przypomniał grzecznie Stasiu Leszczyc.

— Ale wróci. Nie wierzę, że zginął. Książę, nawet ubogiej dzielnicy, nie może przepaść bez wieści. Znajdziemy go prędzej czy później.

— Wolałbym prędzej, bo i mnie Leszek co nieco zalega — zafrasował się Gerward. — Pod zastaw, ale przyznaję, wolałbym spłatę…

Władysław pozwolił się Gerwardowi rozwodzić o tym, jak mało wyciąga z dzierżawy zastawionych ziem Leszka i puszczając mimo uszu utyskiwania biskupa, zastanowił się nad jego propozycją. Namiestnicy Południowego Pomorza. Trochę to będzie kosztem pomorskich rycerzy i pewnie się wzburzą, że ich nikt o zdanie nie spytał, ale prawda jest taka, że to nie Kujawianie, którzy stracili majątki za czasów Václava, bo byli wierni swemu księciu. Pomorzanie się do walki z Czechami nie rwali. Przyjęli Václava jako króla, bo tak im Święcowie kazali.

— Postanowione — oznajmił. — Powiadomcie moich bratanków. Ruszam na Pomorze, będę się ze Święcami układał. Niech Kaźko i Przemko przyjadą do Gdańska, tam wszystko baronom Pomorza ogłosimy.

— Wspaniała decyzja. Najlepsza — pochwalił Gerward przyjęcie przez Władka własnego pomysłu. — Przy okazji książę Święcom pokaże, że nie są tak wszechwładni, jak im się zdaje. To dobre na początek rokowań, osłabić przeciwnika. Bardzo dobre. Słyszysz, Stasiu? Zapamiętaj tę lekcję.

— Zapamiętam, bracie biskupie — kornie przytaknął młodszy Leszczyc.

— No dobrze, poszedłem ci na rękę, Gerwardzie, w sprawie kujawskich braci, teraz ty zrób coś dla mnie — powiedział Władysław.

— Co tylko w mojej mocy — rozpromienił się biskup.

— Odpuść Święcy co nieco w sprawie długu. A ty, Stanisławie — Władek zwrócił się do młodszego Leszczyca — to też zapamiętaj. Tak się robi przy negocjacjach. Coś odbierasz, ale dajesz coś innego.

Mina młodego kocurka wskazywała, że nie wie, czy wolno mu przyjmować nauki od kogokolwiek innego niż brat. Ten zaś zafrasował się wyraźnie, mówiąc:

— To już akurat nie jest w mojej mocy, książę, bo sprawę gwałtów i długu Święcy oddałem pod sąd. Pod niezawisły sąd — pokiwał głową. — Tak więc zdać się tu musimy na sprawiedliwy wyrok.

A niech go! — zaklął w duchu Władysław. — Cwany, tłusty kocur!

Gerward musiał dostrzec wściekłość księcia i natychmiast powiedział:

— Ale, jak rzekłeś, mój panie. Gdy coś się odbiera, warto dać coś w zamian. I mam dla ciebie niezwykłej wartości prezent. Ziemia nakielska. Ten kawałek Starszej Polski graniczący z Pomorzem, odcinający od ziem pomorskich posiadłości twego zaciętego wroga, księcia Głogowa. Tak się składa, że ja, Leszczyc, zawsze dobrze żyję z Pałukami. Siostrę naszą też wydaliśmy za Pałukę. A ich ród siedzi na ziemi nakielskiej i zamierza wypowiedzieć posłuszeństwo Głogowczykowi, by tobie, mój książę, złożyć przysięgę wierności.

Władek poczuł wiatr w skrzydłach herbowego półlwa. Nareszcie coś zaczyna się układać. Ziemia nakielska będzie jak klin wbity w czarny łeb Głogowczyka. Z uznaniem popatrzył na Gerwarda. Pazerny, owszem, ale strateg z niego niezły.

