Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Za jego plecami jedne po drugich zaczynały swą grę kościelne dzwony. Zamiast go uspokoić, wzburzyły krew, przypominając o wrażym biskupie krakowskim, Janie Muskacie. Ten ptaszek najchętniej wykrzykiwałby swe trele, rozpierając się na uschniętych gałęziach korony. Sługus Przemyślidów, starosta krakowski, któremu się marzyło zostać prymasem Węgier! Zrobię z tym wszystkim porządek — pomyślał Władek. — Bo to ja jestem księciem krakowskim, a nie biskup Muskata czy wójt Albert.

Wyszli przez bramę miejską i poczuł chłód ciągnący znad Wisły. Zachmurzyło się.

— Zsiadaj, Fryczko! — zażądał. — Jedziemy na zamek. Nie mogę ci konia prowadzić, bo nie uchodzi.

— Tak jest, mój panie! — Giermek zręcznie zeskoczył z siodła. — Kaptur?… A nie, niech sobie książę mój kaptur zostawi… na deszcz idzie… co ma mi księcia zmoczyć, powiedzą, że nie upilnowałem…

Nim dotarli do pierwszych straży, dostrzegł ich spieszący dokądś Paweł Ogończyk. Zamachał i dobiegł do nich.

— Książę! Książę! Szukam cię, panie, od rana! — wysapał.

— Nie biegaj tak, bo herbową rogacinę zgubisz. — Władysław pochylił się w siodle i klepnął go w pierś.

— Jak mam nie biegać, kiedy swego księcia szukam i znaleźć nie mogę? — z trudem łapał oddech Ogończyk. — Książę krakowski nie może tak sobie znikać bez śladu! To jest niepoważne. Fryczko!

— Przestań, Pawełek, bo mi się znudzisz, jak tak ciągle będziesz marudził, i Ogończyka zamienię na Lisa. Lisowie nie zrzędzą.

Straż bramna wyprężyła się na baczność na widok Władysława.

— Mój książę szybko się w krakowskich panach zakochał — pokręcił głową Paweł. — Mikołaj Lis, Pakosław Lis, wszędzie Lisy. A widział książę lisa bez ogona?

Władek zeskoczył z siodła, a Fryczko oddał Rulkę stajennemu.

— Szukałeś mnie, żeby o futerkach rozprawiać? — przerwał Ogończykowi i przysłonił oczy dłonią. W głębi dziedzińca jego młodszy syn wściekle dźgał drewnianym mieczem słomianego chochoła.

To nie jest mój młodszy syn, ale jedyny syn — poprawił się w myślach książę.

— Nauczyciela mu trzeba — powiedział głośno, wskazując na Władka juniora. — Kogoś statecznego.

— To ja się nie nadam — stwierdził Pawełek. — Zresztą, jak sądzę, my zaraz ruszymy.

— Ruszymy? — powtórzył za nim Władysław. — A dokąd?

— No przecież mówiłem, że szukam księcia od rana — przewrócił oczyma Ogończyk. — Posłowie wrócili. Wojewoda Wierzbięta zwołał książęcą radę. Siedzą i czekają niecierpliwie, bo rada jest, a księcia nie ma.

— To gdzie ta rada czeka? — spytał nieuważnie Władysław i zatrzymał się w pół kroku, widząc, że jego syn tak się zapamiętał w dźganiu chochoła, że mieczyk złamał.

— No tam, gdzie zawsze! W sali przyjęć! — sapnął Pawełek.

— Zawsze? — zakpił książę. — Od miesiąca, mój Ogończyku, ledwie od miesiąca. Szybko się do Krakowa przyzwyczaiłeś. Czekaj chwilę, zaraz wrócę!

— Nie, panie! — jęknął Ogończyk, ale książę już był przy synu.

— Władziu! Miecz, nawet drewniany, to nie zabawka! — skarcił chłopca.

— Ja się nie bawię — odburknął dzieciak. — Ja się mszczę.

— No to teraz będziesz się mścił gołymi pięściami, bo oręż złamałeś — skwitował Władek i choć zrobiło mu się małego żal, nie wyciągnął ręki, by go pogłaskać. Wystraszył się, że chłopak zada mu to niewygodne pytanie — „dlaczego?”.

— No, to popraw się i weź się w garść — powiedział. — Ja muszę iść na spotkanie rady. Rady księstwa.

Władek junior popatrzył na ojca burymi, upartymi oczami. Wydął usta i wzruszył ramionami.

— To idź sobie — burknął niegrzecznie.

Po kim on jest taki uparty? — zastanowił się Władek. — Chyba po Jadwini.

— Książę kujawski, sandomierski i krakowski, Władysław! — krzyknął herold, nim Władek wszedł do sali. Fryczko zatrzymał go przed drzwiami i zabrał mu swój kaptur, a Paweł Ogończyk okrył plecy Władka książęcym płaszczem. Półorzeł z prawej, a półlew z lewej strony otoczyły go herbowym uściskiem. Wyprostował się.

