Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Muszę odejść, komandorze — powiedział do stojącego przy nim Tybalda.

— Wiem — odpowiedział ten i Koendert się zdziwił. Spodziewał się raczej protestu, przypominania o ślubach i powoływania na przysięgę posłuszeństwa.

A może stary komandor wie, co zrobiłem? — przebiegło mu przez głowę i siłą powstrzymał się, by mimowolnie nie dotknąć rękojeści miecza. Okręcił ją starą skórą, by nie przyciągała wzroku, ale może Tybald widział kiedyś ten oręż?

— Fra’ Piotr chciał, byś pozostał przy życiu. Ty jeden znasz tajemnice asasynów i…

— Nie jesteśmy sami — przerwał mu Koendert, wskazując głową Feuchtwangena, mistrza krzyżackiego, który z uwagą się w nich wpatrywał. — Przejdźmy na rufę, komandorze.

Gdy stanęli w odosobnionym miejscu Tybald wskazał na spienioną wodę za statkiem.

— Każdy chce po sobie pozostawić ślad — powiedział. — Ale po niektórych ślad powinien się urwać, Koendercie. Nie wiem, co dalej będzie z zakonem. Mamy możnych protektorów i dość bogactw, by przetrwać trudne lata, ale nie mam żadnej pewności, ile czasu potrwa zryw rycerstwa do następnej krucjaty. Jedno, czego jestem pewien, to że czekają nas ciężkie chwile. Chciałbym, żebyś się ukrył, razem z wiedzą, którą posiadasz. Żeby zaginął po tobie ślad, aż do momentu, gdy przyjdziemy po ciebie.

— Jakaś zagubiona komandoria na obrzeżach cesarstwa? — spytał Koendert, czując, iż jego rodowa misja nagle może połączyć się z zadaniem, jakie stawia mu Tybald.

Komandor pokręcił głową.

— Wolałbym, żebyś ukrył się głębiej.

— Nie rozumiem.

Tybald odwrócił się i kładąc dłoń na ramieniu Koenderta, powiedział poważnie:

— Za chwilę, w obecności wszystkich, zdejmę z ciebie zakonne śluby. Ale to nie będzie prawdziwe. To będzie jak wiesz co…

— Wiem. Szkolono mnie do tej gry po wielekroć — odpowiedział Koendert, patrząc w oczy starego komandora.

Ten skinął głową i kontynuował:

— Zabierzesz swego brata pod pretekstem leczenia. Jeśli Gerland przeżyje, wtajemniczysz go we wszystko, co wiesz, nauczysz tego, co sam potrafisz, tak aby było was dwóch.

— A jeśli nie przeżyje?

— Przejmiesz jego imię i zgłosisz się do jakiejkolwiek komandorii Zakonu Szpitalników Świętego Jana. Staniesz się nim na tak długo, jak będzie trzeba. W razie prawdziwego zagrożenia, gdybyś nie miał dostępu do wysokich stopniem braci zakonnych, szukaj pomocy u najwyższych duchownych prowincji, w której będziesz przebywał. A my znajdziemy cię, gdy nadejdzie czas powrotu do Ziemi Świętej. Posłańca rozpoznasz po…

— Wiem, po czym — skinął głową Koendert i spytał prowokacyjnie. — A jeśli to ja umrę pierwszy?

— No cóż — ciężko odpowiedział komandor. — Wtedy on zrobi to, czego ty nie zdążysz.

— A co, jeżeli posłaniec nigdy nie nadejdzie?

Tybald westchnął i potarł krzaczaste brwi.

— Wtedy twój ślad naprawdę rozpłynie się w wodzie — powiedział z namysłem. — Ale wierzę, że tak się nie stanie. A w dowód swej wiary chcę ci coś dać w depozyt.

Komandor wyjął z sakwy owinięty w purpurowy jedwab przedmiot.

— Schowaj to dobrze — powiedział, wkładając mu go w dłoń. — Pamiętasz opowieść o najświetniejszych czasach Królestwa Jerozolimy? O trzech kluczach do skarbca, w którym trzymano koronę królewską?

— Jeden klucz miał patriarcha, drugi mistrz szpitalników, a trzeci nasz wielki mistrz — wyrecytował Koendert. — Na znak równości obu wielkich zakonów i uznania ich wkładu w utworzenie królestwa.

— Tak — kiwnął głową Tybald. — Ty i Gerland jesteście jak żywy symbol tamtych złotych czasów. Templariusz i szpitalnik, bracia dwóch reguł z jednego łona i krwi.

— Dajesz mi klucz do skarbca królestwa? — zapytał wstrząśnięty Koendert.

— Nie, synu — smutno powiedział stary komandor. — Daję ci formę, w którą wlewano żelazo, by uformować klucz. A teraz wracajmy, muszę wobec wszystkich zwolnić cię z przysięgi.