HENRYK książę Głogowa i Starszej Polski stał w poznańskiej katedrze i patrzył, jak pomocnicy mistrza kamieniarskiego, Aldonusa z Brun­szwiku, umieszczają wielki posąg króla Przemysła na cokole w jego grobowej kaplicy. Byli sprawni, niczym zgrana w boju drużyna zbrojna i cisi jak bracia zakonni. Przed wejściem do kaplicy czekała księżna Rikissa. Oczywiście kamienna księżna, wciąż jeszcze przysłonięta płachtą szarego płótna. Usłyszał cichy odgłos kroków i rozpoznał swego syna, Henryka Młodszego.

— Panie ojcze — dotknął jego ramienia chłopak. — Biskup Andrzej Zaremba prosił o posłuchanie.

— Poczeka — sucho stwierdził Henryk.

— To król? Naprawdę tak wyglądał? — spytał syn, robiąc kilka kroków ku posągowi.

Pomocnicy Aldonusa skończyli ustawiać rzeźbę i teraz omiatali ją z pyłu długimi miotłami z piór. Henryk uważnie przyjrzał się jego dziełu.

— Nie, synu. Król był niższy, szczuplejszy i znacznie bardziej ludzki. Nos miał nieco mniejszy, usta pełniejsze. Ale posąg to nie lustro z polerowanego srebra.

— Nie rozumiem, ojcze.

— Jego zadaniem nie jest oddawanie rzeczywistej urody człowieka, lecz ducha, który nim władał. A duch króla Przemysła był wielki, godny i dumny.

— Ach tak — skinął głową Henryk Młodszy.

— W posągu króla, synu, przeglądać ma się całe Królestwo. Widzieć i czuć dumę z przynależności. Maluczcy, którzy przyjdą do katedry, mają patrząc na posąg, wzruszać się i oddawać swą wierność następcy Przemysła.

— Czyli tobie, ojcze.

— Jeszcze nie — szepnął Henryk i zobaczył obłoczek pary, który uniósł się z jego ust i rozwiał w powietrzu.

— Jak to nie? — zdziwił się jego syn. — Przecież objąłeś księstwo, a nasze czarno-białe chorągwie powiewają na poznańskim zamku.

— Objąłem księstwo, ale nie zdobyłem jeszcze Królestwa, synu. A dopiero jako król będę prawdziwym następcą Przemysła.

Ludzie Aldonusa podeszli do figury księżnej Rikissy i zdjęli z niej zasłonę. Młody Henryk aż jęknął.

— Ależ piękna! Czy ona?…

— Ona tak właśnie wyglądała — kiwnął głową Henryk. — Nie była królową, zmarła, nim Przemysł sięgnął po koronę. Jej posąg nie ma oddawać majestatu władczyni, ale prawdziwą kobietę, panią serca Przemysła, jego największą miłość.

Aldonus wyczarował w kamieniu dostojne fałdy płaszcza, ukrywające smukłą kibić księżnej. Jej wysokie czoło, elegancko wydłużoną głowę, sploty włosów ujęte pod książęcym diademem. Dłoń, którą księżna przytrzymywała płaszcz na piersi, miała smukłe kamienne palce, a jej usta rozchylały się w uśmiechu.

 

— Jeśli, jak mówisz, księżna tak właśnie wyglądała, to była przepiękna.

— Była — potwierdził Henryk.

— Jakie miała włosy?

— Bardzo jasne, jak każda dama. Prócz twej matki — dodał. — Ale ona ma urodę po matce, księżnej Montferratu.

— A jej córka, królowa Rikissa? — W głosie syna zabrzmiała ciekawość chłopca.

— Jasne. Ale już o nią nie pytaj. Wdowa po Václavie nie zostanie twą żoną. Poślubiła Rudolfa Habsburga. Czas minął.

— Przepraszam, byłem głupi — jęknął syn.

— Byłeś — przytaknął ojciec.