— Książę kujawski, sandomierski i krakowski, Władysław! — po raz drugi zawołał herold i Władek przeszedł pod rzeźbionym w kamieniu tympanonem.

Poczuł dumę, wzruszenie i lęk. Idąc na swoje miejsce, patrzył po zgromadzonych. Na tle najmożniejszych panów Małej Polski: Bogoriów, Lisów, Toporczyków i Gryfitów, jego kujawscy druhowie banici wyglądali jak ubodzy krewni.

Nawet urzędów dla moich nie mam — pomyślał sucho. — A tutejszym nie zabiorę, bo bez nich bym Krakowa nie zdobył. Ani nie utrzymał.

Herbowy półorzeł półlew na połach płaszcza poruszył się, jak zwykle w dwie różne strony jednocześnie.

— Pomianowie! Wilk i Dobiesław! — krzyknął książę, otwierając ramiona. — I Przybysław. Wróciliście z Kujaw i Pomorza? Ogończyk, Ogończyk! Mówiłeś, że posłowie przybyli, a nie powiedziałeś, że moi ukochani druhowie. Moi rycerze najlepsi!

Ściskał ich kolejno, łowiąc jakieś niezrozumiałe znaki, które mu dawał Ogończyk.

— Siadajcie przy mnie, no już! — zachęcił ich i sam zajął miejsce na książęcym krześle. — Wojewodo krakowski, przesuń się, proszę. Niech tu Przybysław siada i mówi, co u moich bratanków. A ty, kasztelanie, wpuść mi tu bliżej Pomianów, bo wrócili z Pomorza. Mówcie!

— Książę — zaczął Wilk.

— A nakarmili was? — wtrącił Władek.

— Nakarmili — skinęli głowami druhowie. — Książę…

— A dawno przyjechaliście?

— O świcie — powiedział Przybysław. — I bez zwłoki musimy ci przekazać…

— No to wina, podczaszy! — przerwał mu szerokim gestem Władysław. — Moi umiłowani druhowie wrócili! Lej węgrzyna — zaśmiał się — w końcu po coś otworzyliśmy szlak na Spisz!

Pawełek Ogończyk wyrwał z rąk podczaszego kielich i podając Władkowi, szepnął najciszej:

— Nie nazywaj nas, książę, przy panach krakowskich umiłowanymi rycerzami, bo się wściekną…

— Prawda — głośno potwierdził książę, a w duchu dodał: „Pilnować się muszę”.

— Książę, na Pomorzu kłopoty — szybko, na jednym tchu, powiedział Wilk, i Władek wiedział, że już nie ma co przeciągać.

Trzeba to usłyszeć — pomyślał i przeżegnał się. Uniósł brwi, zachęcając Wilka, by mówił.

— Na wieść o śmierci ostatniego Przemyślidy biskup kamieński najechał ziemię sławieńską. Piotr Święca, starosta Pomorza…

— Z nadania Václava — skrzywił się Władysław.

— A z czyjego miał być, jak nasz książę był wyklętym banitą? — zaśmiał się Bolebor, szczery jak każdy Doliwa.

— Święca chciał bronić Pomorza przed biskupem kamieńskim, ale gotówki nie miał, bo sobie rezydencje stawia — mówił dalej Wilk. — Poprosił o pożyczkę Gerwarda, biskupa włocławskiego, ten mu jej odmówił, no to Święca zarekwirował mu dobra i konflikt gotowy.

— A tam — odetchnął Władysław. — O pieniądze poszło, to się jakoś odkręci.

— Od pieniędzy się zaczęło, panie, ale poszło już znacznie dalej — dopowiedział Dobiesław, brat Wilka. — Krzyżacy napuścili na biskupa kamieńskiego margrabiów brandenburskich. Tak, tych, których złupiliśmy przed naszą banicją. Otto ze Strzałą i Waldemar już robią zaciągi. Pomorzanie się boją, że im kraj stanie w ogniu, więc gdy ja do nich z poselstwem, że książę wrócił, baronowie Pomorza mówią: „Dobrze. Jeśli Władysław chce być naszym księciem, niech przybędzie i nas wesprze”. A gdańszczanie ciągle na księcia obrażeni za przywileje dla lubeckich kupców sprzed lat. Gadają, że im się lubeczanie zalęgli jak lisy w kurniku i na księcia, gdzie mogą, to jątrzą.

— Nie chcę słuchać o krnąbrnych mieszczanach — przerwał mu Władek i dopytał niespokojnie: — A Święca co?

— Święca też mówi, że kolano zegnie, jeśli książę…

— …pomoże — sam sobie dokończył Władysław. — Co w Starszej Polsce?

