Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Trina! — zawołała służkę. — Biegnij do Oldrzycha i każ przysłać kogoś, kto rozkuje tę zasuwę. Hunna ma rację. Póki nie zostanie zlikwidowana, będziemy miały otwarte drzwi.

— Ja w nich stanę, pani — powiedziała Hunna. — Mogę zjeść, nie przestając was pilnować.

Po tamtej burzliwej nocy na praskim zamku zapanował względny ład i życie wróciło do normy. Burgrabia Hynek wrócił, choć nigdy nie przyznał się przed Rikissą, co robił, gdy nie było go na zamku. Przez pierwsze tygodnie zwoływała na noc dziewczęta służebne do swej komnaty, ale po miesiącu spokoju i nienagannie pełnionych straży zaniechała tego. Kochała je wszystkie, ale męczył już nieustanny rejwach, jaki czyniły, a od zapachów wiktuałów Markety i jej ciągłego podjadania w nocy robiło jej się niedobrze. Kalina poiła ją swoim naparem i złe samopoczucie przechodziło. Hunna, do której przylgnęło imię Hunka, nie dała się wyprosić. Została, bo oświadczyła, że pan z Lipy obdarłby ją ze skóry, gdyby spuściła z oka królową i jej córkę. Nocami, bezszelestna jak kotka, wyślizgiwała się z komnaty i kilka razy obchodziła całą wieżę i podwórzec. Rikissa i Kalina szybko zauważyły, że raporty Hunki były znacznie dokładniejsze niż te, które dwa razy dziennie składał Oldrzych. Gdy dowódca straży zamkowej mówił: „Dzisiaj kupcy dostarczyli wóz młodych jarzyn, jaja i mąkę ze młyna”, Hunka relacjonowała to samo inaczej: „Dostawy z Austrii zablokowane. Walczący rekwirują wozy z żywnością. Służbie zamkowej ledwie udało się kupić jarzyny, jajka i dwa worki mąki. W jednym z nich ukryte było coś, czego nie widziałam. Trafiło do rąk ludzi burgrabiego zamku”.

Dni mijały dość monotonnie. Śmiech Agnieszki i jej panien służebnych znów rozbrzmiewał w wieży. Każdego dnia oczekiwały wieści od Rudolfa, ale on raz w tygodniu wysyłał gońca z sekretnym pismem. „Miłości moja, walczę” lub „Tęsknię za moim sanktuarium” albo „Kocham cię, Rikisso, i muszę szybko wygrać tę wojnę, bo nie wytrzymam bez ciebie ani dnia dłużej”. Odpisywała mu w podobnym tonie, bo fala tęsknoty, jaka wylewała się ze zdań skreślonych jego ręką, była zbyt wielka, by zostawiła go bez pociechy. Najprawdziwsze w jej listach było końcowe „Bądź zdrów”. Zresztą sama nie zawsze czuła się zdrowa.

O postępach wojny różnie mówiono. Raz szczęście sprzyjało Rudolfowi, raz baronom. O Karyntczyku i najstarszej z córek Václava, Annie, nie było nowych wieści. O średniej, królewnie Elišce, mówiono, że zamknęła się w rodowym klasztorze Przemyślidek, klarysek u Świętej Agnieszki i plotkowano, czy założy welon, czy nie. Ale Kalina, która parę razy wyprawiła się do dzielnicy żydowskiej, bo zabrakło jej składników do wywarów i nalewek, mówiła, że widziała Eliškę w przebraniu wychodzącą z klasztoru do miasta. Chciała ją nawet śledzić, ale obawiała się, że straż królewny rozpozna ją. Potem Praga żyła sensacją, bo wyłowiono z Wełtawy topielca, którego okrzyknięto „potworną olbrzymką”. Jak powiedział Oldrzych, były to nagie zwłoki młodej, nad podziw dobrze zbudowanej dziewczyny, która owszem, była wyższa i szersza w barach od większości mężczyzn, ale z pewnością nie była żadnym wybrykiem natury. Zginęła ponoć od noża. Poza tym życie płynęło monotonnie, o ile Rikissie udawało się na chwilę zapomnieć, że jest wojna i Rudolf ma przeciwko sobie wszystkich zbuntowanych baronów czeskich. I że racja jest po ich stronie.

