Korona śniegu i krwiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Korona śniegu i krwi
Korona śniegu i krwi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Korona śniegu i krwi
Korona śniegu i krwi
Korona śniegu i krwi
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Pierścień, który otwiera wrota dusz Miecz, który jednoczy śmiertelnych Orzeł, z którego zrodzi się królestwo

1253 maj

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Nad rozległymi błoniami wokół Pogorzelicy zachodziło słońce, ale wielki obóz rycerstwa Starszej Polski nie kładł się do snu. Przeciwnie. Po burzliwym dniu nadchodziła nie mniej burzliwa noc.

Przeprawy przez Wartę strzegli rycerze Świętego Jana z białym krzyżem na czerwonych tarczach. Teren należał do nich, komandoria była ziemią zakonu, wolną od książęcego prawa, tu więc rycerstwo Starszej Polski postanowiło zwołać swój wiec.

Rzeka, niczym fosa, znaczyła granicę obozowiska. Purpurowa kula zachodzącego słońca odbijała się w ciemnozielonej wodzie; nurt kołysał się łagodnie, usypiając czujność słońca. Pochyliło się nisko, jakby rzeka była łożem, w którym spocznie po ciężkim dniu. Warta, dotychczas łagodna i zapraszająca, posłała falę, która cichym chlupnięciem przykryła światło, porywając je w głąb nurtu. Zaszeleściły trzciny, złowieszcze niczym suchy chichot.

Nikt nie zwrócił uwagi na porwanie słońca, bo w tej samej chwili potężne obozowisko rozjarzyło się setką świateł. Ogniska i pochodnie jedne po drugich rozświetliły mrok. W czarnych brzuchach kociołków bulgotały polewki. Na długich rusztach giermkowie obracali kuropatwy i zające, odganiając węszące za strawą psy. Słudzy przemykali między taborami a namiotami swych panów, ściskając w objęciach beczułki piwa i zamknięte woskiem dzbany wina. Tu i tam, przy ogniu, w każdej części wielkiego obozu zaczynały pobrzmiewać pieśni. Jeszcze nieśmiałe, jeszcze zbyt trzeźwo trzymające się głosy.

Niekończące się pole jasnych płacht namiotów, choć z dala wydawać się mogło jednym obozowiskiem, w istocie było podzielone, jak kraj.

Wielkie rody Nałęczów, Grzymałów, Łodziów i Zarembów, Porajów i Leszczyców, skupione wokół własnych chorągwi, zajęły centrum obozowiska, spychając na jego obrzeża chorągwie panów z Pałuk, Odrowążów, Godziembów i Okszów. Korabici i Doliwowie trzymali się z boku. Tak więc nie był to jeden obóz, lecz wiele mniejszych, pilnie strzeżonych przy granicach, tak że nawet słudzy poszczególnych rodowców nie pożyczali sobie łyżek do mieszania w kotłach ani soli do doprawienia polewki.

Między wysokimi namiotami głów rodzin, baronów księstwa, krążyli ludzie joannitów, przepuszczani przez straże na znak białego krzyża. Tylko im rodowcy skłonni byli powierzyć swe układane w gorących naradach poselstwa zmierzające do ponadrodowego przymierza.

— Grzymałowie do Nałęczów!

— Droga wolna.

— Nałęczowie do Łodziów!

— Przejście! Przejście!

— Poraje do Leszczyców!

— Tędy, panie.

Żadne wiadomości nie wychodziły jedynie z wielkiego okrągłego namiotu z chorągwią Zarembów — Czarnym Półlwem. Wewnątrz, wokół masywnego stołu, siedzieli bracia: Janek, Arkenbold, Szymon i Marcin. Na zasłanym mapą Starszej Polski stole grali w kości. Milczący płomiennowłosy giermek nalewał swym panom wino do prostych, choć lśniących srebrem kielichów. Szkarłatna kropla oderwała się od dzbana, spłynęła po krzywiźnie brzucha i kapnęła na kości. Janek uniósł głowę. Giermek skurczył się i oddalił w mrok.