— Głogowczyk.

— Uparty czarny orzeł — przygryzł wargę książę. — A baronowie?

— Nic się nie zmieniło — poważnie powiedział Dobiesław. — Nadal nie widzą w tobie swego księcia.

— Po co ci Starsza Polska, gdy masz nas, wierną Małą Polskę! — żachnął się wojewoda Wierzbięta, a jego herbowy siwy gryf uderzył skrzydłami, jakby chciał wzlecieć. Wierzbięta przytrzymał bestię.

— Zaremba, biskup poznański, cię wyklął! — przypomniał mu sędzia krakowski, Pakosław Lis.

— A Muskata, biskup krakowski, powitał chlebem i solą — odgryzł się Władek.

— Sam z nim walczyłem, panie, najemnicy Muskaty dobra rodowe mi spalili — surowo odpowiedział Lis. — Szelma jednak schylił kark przed tobą. A poznański klątwy nie cofnął.

— Papież Bonifacy zdjął ze mnie to świństwo, Zaremba mi niepotrzebny. Ale Starsza Polska tak. Nie oddam jej Głogowczykowi! — stanowczo powiedział książę.

Jezu — pomyślał — znów wchodzę do tej samej wody. Brandenburczycy, książę Głogowa, odwróceni ode mnie tyłem baronowie Starszej Polski. Co jeszcze?

— A moi bratankowie? — zapytał Przybysława. — Jakie masz wieści od kujawskich braci?

— Dziwne, książę. Spotkałem się tylko z Kazimierzem i Przem­kiem. Obaj twierdzą, że Leszek powinien być przy tobie. Ponoć trzy lata temu przekazał im władzę nad ziemiami i ruszył na Węgry, do ciebie.

Władysław odstawił kielich i spojrzał po obecnych.

— Książę inowrocławski pojechał na Węgry? Nie mógł się z nami rozminąć.

— To samo powiedziałem kujawskim braciom.

— Psiakrew. Zginął w drodze? Leszek? Nie wierzę. On miał więcej oleju w głowie niż jego młodsi bracia. Nie możemy stracić Leszka. Lisie — podniósł głowę na panów krakowskich.

— Który? — spytali Mikołaj i Pakosław.

— Każdy — odpowiedział Władek. — Zarządźcie poszukiwania. Mój bratanek, książę Inowrocławia, nie mógł rozwiać się w powietrzu. Jeśli trafił w ręce jakichś pogranicznych zbójów, zażądają okupu.

 

— O ile żyje — ponuro rzucił Bolebor Doliwa. — Bo nos mi mówi, że jak młody książę wyjechał trzy lata temu i od tej pory nikt po okup się nie zgłosił, to on pewnie zimny trup.

— Przestań — syknął Władek. — Leszek jest nam teraz potrzebny, on zawsze był głową swych młodszych braci, a księstwo inowrocławskie jest bramą Pomorza.

— Pomorza w opałach — przypomniał Doliwa. — A jakby Brandenburczycy zdobyli Pomorze, to się jego inowrocławską, kulawą bramą wleją do Małej Polski. Po dwóch młodszych kujawskich braciach przejadą się jak nóż po smalcu i wpadną wprost do Starszej Polski. No, Zarembowie pewnie nie zapomnieli, żeś przed banicją ich rodowca z wojewodostwa pomorskiego na rzecz Święcy zdjął. Można by rzec, żeś sam, mój książę, Święców wywyższył, zanim zrobił to Václav. Chyba że co było przed wygnaniem, nie liczy się?

Władysław zawsze dzielił na pół wszystko, co mówili Doliwowie, bo oni w herbie mieli trzy róże, ale na języku same kolce. Taka prawda. Uniósł węgrzyna i popatrzył na trunek pobłyskujący w kielichu. A potem na smugę światła sączącą się z wąskiego okna. Tańczyły w niej drobinki kurzu. Na surowej, kamiennej ścianie wisiała stara chorągiew księcia krakowskiego Bolesława. Sam ją wyciągnął i kazał wieszać, bo nie życzył sobie patrzeć na ozdoby zostawione na Wawelu przez Czechów. Ale za to palatium powinien być im wdzięczny — rozejrzał się. Obszerne i wygodne. Nowa wieża też.

Natknął się na wbite w niego oczy małopolskich panów.

— Są jakieś inne wieści? — skrzywił się. — Jakieś dobre? — uściś­lił, bo nikt się nie rwał do odpowiedzi.

— Habsburgowie pod Pragą — z ociąganiem powiedział wojewoda sandomierski, Wojciech Bogoria.

— To mi nie przeszkadza. Z Albrechtem Habsburgiem byłem w sojuszu. Tak, to się nawet nadaje na dobrą wiadomość — uśmiechnął się Władek do obecnych.