GERLAND siedział na końskim grzbiecie i mocno trzymał stopy w strzemionach, dociskając nogi do boków wierzchowca. Tylko to było pewne, reszta wydawała się mocno wątpliwa. Wodze owinął wokół zabandażowanych dłoni, bo nie był w stanie ich utrzymać. Poparzoną głowę miał owiniętą płótnem, którego luźne zawoje osłaniały mu twarz, tak że widać spod nich było tylko oczy, a na plecach, zamiast spalonego w Akce płaszcza zakonnego, wisiał mu cienki, drogocenny, zdobiony kwiatami jedwab.

— Saracen! — krzyknął na jego widok umorusany ulicznik i podniósł wrzask pośród zgrai dzieciarni żebrzącej u portowej bramy.

W rękach gówniarzy migiem znalazły się kamienie, bryły gliny i końskie łajno.

— Zabić Saracena!

W tej samej chwili dojechał do niego Koendert i dzieci zamarły na widok jego brata.

— Wielki templariusz ma w niewoli wszawego Saracena! — wydarł się ten, który pierwszy chciał rzucać w niego kamieniem.

— To jaki emir abo sułtan! — pociągnął nosem drugi.

— Templariusze przegrali w Akce! — wrogo zawył najwyższy i podnosząc rękę z grudką gliny, zrobił krok w ich stronę.

Koendert spojrzał na wyrostka i chłopak w jednej chwili opuścił ramię, odwrócił się i uciekł.

— Pospieszmy się — rzucił do Gerlanda. — Zapłaciłem za dwa miejsca na statku płynącym na Sycylię.

Ruszyli, manewrując między przechodniami i wózkami ulicznych handlarzy.

— Przebrałeś mnie jak małpę. Co ci wpadło do głowy, by kupować mi płaszcz w kwieciste wzory? — wściekł się Gerland.

— Nie miałem czasu wybierać — wzruszył ramionami Koendert. — I, tak po prawdzie, nie kupiłem go. A jak będziesz marudził, to przebiorę cię za arabską nałożnicę. Zasłony od czubka głowy do stóp ukryją wszystkie poparzenia.

— Templariusz i nałożnica — prychnął Gerland. — Trudno o mniej rzucających się w oczy podróżnych. Dlaczego nie zdjąłeś zakonnego płaszcza, skoro Tybald uwolnił cię od ślubów?

— Bo kapitan statku, którym płyniemy, dał się przekonać tylko na templariusza. Ma kwity zastawne w naszej komandorii w Palermo i liczy, że pomogę mu przedłużyć spłatę.

— A pomożesz? — zapytał Gerland, choć wystarczyło spojrzeć na brata, by poznać odpowiedź.

Na pokładzie byli głównie kupcy. Kapitan przywitał ich wylewnie, choć nie powstrzymał się od pytania o jego barwny płaszcz.

— Brat Gerland jest poparzony greckim ogniem. — O dziwo, Koendert powiedział prawdę. — Musi używać przewiewnych ubrań i osłaniać przed słońcem twarz.

— Brat Gerland! — niemal nabożnie jęknął kapitan. — Jak nasz sycylijski święty! Nasz dobry brat z Polski!

— Tak, tak — uciął szybko Gerland. — Nasz… to jest mój ojciec też znał tę legendę i też modlił się do świętego Gerlanda.

— O dar scalania rozbitych przyjaźni! — rozpromienił się kapitan. — Święty Gerland nigdy nie odmawia swych łask, więc pewnie i ty, bracie rycerzu, masz moc…

— A tobie jak na imię, panie? — wtrącił się twardo Koendert.

— Matteo, szanowny bracie!

— Więc to ty, kapitanie, napisałeś jedną z ksiąg Ewangelii i tobie przyjdzie zginąć męczeńską śmiercią? — kpiąco zaśmiał się Koendert.

Kapitan umilkł urażony, ale tylko na chwilę.

— W każdej sycylijskiej gospodzie dostaniecie nocleg za pół ceny, jak brat Gerland powie swe imię. Choć ten płaszcz kwiecisty może nie budzić zaufania wieśniaków, bo nasz święty był ubogi. Proszę tędy, do kajuty braci — wskazał wąskie schody pod pokład. — Dokwaterowałem wam brata z zakonu rycerzy Najświętszej Marii Panny.

— Płaciłem za kajutę dla dwóch osób! — wściekł się Koendert i nie zauważywszy belki, uderzył w nią głową. Zaklął podle.

— Płaciłeś za dwie osoby w kajucie — spokojnie odpowiedział kapitan — a w niej są cztery miejsca. Nie dokwaterowałem wam czwartego, bo nie ma więcej braci rycerzy na pokładzie. Bardzo proszę — uchylił skrzypiące drzwi i zachichotał. — Oto wasze gniazdko! Można rzec, mała komandoria na moim skromnym statku!

