Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak, Rikissa zawsze zatrzymywała się na dłużej nad kartami Brzetysława i Bolesława, obracając je w palcach z prawej i lewej strony, i rozważając, jak różnie można opowiedzieć te same historie.

Pozbierała karty. Na wierzchu ułożyła pierwszą. Piękna Libusza o połyskujących złotą farbą warkoczach, wskazuje swym ludziom młodego oracza. On już ją widzi, zdążył odesłać woły i wetknąć w zaoraną ziemię pęd leszczyny, a ta pod pędzlem iluminatora zakwitła.

To pouczająca historia — pomyślała Rikissa, gładząc palcami warkocze Libuszy. — Zwłaszcza ta jej część, której nie ma na obrazie. W pamięci ludzi ma zostać młoda władczyni wybierająca sobie prostego stanem, lecz rozważnego męża. Ale w tej przypowieści jest i historia kmieci, niezadowolonych z kobiecych rządów, przymuszających Libuszę do wyboru męża, nie po to, by miała potomstwo, lecz by nie władała sama, by powierzyła rządzenie mężczyźnie. Kronikarz jak zwykle zadbał o dobrą, pogodną pamięć. Kmiecie na obrazku uśmiechają się radośnie i patrzą na tego, którego wskazała ich pani.

Gdyby iluminator uchwycił Libuszę rok później? — pomyślała. — Pewnie miałaby brzuch wzdęty ciążą, złote warkocze schowane pod skromną chustą i linie goryczy wyżłobione wzdłuż zaciętych ust.

Cicho uchyliły się drzwi komnaty i wślizgnęła się przez nie Kalina.

— Rikisso, Agnieszka się obudziła. Trzy lwy jej pilnują — powiedziała. — Uczeszę cię i możemy iść.

— Dobrze — skinęła głową Rikissa.

Kalina zręcznie porządkowała drobiazgi na stoliku królowej. Przetarła kościany grzebień, przygotowała szpile i siatkę do włosów. Przejechała pieszczotliwym gestem po rozpuszczonych splotach Rikissy.

— Co robiłaś? — zainteresowała się czule.

— Uczyłam się — uśmiechnęła się do niej Rikissa i zamknęła księgę. — Są jakieś wieści od Michała Zaremby?

Kalina na moment zastygła w bezruchu.

— Nie ma — odpowiedziała po chwili i zanurzyła grzebień w jej włosach. — Pewniej bym się czuła, gdyby w tej… — Kalina szukała właściwego słowa — …eskapadzie towarzyszył wam ktoś tak pewny jak Michał. Na Henryka z Lipy chwilowo nie możemy liczyć.

— Nie możemy — spokojnie odpowiedziała Rikissa i poddała się łagodnym ruchom grzebienia. Zręczne palce Kaliny już zaczęły układać jej włosy w dwa zwinięte nad uszami warkocze. — Ale nie martw się, zmieniłam plany. Poprosiłam braci Habsburgów, by to oni w przebraniu przyszli do nas, a nie my do nich. Tak więc eskapada oznacza tylko zejście schodami w dół.

— I zgodzili się? — uniosła brwi Kalina.

Rikissa uśmiechnęła się w odpowiedzi. Kalina zwinnie opięła warkocze siatką i przyszpiliła ją do włosów.

— Naprawdę nie chcesz się przebrać? — spytała, kończąc.

— Nie zamierzam się specjalnie stroić na to spotkanie. Nie chcę stworzyć mylnego wrażenia, że zabiegam o to małżeństwo. To oni muszą się przebrać, by niepostrzeżenie dostać się do Pragi — mrugnęła do Kaliny.

— Dlatego dziwię się, że na to przystali. Gdyby ktoś ich rozpoznał, pochwycił… To śmiertelnie niebezpieczne, królowo. Nie czujesz w tym podstępu?

— Gramy w dworską grę, Kalino, a każda z nich rządzi się swoimi zasadami — bez cienia uśmiechu odpowiedziała piastunce Rikissa.

— Zawsze mówiłaś, że dworskie gry są głupie.

— Mylisz się. Nigdy nie powiedziałam tego na głos. Ale masz rację, tak o nich myślę. — Przyjrzała się Kalinie z troską. — Martwisz się. O Michała Zarembę, że nie ma od niego wieści.

— A ty nie? — W głosie Kaliny zadrżała bezsilność. — Pojechał sam, bez oddziału zbrojnych. Na granicy rozboje i gwałty. Sama nie wiem… — Piastunka okręciła się i usiadła bezradnie, chowając twarz w dłoniach.

— Wiesz — powiedziała cicho Rikissa i chwyciła jej dłoń, odciągając ją od twarzy. — Ty akurat wiesz, że nie może mu się przydarzyć nic, czego by sam nie chciał. A ja wiem, że będzie chciał znów nas zobaczyć. Ciebie i mnie. I małą Agnieszkę. Wróci. Jestem pewna, że wróci.