Jednej nocy Rikissa, nie mogąc spać, stała i patrzyła przez okno. Hunka właśnie wyszła na swój zwykły obchód i w jasnym świetle księżyca Rikissa mogła zobaczyć, jak dziewczyna to robi. Dostrzegła ją najpierw przy otaczającym zamek murze. Szary cień, tak drobny, że nie przyciągał uwagi. W pierwszej chwili Rikissa nie zorientowała się, że to ona, myślała, że patrzy na jakieś pacholę. Hunka wcześniej zdjęła suknię i przebrała się w męski strój. Przyklejała się do załomu murów, gdy szły w jej stronę straże, gdy zaś zbrojni odwracali się, zwinnymi kocimi susami pokonywała przestrzeń. Wykorzystywała wszystko: stojącą na uboczu beczkę z wodą, krzak dzikiej róży, wiecheć słomy. Gdy chciał na nią zaszczekać pies, skakała do niego i zamykała mu pysk dłońmi. Radziła sobie nawet z wielkimi ogarami, których bali się wszyscy giermkowie. Rikissa widziała, jak zręcznie wdrapuje się na mur zamkowy, jak biegnie po jego szczycie, zeskakując na zewnętrzną stronę, ku fosie. Nad ranem widziała ją, jak wraca z przeciwnej, wschodniej strony zamkowego wzgórza, co musiało znaczyć, że obeszła całe mury, aż do Czarnej Wieży. Patrzyła, jak Hunka przyciskając szczupłe ciałko do zabudowań stajni, przesuwa się o kilkanaście kroków od grzejących się przy ogniu straży. Widziała też, jak dziewczyna cofa się, wraca ku nim i porywa im jabłko z kosza. A ci nie zauważyli, że była ani że coś im zwinęła. Po króciutkiej chwili dostrzegła ją po raz trzeci w tym samym miejscu. Hunka wróciła, by do kosza odłożyć ogryzek.

Nim dziewczyna wróciła do królewskiej komnaty, Rikissa zdążyła wskoczyć do łóżka. Udawała, że śpi, przyglądając się jej spod zmrużonych powiek. Hunka z powrotem ubrana była w suknię. Pogłaskała lwy, nakryła Agnieszkę. Przycięła knot świecy. Usiadła przy drzwiach i pochłonęło ją bez reszty czyszczenie noża.

Gdzie Henryk z Lipy ją znalazł? Skąd się biorą takie dziewczęta? — pomyślała Rikissa, zasypiając. Ostatnią myślą przed snem była świadomość, że nie widziała, jak Hunka wchodzi i wychodzi z wieży.

U progu lata, w dniu urodzin Agnieszki, Rikissa poczuła się nieco gorzej. Zostawiła córkę z pannami, a sama z Kaliną wróciła do siebie.

— Pomóż mi się rozebrać — poprosiła Kalinę. — Upał mi nie służy.

— Rikisso — wzrok piastunki był zatroskany — obawiam się, że…

— Ciii… — poprosiła ją. — Chcę się położyć.

Kalina zręcznie wyswobodziła ją z sukni, zdjęła jej buty i nogawiczki. Rikissa w samej koszuli położyła się na boku i zwinęła się w kłębek. Zaplotła ramiona na piersi.

— Rikisso. — Kalina przykucnęła przy niej. — Pomówmy, proszę.

— Domyśliłaś się? — spytała ją szeptem.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — W głosie Kaliny zabrzmiał czuły wyrzut.

— Nie wiem — szczerze odpowiedziała Rikissa. — Może dlatego, że nie byłam pewna, czy chcę tego dziecka…

— A teraz? Co czujesz teraz?

— Ono dzisiaj do mnie zapukało, rozumiesz? Zapukało, jakby chciało zapytać, czy je przyjmę.

Kalina oparła brodę o łóżko. Patrzyły na siebie z bardzo bliska.

— Nie mogę go odrzucić, Kalino — powiedziała Rikissa po dłuższej chwili. — Po prostu nie mogę.

— Wiele kobiet uczy się kochać swoje dzieci dopiero po pewnym czasie. Nie każde macierzyństwo zaczyna się w chwili poczęcia.

— Gdy Rudolf łamał słowo, powiedział, że robi to dla naszych dzieci. — Usłyszała, że jej głos brzmi bezbarwnie.

— Przekaż mu wiadomość — odpowiedziała Kalina. — Goniec z listem powinien być za dzień, najdalej dwa.

— Nie. Nie przekażę tego na piśmie. Gońca można złapać, list odczytać.

— A ciężarną żonę pochwycić i szantażować nią męża. Masz rację, wiemy, że ochrona zamku potrafi być niedoskonała.

Rikissa pocałowała Kalinę w policzek i usiadła na łóżku.

— Wyślemy Hunkę — powiedziała. — Zwróciłaś uwagę na jej urodę?

— Rikisso, tylko ktoś tak dobrze wychowany jak ty mógłby nazwać liczko Hunki urodą — parsknęła śmiechem Kalina. — Przecież ona jest niemal przezroczysta, pozbawiona cech zwracających uwagę.

— No właśnie! — potwierdziła Rikissa. — Przez to nie rzuca się w oczy. Do tego sprytna, zwinna, potrafi udawać pachołka i jest na usługach pana z Lipy, więc jeśli pochwycą ją baronowie, nic się jej nie stanie.