Gdy wjechali do Poznania po śmierci Václava, Henryk zaproponował w rozmowie z biskupem Zarembą, by jego syn, czternastoletni wówczas, pojął za żonę Rikissę wdowę. Ten pomysł był doskonały i sprawiedliwy, a Henryk wysoko cenił rzeczy prawe. Rikissie, koronowanej królowej Polski i Czech, pozwoliłby wrócić do Poznania w chwale, a jego synowi w przyszłości otworzyłby drogę do korony. Niestety, Zaremba się wahał, baronowie się wahali i Rikissa wyszła za Habsburga. To, że młody Henryk buntował się, iż ma poślubić wdowę, nie miało żadnego znaczenia. Nie oni zdecydowali w tej grze, lecz silniejsi od nich. Henryka jednak nurtowało, dlaczego baronowie nie podchwycili wówczas tak dobrej idei. Czy kierował nimi lęk, że powracająca do Poznania Rikissa rozprawi się po latach z odpowiedzialnymi za śmierć jej ojca? Nie z tymi, którzy go zabili, lecz z tymi, co swego króla nie umieli strzec. To jedna z wielu tajemnic Starszej Polski, którą powinien zawczasu rozwikłać.

— Zapamiętaj, synu — odezwał się po chwili. — Jeśli spełnią się moje plany i zdobędę koronę, po śmierci chcę spocząć tu.

— A nie na Śląsku, wśród przodków?

— Nie, chłopcze. Tu leżą moi królewscy przodkowie. Król nawet po śmierci jest własnością Królestwa. — Zamilkł na chwilę. — Gdybym jednak nie doczekał koronacji, przewieź me ciało do Lubiąża, do klasztoru.

— Ojcze, nie myśl o takich rzeczach…

— Zamilcz! — krzyknął Henryk, a jego głos odbił się od sklepień katedry. — Bo uznam, że mój pierworodny nie ma w sobie krzty zadatków na wielkiego władcę! Władca musi myśleć o sobie w życiu, ale i wiedzieć, co będzie z nim po śmierci! Jeśli tego nie zrozumiesz, zostaniesz tylko dzielnicowym książątkiem.

— Dobrze, ojcze — zbyt pospiesznie zgodził się z nim młody Henryk.

— Dlaczego trzymam cię przy sobie w Poznaniu?

— Żebym uczył się sprawowania władzy — odpowiedział.

— By tutejsi baronowie przywykli, żeś moim następcą — wyprostował ważność spraw Henryk. — Ale owszem, masz się i przy mnie uczyć. Idziemy.

— Przypomnę, ojcze, że biskup Zaremba prosił o spotkanie. Jego pałac jest przecież przy katedrze.

Henryk zacisnął szczęki; miał ochotę chwycić syna za szyję i dusić. Chłopak z trudem się uczy.

Opanował gniew i wyjaśnił cierpliwie:

— Biskup poznański prosi o spotkanie, to znaczy, że przybędzie do nas, na zamek, gdy go zaproszę, a nie, że my odwiedzimy go przy okazji wizyty w katedrze, nawet jeśli, jak mówisz, to tuż obok. Andrzej Zaremba musi wiedzieć, że w Starszej Polsce włada książę, nie biskup.

— Rozumiem, wybacz, że się wyrwałem — skłonił mu się syn.

— Jesteś młody, a młodość ma swe prawa — powiedział, jak mu się zdawało łagodnie. — Ale naiwność i dobroduszność jest cnotą tylko u maluczkich. U książąt to wada.

Przed katedrą czekał na nich oddział Mroczka Wezenborga, osobista straż książąt, odkąd zajęli Poznań i Henryk mianował brata Mroczka, Bogusza, starostą Starszej Polski. Ubrani jednakowo, w barwy, które Henryk wprowadził do Poznania, jako swe nowe znaki herbowe: biel i czerń. Tuniki białe z przodu, zdobione czernią śląskiego orła, i czarne z tyłu, z białym dla odmiany, królewskim orłem na plecach. Giermek przytrzymał mu wierzchowca, a Henryk, nie po raz pierwszy, poczuł ukłucie bólu w plecach, gdy wsiadał na grzbiet konia. Skrzywił się, ale nie jęknął. Jeszcze tego brakowało, by książę okazywał słabość.