— Przepraszam — wyszeptała Kalina. — Przepraszam cię. To ja powinnam być dla ciebie podporą w tych trudnych chwilach. — Zerwała się tak szybko, aż jej zielona suknia zatańczyła. — Już jestem gotowa, znów możesz na mnie liczyć.

— Na pewno? — spytała Rikissa, wstając.

— Na pewno — potwierdziła Kalina.

— Za chwilę się okaże — poważnie powiedziała osiemnastoletnia królowa. — Powiedz mi zatem prawdę, Kalino. Jak to jest możliwe, że wciąż wyglądasz tak samo jak w dniu, w którym jako niemowlę ujrzałam cię po raz pierwszy? Twoje ciemne włosy nie zmieniły barwy, policzki nie straciły rumieńców, a podbródek ostrości. Jak to jest możliwe, co?

W oczach Kaliny zadrżała iskra wesołości, ale piastunka powstrzymała się i odpowiedziała Rikissie z równą powagą:

— To raczej ty się wytłumacz, pani. Pamięć zwykłych ludzi nie sięga tak daleko.

Wpadły sobie w ramiona z czułością, która jak promień słońca przed burzą trwała tylko chwilę. Rikissa, nie puszczając Kaliny, odsunęła się na długość ramion.

— Królowe muszą mieć dobrą pamięć, by nie zapomnieć o przeszłych pokoleniach i nie popełnić ich błędów — powiedziała.

— A piastunki zawsze wydają się piękniejsze, niż są w istocie, bo tak wspominamy dzieciństwo. — Kalina wsunęła niepokorny kosmyk Rikissy pod złotą siatkę na jej włosach i pocałowała ją w policzek. — Ale nie martw się! Gdy nadejdzie armia zmarszczek, wyjmę swą tarczę i obronię cię.

Rikissa z małą Agnieszką na ręku, rodowymi trzema lwami u kolan i Kaliną za plecami siedziała na wielkim, rzeźbionym tronie. To była jedna z niewielu rzeczy, jakie kazała sobie przywieźć z Poznania, gdy baronowie Starszej Polski wydali ją za Václava II. Jej nieżyjący mąż nie znosił tego mebla. Mawiał, że jest potworny. Istotnie, jego nogi były czterema wielkimi łapami lwów. Z wezgłowia wyciągały szyje ni to węże, ni smoki, a siedzący ramiona opierał o smukłe grzbiety jeleni. Ale dla Rikissy najważniejsze w tronie były rzeźbione słupki wspierające podłokietniki. Tylko nadzwyczaj bystre oko mogło dostrzec, że pochodzą z zupełnie innego mebla. Te dwa słupki tronowe jej matka i imienniczka, Rikissa Valdemarsdotter, przywiozła ze swego domu rodzinnego w dalekiej Szwecji, za zimnym morzem. A ojciec, zakochany w matce bez pamięci, kazał dorobić do słupków tron, by ukochana żona mogła w nim siedzieć i trzymać w dłoniach to, co przypominało jej rodzinną siedzibę. W Poznaniu powtarzano z nabożeństwem, że matka urodziła ją, siedząc na tym tronie.

Agnieszka była nadzwyczaj grzecznym dzieckiem. Skończyła już rok i cztery miesiące. Potrafiła chodzić i gonić się z trzema lwami, nie tracąc przy tym równowagi, ale gdy należało, siedziała spokojnie. Umiała też gaworzyć bez ustanku, płakać i śmiać się, lecz gdy Rikissie zależało na cichym dziecku, Agnieszka milczała. Kalina ubrała małą w prostą, długą sukienkę z błękitnej materii. Rikissa miała na sobie suknię w kolorze zimnego morza z tamtego dnia, gdy jej ojciec zaślubiał fale Bałtyku. To była noc zimowa, a ona, jego córka, starsza niż dzisiaj jej Agnieszka, czekała z Michałem Zarembą na brzegu.

Zaufany odźwierny wpuścił gości. Jeden średniego wzrostu, drugi imponująco wysoki, obaj byli w sukniach pielgrzymów, z kosturami, na których wspierali dłonie niewystarczająco spękane i brudne.

Dobrze, że zdjęli rodowe pierścienie — pochwaliła ich w myślach, gdy ściągali kaptury.

Spojrzała na ich osłonięte twarze jednocześnie i od razu oddzieliła ich od siebie.

Piękny i bestia — przebiegło jej przez głowę.

Trzy lwy ciekawie wstały spod nóg tronu i podchodząc do przybyszów, obwąchały ich. Nie drgnęli. Lwy też zastygły w wyczekującym napięciu.

Václav II, mój nieżyjący mąż, był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego spotkałam w życiu. I najokrutniejszym człowiekiem, z którym przyszło mi być — pomyślała, patrząc na braci Habsburgów. — Który z nich przedstawi się jako mój przyszły małżonek?