— A jeśli przekaże Henrykowi treść sekretnej wiadomości? — spytała Kalina.

— To jedyny człowiek, który nie zrobi z niej złego użytku — odpowiedziała Rikissa. — Tak się przynajmniej wydaje. Wezwij Hunkę i wyprawmy ją w drogę bez zwłoki.

Dwa tygodnie po tym, jak Hunka wyruszyła na południe, do Horaž­dovic, gdzie, jak się dowiedziały, Rudolf i wierne mu wojska oblegały zamek zbuntowanego bękarta Przemyślidów, Bavora, do Pragi dotarła niepokojąca wieść, że w kościele Świętego Idziego dzieją się cuda.

— Pani! — opowiadała jej poczerwieniała z emocji Trina. — Poleciałam tam co sił w nogach dzisiaj po jutrzni! Ludzi mrowie, przecisnąć się ciężko, alem się przepchała. I prawdę mówią! Z malunku na ścianie, tego, co na nim święty Idzi z dłonią przebitą strzałą przygarnia do siebie łanię, krew cieknie! Jezus Maria, żywa krew!

— Czekaj, czekaj — przerwała jej Marketa. — Z czego ta krew kapie? Z łani czy z Idziego?

— Matko Boska! Z dłoni świętego, przecie mówię! — zezłościła się Trina.

— Czego się wściekasz? — żachnęła się Marketa. — Jak żeś takie cuda widziała, toś powinna być uduchowiona, pół święta, a nie nerwowa, jak nie przymierzając podlotek, co jej powiedzą, że narzeczony zwiał.

— Marketo — uspokoiła służkę Rikissa. — Nie naigrawaj się z uczuć Triny.

— Ja się nie na… tego. Tylko tak se myślę, kralovno moja, że kościół Idziego to nasz biskup Jan IV stawia i nie chcę wyjść na jakąś niedowiarkę, ale może on tak tę krew na rękę Idziego umyślnie napuścił, żeby mu wiernych więcej chodziło i datki dawało…

— Bezbożnica! — ofuknęła ją Trina. — Idź i sama zobacz, Judaszu.

— Chyba Tomaszu — cierpliwie poprawiła ją Rikissa. — To święty Tomasz był niedowiarkiem, który wkładał palce w rany Chrystusa.

— A ja myślę — odezwała się milkliwa zazwyczaj Gisela — że skoro święty Idzi jest patronem kobiet karmiących i małżeństw bezpłodnych, to rana w jego dłoni może oznaczać zanik mleka, głód i pomór niemowląt, nieudane porody, poronienia…

— Weź przestań! — wrzasnęła Marketa. — Zamknij się! Nie wiesz, że nasza Rejčka…

Oblała ją fala gorąca. Skąd się dowiedziały? Hunka? Niemożliwe, ta dziewuszka z nikim się nie zżyła…

 

— Pani, wybacz! — Pochyliła się przed nią pobladła Gizela. — Nie miałam pojęcia, nie wiedziałam…

— Nasza kralovna? — jęknęła z niedowierzaniem Katka. — Jezus­ku święty! Prawda to, pani?

A więc tylko Marketa się zorientowała.

— Ślepe z was dziewuchy — podsumowała. — Nasza kochana Rejčka ma mdłości na pikantne kiełbaski, blada jest jak kreda i wino jej nie smakuje, toż to trzeba być głąbem, żeby się nie skapnąć.

— Ojejku! — pisnęła Katka. — Aneżka będzie miała siostrzyczkę albo braciszka!

— Odwołuję wszystko, com mówiła, kralovno, wybacz… — prosiła Gizela. — Głuptas ze mnie, nie żaden prorok…

— Cisza! — Do komnaty wtargnęła Kalina z lwami i Agnieszką na ręku. — I gęby na kłódkę. Kochacie swą panią? I maleńką Aneżkę?

Wszystkie cztery upadły na kolana. Lwy obwąchiwały je dokładnie. Kalina stała naprzeciw z ogniem w oku, jakiego Rikissa u niej dawno nie widziała. Wszystkie herbowe miauknęły, przeciągając się, i usiadły wyprężone u stóp królowej.

— Od tej chwili musicie wiedzieć, że jeśli któraś z was puści parę z ust na temat stanu Eliški Rejčki, to tak jakby własnymi rękami zamordowała królową, Aneżkę i nienarodzone dziecię. Zrozumiano? — ostro zapytała Kalina.

— Tak jest! — krzyknęły wszystkie. — Gęby na kłódkę!

— Okaże się — mruknęła Kalina, gdy służki wyszły. — Nikomu nie ufam.

— Wierzysz w Boga, Kalino? — spytała Rikissa i po raz pierwszy w życiu zobaczyła swą piastunkę zmieszaną.

Poczuła się zakłopotana. Chyba zadała zbyt osobiste pytanie.