KOENDERT wyszedł na pokład, gdy tylko Gerland zasnął w kajucie. Zabrał ze sobą sakwę i miecz, bo nie ufał mistrzowi krzyżackiemu. Miał przeczucie, że trzeci pasażer, bezczelnie wciśnięty im przez kapitana, chętnie przeszukałby ich bagaże.

Feuchtwangen natychmiast zjawił się przy nim.

— I znów Pan skrzyżował nasze drogi! — zagadnął.

— Nasz Pan ma w krzyżowaniu wprawę — półgębkiem odpowiedział Koendert.

— Czyżbyś wraz z uwolnieniem od ślubów zakonnych stracił wiarę?

— Przeciwnie. Właśnie ją wyznałem.

— Nie jesteś rozmowny, mój wybawco — przysunął się jeszcze bliżej mistrz.

Koendert nie odpowiedział. Mylił się, myśląc, że to wystarczy.

— Masz jakieś plany? — spytał Feuchtwangen, opierając się o burtę. — Mówią, że krzyżowcem nie przestaje się być nigdy.

— Byłeś świadkiem, że zdjęto ze mnie śluby — burknął Koendert.

— W Ziemi Świętej byłem świadkiem wielu zadziwiających wydarzeń — odpowiedział zagadkowo Feuchtwangen. — Na pokładzie „Słonego Serca” też.

Daje mi do zrozumienia, że wie, o czym rozmawiałem z Fra’ Tybaldem. Albo że widział, jak otwierałem skrzynie, szukając miecza. Albo po prostu bierze mnie pod włos — pomyślał Koendert i znów nie odpowiedział na insynuacje.

Feuchtwangen nie dawał za wygraną. Milczał tylko chwilę, a potem podjął:

— Słyszałeś pewnie o moim poprzedniku, mistrzu von Schwanden? Tym, który przyprowadził hufiec naszych braci do Akki.

— A potem pokłonił się przed Fra’ Janem, mistrzem szpitalników, i porzuciwszy wasz zakon, wstąpił do nich? — zadrwił Koendert. — Słyszałem. W każdym z garnizonów śmiano się z tego przy dzbanie wina.

 

— Jedni się śmieją, inni widzą głębsze znaczenia zdarzeń — wzruszył lekko ramionami Feuchtwangen. — Chcę ci przez to powiedzieć, były templariuszu, że w moim zakonie jest miejsce dla ciebie. Zwłaszcza w tych niespokojnych czasach, które przed nami.

— Żadne czasy nie były spokojne — burknął na odczepnego Koendert.

— Ale te, co nadchodzą, dla niektórych będą naprawdę niebezpieczne. — W głosie Krzyżaka zabrzmiało coś, co wydawało się groźbą. Mistrz odwrócił się, oparł plecami o burtę i patrzył mu wprost w oczy, mówiąc:

— Z Akki ocalało niewielu, jak ty i dzięki tobie ja. Wasz ostatni mistrz, Wilhelm, i marszałek Piotr, który dał głowę, i ci wszyscy templariusze, którzy honorowo polegli, broniąc ostatniej twierdzy w Królestwie Jerozolimskim przed niewiernymi… Ich już nie ma i nie przemówią w swoimi imieniu. Za nich będą mówić ci, którzy przetrwali. Olbrzymie, niewyobrażalne bogactwo poszło na wyprawy krzyżowe i co? I przepadło. Nie sądzisz, Koendercie, że ktoś zacznie pytać, co stało się z tymi skarbami? Tysiące chrześcijan wrzucały datki do skarbony, której zawartość miała przyczynić się do odzyskania Grobu Pańskiego… a ten i ostatnia twierdza znów we wrażych rękach niewiernych…

— Papież zwoła kolejną krucjatę — splunął do wody Koendert. Dość już miał tego gadania.

— Zapewne — kiwnął głową mistrz. — Ale czy papieża stać na to, by słał krzyżowców na pewną śmierć? W miejsce, które dla chrześcijaństwa stracone?

— Nic nie jest stracone! — syknął Koendert.

— Czyżby? Skoro najlepiej wyszkoleni wojownicy chrześcijańskiego świata nie dali rady ich obronić, to kto się tego podejmie? — Feucht­wangen zaczął się śmiać. — Najlepiej wyszkoleni i najbogatsi! Panowie Ziemi Świętej, templariusze, rycerze zakonu świątyni!…

Koendert chciał go uderzyć w twarz za kpinę, ale powstrzymał się.

W oczach świata nie jestem już templariuszem — pomyślał i tylko zacisnął szczęki.

— O bohaterstwie twojego brata i twoim krążą legendy — spokojnie podjął werbunek Feuchtwangen. — Te o tobie są szczególnie intrygujące, bo niektórzy są skłonni wierzyć, że templariusze stworzyli tajne bractwo, które kontaktowało się z najgroźniejszymi zabójcami Wschodu, tymi, których zwą hasziszijja.