— Pani — skłonił się niższy, piękny niczym cherubin, nie mogąc oderwać od niej spojrzenia głęboko niebieskich oczu.

— Królowo — odezwał się ten wysoki o twarzy, w której wszystko było brzydkie tak nieznośnie, że razem tworzyło frapujący obraz. Duży nos. Wystająca dolna warga. Kwadratowy podbródek. Szeroko rozstawione oczy. Ciemne włosy sztywno odstające od czaszki. — Jestem Rudolf Habsburg, najstarszy syn Albrechta, króla Niemiec.

— Jak się czujesz w tym przebraniu, Rudolfie? — zapytała.

— Niczym pielgrzym, który wyruszył na wyprawę do nieznanych sobie sanktuariów i po tygodniach wyczerpującej wędrówki stanął przed wizerunkiem Marii Panny z Dzieciątkiem — odpowiedział Rudolf.

— Przywdziałeś strój pielgrzyma — odpowiedziała mu. — Ale jesteś jak krzyżowiec. Przybyłeś z mieczem w ręku i armią za plecami. Dzieciątko może się was wystraszyć.

Agnieszka, rozumna ponad wiek, wystraszyła się. I zapłakała.

— Armia jest tylko po to, by chronić Madonnę i Dziecię — powiedział, a jego ciemne, lekko skośne oczy zalśniły.

— Rudolfie Habsburgu. Jeśli chcesz zostać moim mężem, nie kłam. Ty i ja jesteśmy wystarczająco dorośli, by mówić sobie prawdę. Jestem królową wdową, dość rozumną, by nie uzależniać swego życia od polityki. I dostatecznie bogatą, by nie musieć wchodzić do gry, która oznacza kłopoty. Podaj mi powód, dla którego mam się z tobą związać.

— Podam ci trzy — odpowiedział Rudolf. — Odpowiedzialność, duma, rozsądek, moja pani.

— Tylko ten trzeci jest prawdziwy, Rudolfie.

— Na początek wystarczy — odpowiedział, a na jego brzydkiej twarzy pojawiło się coś, niczym uśmiech.

— Zatem witaj, mój narzeczony — powstała.

Przez nieziemsko piękną twarz jego brata, Fryderyka, przebiegł skurcz. Rudolf wyprostował się, wyciągając ku niej długie ramię.

— Witaj, moje sanktuarium.

 

Agnieszka w jej ramionach roześmiała się najczystszym dziecięcym uśmiechem. Rikissa dotknęła dłoni Rudolfa palcami. Poczuła ciepło.

On lewą ręką odrzucił poły pielgrzymiego płaszcza i uwolnił czerwonego, wspiętego lwa Habsburgów, który czaił się skryty na jego ramieniu. Jej trzy rodowe lwy skoczyły ku niemu i rozpętała się walka. Koty warczały, skacząc na siebie. Lwy Rikissy, niczym polujące stado, otoczyły wspiętego lwa Habsburga z trzech stron. Wbijały się w jego czerwony grzbiet i boki, bijąc ogonami o posadzkę. Puszczały go tylko po to, by po chwili znów skoczyć i zanurzyć kły w purpurowej sierści. On obnażał zęby i warczał gardłowo. Nieoczekiwanie trzy lwy odskoczyły od niego, przysiadły, potem położyły się i warkot zamienił się w mruczenie. Herbowe bestie Rikissy przymknęły oczy i ułożyły łby na łapach.

Ona też na chwilę zmrużyła oczy. Pod przymkniętymi powiekami przesunął jej się obraz Libuszy wskazującej Oracza. Nie było na nim rozpromienionych kmieci. Libusza stała sama, na pustym polu. Tylko ona i Oracz, gdzieś daleko na linii horyzontu. Gdy otworzyła oczy, brzydki niczym bestia Rudolf czule uśmiechał się do jej córki, Agnieszki.

WŁADYSŁAW z orszakiem urzędników i hufcem wojska jechał z Krakowa przez Sieradz i Łęczycę ku rodzinnemu Brześciowi Kujawskiemu. Oficjalnie i w majestacie obejmował władzę wszędzie tam, gdzie ją sprawował przed wygnaniem. Tam, gdzie ją przed siedmioma laty utracił. Późna jesień była sucha i chłodna, na razie nie spowalniały ich zwykłe o tej porze błota, bo nocami chwytał pierwszy mróz. Witały go tłumy. W każdej wsi, przez którą przejeżdżali, sołtys i proboszcz, chleb i sól. Chłopi z żonami i dzieciarnią przebrani w odświętne sukmany i pasiaki. Woły wyszorowane jak na sprzedaż, z jarzmem przybranym jałowcem.

— Książę powrócił! — krzyczeli, a jego w gardle dławiło od łez.