— Jeśli nie chcesz, nie odpowiadaj — dodała.

— Wierzę w Boginię — odrzekła Kalina i jej oczy zalśniły. — W Wielką Macierz, Trzy Matki, którym służę. I których ziemskim wcieleniem jesteś ty, pani.

Rikissa milczała chwilę, aż w końcu odezwała się:

— Pójdźmy na spacer nad Wełtawę, Kalino. Słońce jeszcze nie zaszło.

— A księżyc jeszcze nie wzeszedł — odpowiedziała piastunka i podała jej ramię.

Szły brzegiem rzeki, za nimi i przed nimi kroczyła straż zamkowa. Zbrojni byli dyskretni, nie zbliżali się, by mogły swobodnie rozmawiać. Ale one nie mówiły ze sobą, bo Rikissa nie wiedziała, co ma odpowiedzieć Kalinie. Powinna spróbować ją nawrócić, ale uważała, że to byłoby barbarzyństwo, gwałt, akt bezprawia. Kalina przed laty wyznała jej, że jest kobietą Starej Krwi, i Rikissa nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli, uznała, iż oznacza to przynależność do czegoś, co jest starsze niż ona sama.

Wielka kula słońca zaczęła zanurzać się w Wełtawie. Przed oczami Rikissy stanęła rzeka opływająca Poznań i obraz, który chowała w pamięci: biała klacz, źrebica biegnąca łąką nad Wartą. Jej własny dziecinny śmiech, jasne włosy rozwiane przez wiatr. Odwraca się, widzi barwne kwiaty sukien dwórek jej matki. I ją samą skaczącą ku niej w oszalałym pędzie. Kopyta źrebicy drące niebo. I ciemność. Później ciemność, z której wyniosła ją Kalina.

— Pani — powiedziała Kalina, przerywając bieg wspomnień. — Ktoś biegnie do nas.

Straże już stanęły w gotowości. Zatrzymały gońca. Pytają go. Widzi z dala czerwonego wspiętego lwa na tunice posła. Jego zmęczone biegiem oblicze. Oldrzycha, przyjmującego meldunek i z rozpaczą patrzącego w jej stronę. I jego nagle złamane ramiona. Przygarbienie, ruch głowy — „Idź, powiedz”.

— Rikisso — łapie ją za rękę Kalina. — Jestem przy tobie.

— Meine Königin, meine Dame — mówi do niej chłopak w języku jej męża. — Rudolf Habsburg nie żyje.

Usłyszała i nie dotarło do niej. Pyta:

— Jak to się stało? Poległ?

— Nie, pani. Dopadła go czerwonka. Byliśmy blisko zdobycia Horaždovic, nasze wojska zaczęły przełamywać obronę Bavora i wtedy król zachorował. Dwa dni walczył i w nocy skonał. Przed śmiercią rozkazał, byśmy ukryli jego zgon i wzięli miasto szturmem. Wykonaliśmy rozkaz, pani.

— To dobrze — powiedziała. — Spełniliście jego wolę.

Poczuła, że miękną jej kolana. Kalina podtrzymała ją.

— Twój szwagier, młodszy brat króla, Fryderyk Habsburg prosił, by ci przekazać, że za tydzień stanie w Pradze. Przejmie opiekę nad tobą i dziećmi, pani.

— Dziećmi? — spytała Kalina i Rikissa usłyszała ostry ton jej głosu.

— Twoja posłanka była u króla przed jego zgonem — powiedział posłaniec. — Rudolf wiedział, że nosisz jego następcę w łonie, a Fryderyk zrobi wszystko, by wasz syn objął tron, o który walczył Rudolf. Król przed śmiercią prosił, byś zaufała jego bratu i nie traciła wiary.

Rikissa uwolniła się z uścisku podtrzymującej ją Kaliny. Szeroko rozpostarła ramiona.

— Wiary mi nie brakuje, panie! — zawołała i wolnym ruchem zaczęła się okręcać wokół własnej osi. Uniosła twarz ku ostatnim promieniom purpurowego jak lew Habsburgów słońca, które właśnie zaszło, topiąc się w Wełtawie. I z wieczornego nieba zaczął na nią padać deszcz. Złoty deszcz, zabarwiony zachodzącym słońcem.

MECHTYLDA ASKAŃSKA siedziała na przygotowanej dla niej wyścielonej ławie na dziobie łodzi. Mrużąc oczy przed słońcem, patrzyła w zielonkawe fale Bałtyku.