Tylko Doliwa odwzajemnił uśmiech, mówiąc:

— Ciekawe, czy jak Habsburg zajmie tron po Przemyślidach, to się od razu, po Václavach, nazwie królem Polski.

— Zwariowałeś? A niby jakim prawem?

— Zbójeckim prawem silniejszego — spokojnie odpowiedział Bolebor.

— Książę — odezwał się kasztelan krakowski, Mikołaj Lis. — Nikt z nas nie chce, żeby Bolebor Doliwa miał rację, ale musimy wziąć pod uwagę, co mówi. Gdy Václav II wystąpił z roszczeniami do tronu polskiego, kierował się zapisem księżnej Gryfiny, co najmniej wątpliwym od strony prawnej i małżeństwem z córką króla Przemysła, Rikissą. Jedno i drugie było do obalenia, ale siła czeskich wojsk już nie. A jego syn, ten młodzian Vašek, gdy objął tron po ojcu, po prostu, prawem dziedziczenia, nazwał się władcą Królestwa Polskiego. Jeśli więc po nim na króla Czech ukoronuje się Habsburg, to kto powstrzyma jego zaciężne hufce przed przywłaszczeniem sobie naszej korony?

Władek zacisnął szczęki. Śmierć obu ostatnich Przemyślidów pomogła mu odbić Małą Polskę. Na pytanie wojewody „kto powstrzyma” powinien odpowiedzieć „my”, ale kolejka tych, których zbrojne zapędy na kraj musi odeprzeć, rosła. Brandenburczycy. Biskup kamieński. Głogowczyk.

— Mój sojusz z Albrechtem Habsburgiem skierowany był przeciw Przemyślidom — powiedział przez zęby Władek. — Skoro oni nie żyją, to i sojusz nieaktualny.

— Tak może być — potwierdził wojewoda.

— A Albrecht ma sześciu synów — wtrącił niezawodny w mówieniu najgorszej prawdy Doliwa. — Gdzieś ich musi upchnąć. Opuszczony tron czeski to dla niego zbyt łakomy kąsek, by odpuścił. Wżeni synalka w córki Václava, te powiedzą, że tron polski dziedziczą po tatku, i kłopoty gotowe. Zamiast się cieszyć, że uzurpatorzy czescy pomarli…

— No nie zamierzam żałować! — przerwał mu czarne wizje Władek. Dość miał już tego. Uderzył pięścią w stół tak mocno, że pierścień boleśnie zranił mu palec. — Prędzej dam na mszę za spokój ich duszy i trzy dziękczynne, że usunęli się z mojej drogi, uwalniając tron Królestwa od skazy obcego władcy!

Połami jego płaszcza targnął w lewą stronę półlew, w prawą półorzeł. Władek położył zaciśniętą dłoń na sercu. Spod herbowego pierścienia płynęła krew. Półlew zlizał ją zimnym, szorstkim jęzorem. Na widok uwolnionej bestii kasztelan krakowski klęknął. Za nim wojewoda i inni. Pochylili kornie głowy przed majestatem Małego Księcia.

A on zamiast wściekłości i gniewu poczuł, jak pierścień lęku wokół jego piersi pęka. Zaczął się śmiać. Podnieśli głowy i patrzyli na niego, nie rozumiejąc, co się stało, aż w końcu Bogoria zapytał niespokojnie:

— Książę, co ci?

— Nic, mój wojewodo, nic! — parsknął Władysław. — Znów wszystko jest jak kiedyś, jak dawniej. Z każdej strony „Pod wiatr!”. Zbierajcie wojska. Czas ruszyć na północ, odebrać przysięgi wierności od moich bratanków i Święcy. A potem? Jak Bóg da.

HENRYK Z LIPY zajmował wysokie miejsce między zgromadzonymi w Wielkiej Sali praskiego zamku baronami. Obradom przewodniczył Jan IV, biskup Pragi, z Konradem I, biskupem Ołomuńca przy boku. Panowie Czech zajęli miejsca w dwóch siedzących naprzeciw siebie szeregach, zgodnie ze stronnictwami. Henryk z Lipy, ze swym przyjacielem, Janem z Vartemberka, trzymał głosy Ronovców z północnych i zachodnich Czech, jednomyślnie zebrane pod znakiem dwóch skrzyżowanych pni lipy. Ich główny konkurent, Vilém Zajíc z Valdeka, siedział naprzeciwko, a przy nim rząd panów z Bechyne i Lemberka.

Jedni drugich mierzyli spod zmrużonych powiek, jakby każdy każdemu chciał zadać pytanie: „Tyś zabił króla? Tyś to zrobił?”.