Rulka zwalniała majestatycznie, on unosił w górę ramię i pozdrawiał.

— Książę nam błogosławi! — wołały kobiety, klękając na zamarz­niętej glebie.

Jezu — myślał w takich chwilach — ja jeszcze niedawno byłem księciem wyklętym, czy to możliwe, że nikt tutaj tego nie wie?

Mieszkańcy Sieradza i Łęczycy witali go daleko przed bramami swych miast, by wprowadzić swego księcia uroczystym pochodem. Jakże daleko im było do zamożności krakowian.

Może wierność kończy się wraz z bogactwem? — myślał Władysław, dziękując im za uznanie swej władzy. — A jeśli tak, to ile trzeba mieć w skrzyni i komorze, by przestać cenić lojalność wobec swego pana?

Czekało na niego i rycerstwo pod herbowymi, spłowiałymi chorąg­wiami. Godzięby, Pomianowie, Powały, Doliwowie, Rolice, Leszczyce. Każdy ród miał w swych szeregach puste miejsca znaczone kirem żałoby.

— Poległ w wojnie z Czechami.

— Zabity przez wojska starosty.

— Nie zgiął kolana przed Przemyślidą i musiał zbiec z rodziną, dziećmi i starcami.

— Z tułaczki nie wrócił. Na obczyźnie pomarł.

Przy trakcie kawał za Łęczycą natknęli się na błąkającą się po lesie dziewuszkę. Z początku wystraszona, zaszyła się w kolczastym krzewie głogu, ale Pawełek idący w przedniej straży kazał dziecko wyciągnąć i gdy nadjechał Władysław, mała stała już na gościńcu w otoczeniu jego rycerzy.

— Nie bój się — powiedział Ogończyk i wskazał na niego. — To orszak księcia, a nie rozbójnicze wojsko.

Dziewczynka mogła mieć dziesięć lat, nie więcej. Na nogach zniszczone, ale porządne skórzane buty. Sukienka poszarpana i brudna, lecz z dobrego sukna. Ciemne oczy mocno odbijały się od bladej twarzy i potarganych bardzo jasnych włosów.

— Ktoś ty? — spytał Władek, pochylając się z siodła.

— Sierota — powiedziała i zapatrzyła się na niego i Rulkę.

— Jak cię zwą?

— Borutka. A ciebie, panie?

Zaśmiał się. Jego synowie, nie… teraz już tylko syn, też jest ­krnąbrny.

Paweł Ogończyk chciał się odezwać, ale wstrzymał go ruchem dłoni i sam się przedstawił dziecku.

— Władysław, książę kujawski, krakowski, sandomierski. Teraz także łęczycki i sieradzki.

Ciemne oczy Borutki rozwarły się szeroko i otworzyła usta, jakby nie dowierzała. Szybko odwróciła się od niego, najbliżej był Pakosław Lis, dopadła do jego konia jednym susem i spytała:

— Rycerzu, prawda? Nie kłamiecie mnie? To jest książę Władysław?

— Prawda, dziecko! — roześmiał się Lis.

Dziewczynka zwróciła się do Władka, unosząc ręce; w czarnych oczach zalśniły łzy.

— Mój tatko mówił, że książę powróci niczym w majestacie król — wyszeptała, poruszając palcami. — Mój tatko powtarzał to, dzień i noc, i wykrzykiwał nawet, gdy umierał… gdy rycerze Czarnej Orlicy spalili nasz dom… gdy mateczka i siostrzyczki skwierczały w płomieniach…

Władek poczuł się niezręcznie. Jeszcze gorzej, niż gdy witali go ustrojeni chłopi, woły i kury w rządku. Dziewczynka wpiła się w niego spojrzeniem czarnych źrenic.

— Jesteś sama, Borutko? — Zamrugał, bo do oczu znów cisnęły mu się łzy. — Całą rodzinę Czesi zabili?

— Nikogo nie mam. — Pokiwała głową na boki.

Władek spojrzał na Pawła Ogończyka. Na Lisów, Bogoriów, Doliwów. Podjął decyzję. Odchrząknął i powiedział:

— Twój ojciec miał rację. Wróciłem z wygnania. I skoro twego rodziciela nie ma, a poległ, walcząc w mojej sprawie, to teraz ja muszę ci go zastąpić. Mam syna trochę młodszego od ciebie i dwie córki. Jedną starszą, drugą całkiem taką, ledwie urodzoną. Pojedziesz z nami, Borutko.

Widział, jak Ogończyk przewraca oczami, ale co z tego? Jest księciem i musi to na siebie wziąć.

— Znajdę ci jakiś dobry dom, kogoś, kto cię przygarnie i wychowa… — spojrzał na swoich rycerzy. Żaden nie wyglądał na gotowego do przygarniania znalezionej na trakcie sieroty. Wziął wdech i dokończył twardo: — A jak nie znajdę, to cię zabiorę do Krakowa. Moja żona zna się na dzieciach i wychowywaniu. Tylko na razie jesteśmy w długiej podróży i musisz uzbroić się w cierpliwość, by znieść jej trudy.