Miał ich wiele, choć nie wiedział o nich nikt. W zimnych i mokrych porach roku dokuczały mu rwące bóle stawów. Palce u stóp czasami odmawiały mu posłuszeństwa, potrzebował wtedy czasu, by rozruszać nogi i nadać swemu chodowi naturalny rytm. I twarz, jego maska, jak ją nazywał w myślach, która z roku na rok stawała się nią coraz dosłowniej. Miał wrażenie, że skóra wtapiała mu się w kości czaszki. Po trudnych, pełnych spotkań i zadań dniach, wieczorami czuł gwałtowny ból, wydawało mu się wtedy, że skóra na jego twarzy pęka niczym stary, suchy pergamin. Dotykał się, obmacywał twarz, ale nigdzie nie znajdował śladów pęknięć, więc z czasem przyjął do wiadomości, że to iluzja, którą zwodzi go szatan.

Nie jestem jeszcze taki stary — myślał. — Mam pięćdziesiąt lat, to wiele, ale jeszcze nie wiek podeszły. Czterech synów, cztery córki i znów brzemienna żona.

Na wspomnienie wypukłego brzucha Matyldy poczuł ciepło. Tak, w jej alkowie, w jej wonnych dłoniach, opuszczały go dolegliwości. Skóra twarzy miękła niczym rozgrzany wosk i przestawała boleć. Matylda z Brunszwiku wciąż była piękna, mimo swych trzydziestu lat albo właśnie dzięki nim. Wielbił w niej damę, a pożądał jako żony. Wiedli życia osobne; ona ze swym dworem w Głogowie, on wiecznie w drodze lub na wojnie, a jednak każde z ich spotkań było owocne. Płodność Matyldy imponowała mu tak samo jak jej takt, dobre wychowanie i znajomość niemieckiej poezji. Podczas ostatnich wspólnych dni, na głogowskim zamku, Matylda recytowała mu poemat o Siedmiu Pieczęciach. Nieco trudny, jak na dworskie wiersze, ale wyrafinowany. Potem pili jej ulubione złote mozelskie wino i kochali się przy dźwięku lutni dochodzącym z sąsiedniej komnaty. Tak, mógłby leżeć z głową na jej piersi, nie wychodzić z jej łoża, gdyby nie to, że kochankiem bywał, a władcą Starszej Polski był. A ta ziemia, jak żadna inna, była wymagająca. Zatem pojechał do Głogowa na święta, spędził z żoną kilka nocy i dni, zasiał w jej brzuchu ziarno kolejnego dziecka i tu, w dalekim Poznaniu, czekał na wieść: córka czy syn? Wolałby córkę, czterech synów to i tak dużo do obdzielenia, a każde dziewczę to może być zięć i sojusznik. Albo dobry klasztor.

Na zamku, w Okrągłej Sali, spotkał się ze swym kanclerzem, Fryderykiem von Buntensee. Z uznaniem spojrzał na pracę szwaczek, którym kazał naprawić uszkodzone gobeliny króla Przemysła, te ze scenami z Pieśni o królu Arturze, co je Władysław kazał zdjąć, gdy po śmierci króla zajął zamek. Dzisiaj znów wyglądały niemal jak nowe i nie znać na nich dziur, które wygryzły szczury.

— Panie — powitał go kanclerz. — Mam dużo wieści.

— Mów — skinął głową książę i wskazał swemu synowi miejsce, które ma zająć.

— Skontaktowaliśmy się z biskupem krakowskim, Janem Muskatą, i biskupem wrocławskim, Henrykiem z Wierzbna, jak kazałeś. Muskata wykazuje wielką wolę współpracy.

— Nic dziwnego. Jego nienawiść do księcia Łokietka jest legendarna.

— Ojcze — wyrwał się Henryk Młodszy. — Czy mogę o coś ­spytać?

— Skoro już nam przerwałeś, pytaj.

— Nigdy nie pozwalałeś, by nazywano księcia Władysława Karłem, a teraz sam powiedziałeś o nim Łokietek.

Henryk już drugi raz tego dnia poczuł wobec syna złość. Jak to możliwe, że piętnastoletni książę nie czuje różnicy? Fryderyk von Buntensee spojrzał na niego pytająco, i Henryk z ulgą skinął mu głową, by wyjaśnił dzieciakowi, w czym rzecz.

— Jak ci wiadomo, młody panie, książę Władysław przed wielu laty…

— Przed siedemnastu laty — z naciskiem przerwał mu Henryk.