Henryk z Lipy nikogo nie chciał pytać, ale mierzył czeskich baronów spojrzeniem równie uważnym, jak oni jego. Chorągiew z czarną, płomienistą orlicą zwinięto i przewiązano kirem tak, że drapieżna ptaszyca wyglądała niczym owinięta w powijaki z własnych lśniących niegdyś skrzydeł. Dzisiaj biła od niej rozpaczliwa niemoc, tak jak z kaplicy Wszystkich Świętych wciąż szedł smród spalenizny. Odnowiono Wielką Salę, ale kaplica nadal ziała śladami pożaru. Tak, Henryk znał zamkowe plotki; słyszał, jak giermkowie, stajenni i panny służące powtarzają, że ogień podłożył Michał Zaremba, stróż królowej Rikissy. Nie znosił Zaremby, ale nie był wioskowym głupkiem, by wierzyć w takie brednie.

— Oto osierocony tron! — gromko zaczął Jan IV, biskup praski. — I odarte z pana królestwo! Baronowie Czech! Zmierzyć się musimy z wyborem nowego króla!…

— I wojskami Habsburgów pod Pragą — mruknął pan z Lipy.

Biskup nie dosłyszał i ciągnął dalej:

— Procedować nam przyjdzie trzy możliwości. Jedna, że należy zmienić czeskie zwyczaje i dopuścić kobiety do dziedziczenia tronu. Nasz król Václav II zostawił po sobie trzy córki, a syn jego Václav III — trzy rodzone siostry.

Baronowie zaszemrali. Henryk łowił ich głosy i słyszał wyłącznie to, o czym wiedział — święte oburzenie na myśl, że tron mógłby przejść na dziedziczki.

Jan IV przeczesał palcami pasma siwych włosów na łysiejącej czaszce i podjął wywód:

— Druga możliwość to przyznać, że o obsadzeniu tronu praskiego decyduje król niemiecki, Albrecht Habsburg, w myśl prawa opuszczonego lenna. Ten Habsburg, którego wojska mamy pod Pragą, jak mi przed chwilą podpowiadał pan z Lipy, sądząc zapewne, że niedowidzę habsburskich taborów ani tych spośród was, którzy do nich chadzają!

Henryk z Lipy nie drgnął. Nie spojrzał na Jana IV, biskupa Pragi. Siedział wyprostowany, patrząc wprost przed siebie, czyli na Tobiasa, i widział, jak na smagłe policzki barczystego pana z Bechyne wychodzą ciemnoczerwone rumieńce. Takie same zakwitły na twarzy jego brata, Zbynka.

Nie tylko mnie dogryza biskup Pragi — pomyślał i skonstatował jednocześnie — dlaczego nie wiedziałem, że chłopcy z Bechyne układają się z Habsburgami? A jeśli oni, to kto jeszcze? Nie poruszając głową, zerknął na Markvarta i Hermana, braci z Lemberka. Obaj spuścili oczy. Jak mogłem o nich nie pomyśleć? — skarcił się Henryk z Lipy. — Przecież ci dwaj zawsze ciągną ku silniejszemu.

Jan IV odczekał chwilę, wyraźnie zadowolony, że jego słowa zmieszały niektórych obecnych, i dokończył tryumfalnie:

— Trzecia zaś rzecz jest taka, iż uznajemy, że o wyborze i wezwaniu na tron nowego króla zdecydujemy my, duchowni, dostojnicy i baronowie Czech!

Po Wielkiej Sali przetoczyły się głosy, szybko przechodzące w okrzyki:

— My, my, my zdecydujemy!

— Kto, jak nie my!

— Nie będzie nam obcy…

Henryk odczekał chwilę i wstał pierwszy, mówiąc:

— Wybór władcy na opuszczony tron musi zostać w naszych rękach, bo gdy zabrakło Przemyślidów, to my, panowie Czech, jesteśmy strażnikami Królestwa. My, sól tej ziemi…

— My!

— My!

— My! — poparli go wszyscy. Z jego szeregu i z naprzeciwka.

— Kim był legendarny Premysl, założyciel dynastii? — głośno ciągnął Henryk z Lipy. — Zwykłym oraczem. Dlaczego więc któryś z nas nie ma być godzien, by dać początek nowemu rodowi czeskich królów?

Okrzyki uwięzły im w gardłach. Henryk mało się nie roześmiał. Siłą utrzymał kamienną twarz i potoczył wzrokiem po zebranych. Odezwał się jego druh, Jan z Vartemberka:

— Są wśród nas tacy, których wszyscy szanujemy.

Biskup Jan IV pobladł, zacisnął chude szczęki i odpowiedział natychmiast:

— Premysla Oracza na męża i władcę wskazała księżniczka Libusza! Wszyscy znamy tę samą historię, Henryku z Lipy, ale wy najwyraźniej zapomnieliście o jej początku. To Libusza była spadkobierczynią swego ojca, a my, Czesi, mamy aż trzy dziedziczki!