Za jej plecami stał kuzyn, a kiedyś i kochanek, margrabia ze Stendal, Otto ze Strzałą i jego bratanek, drapieżny Waldemar. Dzisiaj Waldemar był starszy niż Otto, gdy po raz pierwszy złączyli się w miłosnym uścisku; jedynym śladem na ziemi, który po tym pozostał, jest jej syn, Otto, nazwany dynastycznym imieniem Askańczyków. Starszy chłopak, jej wielka nadzieja, był zbyt łapczywy na życie, nieostrożny i głupi. Zginął zamordowany przez męża swej kochanki i zniweczył jej plany z nim związane. Został jej tylko Otto i dzień po dniu rozczarowywał matkę. Patrząc na niego, nie widziała nic z pazura Askańczyków. Stał się Gryfitą z krwi i kości. Co za złośliwość losu! On, który w sobie nie miał kropli krwi gryfickiej, poczęty potajemnie z nasienia Ottona ze Strzałą i jej iście askańskiego łona, by być nośnikiem wielkich planów brandenburskich, stał się bogobojnym poczciwym Gryfitą.

Dość o nim! — strzepnęła palcami. — Przyprawił mnie o siwe pas­ma we włosach, wystarczy. Włosy można ufarbować, korzeń mydlnicy, tatarak, wzmacniane odwary z rumianku. Prawda, potrzebowała cytryn, zamorskiego żółtego skarbu, którego sok potęguje każdą mieszankę, ale — zaśmiała się w duchu — właśnie płyniemy po cytryny.

Mechtylda nie chciała dopuścić, by w jej duszy zalęgła się gorycz, bliźniacza siostra porażki. Czerwona Księżna nie przegrywa.

Jej synowie mieli być częścią wielkiego brandenburskiego imperium, które z takim uporem przez całe życie tworzyła. To, że jedyny, który pozostał, do niczego się nadaje, nie znaczy, że ona zaniecha swych planów. Jej brat, wspaniały Otto Długi, nie żyje. Albrecht i Otto Mały też zmarli. Z całej linii z Salzwedel został tylko chorowity Herman i jego słaby syn, Johannes, których nie zabrali ze sobą. Bo dzisiaj ona jedna reprezentuje margrabiów Salzwedel. Ona jedna. Troje najlepszych drapieżników na pokładzie łodzi „Czerwony Orzeł”, jakżeby inaczej.

Otto ze Strzałą dotknął jej ramienia.

— Piękna pani i jej dwóch rycerzy — powiedział i uśmiechnął się krzywo. — Waldemar mógłby być naszym synem, prawda, Mechtyldo?

Odwróciła się. Otto ze Strzałą przekroczył czterdziesty rok życia. Twarde, kanciaste szczęki. Starannie wygolona czaszka, od której odbijało się słońce. Czarna skórzana przepaska na jedynym oku. Kiedyś podobał jej się bardzo, ale dzisiaj się starzał. Spojrzała za Ottona. Waldemar stał tyłem do nich, oparty o burtę. Na jego potężnych plecach opiętych tuniką herbową brandenburski orzeł poruszał skrzydłami.

Tak, Waldemar był dzisiaj przyszłością Askańczyków. Nawet jeśli ona sama czasami czuła dreszcz lęku, patrząc na niego.

— Panie. — Do Ottona ze Strzałą zbliżył się kapitan. — Jesteśmy już blisko. Wpłyniemy w wąską gardziel Potyni, to rzeka łącząca morze z jeziorem Modła. Przy lewym brzegu jeziora jest przystań.

— Wszystko tam gotowe?

— Jak rozkazałeś, panie — skinął głową kapitan.

Łodzią zakołysało, gdy wpływali w nurt rzeki. Z płynącego za nim statku dał się słyszeć modlitewny lament:

— Miej nas w opiece, Panie!

Biskup kamieński Henryk von Wachholtz w czasie rokowań z nim tak zmiękł, że przeistoczył się z wojownika w beczącą owcę. Mechtylda uparła się jednak, by go ze sobą wziąć, kazać mu świadkować i raz na zawsze rozwiać wątpliwości wobec tego, jak sprawy na Pomorzu mają wyglądać. Waldemar i Otto z początku byli przeciwni obecności Wachholtza, ale wystarczyło, by im wypomniała hołd, jaki Pomorze złożyło księciu Władysławowi. „Ostrzegałam, że wpakujecie nas w kłopoty, jeśli Mały Książę będzie szybszy, i miałam rację. Przybył do Gdańska i Święca zgiął przed nim kolano, choć już był z nami po słowie” — tak im powiedziała. „Święca to kłamca. Półgryf, półryba” — rzucił jej wtedy w twarz Waldemar. „Święca to dumny baron Pomorza — odpowiedziała mu. — Chcesz go mieć po swojej stronie, to go doceń”. Miała rację, jak zawsze. Dobrze wiedzieli, że książę Władysław obiecał Święcy pomoc w spłacie długu u Gerwarda. A ona miała pewność, że nie będzie mógł się wywiązać. Trzeba było tylko wyczekać na właściwy moment. Zielone Świątki, pierwszy termin spłaty długu. Święca słał gońców do Krakowa, jakby wrzucał kamienie do pustej studni. Nic. Słał kolejnych. Nic. Książę Władysław miał więcej takich Święców na głowie. I to był ich czas.