— To plotki — skrzywił się Koendert. — Ostatni imam asasynów został zamordowany przez sułtana Bajbarsa kilkanaście lat przed moim narodzeniem. Nasłuchałeś się głupot, Konradzie von Feucht­wangen.

— Możliwe — westchnął smutno mistrz. — Ale opowieści o twojej odwadze na pewno nie były przesadzone. Sam jej doświadczyłem na nabrzeżu.

— Bo się pomyliłem! — uderzył dłonią w burtę wściekły Koendert. — Myślałem, że jesteś ostatnim żyjącym bratem od Świętego Łazarza!

— A więc twymi rękami ocalił mnie Pan — spokojnie odpowiedział Krzyżak.

Wypchnę go za burtę! — pomyślał Koendert, ale w tej samej chwili zjawił się przy nich kapitan.

Wymienił grzeczności z Feuchtwangenem i postał z nimi chwilę, wystarczająco długo, by Koendert się uspokoił.

— Dla templariuszy umarłeś — zaczął Krzyżak, gdy tylko kapitan się oddalił. — Dlatego mówię „Łazarzu, wstań” i proszę, pójdź za mną. Czuję w tobie wielką chęć wzięcia odwetu na niewiernych, wielką potrzebę wyrównania rachunków. A ja ci mogę to zapewnić. Prusy to istna Ziemia Obiecana dla nowych krzyżowców! Niekończące się puszcze. Mokradła, bagna, rzeki meandrujące na ziemi i pod ziemią. A zamieszkujący je poganie czczą wyjątkowo krwawych bożków i dręczą wyznawców Chrystusa na setki wyrafinowanych sposobów. To Dzicy, którzy słuchają tylko Starców z Gór!…

— Z gór? — przyłapał go na łgarstwie Koendert. — A ja słyszałem, że Prusy to nizinny kraj.

— Starców Siwobrodych — poprawił się z uśmiechem Feuchtwangen. — Pomyliło mi się z wiesz kim.

— Nie wiem — udał durnia Koendert i wyszczerzył do wielkiego mistrza zęby w uśmiechu. — Tak, dla templariuszy umarłem, ale nie pójdę do was. Pójdę do szpitalników.

— Skoro zamiast walczyć, wolisz opiekować się chorymi, twoja wola. Pamiętaj, że właśnie opuściłeś Ziemię Świętą i swoich Saracenów. W pięknych, chrześcijańskich królestwach naszego świata nie ma pogan, z którymi mógłbyś walczyć. Poza Prusami. I pozwól, że dodam coś jeszcze. Nie musisz podejmować decyzji dzisiaj. Będę na ciebie czekał.

— Dziękuję za pouczenie — Koendert starał się zapanować nad gniewem. — Mam teraz inne plany.

— Rozumiem.

Nic nie rozumiesz, Krzyżaku — żachnął się w duszy Koendert. — Jesteś pewnie młodszym synem rodu Feuchtwangenów. Twój starszy brat obejmie po ojcu schedę i nazwisko, które da swym potomkom, a oni przeniosą je przez wieki, aż do skończenia świata. A z rodu Bastów zostaliśmy tylko my dwaj, Gerland i ja. Henry i jego synowie, którzy mieli nieść rodową pamięć, zostali w zgliszczach domu przy placu Cypryjskim. A na nas dwóch spoczął obowiązek wypełnienia przysięgi, którą przed niemal stu pięćdziesięciu laty złożył polskiemu księciu nasz przodek na murach Krak des Chevaliers, najwspanialszej twierdzy krzyżowców, jaką widział świat. I nie ma już nikogo, kto mógłby nas w tym zadaniu wyręczyć. Dla spokoju dusz wszystkich naszych przodków musimy zrobić to my. Albo ten z nas, który przeżyje.

Koendert zostawił wielkiego mistrza krzyżackiego i przeszedł na rufę okrętu. Długo patrzył na spieniony ślad na wodzie.

I
1306

ARCYBISKUP JAKUB ŚWINKA bez słowa zatrzymał konia. Patrzył na ścianę lasu, nad którym wieloma cienkimi smużkami unosił się dym. Gdyby zamknął oczy, przy chłodzie jesiennego powietrza mógł się przez chwilę łudzić, że to, co czuje, jest wonią wypalanych pól.

Dojechaliśmy do celu — pomyślał. — Gdzieś pomiędzy tymi drzewami spadł ognisty deszcz.