Przeszarżowałem — zdążył pomyśleć pan z Lipy, gdy usłyszał, jak Jan IV wzywa:

— Prawowite spadkobierczynie ostatnich królów: Anna, Eliška i Małgorzata!

W tej samej chwili pachołkowie otworzyli drzwi Wielkiej Sali i do środka weszły trzy księżniczki.

Przeszarżowałem i nie doceniłem przeciwnika — zaklął w duchu Henryk i usiadł. Jego druh, Jan z Vartemberka, zerknął na niego, jakby chciał spytać: „Co, u licha?”.

Tymczasem trzy Przemyślidki stanęły przed biskupem Pragi i zastygły w niskim ukłonie.

Przez całe ich życie nie widziałem, by tak mocno zginały kolana — pomyślał Henryk z Lipy. — Psiakrew, nie jest dobrze.

— Baronowie Czech! — zawołał Jan IV. — Oto one! Szesnastoletnia Anna, wydana za życia ojca za księcia Henryka z Karyntii. Dziesięcioletnia Małgorzata, zaręczona przez Václava z księciem wrocławskim, brzeskim i legnickim, Bolesławem. I czternastoletnia, gotowa do małżeństwa Eliška, jedyna niezamężna, a już do sakramentu zdolna dziedziczka. Oto one! Nie sól tej ziemi, lecz jej kwiat! Prawdziwa krew Przemyślidów.

Wszystkie trzy ubrano w złote suknie i jednakowe płaszcze z płomienistą orlicą. To wystarczyło Henrykowi z Lipy, by pojął, że Jan IV jest groźnym przeciwnikiem, który do tej rozgrywki przygotował się perfekcyjnie.

Anna była szczupła pod dopasowaną suknią. Jej ciemne włosy skrywała nałęczka, a na niej diadem wysadzany rubinami. Rodowy płaszcz nadawał jej dostojeństwa. Małgorzata drobniutka o złotych lokach wymykających się spod zdobionej perłami siatki i wijących się wokół bladej twarzy. I na tle tych dwóch dziewcząt, średnia wiekiem Eliška, wydawała się niemal ogromna, a płaszcz zamiast dodawać jej sylwetce zwiewności, czynił ją przysadzistą. Pucołowate policzki, wydęte usta i niemożliwie jasne oczy sprawiały, że była podobna do matki, wiecznie ciężarnej Guty von Habsburg.

— Oto one! — powtórzył tryumfalnie Jan IV.

Dziewczęta wyprostowały się z ukłonu i tak, jak stały, każda z nich zwróciła się w jedną stronę. Niewielka Małgorzata ku obu biskupom. Anna ku stojącym przy Vilémie Zajícu panom. A Eliška ku Henrykowi z Lipy i jego Ronovcom. Ich oczy spotkały się. W bladych źrenicach Przemyślidki lśnił dawny gniew. Henryk w jednej chwili przypomniał sobie wszystkie ich starcia, gdy mała Eliška, zwana przez księżnę Gryfinę „Knedlicą”, dokuczała Rikissie, nim Václav ją poślubił. Przypomniał sobie pokłady złości, jakimi Eliška potrafiła ciskać. Ale teraz zobaczył w jej oczach coś jeszcze, coś, czego u córki Václava nigdy nie widział. Lęk? Niemą prośbę? Nie potrafił tego rozgryźć, zresztą Jan IV nie dał mu czasu, bo na jego znak księżniczki, tak jak stały, padły na kolana.

Panowie Czech zaszemrali. Nie życzyli sobie tych dziewcząt na tronie, ale nie chcieli też, by księżniczki klęczały przed nimi. One zaś powiedziały jednocześnie, jakby recytowały lekcję:

— Oto my, dziedziczki króla Václava II i króla Václava III, błagamy was na klęczkach, baronowie królestwa! Błagamy, byście wzięli pod uwagę stary, cesarski przywilej, który mówi, że córki mogą być sukcesorkami, gdy król nie pozostawi syna…

— Jaki przywilej? — krzyknął Henryk z Lipy.

Mała Małgorzata struchlała na jego krzyk, a Anny nie było słychać.

 

— …nie pozbawiajcie nas ojcowizny! — dokończyła sama Eliška.

— Jaki przywilej, pytam się?! — powtórzył rozjuszony Henryk.

— Cesarski — syknęła Eliška, podnosząc wysoko głowę i patrząc mu znów prosto w oczy.

— Precedens Privilegium minus — powiedział biskup Jan — wydany ongiś przez cesarza Fryderyka dla Austrii…

— Równie dobrze możemy podeprzeć się prawem sukcesyjnym królestwa Anglii! — lekceważąco krzyknął Jan z Vartemberka.

— Albo Kastylii! — dorzucił pogardliwie Henryk z Lipy. — To nie jest czeskie prawo!