Z daleka zobaczyła barwny orszak na brzegu jeziora. Chorągwie z rybogryfem. Pyszny purpurowy namiot, który wcześniej kazała ustawić.

— Dagmar, podaj mi rękawiczki — skinęła na służkę.

Dziób „Czerwonego Orła” łagodnie wszedł w trzciny. Na pomoście już czekali ich ludzie. Kapitan rzucił linę, zacumował. Obejrzała się przez ramię. Na jeziorze Modła kołysały się jeszcze cztery ich statki. Dobrze.

Waldemar pierwszy zeskoczył na pomost. Otto zszedł za nim i podał dłoń schodzącej po trapie Mechtyldzie. Chciała zawołać za Waldemarem: „Pamiętaj, co ci mówiłam”, ale widziała tylko jego plecy i poruszające się czerwone orle skrzydła.

Słudzy zabrali z łodzi ich chorągiew i założyli na szczyt purpurowego namiotu, nim weszli do niego Mechtylda z Ottonem i Waldemarem. Dołączył do nich biskup Wachholtz i reszta świty. Obrzuciła czujnym okiem namiot. Stół jest, jak kazała, zasłany materią tkaną w stojące na rombach orły. Wysokie krzesła, kielichy z nadreńskiego szkła, dzbany wina chłodzonego w połyskującym polerowanym miedzią cebrze z wodą. Srebrna patera z owocami. Kiście wczesnych, letnich winogron. Brzoskwinie sprowadzane z południa. Złote morele. Tak ma być, spotkanie z nimi ma kojarzyć się z dobrobytem, elegancją i siłą.

— Biskupie Wachholtz — uprzejmie skinęła głową. — Zabrałeś, jak prosiłam, krzyż i księgę?

— To nie księga, pani. To Biblia — odpowiedział Wachholtz z drgnieniem urazy w głosie.

— Tym lepiej — powiedziała. — Połóż ją na stole. Krzyż postaw po prawej, tak by nie przesłaniał owoców. Dobrze.

— Skończyłaś, księżno, porządki? — kpiąco spytał Waldemar. — Możemy zaczynać?

Spojrzała na niego chłodno i rozkazała:

— Powiedzcie panom Święcom, że margrabiowie czekają.

— A margrabina wydaje rozkazy — znów zaczepił ją Waldemar.

— Księżna margrabina — poprawiła go. — Rozkazywałam już w czasach, gdy ty leżałeś przy piersi matki.

— Nie przeszkadza mi to — zaśmiał się, ukazując dziurę po wybitym zębie, która czyniła jego twarz okrutną i dziką. — Choć wolałbym leżeć przy twojej piersi, pani!

— Waldemarze! — zdyscyplinował bratanka Otto ze Strzałą. — Nie zapominaj się.

Nie odpowiedziała, bo słudzy zaanonsowali wchodzących.

— Baronowie Pomorza! Święca senior, wojewoda słupski i gdański, namiestnik Północnego Pomorza, Piotr Święca i jego bracia, Wawrzyniec z Darłowa i Jan ze Sławna.

Z czterech rybogryfów największy był ten Piotra Święcy. Zauważyła od razu, że jego rybi ogon pulsuje, jakby bestia herbowa chciała się przeobrazić. Mechtylda widziała to wyraźnie, mimo iż namiestnik Pomorza przysłaniał ogon bestii lekkim, letnim płaszczem.

Chcesz przemienić się w książęcego gryfa, rybogryfie — pomyślała. — I nie wiesz, czy dzisiejszy dzień przybliża cię do marzeń, czy oddala.

— Nie poczekałeś na nas, panie Święca. Złamałeś słowo — zaczął Waldemar.

— Nie złamałem, bom go wam nie dawał — hardo odpowiedział Piotr.

— Nam nie, ale przysięgałeś królowi Václavowi II. Starostwa Pomorza nie dostałeś darmo. Było zapłatą za zgodę — włączył się Otto ze Strzałą.

— Owszem — przytaknął Święca — ale za długo kazaliście na siebie czekać, szlachetna pani, margrabiowie. Pomorze to dla każdego łakomy kąsek — powiedział i z ukosa zerknął na biskupa Wachholtza. — Najazd na ziemię sławieńską nie poprawił mojej sytuacji.

 

— Nas też wyskok biskupa kamieńskiego zaskoczył! — Mechtylda stwierdziła, że czas najwyższy włączyć się do gry. — Ale jak wiesz, akcja odwetowa była szybka i dzisiaj biskup Wachholtz jest z nami, by dokończyć dzieła pojednania.