Każdy rok od tamtego dnia liczył się dla niego podwójnie, jak mógłby nie wiedzieć, ile ich minęło?

— Przed siedemnastu laty Władysław zabił w bitwie twego stryja, księcia Przemka…

— Który był najdoskonalszym rycerzem, jaki wyrósł w naszym rodzie — uzupełnił Henryk.

— Tak jest — przytaknął kanclerz. — I twój ojciec nie życzy sobie, by o człowieku, który pozbawił życia jego wspaniałego brata, mówiono „Karzeł”, bo karzeł nie mógł zabić tak świetnego rycerza, jakim był Przemko. Ale czym innym jest pogardliwie miano „Karła”, jakim wielu obdarza księcia Władysława, a czym innym…

— Przydomek „Łokietek”, jaki on sam przyjął — twardo dopowiedział Henryk. — Bo to jego osobista decyzja, która sankcjonuje fakt, iż jest niskim mężczyzną. Rozumiesz?

Syn skinął głową, ale jego oczy zdradzały brak pewności.

— Weź się za siebie — ryknął na niego Henryk — bo inaczej tobie potomni nadadzą przydomek „Głupi”!

Uspokoił się w jednej chwili, gdy to powiedział. Tak, rzeczy trzeba nazywać po imieniu, bez upiększeń. Szkoda, że zrobił to tak późno. Gdyby nie fakt, iż nie ufał biskupowi Zarembie, posłałby syna do szkoły przy jego katedrze, na prawach zwykłego ucznia.

— Co z Muskatą? — wrócił do rozmowy bez chwili zwłoki.

— Chce rozmawiać, choć moi wysłannicy odnieśli wrażenie, że biskup Krakowa wciąż sonduje Czechów.

— Traktuje nas jako drugie, gorsze rozwiązanie, w razie gdyby nie udało mu się z nimi? Wobec tego usztywnij nasze stanowisko. Przemyślidzi nie żyją, a Habsburgowie wciąż walczą. Albo Muskata uzna, iż jestem jego najważniejszym sojusznikiem przeciw Władysławowi, albo zasugeruj mu, że nic od nas nie dostanie.

— Rozumiem. Biskup Wrocławia z kolei przyjął postawę wyczekującą. Zdaje się, że obiecuje sobie wiele po młodym księciu wrocławskim Bolesławie, zięciu, jak wiemy, zmarłego Przemyślidy.

— Zięciu! — prychnął Henryk. — Małżeństwo wciąż nieskonsumowane, bo królewna Małgorzata ma ledwie dziesięć lat, a pan młody w wieku tego tu — wskazał palcem na swego syna. — Dobrze, poczekajmy, jak się sprawy rozwiną. Zachowaj biskupa wrocławskiego w życzliwej uwadze. Czy moje pieczęcie gotowe?

— Tak, już pokazuję — zerwał się z miejsca kanclerz i podsunął Henrykowi okutą srebrem skrzynkę.

Otworzył ją, ale Henryk przytrzymał wieko i opuścił.

— Co to jest? — Stuknął palcem w srebrną różę na wieku.

— Kwiat — odpowiedział Buntensee.

— Widzę — zdenerwował się książę. — Mówiłem ci, że wszystkie przedmioty, które wiążą się z mą władzą, mają być zdobione orłem.

— Tak, wybacz — pokłonił się Fryderyk. — Wybacz, w tej skrzynce przyszły od rzemieślnika i nie zdążyłem jej zmienić. Naprawię to.

Henryk skinął mu głową i sam wyjął z wnętrza pieczęć. Tak, była taka, jak chciał. Wielkością przewyższała każdą z książęcych, bo kazał wzorować ją na królewskiej pieczęci Przemysła. Na niej on, władca w majestacie, na tronie. W dłoni trzyma gałąź oliwną, bo sprowadzi na kraj pokój. Na głowie ma mitrę, nie koronę i tylko ona różni jego wizerunek od obrazu króla.

— Majestatyczna — pochwalił. — Monety też już dostarczono z Głogowa?