— Wszystko zniosę, mój książę! — powiedziała, rozpromieniając się.

— Fryczko! — Władek zawołał giermka. — Ulokuj Borutkę na wozie taborowym. I nakarm, bo dzieci zawsze się karmi. I może odziej, bo też się odziewa… hmm…

— Ale my nie mamy na wozie sukienek dla dziewczynki w tym wieku — odważył się sprzeciwić Pawełek. — Ani dla żadnej innej dziewczynki.

— No to coś wymyśl! — krzyknął książę. — Jedziemy!

Każda historia była osobna, a wszystkie podobne. Gdzie mógł, przywracał na urzędy, kompensował nadaniami, by wiedzieli, że wierność zawsze zostanie wynagrodzona. Wysłuchiwał opowieści, dziękował, chwalił, podnosił na duchu, a nocami, gdy szedł na spoczynek, nie mógł zasnąć, jakby wciąż patrzyły na niego ich oczy. Wierne, oddane, lojalne.

To mnie przeraża bardziej niż zgiełk bitewny — myślał, przewracając się z boku na bok. Zaciskał drobne pięści i mówił sobie: Władek, tego lud oczekuje od władców, więc nie maż się i rób, co należy. Inaczej znów się zawiodą na tobie.

Biskup włocławski, Gerward Leszczyc, czekał na niego u wrót swej katedry i ceremonialnie poprowadził do ołtarza. Co trzy kroki stukał pastorałem w posadzkę i wołał:

— Wrócił książę Władysław!

— Niech żyje! — odpowiadali zgromadzeni.

Msza, wyznanie wierności i wiary, błogosławieństwo. Radośnie skandujący tłum, gdy w pochodzie wychodzili z katedry. I pełna już teraz, po objęciu dawnych ziem, tytulatura:

— Władysław, książę krakowski, sandomierski, sieradzki, łęczycki, brzeski. Zwierzchni książę Kujaw!

Zamieniana przez wiwatujących na krótkie:

— Nasz ksią-żę! Nasz ksią-żę!

— Słyszysz, panie? — spytał go Gerward. — Po sześciu latach czeskich rządów najważniejszym dla ludu znów stało się, że książę jest nasz. Z tej ziemi. Za coś jednak możemy być Przemyślidom wdzięczni — puścił do Władka niemal łobuzerskie oko.

— Sakra biskupia ci służy — odpowiedział książę. — Kiedyśmy się ostatni raz widzieli, byłeś jeszcze proboszczem. Cieszę się, że to ty dostąpiłeś tej godności, Leszczycu. Twoi rodowcy nigdy mnie nie zawiedli. Moja żona, księżna Jadwiga, przekazuje ci wyrazy szacunku.

Gerward był w wieku Władka, sporo po czterdziestce, ale całkowicie łysa czaszka i gładkie, okrągłe policzki nadawały mu niemal dziecięcy wygląd. Ciemne oczy żywo lśniły w twarzy, która zdawała się otwarta i pozbawiona ukrytych zamiarów. Był słusznej tuszy, ale poruszał się zwinnie, niczym tłusty kocur. Z tym dobrodusznym obrazem kłócił się tylko głos biskupa. Donośny, ostry i dźwięczny.

Spod katedry szli wśród wiwatującego tłumu. Dostrzegł Fryczka, który dawał mu znaki, wskazując na ciemno ubranego chłopaczka przy swoim boku. Chłopaczek skakał i machał do niego.

O rany! — zrozumiał zaskoczony Władysław. — To Borutka. A może to i lepiej, że Fryczko przebrał ją za chłopca? Jakoś nie wypada, żeby mała dziewczynka pałętała się przy orszaku księcia. Jak znajdę jej dom i rodzinę, to się znów przebierze. Tylko rodzina musiałaby być jakaś pewna, żeby dziewuszki nie zmarnowali — pomyślał i pomachał Fryczkowi i małej.

Przeszli do siedziby Gerwarda i Władek musiał przyznać, że jest imponująca. Uczta, którą na jego cześć wydał biskup, też była iście książęca, każdy kielich i patera na stole nosiły dumnie znak brogu, herbu Leszczyców.

Moi Leszczyce to była taka rycerska biedota — pomyślał Władek, oglądając kielich — ale Gerward na biskupstwie najwyraźniej ciągnie ród w górę.

— Biskupie, nie wziąłbyś pod opiekę sieroty? — postanowił najpierw załatwić sprawę Borutki.

— Sieroty? — współczująco powiedział Leszczyc i jego usta natychmiast przybrały kształt drżącej podkówki, jakby los wszystkich wyrzutków królestwa był mu bliski. — A z jakiego rodu?