— To nie jest nasze prawo! — zawołali za nim Ronovcy i w Wielkiej Sali praskiego zamku zapanował tumult. Baronowie zrywali się z miejsc jeden za drugim, wykrzykując swój sprzeciw dla prawa, które miałoby zrównać córki z synami władcy. W tym zamieszaniu Henryk poczuł nagle, że ktoś łapie go za kraj płaszcza. To była Eliška.

— Panie — wycedziła przez zęby, a jej policzki pokryły się nierównymi plamami rumieńca. — Ja będę Libuszą, a ty bądź Oraczem. Stań za moim prawem, a wskażę ciebie…

— Cisza! — ryknął potężnie Jan IV. — Na Boga, uspokójcie się! Wróćcie na miejsca!

— Libusza była najmłodszą córką swego ojca — syknął szybko do Eliški Henryk. — Wybrano ją, bo kmiecie uznali, że jest najmądrzejszą z sióstr i jako jedyna może sprawować władzę…

— Tak jak ja… — wyszeptała do niego Eliška.

— Na miejsca! — krzyczał Jan IV i Henryk dostrzegł, że wszyscy usiedli i tylko on stoi. Eliška nie wiadomo kiedy puściła jego płaszcz, ale wciąż nie przestała się w niego wyczekująco wpatrywać.

Boże, co ja narobiłem z tym Premyslem Oraczem — skarcił się w duchu. — Ale oni mieli to zaplanowane… trzy złote suknie… trzy płaszcze z orlicą… księżniczki czekające na znak pod drzwiami… dałem się ograć biskupowi jak szczenię… I teraz Knedlica wpatruje się we mnie, jakby od mojego „tak” zależała przyszłość Czech…

— Jeśli wyprowadzę cię suchą nogą przez bagno, podarujesz mi tego ogiera z czarną grzywą? — nachylił się do jego ucha Jan z Vartemberka.

— Dam ci, co zechcesz, tylko posprzątaj po mnie, druhu! — błagalnie jęknął Henryk.

Knedlica wciąż klęcząca przed nimi usłyszała to i czerwone plamy rozlały się z jej policzków na czoło i szyję. Jan z Vartemberka, niewysoki, ale obdarzony pięknym i poważnym jak na jego dwadzieścia parę lat obliczem, wstał i rozłożywszy ramiona, zaczął:

— Najważniejsze, by Królestwo Czech nie zginało przed nikim kolan! Wstańcie, pierwsze damy Pragi. Nam, baronom, nie zależy na waszym pohańbieniu, tylko na szczęściu Królestwa!

Eliška poderwała się pierwsza. Jan z Vartemberka zgrabnym, dworskim gestem pochylił się ku niej, podając ramię, by mogła się unieść. Szepnął do niej tak cicho, jak potrafił:

— Pan z Lipy nie może być twoim Oraczem. Ma żonę.

Knedlica posłała Henrykowi wściekłe spojrzenie, a on skłonił się przed nią grzecznie.

— Oto przed nami złoto Przemyślidów! — z uśmiechem ciągnął Jan. — Trzy królewskie córy. Dziewica, nikomu jeszcze nieobiecana, Eliška! Dziewica zaręczona, Małgorzata! I… — Jan zawiesił głos, na co Anna odwróciła się ku niemu i zaprzeczyła ruchem głowy.

— I nie dziewica, lecz przed Bogiem zaślubiona księciu Karyntii, Henrykowi, mężatka, Anna! Czyż to nie jest nasza perła w koronie, baronowie Czech? Stateczny książę Karyntii, jako mąż Anny, nie wydaje się wam dobrym kandydatem na króla?

Panowie zaszemrali i rozzuchwalony Jan dodał:

— Mówią, że książę Henryk chętnie słucha rad możnych baronów!

— Jest i drugi kandydat — wszedł mu w zdanie Konrad I, biskup ołomuniecki. — Narzeczony księżniczki Małgorzaty, książę na Legnicy, Brzegu i Wrocławiu, Bolesław! I tak się składa, że książę ów jest w Pradze i możemy wysłuchać jego racji!

— Możemy — krzyknął Henryk z Lipy. — Ale czy chcemy? To piętnastolatek, gołowąs. Taki ma być król?

— Można inaczej potraktować wyzwanie, które postawił przed nami Pan — odezwał się po raz pierwszy stateczny Vilém Zajíc. — Ani książę na Legnicy, Brzegu i Wrocławiu, ani książę Karyntii nie stawią czoła wojskom Habsburgów, które w kleszcze wzięły Pragę. Lecz gdybyśmy synowi króla Albrechta zaproponowali rękę naszej jedynej wolnej księżniczki, Eliški, to i wilk byłby syty, i Czechy ocalone!

— A skąd pewność, Vilémie, że Karyntczyk nie stawi oporu Habsburgowi? — krzyknął Henryk z Lipy. — Jeśli wesprzemy męża Anny, to najstarsza z córek zmarłego króla, z naszą i Boga pomocą, obejmie tron.