— Nie, panie. Mennica jeszcze nie skończyła bicia, ale będą takie, jak sobie życzyłeś. Na każdej książę z mieczem w prawej i koroną w lewej dłoni.

— „Waleczny pretendent” — powiedział zdanie, które przyświecało mu, gdy tworzył ten obraz.

Nigdy nie pozwoliłby sobie na wizerunek w koronie na głowie, póki naprawdę jej nie zdobędzie. W jego oczach to byłoby świętokradztwo.

— Coś jeszcze? — spytał kanclerza.

— Na dzisiaj wszystko, panie. Bogusz Wezenborg, twój starosta, ma kilka spraw.

— Jakich?

— Pogranicze w ogniu, Brandenburczycy umacniają się w kasztelaniach zajętych po śmierci króla i wyraźnie prą na wschód.

— Co jeszcze? — skrzywił się Henryk. Twarz zaczynała mu dokuczać.

— Książę Łokietek minął już Włocławek, gdzie spotkał się biskupem Gerwardem.

— Wiem, mówimy o tym od tygodnia. Lutek Pakosławic śledzi jego ruchy i jak dotąd nic nie wskazuje, by podróż księcia była wymierzona przeciw Starszej Polsce.

— Zgadza się, mój książę, ale na północy zwiadowcy obserwują poruszenie wśród rycerstwa.

— Które rody? — zaniepokoił się Henryk.

— Pałukowie z ziemi nakielskiej.

Syknął i zagryzł zęby. Rwanie w krzyżu dopadło go tak nagle, że nie zdołał się powstrzymać.

— Spotkam się z Wezenborgiem wieczorem — powiedział z trudem. — Teraz muszę przyjąć biskupa Zarembę. Wołaj go i zostań, gdy będę z nim mówił.

Nim kanclerz wprowadził biskupa, Henryk skinął na sługę i kazał sobie podać mocnego, czerwonego wina. Tłumiło ból.

— Książę Henryku! — powitał go Andrzej Zaremba po chwili.

— Biskupie — skinął mu głową sztywno. — Spocznij. Co cię sprowadza?

Zaremba zamrugał i potarł dłonią gładko wygoloną brodę. To był sposób Henryka na dumnego biskupa: brał go krótko, nie dopuszczał do spoufaleń.

 

— Książę Łokietek spiskuje z biskupem Gerwardem.

Przyszedł oznajmić mi jako nowinę to, o czym wszyscy wiedzą? — pomyślał z niesmakiem Henryk. — Gerward Leszczyc od dawna jest zausznikiem księcia.

— Co tym razem? — spytał krótko.

— Obawiam się, że Pomorze — z namaszczeniem odrzekł Zaremba. — Władysław wyraźnie kieruje się do Gdańska, a jeśli umocni tam swoje wpływy, to trudno będzie nam…

— Nam? — złapał go za słowo Henryk. — Ja nie zamierzam walczyć z nim o Pomorze.

— Starsza Polska bez Pomorza to jak statek bez żagli! Książę, wiesz przecież, że Przemysł odnowił Królestwo dzięki zaślubinom Księstwa z morzem! Rozumiem, że póki umacniałeś swą władzę w Poznaniu, nie miałeś głowy do spraw pomorskich, lecz teraz…

— Przyjmij do wiadomości, Andrzeju Zarembo — powiedział Henryk powoli, bo walczył z bólem. — Pomorze jest dzisiaj poza naszym zasięgiem. Wejście tam to konflikt i z Łokietkiem, i z Brandenburgią.

— Lecz jako Dziedzic Królestwa… — próbował przebić się ze swymi racjami Zaremba.

— Zamierzam oprzeć Królestwo o Starszą Polskę i Śląsk.

— Tam urzędy przejęli obcy. Śląsk jest niemal niemiecki! — wyr­wało się Zarembie.

— Śląsk jest śląski — wysyczał przez zęby Henryk.

Szybko wziął łyk wina i czekał, aż skurcz bólu mu przejdzie. Widział, jak biskup czerwienieje na twarzy, jak stara się powściągnąć ­emocje.