— Nie pamiętam — szczerze wyznał Władysław. — Rycerskiego jakiegoś…

— Leszczyce, Pałuki, to biorę od ręki, bo to jakbym swojemu pomógł.

— Chyba ani jedno, ani drugie, bo sierota nikogo z mojego orszaku nie znała… Ojciec zginął w walkach z wojskami Václava, dom spalili, matkę, dzieci jakieś małe pomarły…

— Stawiam też na podupadające rody. Na własnych ziemiach zawsze znajdę dla swoich kilka dochodowych probostw do obsadzenia — dorzucił Gerward.

— Na probostwo to nie — skrzywił się Władek — bo sierota ma dziesięć lat i to dziewuszka…

— Dziewuszka?! — fuknął biskup. — A na co mi dziewuszka! Chłopca to bym wziął.

Księcia przytkało.

— Do szkoły katedralnej! — wyprowadził go z konsternacji Gerward. — Na naukę. Warto mieć własną ręką wyszkolone sługi. Ale bo ja wiem? Może do kuchni bym skierował tę księcia sierotę?

— Nie, nie trzeba — wycofał się Władysław. Jakoś mu się Borutka z kuchnią nie kojarzyła. Tak jej szumnie obiecał opiekę, a teraz ma ją dać biskupowi do garów?

Jak na zawołanie zaczęto wnosić kolejne potrawy, coraz wymyślniejsze. Kucharz na Wawelu i to ten, co został po Przemyślidach, w kuchni dworskiej dobrze obeznany, nie gotował im takich pyszności. Gdy słudzy biskupa podali półmiski z gęsim pasztetem i do niego dwa wina do wyboru, Władka język zaświerzbił:

— Dobrze się gospodarzy na biskupstwie włocławskim?

— Pan Bóg darzy, a i herb wspiera — rozpogodził dziecinne oblicze Gerward i wyjaśnił: — My, Leszczyce, nosimy znak brogu, więc modlę się do Pana, by bróg nigdy nie był pusty.

— Dziesięcina wystarcza na potrzeby diecezji? — drążył Władek.

— Och, z niej samej w tych ciężkich czasach bym nie wyżył — westchnął Gerward, poruszając grubymi palcami jak kocur. — Ale wykształciłem dobrych zarządców i tylko takim powierzam w zarząd biskupie majątki. Uczyłem się od cystersów, bo zna książę przysłowie, że ci potrafią z jednej morgi zebrać cztery, a wycisnąć piątą. Skupuję podupad­łe dobra, bo Pan Bóg ma serce tylko do synów marnotrawnych, a nie marnotrawnych gospodarzy. No, ale co będziemy o mnie — uśmiechnął się dobrotliwie.

— Trochę będziemy — poważnie powiedział Władysław. — Ponoć Święcy nie chciałeś pożyczyć na obronę ziemi sławieńskiej.

— Dobry Panie! — rozłożył pulchne dłonie Gerward. — A to nicpoń, że śmiał takie rzeczy wygadywać! On, który mnie najechał, spichrze zajął, dobra moje spustoszył. — W oczach Gerwarda zalśniły łzy.

— Spichrze zajął na opłacenie wojska, które miało Pomorza bronić — surowo potwierdził Władek.

Gerward kręcił głową i sprawiał wrażenie do głębi zranionego dziecka. Wyjął z rękawa chusteczkę, otarł oczy i starannie złożył bieluteńkie płótno w kostkę. Władziu zdążył dostrzec wyhaftowany misternie cieniutką srebrną nicią herbowy bróg w rąbku chusteczki.

 

— No, biskupie — polubownie powiedział książę, bo już zrobiło mu się Gerwarda żal. — Na obronę kraju, sprawę wspólną, a nie na prywatę Święca ci dobra musiał zająć. Pogódźcie się — poprosił, przybierając ojcowski ton.

— Nie — twardo odrzekł biskup. — Nie powiedział ci mój brat, dlaczego Święca własnych dóbr nie ruszył, tylko na moje rękę podniósł?

— Coś tam Przezdrzew wspomniał — skrzywił się Władek.

— Jak tylko wspomniał, to mu kości porachuję, niewdzięcznikowi! — żachnął się Gerward i krzyknął donośnie: — Stasiu, podejdź proszę, żebym miał świadka, gdy z naszym ukochanym księciem rozmawiam.

Zwinnym ruchem między biesiadującymi prześlizgnął się ku nim mężczyzna o połowę szczuplejszy od Gerwarda, ale nadzwyczaj do niego podobny. I także łysy.

— Trzeci z mych braci, Stanisław Leszczyc, prepozyt kruszwickiej kapituły — przedstawił go Gerward i wtajemniczył. — Stasiu, usiądź, za pozwoleniem księcia, o Święcy mówimy.