W tym samym czasie nieopodal, w strzegącej przeprawy przez rzekę warowni joannitów, dwaj bracia, książęta Przemysł i Bolesław, czekając na nastanie świtu, pod maltańskim krzyżem rycerzy Świętego Jana czuwali, czytając psalmy. Między nimi leżał wyjęty z pochwy miecz. Starszy brat od lat nazywał go Gladius Dei, miecz boży. Młodszy, Bolesław, nadał mu tej nocy własne imię: Agnus Dei, Baranek Boży. Na książęcych płaszczach obu braci stały majestatyczne lwy, rodowy znak książąt Starszej Polski. Bracia maltańscy oddali im do dyspozycji najwystawniejsze pomieszczenie w swej skromnej warowni, kaplicę. Ława z polerowanego drewna, na niej ciężki krzyż jerozolimski z ciemnego żelaza. Kilka skrzyń okutych, w których rycerze zakonu trzymali swe najcenniejsze skarby. Stojący świecznik, wysmukły niczym wieże Jeruzalem, którego ongiś strzegli. I zetlały gobelin na ścianie, przedstawiający ich świętego patrona, Jana Chrzciciela. W istocie zaś tylko jego głowę odciętą, podaną Herodowi na tacy. Czas nadwątlił jedwabne nici i tkanina pruła się miejscami. Czyjaś niewprawna ręka próbowała naprawić zniszczoną materię, lecz gruba szara fastryga przyszyła jedynie głowę świętego do srebrnego otoku tacy, dokonując tego, co w naturze niemożliwe.

Na skraju lasu, po drugiej stronie Warty, w olbrzymim orlim gnieździe, jak co roku w maju, samica pilnowała nowo wyklutych piskląt. Samiec wracał już z polowania. Lądując na obrzeżu, spojrzał w złote oko swej orlicy. Krzyknęła do niego smutno i uniosła się na potężnych łapach. Przestępując z jednej na drugą, pokazała mu lęg. Orzeł zajrzał do gniazda i zamilkł. Dwa z czterech piskląt nie żyły. Młode, pokryte ciemnym puchem ptaki kończyły zjadać swych braci. Samiec rzucił im upolowaną przez siebie srebrzystołuską rybę. Pisklęta rozerwały ją w mgnieniu oka i wróciły do dziobania wyklutej z jednej matki padliny. Orlica i orzeł wzbiły się w powietrze, a cień ich potężnych skrzydeł przysłonił gniazdo. Dopiero teraz młode uniosły głowy. Strzęp padliny wypadł z rozwartego dzioba jednego z piskląt. Drugie natychmiast go pochwyciło i przełknęło, krztusząc się, lecz nie spuszczając z oczu krążących nad gniazdem rodziców. Cień ich skrzydeł wyglądał drapieżnie i orlęta zakwiliły, wyciągając szyje.

Z nastaniem świtu starszy z braci, Przemysł, wstał sprzed ołtarza i zgasił świecę. W szarej smudze budzącego się dnia czekał, aż skończy się modlić młodszy. Bolesław jednak wciąż jeszcze rytmicznie powtarzał psalmy. Dopiero gdy słońce wpadło przez wąskie okno warownej wieży joannitów, podniósł się z kolan, przeżegnał i potarł zmęczone czuwaniem powieki. Przemysł podał mu kosztownie zdobioną pochwę, a Bolesław włożył do niej — swój od tej chwili — miecz. Agnus Dei. Starszy brat przypasał go młodszemu. Lwy na ich płaszczach zaryczały, wyprężając piersi. Puścił jeden splot szwu starego gobelinu i głowa Jana Chrzciciela zakołysała się na tacy.

W obozowisku rycerstwa Starszej Polski dogasały ogniska. Straże czuwały, psy niepilnowane przez śpiącą służbę ogryzały kości i wylizywały miski po nocnej uczcie. Było bezwietrznie, chorągwie na szczytach namiotów zwisały, sennie owijając się wokół drzewców.