Biskup kamieński nie odzywał się, tak jak mu przykazała. Stał ze spuszczoną głową.

— Przez ten, jak powiedziałaś, pani, wyskok, popadłem w poważne długi — przypomniał Święca. — Co mi po przeprosinach Wachholza, skoro ciąży na mnie wyrok biskupa Gerwarda? Dwa tysiące grzywien!

— Których Karzeł nie pomoże ci spłacić — zaśmiał się Waldemar.

Święca głośno wciągnął powietrze. Z trzcin za namiotem zerwały się z krzykiem dzikie kaczki.

— Wiążąc swe losy z nami, Piotrze Święco, zyskujesz wiarygodnych opiekunów — dźwięcznie powiedziała Mechtylda. — Jak to mówią, wasal jest winien seniorowi dokładnie tyle samo lojalności, ile dostał. Zatem skoro prócz obietnic o pomocy w spłacie długu nie dostałeś jej samej, jesteś wolny.

Dumna twarz Święcy wciąż wyglądała jak woskowa maska. Mechtylda widziała, że namiestnik Małego Księcia bije się z myślami.

— Twój brat Wawrzyniec — odezwała się ponownie — woła się „z Darłowa”, prawda?

— Tak, pani — potwierdził.

— A do kogo należą dochody z ceł portowych Darłowa?

— Do księcia.

— No widzisz, Piotrze Święco — uśmiechnęła się Mechtylda. — Dostałeś wielce zaszczytny tytuł namiestnika Północnego Pomorza, ziem masz niemało, a nie stać cię na spłacenie Gerwarda. Zaś my proponujemy odebranie ci tytułu namiestnika, bo cóż on znaczy? Chcemy, byś poddał się nam wraz z braćmi i ojcem ze wszystkimi waszymi ziemiami, grodami i miastami i złożył z nich przed nami hołd lenny. Ale w zamian zostaniesz dożywotnim burgrabią Słupska wraz z przynależnymi temu dochodami. I ofiarujemy tobie i twym braciom w dziedziczne lenno rozległe majątki w ziemi sławieńskiej, dodając Darłowo wraz z portem. Odtąd dochód z ceł będzie przy was. Stać by cię było na spłacenie Gerwarda — zawiesiła głos na chwilę — o ile jeszcze będziesz chciał to zrobić, do czego cię nie namawiam. Bo my, Piotrze Święco, bardzo dbamy o swych lenników.

— Gerwarda można zastraszyć, najechać i zniszczyć — dokończył za nią Waldemar.

— Mój młody kuzyn jest bardzo zdecydowany — uśmiechnęła się. — Ale owszem, tak właśnie można zrobić. Czy ta hojna oferta znajduje u ciebie uznanie, Piotrze Święco?

Stary Święca żachnął się:

— Za moich czasów czegoś takiego nie było. Mój książę Mściwój całe życie walczył z twym mężem, pani! W grobie się przewróci, słysząc o składaniu hołdu z Pomorza Brandenburczykom! Jezu, ja ślubowałem przed polskim królem!… Klęczałem przed nim, Boże!…

— Ojcze — starał się powściągnąć go Piotr Święca. — Są inne czasy.

— Nie — roześmiał się pogardliwie Waldemar. — Czas starego Święcy po prostu minął.

— Waż słowa, margrabio! — ujął się za ojcem Piotr.

— Ja nie muszę, ale wy owszem — bezczelnie powiedział młody margrabia ze Stendal i wstał od stołu. Odwrócił się tyłem, jakby zrywał rozmowy. Piotr Święca i jego bracia unieśli głowy, patrząc, co robi Waldemar. Ich ojciec spuścił wzrok. Wyglądał jak człowiek złamany. Mechtylda poczuła drżenie. Do czego zmierza młody, czerwony orzeł? Czy nie powinna przejąć sterów tej rozmowy?

Waldemar odwrócił się nagle. Jego twarz była nieprawdopodobnie blada. Niebieskie oczy lśniły jak u jaszczurki. Chwycił dłońmi oparcie swego krzesła i syknął:

— Jesteście w kleszczach, Święcowie. Bez nas pójdziecie na dno. Śladu po was nie będzie na wodzie!

Biskup Wachholtz przeżegnał się z trwogą. Stary Święca uniósł oczy przerażony. Piotr i jego bracia patrzyli na Waldemara, jakby był demonem. Mechtylda przyjęła postawę wyczekującą. Pasowało jej, że młody margrabia ich postraszył.

— Istotnie, wasza sytuacja jest skomplikowana — spokojnie włączył się Otto ze Strzałą.