— Habsburg potężniejszy — spokojnie orzekł Zajíc. — Wystarczy wyjrzeć z murów zamku praskiego, by zobaczyć, jaka potęga stoi pod miastem. Chcesz podpalić Czechy, panie z Lipy?

— Już płoną — odpowiedział. — A ja chcę ugasić pożar tak, by jak największa część naszej dumy ocalała z pożogi.

— Naszej czy twojej, Henryku z Ronovców? — zawołała Eliška. — Panowie, czy ja jedna widzę, że dawny chorąży mego ojca ma ambicje wybujałe ponad stan?

— Pani — żachnął się Henryk z Lipy. — Nie słuchaj bajek o małżeństwie twoim i syna Habsburga! Nawet najbardziej przekupny papież nie da zgody na ślub kuzynów. Albrecht Habsburg jest bratem twojej matki, jego synowie to najbliżsi krewni. To grzech.

— Grzech — powtórzyła za nim czternastoletnia Knedlica i to słowo zabrzmiało w jej ustach złowróżbnie.

— Ja popieram kandydaturę Henryka z Karyntii, którą złożył Jan z Vartemberka — szybko krzyknął pan z Lipy, by oddalić od siebie obraz tej dziewczyny, która chciała od niego czegoś, czego nie mógł jej dać.

— I my! — zawołali jego rodowcy.

— Przedstawmy królowi Albrechtowi Habsburgowi ofertę małżeńską! — próbował przekrzyczeć ich Vilém.

— W określonych warunkach papież mógłby na to przystać — bez przekonania powiedział biskup.

— Może papież tak, ale Habsburgowie nie! — ponad ich głosami przedarł się Henryk z Lipy. — Wiem, że Rudolf, syn Albrechta, już skierował własną propozycję!

— Do kogo? — zawołał w cichnącym tłumie Jan IV.

— Do królowej wdowy, Eliški Reički — dobitnie odpowiedział pan z Lipy. — Do Rikissy.

Knedlica pobladła i zacisnęła powieki.

— Nie daruję ci tego — szepnęła bezgłośnie. — Ani jej.

RIKISSA przekładała w skupieniu ciężkie karty Dziejów Czech w dwunastu obrazach. Na ostatnim był ojciec Václava, Premysl Ottokar II. Złoty król. Przy jego boku boska Kunegundis. Premysl wyciągniętym w górę ramieniem pozdrawia cały świat i idzie w kierunku audytorium. Twarze zgromadzonych są niemal złowieszcze. To sejm Rzeszy, znała tę historię. Podpis pod ilustracją głosił: „Król zachęcił wszystkie ludy słowiańskie, by pod jego berłem obroniły się przed potęgą cesarstwa”. Iluminator uchwycił więc króla w ostatniej chwili tryumfu, gdy ten był bliski wyboru na króla Niemiec. A przecież tak się nie stało, Premysl Ottokar przepadł w głosowaniu, a potem wplątał się w wojny, z których nie wyszedł cało. Ale tak twórca księgi każe potomnym zapamiętać go w chwili chwały. Jest i inna karta, której Rikissa zawsze przygląda się z uwagą. Na niej mężczyzna niemal dwakroć potężniejszy od ludzi, którzy stoją przy nim. Jego oczy ciskają gromy. Podpis głosi: „Złowrogi Bolesław Chrobry zajął tron praski gwałtem i przemocą, a potem uciskał lud”. A przecież to polski król chciał wyrwać Czechów z jarzma cesarskiego poddaństwa. To on pierwszy zamarzył o tym, by wszystkie ludy słowiańskie utworzyły wielkie imperium. Ale kronikarz nie o tym chce pamiętać. I kolejna po Chrobrym karta. Na niej ciemnooki młodzieniec mieczem wskazuje kierunek hufcom ciągnących za nim wojsk. „Sprawiedliwy książę Brzetysław odebrał Polakom relikwie świętego Wojciecha i zwrócił je do Pragi”. Prażanie nie chcieli nauk Wojciecha. Wypędzili swego biskupa. Za poduszczeniem władcy wymordowali całą jego rodzinę. A imię księcia Brzetysława w Poznaniu, w którym się urodziła, po ponad dwustu latach wciąż wymawiano z przerażeniem. „Sprawiedliwy książę” wyczekał na śmierć króla Bolesława, a potem jechał, palił, rabował i uprowadzał w niewolę. Nie oszczędził kościołów, a ukoronowaniem jego wyprawy był brutalny rabunek królewskiego skarbca i gnieźnieńskiej katedry. Kradzież świętych szczątków. Grabież do gołej ziemi, o której pisali kronikarze, i „dzikie zwierzęta założyły swoje legowiska” w katedrze arcybiskupiej.