Piekielni Zarembowie — pomyślał Henryk. — Wciąż im się wydaje, że to oni władają Starszą Polską. Potrzebują morza, bo mają tam swe majątki, z czasów gdy jeden z nich był wojewodą pomorskim, i nie pogodzili się z tym, że teraz na Pomorzu władają możni Święcowie. Rybogryf i półlew za murem to takie same tajemnicze herbowe bestie. Ni to, ni tamto. Nie znoszę tajemnic, bo kryją się za nimi matactwa.

— Chcę tylko powiedzieć — odezwał się Andrzej po chwili — że powinieneś mieć świadomość, książę, iż rycerstwo Starszej Polski nieprzychylnym okiem patrzy na to, iż otoczyłeś się niemieckimi urzędnikami. A jeśli w istocie twe plany zmierzają do zajęcia Śląska, nie wiem, czy znajdzie to zrozumienie wśród naszych.

Henryk przełknął kolejny łyk wina i wreszcie puściła mu bolesna sztywność szczęki.

— Naszych? Co przez to rozumiesz? — powiedział ostro. — Jeśli chcesz powiedzieć, że Zarembowie wypowiedzą mi posłuszeństwo, to wiedz, że czasy Przemysła się skończyły. Ja nie dopuszczę, by wasz ród rządził księstwem z ukrycia! Myślisz, że nie rozumiem twego herbu?

Andrzej Zaremba zbladł, a Henryk natarł na niego jeszcze mocniej.

— Półlew za murem! To znak ludzi działających z ukrycia, takich, co jedno mówią, inne robią! Rozgryzłem was, Zarembowie!

Biskup poznański wstał i skłonił mu się sztywno.

— Czas na mnie, książę. Żałuję, że nie chcesz słuchać mych rad. A jeśli chodzi o nasz ród, źle nas oceniłeś, panie. Wiedz zatem, że Zarembowie od zarania dziejów byli Strażnikami Królestwa.

— Rozgryzłem was! — powtórzył swoje Henryk.

— Nie, panie — zimno oświadczył biskup. — Żegnam.

W Henryku wezbrała długo tłumiona złość. Andrzej Zaremba zatrzymał się przy wyjściu z Okrągłej Sali, odwrócił i powoli omiótł wzrokiem wiszące na ścianie gobeliny. Na końcu zatrzymał spojrzenie na nim i powiedział spokojnie:

— Niejeden połamał sobie zęby, próbując zranić półlwa za murem.

Henryk wbił palce w podłokietniki krzesła i wciągnął powietrze. Czuł, jakby zaraz miała pęknąć mu żuchwa. Wytrzymał. Gdy biskup zniknął, siłą rozwarł szczęki i wlał w usta resztę wina.

RIKISSA po ślubie z Rudolfem znów zamieszkała na zamku praskim. Te wszystkie lata po pożarze, gdy dwór rezydował w obszernym i wygodnym domu złotnika Konrada, odsunęły od niej złe wspomnienia związane z okrutnym zachowaniem Václava. Teraz wróciła na zamek, ale Rudolf zdecydował, że nie zajmą pałacu, bo ten wciąż był w remoncie, ale nowe pomieszczenia wokół Białej Wieży. Odetchnęła z ulgą. Dobrze rozpocząć nowe życie w innym miejscu.

Ich ślub był wystawny. Albrecht Habsburg pragnął pokazać Czechom, na co go stać. Wielodniowe uczty, podczas których siedziała między Rudolfem a jego ojcem. Obaj jedli niewiele, pili jeszcze mniej, ale słudzy ciągnęli z niekończącym się korowodem półmisków. Pieczone udźce sarny, obłożone boczkiem. Rumiane prosiaki na piramidach z jabłek. Gulasze podawane z wyrazistym węgierskim winem. Pasztety. Półgęski. Przepiórki. Kluseczki. I od nowa. Ryby zapiekane pod kożuchem śmietany. Jaja smażone na wędzonym boczku. Pieczona dziczyzna przekładana kurczętami. Zawiesiste zupy z kaczymi udkami. Kluseczki.