Gruby kocur i kocurek na dorobku — pomyślał rozbawiony na chwilę Władysław i skinął Stanisławowi, że może spocząć przy nich.

— Sprawa jest kluczowa i zupełnie zmienia obraz rzeczy — podjął Gerward. — Młody Piotr Święca od Václava dostał wielkie nadania ziemskie, on teraz pierwszy pan na Pomorzu i wyobraź sobie, mój książę, że siedzibę sobie w Nowem nad Wisłą stawia. Budowa zakrojona tak, jakby to miał być książęcy gród! Zamek, a i chodzą słuchy, własny kościół z nekropolią rodu. Fury z drewnem, a powiem ci, na nich same dęby i modrzewie, do tego piękne okrąglaki z Wisły wyławiane, piaseczek pod zaprawę bielutki, bloki piaskowca…

Stasiu kiwał głową, potwierdzając każde ze słów brata, a Gerwardowi wyliczającemu te wszystkie dobra oczy lśniły jak kupcowi sukiennemu macającemu zamorskie jedwabie. Władek przerwał mu:

— Dobrze, dobrze. Rozumiem. Ale bądź człowiekiem, Gerwardzie, i pomyśl. Gdybyś ty akurat siedzibę biskupią budował, tak wspaniałą jak ta, w której mnie gościsz, i pech by chciał, że w tym samym czasie miałbyś, powiedzmy, najazd tatarski…

— Tu Tatarzy nie docierają — wtrącił się biskup, a jego brat szybko potwierdził.

— No to krzyżacki — sprytnie zagiął go Władek. — I potrzebowałbyś gotówki na wojsko, by ziemi bronić, a całą miałbyś zaangażowaną w budowę, to gdzie byś szukał wsparcia? Przecież kraju spustoszyć byś nie dał. Broniłbyś.

— Broniłbym — przyznał Gerward spolegliwie i natychmiast dodał chytrze: — Ale w życiu bym nie pozwolił sobie na władowanie całej posiadanej gotówki w budowę. U mnie zawsze musi być rezerwa na wypadek wojny.

— No właśnie — przełknął to jakoś Władysław. — Więc powiedzmy, że użyczyłeś tej rezerwy Święcy.

— Nie, mój książę. Nie użyczyłem mu, bo on był niegospodarny.

Stasiu Leszczyc, prepozyt kruszwicki, najpierw pokręcił głową, by po chwili przytaknąć bratu.

— Kto to widział, wszystko na drewno, kamień i robotników przeznaczyć? To jeden grzech. A drugi, że on mnie najechał i gwałtem wziął.

— To pierwsze to błąd, nie grzech — polubownie zaczął Władysław.

Głowa młodszego Leszczyca znieruchomiała. Nie wiedział, komu ma teraz potakiwać.

— Książę, nie ujmując ci niczego — łagodnie jak dziecko podjął biskup — z nas dwóch to ja jestem osobą duchowną i ja się na grzechach lepiej znam. I to ja w imieniu Chrystusa mogę je odpuszczać lub nie.

— Więc odpuść Święcy, prosi cię twój książę.

— Nie odpuszczę — uparł się biskup i zaraz uśmiechnął wspaniałomyślnie. — Ale gdybyś ty nieco gotówki potrzebował, to ci pożyczę. Na dobrych warunkach.

Dobrych dla mnie czy dla siebie? — jęknął w duszy Władek, bo już czuł, że Gerwarda i jego miłości do dóbr doczesnych lekceważyć nie można. Zaproponowanej pożyczki też nie.

Stasiu uśmiechał się, jakby to on sam księciu gotówki miał użyczyć.

Władek odpuścił na razie sprawę Święcy, by nie wchodzić na grząski grunt. Poprosił, by mu Gerward zrelacjonował sprawę biskupa kamieńskiego.

— Henryk von Wachholtz, szelma! — pokiwał głową Leszczyc. — Jego biskupstwo podlega wyłącznie pod papieża, arcybiskup Świnka nie ma nad nim żadnej władzy, a Wachholtzowi zamarzyło się i kościelne imperium, i władza świecka. Od dawna miał chrapkę na Pomorze i skorzystał z zamętu po śmierci Václavów. Kiedy uzbierał wojsko, nikt nie wie, dość, że jego ludzie błyskawicznie szli z Kamienia Pomorskiego na wschód. Ponoć wśród nich widziano i morskich rycerzyków, i najemnych zbójów, takich, których się rekrutuje i z Wolina, i z Rugii, i z tych wszystkich podejrzanych portowych dziur. Święca pobić ich nie dał rady, ale zatrzymał na granicy ziemi słupskiej.

— Więc doceniasz Święcę — podchwycił Władek i pożałował, bo biskup znów przybrał minę obrażonego dziecka. Książę szybko zmienił temat. — Dziwne jest, że Brandenburczycy tak szybko na biskupa kamieńskiego ruszyli.