Towarzyszył mu kanonik Janisław, ten sam, z którym był na szczycie wieży katedry gnieźnieńskiej w tę nieodległą noc, gdy z nieba, jak w dniu apokalipsy, leciały płonące kamienie. Janisław zsiadł z konia i podszedł do arcybiskupa. Bez słowa pomógł mu zejść z siodła. Uwiązali wierzchowce do pni młodych brzóz, bezlistnych o tej porze roku, i ramię w ramię ruszyli w las. Janisław szybko odnalazł wąską ścieżkę, taką, której używają wieśniacy szukający grzybów. Kilka razy przecięła ją drożyna wydeptana przez zwierzęta chodzące do wodopoju.

Najwyraźniej sarny i jelenie wybierają inne drogi niż ludzie — pomyślał arcybiskup. — Choć piją z tego samego źródła.

Było jesienne popołudnie i chylące się ku zachodowi słońce nisko prześwietlało korony i pnie iglastych drzew. W jego świetle raz po raz majaczyła, niczym senny obraz, smużka dymu. Jakub wciągnął żywiczne powietrze. Tak. Woń niedawnego pożaru wciąż była wyrazista. Pachniało czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.

Po kilkuset krokach obaj z Janisławem przystanęli bez słowa. Jakubowi zakręciło się w głowie i musiał oprzeć się o chropowaty pień świerku. Las, zieleniejący jeszcze przed chwilą ciemnymi koronami drzew, jak za dotknięciem niewidzialnej ręki zamienił się w pogorzelisko. Na wprost nich, jakby ktoś wyznaczył linię, zaczynała się wypalona do cna ziemia ze sterczącymi z niej kikutami drzew.

Boże — pomyślał z grozą Jakub — Twoja wszechmoc bywa przerażająca.

Janisław przeżegnał się i obaj ruszyli dalej, ostrożnie stąpając wśród popieliska. Arcybiskup z trwogą patrzył na zwęglone pnie, które stały, choć ogień wydarł z nich życiodajne soki. Na poszycie, które odpowiadało suchym chrzęstem w miejscu, gdzie stawiał stopy. Czarny mech wydał mu się czymś nierealnym w swej grozie. Uszli kilkadziesiąt kroków i stanęli nad brzegiem owalnego zagłębienia, nie większego od małego stawu. Z jego głębi unosił się bezwonny dym, a może raczej gęsta mgła? Postąpili jeszcze kilka kroków, ale zbocze było grząskie i Jakub zapadł się po kostki. Janisław pomógł mu się wydostać. Spojrzeli na siebie, skinęli głowami i młody kanonik, zostawiwszy arcybiskupa na górze, sam ostrożnie zszedł w dół.

Widzieliśmy ognistą kulę lecącą z przestworzy ku ziemi i widzieliśmy deszcz ognistych kamieni — pomyślał Jakub. — Jeśli Bóg zrzucił coś z nieba, powinniśmy to odnaleźć.

Mgła przysłoniła wysoką sylwetkę Janisława, ale Jakub wciąż słyszał kanonika. Uniósł głowę, wciągając w nozdrza unoszącą się wokół woń. To nie kadzidło, nie żywica, więc co? — zastanawiał się. W tej samej chwili, kilkadziesiąt kroków dalej od miejsca, w którym zszedł Janisław, z głębi dołu wyłoniła się postać. Długobrody stary mężczyzna wyszedł z oparów. Za nim drugi i trzeci, wszyscy nieśli na plecach skórzane worki.

Starcy Siwobrodzi — z trwogą zrozumiał Jakub Świnka. — Słynący z okrucieństwa kapłani boga o trzech twarzach.

Arcybiskupowi przemknęło przez głowę, że powinien być gotów na śmierć. Oddychał szybko, a dłoń mimowolnie powędrowała mu do serca. Trzej Starcy wyszli na brzeg zagłębienia i otworzyli worki, zaglądając do nich, jakby chcieli się upewnić, że to, co niosą, nadal tam jest. A potem zawiązali je szczelnie i nie mówiąc nic, ruszyli w las. Idący na przedzie spojrzał na Jakuba, ale nie zatrzymał na nim wzroku, jakby ten był zwęglonym pniem drzewa.

Oni mnie nie widzą — dotarło do Jakuba i ta myśl przeraziła go, zamiast przynieść ulgę.

Kapłani Trzygłowa zniknęli między wypalonymi drzewami i w tej samej chwili Jakub usłyszał cichy szelest. Z dołu wychynął lis. Stanął, węsząc, uniósł pysk i wbiegł między kikuty drzew. Teraz z mgły unoszącej się nad miejscem, z którego wcześniej wyszli Starcy, długim susem wyskoczył wilk. I on wietrzył przez chwilę, a potem potruchtał prosto na Jakuba. Arcybiskup zacisnął palce na wełnie płaszcza. Drapieżnik minął go tak blisko, że arcybiskup poczuł woń jego sierści, a mimo to wilk nie zatrzymał się ani na moment.

On też mnie nie widzi — ze zdumieniem pomyślał Jakub.