Piotr i jego bracia wciąż nie odrywali wzroku od Waldemara, ale Otto mówił dalej:

— Gerward złamał finansową potęgę waszej rodziny, a książę Władysław nie okazał się lojalnym sojusznikiem. Nie pomoże wam spłacić długu, a jak jest nam wiadomym, poza księciem poręczyła za ciebie, Piotrze, wyłącznie rodzina. Zostaliście sami ze swym kłopotem. Piękna rezydencja w Nowem nad Wisłą, ta, o której budowie krążą po Pomorzu opowieści, pójdzie wniwecz.

Mechtylda widziała, jak wszyscy Święcowie, nawet ojciec, zamrugali w jednej chwili. Spojrzała na Waldemara. Ten spoczął na swym miejscu, jakby nic się nie stało przed chwilą. Założył ręce na piersi, odchylił się w tył i siedział.

— Wchodząc w nierozerwalny związek z naszym rodem — odezwała się wreszcie Mechtylda — dostajecie trzy szanse. Pierwszą jest odbudowanie majątku. Drugą uniezależnienie się od Gerwarda. Trzecią zemsta na nielojalnym księciu.

— Zgoda — sucho powiedział Piotr.

— Synu — ojciec złapał go za rękaw. — Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?

— Nie mam wyjścia, ojcze. — Gdy to mówił, zadrgały mu szczęki.

— Ale ja… — Starzec wpatrywał się w niego bladymi źrenicami.

— Klękałeś przed polskim królem — bez drwiny w głosie, z powagą powiedział Waldemar. — Ja, stary Święco, jestem siostrzeńcem tego króla, przed którym zgiąłeś kolano. Najbliższym żyjącym męskim krewnym.

— W jego żyłach płynie krew Piastów i Askańczyków — potwierdził Otto ze Strzałą.

Święcowie popatrzyli po sobie; Mechtylda przejęła stery.

— Podajcie chłodzone wino! — klasnęła.

Jej służąca, Dagmar, czuwała na zewnątrz namiotu. Na znak Mechtyldy wpuściła chłopców służebnych, którzy wyjęli dzbany wina z cebrów z wodą, otarli je i napełnili kielichy.

Gdy każdy miał naczynie w dłoni, Otto ze Strzałą powiedział:

— Nim dopełnimy formalności, jest ważna rzecz do uzgodnienia. Nieodzowna, byśmy ofiarowali wam te hojne warunki umowy.

— Jaka? — uniósł oczy znad kielicha Piotr Święca.

— Gdańsk — powiedziała Mechtylda i rozchyliła usta. — Gdańsk, mój Piotrze.

Przez chwilę zapatrzyli się na siebie.

— My, Brandenburczycy, nie popieramy agresywnej ekspansji miast lubeckich — podjął Otto. — Uważamy działalność ich kupców za szkodliwą. Chcemy porozumień z mieszczaństwem gdańskim.

— Obiecacie im usunięcie faktorii lubeczan z miasta? — Z trudem oderwał się od jej spojrzenia Święca.

— Nie obiecamy — rzucił Waldemar. — My to zrobimy.

— Wobec tego Gdańsk otworzy przed wami bramy, a rajcowie każą wyryć wasze imiona nad wejściem do ratusza — zaśmiał się po raz pierwszy Piotr Święca. — Gdańszczanie nienawidzą kupców lubeckich!

— Wiemy — zimno powiedział Otto.

Śmiech zamarł na ustach Święcy. Spojrzał na Mechtyldę, jakby szukał ratunku. Uśmiechnęła się krzepiąco.

— Wobec niesprawiedliwego traktowania przez księcia Władysława, wywyższania przywilejami handlowymi lubeczan ponad mieszkańców Gdańska, ich wzajemna niechęć jest powszechnie znana. Mój kuzyn nie chciał cię urazić, margrabio. Chciał jedynie powiedzieć, że pod naszymi rządami taka niegodziwość dziać się nie będzie. I dobrze dla obu stron, czyli dla ciebie i dla nas, byłoby, gdybyś bez zwłoki podjął sekretne rozmowy z gdańszczanami.

— Rozumiem — powiedział, a jednak w jego spojrzeniu było coś, co wskazywało, że jeszcze wszystkiego nie pojął.

Położyła dłoń między swymi piersiami, na łbie czerwonego orła. Ptak rozdziawił dziób i chwycił ją lekko za palec.

— Drogi burgrabio — użyła tego tytułu jak pieszczoty — wielkie przedsięwzięcia wymagają sekretu u swego zarania. — Mówiąc, czule przesuwała palcem po orlim łbie i pozwalała się łapać dziobem za palec. — Bowiem to dyskrecja jest towarzyszką sukcesu. Ja i moi rodowcy nigdy nie zdajemy się na przypadek. Lubimy każdą rzecz zaplanować w najdrobniejszym szczególe. — Złapała orła kciukiem i palcem wskazującym za szyję i zaczęła przesuwać dłonią raz w górę, raz w dół. — Gdy zaś grunt jest należycie przygotowany, czas na nasienie.