Eliška, córka Václava, odmówiła udziału w weselu. Mała Małgorzata wyjechała z Pragi pod opieką swego młodego narzeczonego, Bolesława, księcia Legnicy, Brzegu i Wrocławia. Najstarsza z jej pasierbic, Anna, wraz z mężem, księciem Karyntii, opuściła Czechy.

Rikissa sądziła, że Karyntczyk, mając wsparcie w baronach czeskich, którzy chcieli na tronie władcy ulegającego ich wpływom, podejmie walkę z Habsburgami. Tak się nie stało.

Od dnia, w którym ogłoszono, że Rudolf Habsburg pojmie za żonę ją, królową wdowę po Václavie II, tumult możnych ucichł. Ugięli się pod potęgą niemieckiego króla. I czym prędzej przystąpili do rokowań. W połowie ich długiego wesela wszystko było gotowe. Albrecht I Habsburg uroczyście potwierdził baronom czeskim wszystkie przywileje, z obu starych Złotych Bulli. Żadna z nich nie mówiła o dziedziczeniu w linii żeńskiej, więc jasne było, dlaczego Eliška, Małgorzata i Anna odrzuciły weselne zaproszenie.

— Karyncki książę nie będzie mógł ubiegać się o tron — powiedział Rudolf, pochylając się ku niej, gdy biskup Jan IV odczytywał treść postanowień.

Wiem, mój dobry, brzydki książę — pomyślała o tym, czego jej nowy mąż nie powiedział. Znała bulle na pamięć i rozumiała każdy z ich zapisów. Najbardziej ten, że po śmierci króla panowie Czech będą mieli prawo wybrać sobie nowego władcę. Tron czeski nie musi być dziedziczny. Póki panowali Przemyślidzi, nikt tego nie podnosił, ale ich czas się skończył. Popatrzyła na Rudolfa. Na jego ostry profil. Duży nos, wystający podbródek. Choć był nieładny, czuła, że to dobry człowiek.

Jeśli urodzę ci syna, a pragniesz tego, Rudolfie, nikt nie zagwarantuje, że zostanie następcą — pomyślała, a on poczuł jej spojrzenie na sobie i odwrócił ku niej głowę. Uśmiechnął się i nieśmiało położył dłoń na jej dłoni.

— Mówi się, że wybór arcybiskupa Moguncji coraz bliższy — powiedział do niej krzepiąco.

— Niech Bóg da — odpowiedziała.

Koronatorem czeskich królów mógł być tylko arcypasterz moguncki. Poprzedni zmarł i wakans przeciągał się. To sprawiało, że Rudolf nie mógł zostać koronowany w katedrze Świętego Wita.

— Mój ojciec rozważa, czy wobec tego nie powinienem się koronować najpierw na króla Polski — powiedział Rudolf.

Poczuła w sercu ukłucie. Michał Zaremba pojechał z tajemnym poselstwem do arcybiskupa Świnki i baronów Starszej Polski, ale nie wrócił. Opanowała emocje.

— Mój panie, korona Królestwa Polskiego, która należała do mego ojca, a potem spoczęła na skroniach mego pierwszego męża, Václava, nie jest dodatkiem do korony czeskiej — powiedziała chłodno.

— Wiem, moja królowo — łagodnie odpowiedział Rudolf. — Ale powiedz, nie chciałabyś panować i w kraju swego urodzenia?

— Ja już jestem podwójną królową, mężu — odrzekła grzecznie. — Koronowano mnie świętą koroną Piastów i nikt nie może mi jej odebrać. Ale czy baronowie Królestwa obdarzyliby nią ciebie? Nie wiem. Południe już przyjęło rządy księcia Władysława. W Starszej Polsce wciąż włada książę Głogowa. Piastowie nie wymarli, jak Przemyślidzi.

— A ten arcybiskup gnieźnieński? — spytał Rudolf. — Koronator polskich królów. Jaki on jest?

— Prawy, Rudolfie — odpowiedziała, patrząc mu w oczy Rikissa. — To człowiek bezgranicznie oddany Królestwu.

— Podejmę z nim rozmowy, gdy uporządkuję sprawy w Czechach. Żadnych gwałtów, bo widzę, że sobie tego nie życzysz.