Po długiej chwili z dołu wyszedł Janisław. Płaszcz kanonika uwalany był popiołem. Podszedł do Jakuba, bez słowa wyciągnął i otworzył dłoń. Leżał na niej kamień z nieba pulsujący pod skorupą skały płomiennym blaskiem żelaza niewykutego w ziemskiej kuźni. Jakub dotknął go i poczuł ciepło.

Kamień odrzucony przez Budującego — pomyślał — niech stanie się kamieniem węgielnym.

WŁADYSŁAW skrył się w Smoczej Jamie. Nikogo ze sobą nie zabrał i nikomu nie powiedział, dokąd idzie. Chciał być sam. Opłakać stratę pierworodnego w miejscu, w którym nikt go nie zobaczy. Nawet Jadwiga. A może zwłaszcza ona. Jakże płakać przy żonie, która wydała na świat czworo jego dzieci? Każde wspomnienie zmarłego syna sprawiało, że dla Jadwigi Stefan umierał na nowo, więc od dnia jego zgonu, chcąc oszczędzić żałości żonie, milczał. Nie umiał też rozmawiać z młodszym synem, z Władkiem juniorem, bo sześciolatek w kółko pytał „dlaczego?”. „Bóg tak chciał” — odpowiadał Władysław, a chłopak na to: „Ale dlaczego chciał Stefana?”.

— Nie wiem synu. Nic nie wiem — wyszeptał w mroku jaskini to, czego nie mógł powiedzieć chłopcu.

Bo przecież ojciec i książę musi znać odpowiedzi na wszystkie pytania. A on nie znał. Lata wygnania, rozłąki, tułaczki. Powrót do Królestwa. Zryw rycerstwa i prostych ludzi, którzy poszli za nim, zrzucając czeskie rządy. Bitwa o Wawel i narodziny Elżbiety tu, w Smoczej Jamie, w chwili gdy zdobył zamek. I wiadomość o śmierci ostatniego Przemyślidy, Václava III, po której krakowscy mieszczanie pękli i otworzyli przed Władkiem bramy miasta. To wszystko ułożyło się w ciąg zdarzeń, który z siłą sztormowej fali wyniósł go znów na szczyt. Władysław, książę kujawski, sandomierski i krakowski. Gdy słyszał, jak odźwierny zapowiada każde jego wejście do sali przyjęć, cierpła mu skóra na karku. Tyle lat na to czekał! Książę krakowski… A teraz lęk niewidzialną obręczą ściska mu pierś, bo nikt inny w Królestwie nie wie lepiej od niego, że z każdego szczytu można spaść, a każdą godność utracić. Czym była śmierć pierworodnego, jeśli nie zapłatą za Kraków?

Usłyszał jakieś szuranie przy wejściu do jamy.

Kiedyś gnieździli się w niej trędowaci — przypomniał sobie i od razu wstał, bo skóra za uszami natychmiast zaczęła go swędzieć. Złapał pochodnię.

Usłyszał zduszony głos i łamaną polszczyznę:

— …tak, to było tu… ostrożności proszę, żeby nogi nie połamane…

— Kopasz? — Władek rozpoznał głos i wyskoczył zza załomu jaskini. — A co ty tu robisz?!

— Jezu! Fejedelem Làszló! — odpowiedział równie zaskoczony Węgier.

Władek uniósł pochodnię i zobaczył dowódcę węgierskich łuczników w towarzystwie kobiety, która raczej nie była damą.

— Januszku, mów do mnie po polsku — upomniała łucznika i wskazała na Władka. — A to kto? Strażnik Smoczej Jamy?

 

— Zamknij się — syknął do niej Kopasz i skłonił się przed Władkiem. — Wybacz, książę, ale nie spodziewałem się ciebie tutaj. Szukałem ustronnego miejsca z moją panią i…

— Przestań mówić po węgiersku — zezłościła się na Kopasza jego towarzyszka. — Pożegnaj tego pana i prowadź mnie do miejsca, gdzie się narodziła nasza księżniczka Elżbieta. Obiecywałeś, że mi wszystko pokażesz, a teraz spotkałeś jakiegoś węgierskiego znajomka i już nic się dla ciebie nie liczy! Oszukałeś mnie! — weszła na wysokie i piskliwe tony.

Kopasz był zmieszany. Władek syknął do niego po węgiersku:

— Nie mów jej, kim jestem. I na drugi raz nie sprowadzaj dziwek do Smoczej Jamy, bo to nie burdel!

— To nie jest nierządnica, książę — bąknął. — Nie płacę jej za usługi. Robi to dla bohatera, za darmo.

Władek skinął głową i wepchnął Kopaszowi w dłoń pochodnię.