— I wypalili mu kraj do gołej ziemi — uzupełnił Gerward. — Katedrę zniszczyli, siedzibę mu spalili, ile tam dobra poszło na zmarnowanie, Bóg jeden raczy wiedzieć i skarbnik Wachholtza! Ja ci powiem, książę, ty słusznie się dziwisz. Co Brandenburczycy mają do Pomorza? Dlaczego biskupa kamieńskiego w jego zapędach tak krwawo poskromili? Tajemnicza to sprawa, o której nikt nic mówić nie chce. A na dodatek margrabiowie we własnych osobach w czasie najazdu się nie pojawili.

— To w ich stylu — potarł czoło Władysław. — Nikt ich nie widział i zawsze mogą powiedzieć, że to łupieski wypad nikomu nieznanych łotrzyków, którzy podszyli się pod czerwone orły. Ale skoro mówisz, że biskupa do cna spalili, to tak, jakby chcieli mu coś udowodnić, a nie ograbić z majątku.

— Kto wie, mój książę, jakie tam między sobą porachunki mieli. Może biskup się u nich zapożyczył i nie spłacił? — zastanowił się Gerward i pokręcił głową. — Ale ja bym o czymś takim wiedział, bo jak ktoś ma kłopoty finansowe, to zawsze najpierw znajdzie drogę do mnie.

— Nie wnikałbym w ich sprawy — z uwagą powiedział Władysław — gdyby nie to, że wkroczyli na mój teren. Pomorze musi w całości wrócić do Królestwa. Z ziemią sławieńską włącznie. Wyślę cichych ludzi, niech powęszą. Z moimi bratankami się widziałeś? Co z Leszkiem?

— Po Leszku słuch zaginął, odkąd ruszył szukać ciebie, mój książę. A z młodymi, Przemkiem i Kaźkiem, się widziałem. Po pożyczkę byli.

— Oni też?

— Takie czasy — rozłożył ręce Gerward. — Wino księciu smakuje? Mozelskie. Z Gdańska sprowadzam.

— Wolę węgrzyna — pociągnął łyk z kielicha — ale twoje wino wspaniałe, dziękuję.

— Węgrzyna ostatnio nie mieli — zastanowił się Gerward. — A dziwne, skoro książę szlak na Spisz otworzył. Zresztą z tymi drogami kupieckimi to się porobiło, odkąd Litwini drogę na Włodzimierz zajęli i karawany łupią. Ponoć najbezpieczniej teraz wozić Wisłą, ale to znów trzeba się krzyżackim miastom opłacać…

— Pomówmy o moich bratankach — zdecydowanie przerwał mu Władysław.

— A tak, nasi kujawscy bracia! Tu też nam się Stasiu przyda, bo on sprawy zna z bliska, w końcu z Kruszwicą związany…

— To go w końcu do głosu dopuść, mój Gerwardzie — roześmiał się Władek.

— Jak będzie trzeba, dopuszczę — poważnie odrzekł biskup. — Taką mam zasadę, „wychowanie przez słuchanie mądrzejszych”, prawda, Stasiu?

— Prawda, bracie biskupie — przytaknął młodszy Leszczyc, patrząc na starszego jak mały kot, którego kocur uczy polowania.

— Moich Doliwów byś musiał tego, Gerwardzie, nauczyć — powiedział Władek, zapominając, że to jemu żona wypomina, iż „nie słucha rad”.

Biskup włocławski podjął sprawę kujawskich braci.

— Jak ciebie nie było, twoi bratankowie mieli wojnę z twym bratem, Siemowitem, wybacz, książę, pijakiem…

— No przecież wiem! — zezłościł się Władysław. — Pijak i sługus Krzyżaków, a potem Przemyślidów. Ale się nawrócił! Moją władzę zwierzchnią uznał!

— Twoją władzę, owszem, a z nawróceniem, czas pokaże. — Pokiwał głową biskup. — A u nas było tak: Leszek musiał walczyć z pijakiem Siemowitem, żartów nie było, łby leciały. Pożyczek na wojnę nabrał, ziemię michałowską Krzyżakom zastawił, a potem zniknął, do ciebie pojechał. Dopożyczyłem Przemkowi i Kaziowi pieniędzy na spłatę Krzyżaków, ale wtedy jak raz wybuchł bunt przeciw Czechom, to znasz z opowiadań. Przemek się przyłączył, kasztelanię kruszwicką mu spustoszyli. Gotówka, co ją ode mnie wziął na spłaty, poszła! — Gerward chwycił się za serce, ale ponieważ Władek nie reagował, więc sapnął parę razy i mówił dalej: — I owszem, na wieść, żeś, książę, wrócił, twój brat Siemowit poddał się twej zwierzchności, ale kujawscy chłopcy, poharatani, a też wierni, z niczym zostali.