— Żebyście nóg nie połamali — powiedział i nie oglądając się za siebie, ruszył do wyjścia. Prawda, jeszcze nie wyrównał rachunków z Madziarami. Pieniądze się go nie trzymają, nawet teraz, gdy po powrocie do Małej Polski osłania swemu węgierskiemu druhowi, Amadejowi Abie, transporty cennej miedzi na północ. Obaj czerpią z tego dochód, ale co zrobić, jak wydatków tyle? Wojsk jeszcze rozpuścić nie może. Rabować nie pozwolił, bo jaki byłby z niego książę, gdyby swe ziemie zdobywał ludzką krzywdą. Z zaciężnymi, nawet tak wiernymi jak Madziarzy, lepiej omijać wiecznie niewygodny temat pieniędzy. No przecież zapłaci, jak tylko dostanie wpływy z żup w Wieliczce. Gerlach de Culpen, wójt wielicki, to szwagier Muskaty, psiakrew. Pewnie na polecenie biskupa opóźnia zapłatę.

Fryczko czekał na niego z Rulką. Klacz stała cierpliwie.

— Na zamek, mój książę, bo cię tam szukają — powitał go, poprawiając klaczy popręg.

— Daj mi swój płaszcz — machnął ręką Władysław.

— Księciu zimno? — zmartwił się giermek, zdejmując kaptur. — W Smoczej Jamie zawsze ciągnie.

— A ty skąd wiesz, skoro nigdy ze mną nie wchodzisz, tylko Rulki pilnujesz? — Spojrzał na Fryczka uważnie i wziął jego kaptur. Rozdrażniło go ponad miarę, że Smocza Jama, którą traktuje jak coś sekretnego, swojego, nagle może stać się miejscem pielgrzymek, niczym bazylika na Lateranie. Wspomnienie ciżby ciekawskich przybyszów wstrząsnęło nim.

Spiął na ramieniu płaszcz Fryczka. Giermkowi okrycie sięgało ledwie kolan, Władkowi do kostek. Naciągnął kaptur na oczy i rozkazał:

— Wskakuj na Rulkę. Będziesz udawał książęcego giermka.

— Ale ja jestem książęcym giermkiem — nie zrozumiał intencji Władka Fryczko.

— To ty nie będziesz udawał! — gniewnie warknął Władysław. — Ja będę udawał.

— Kogo? — Fryczko przestąpił z nogi na nogę.

Rulka parsknęła i lekko uderzyła go łbem w ramię.

— Twojego pachołka, Fryczko! — twardo zaśmiał się książę. — Chcę popatrzeć na Kraków z dołu. Co dzień oglądam miasto ze szczytu wawelskiego wzgórza, chcę wejść między domy kupców i kramy.

Giermek nieśmiało popuszczał sprzączki przy strzemionach, wydłużając je. Skłonił niezdarnie głową, jakby przepraszał, choć właściwie Władek nie wiedział, czy przeprasza jego, czy Rulkę.

— Książę — powiedział niepewnie. — Ja obiecywałem panu wojewodzie, że będę księcia strzegł przed nierozważnymi decyzjami…

— A komu ty służysz? Wojewodzie czy mnie? Wskakuj na siodło, ale już.

Władek położył dłoń na szyi swej klaczy i Rulka z Fryczkiem na grzbiecie ruszyła. Dobrą miał myśl o poranku, gdy wciągnął na grzbiet znoszony, skórzany kaftan zamiast książęcej tuniki. I równie dobrą, gdy Fryczkowi zakazał zakładania książęcych barw. Strażnicy przy bramie prześlizgnęli się po nich obojętnym wzrokiem i po chwili wmieszani w miejską ciżbę przeciskali się zaułkami.

— Tłum jak na przedmieściach Rzymu, mój panie! — zaśmiał się z grzbietu Rulki Fryczko.

— Nie mów do mnie „panie” — syknął Władek, łypiąc spod kaptura.

— Tak jest, mój… — ugryzł się w język giermek.

Wokół rynku stały domy krakowskich mieszczan. Z zewnątrz ich fasady zdawały się niewyszukane, ciężkie i toporne o małych, wąskich niczym otwory strzelnicze, oknach. Boczny wjazd prowadzący do jednego z nich był otwarty. Zatarasował go wyładowany po brzegi wóz, z którego wyprzężono już konie. Władek wstrzymał Rulkę i nim Fryczko zdążył się zorientować, wślizgnął się w gardziel bramy i przywarł do burty wozu. Chciał popatrzeć. A było na co! Dopiero stąd zobaczył, że niepozorna fasada od strony rynku jest tylko przednią częścią budynku. Ta, od strony podwórza miała drewniane, podwieszone na trzech kondygnacjach galeryjki, które wąskim przejściem biegły na przeciwległą stronę budynku. Drewniane, okute drzwiczki wiodły do pomieszczeń mieszkalnych albo kantorów kupieckich. Aż tyle ich? — przetarł oczy.

Drugie, okalające podwórze skrzydło domu wyglądało jak forteca. Gruby mur sprawiał wrażenie odpornego na ogień. Co było wybudowane ponad bramą, nie mógł dojrzeć, ale masywny strop nie pozostawiał złudzeń. Władek zrobił krok dalej, pomyślał, że skoro na podwórzu pusto, może wejdzie i obejrzy to z bliska, ale powstrzymał go kobiecy głos z galerii na piętrze.

— Johannesie! Gdzieś ty? Johannesie?

Władek zobaczył przechylającą się przez balustradę młodą kobietę w niezwiązanym pod brodą czepku i zarzuconym na nocną koszulę futrze. Jak na komendę otworzyły się jedne, drugie i trzecie drzwiczki na wyższych piętrach galerii. Wyjrzały z nich stare baby, niczym ciekawskie ptaki z dziupli.

Skrzypnęły małe okute żelazem drzwiczki na parterze przeciwleg­łego skrzydła i wychynął z nich brzuchaty mężczyzna.

— Co jest, Cunla? — odkrzyknął. — Nie widzisz, że towar przyjmuję?

Dopiero teraz Władziu dostrzegł, iż od bramy do piwnicy budynku, z którego wyszedł ów Johannes, biegnie pochyła, podobna do koryta kładka. Jak na komendę podwójne odrzwia piwnicy zostały otwarte od środka przez wyglądających na siłaczy pachołków.

U góry rozpłakało się dziecko. Kilkuletni maluch pociągnął za koszulę Cunlę, kupcową.

— Widzę, ale goniec z wójtostwa przyszedł — krzyknęła, biorąc dzieciaka na ręce. — Wójt Albert pilnie wzywa.

— Że też nie miał kiedy! — podrapał się za uchem Johannes. — Przecież wójt wie, że cały tydzień odbieramy dostawy, co wstrzymane były, jak ten piekielny Karzeł siedział nam na karku. Ach! — machnął ręką i rozejrzał się. — Peter! Peeeter, do mnie!

Barczysty parobek skoczył do kupca, a ten zaczął go instruować:

— Wyładunku dopilnuj. Sukno do suchego składziku, żeby wełna wilgocią nie naciągła, płótna flandryjskie na pięterko, a pierze weź zostaw pod ręką, bo już żem je Grubej Ofce zakontraktował. Jedwabiu powinny być trzy bele, to do mnie, do kantorka, muszę sprawdzić, czy się wzory zgadzają z zamówieniem, a nie tak jak ostatnio, com chciał szerokie pasy, a przywieźli wąskie…

— Johannesie! — nieśmiało krzyknęła kupcowa. — Goniec mówił, że to pilne!

Kupiec nie ruszył się z miejsca, tylko parobkowi paluchem pokazywał.

— Beczki z winem zatoczcie do mojej piwniczki, węgrzyn tera tanio stoi, bo książę pan drogę na Spisz otworzył, nie będziem sprzedawać. Z Cunlą wypiję, stać mnie. Cunla! — zadarł głowę. — Idę przecież! Król każe, sługa musi — roześmiał się tubalnie.

„Król” Albert i piekielny Karzeł. Wójt krakowski, znalazł się pan! A do tego wójt wielicki, szwagier biskupa Muskaty. Wszystko sitwa. Jeden drugiemu tyłka strzeże — pomyślał Władek i zacisnął szczęki aż do bólu. — Czy ten Johannes i jego Cunla byli w orszaku mieszczan otwierających przed nim bramy? Nie pamiętał. Tamci, odziani w futra i kosztowne szaty, chylili przed nim głowy, ale przecież nigdy nie miał złudzeń, by uwierzyć, że za ich hołdem stoi coś więcej niż własny interes. Władek wycofał się na uliczkę. Odnalazł niespokojnego Fryczka i klepnąwszy Rulkę w szyję, rzucił przez zęby:

— Na zamek.

Prowadząc klacz, przy boku własnego giermka, międlił w ustach kwaśny smak kupieckiego imperium. Kto pan, kto sługa, psiamać — pomyślał. — Nie jestem mściwy. Ale ślepy też nie. W tym jednym domu jest tyle towarów, że zysk z ich sprzedaży starczyłby mi na opłacenie Węgrów. Wojska, z którym zdobyłem Kraków! Psiamać… Kopasz z dziewuchą kryje się po Smoczej Jamie, bo go nie stać na przyzwoity burdel, a ten tu będzie ze swoją Cunlą węgrzyna pił beczkami, bo mu się nie opłaca sprzedawać. Nie jestem mściwy… — powtarzał sobie, by ochłonąć. — Zamek i miasto, odwieczny spór. Miasto z jego zasobnością powinno być pniem, który wieńczy wspaniała korona książęcej siedziby. Ale to wszystko postawione na głowie! Korona ze słabym pniem zeschnie, lecz na Boga, pień nie może być potężniejszy od korony!