Ludzie joannitów, którzy całą noc nosili poselstwa między głowami rodów, wracali do komandorii. Słudzy zakonu i bracia dowódcy zaczynali poranną wartę przy przeprawie. Na rzekę wypływały pierwsze łodzie i tratwy. Na nich beczki pełne piwa i miodu, kosze chleba i cebuli, stosy mięsa, by rycerstwo mogło obradować kolejną noc.

Tylko w namiocie Zarembów nie zmieniło się prawie nic. Bracia siedzieli przy tym samym stole, płomiennowłosy giermek lał im wino do tych samych srebrnych kielichów. Dziób dzbana troskliwie osłaniał jasną szmatką. Jednak przy bliższym przyjrzeniu widać było, iż już zakończyli grę, a kości ułożyli na mapie starannie. Janek Zaremba wstał pierwszy. Uścisnął prawicę braciom, po starszeństwie, kolejno.

— I tego będziemy strzegli!

Po raz ostatni wznieśli w górę kielichy i wypili, jak zawsze zgodni.

Czarny półlew, rodowy znak Zarembów, uderzył ostrym ogonem w wyhaftowany na proporcu mur, który skrywał dolną część jego masywnego cielska. Chorągiew się zachwiała. Półlew odbił się potężnymi łapami od muru i jednym skokiem znalazł przy swych panach, poświadczając składaną przez nich przysięgę.

1257 listopad

W dawnym palatium pierwszego króla, na Ostrowie Tumskim, wrzało. Słudzy potykali się o własne nogi, starając się nadążyć za rozkazami kasztelana, a nie było to łatwe, bo starego palatium nie używano od dawana. Mur kruszył się tu i ówdzie, ze schodów przy każdym kroku leciały kamienie, a drewniane okiennice niebezpiecznie skrzypiały. Mieli ledwie parę dni, by doprowadzić dawną siedzibę króla do stanu, w którym mogłaby przyjąć księcia Bolesława i jego baronów, i doprawdy nie mogli się nadziwić, dlaczego tu właśnie zechciał gościć najjaśniejszy pan Starszej Polski, a nie we właśnie budowanym, wygodnym zamku na wzgórzu. Udało się uprzątnąć i przygotować jedynie parter świetnej kiedyś budowli, a i tak drżeli, że goście dostrzegą niedostatki. W sali zwanej przed wiekami ottońską było najcieplej. Ogień, palony od trzech dni bez ustanku, zdążył nieco nagrzać kamienne ściany, choć i tak przy każdym oddechu z ust wydobywały się obłoczki pary.

Książę Bolesław, trzydziestoletni mężczyzna, w ciepłym, podbitym gronostajami płaszczu i złotem wyszywanym kołpaku siedział na obszernej ławie, której rzeźbione w orle głowy oparcie pamiętało jeszcze czasy pierwszego króla. Lewą dłoń grzał, opierając na grzywie herbowego lwa, prawą trzymał na głowni nagiego miecza.

W głębi obszernej sali zgromadziło się kilkudziesięciu możnych, ale przy księciu stali tylko świadkowie: wojewoda poznański, Przedpełk Łodzia i podkomorzy Wincenty Nałęcz, a przed władcą klęczał wojewoda kaliski, Janek Zaremba.

— Agnus Dei... — wyszeptał drżącymi ustami Janek. — Ślubuję...

— Wierne ręce, wierne służby — powiedział zadowolony książę. — Mateuszu! — przywołał pisarza. — Odczytaj akt darowizny.

— Ośmielę się zwrócić uwagę — rzekł wojewoda poznański z ledwie wyczuwalnym cieniem dezaprobaty — że brakuje ważnego świadka...

W chwili gdy Janek Zaremba uniósł głowę i rozglądał się niespokojnie, dowódca książęcej straży otworzył drzwi, zapowiadając:

 

— Kasztelan Beniamin Zaremba.

Janek odetchnął z ulgą, a przed księciem uklęknął młody, jasnowłosy mężczyzna w kaftanie z czarnym półlwem.

— Wybacz książę — powiedział głosem niezdradzającym żadnych uczuć — syn mi się narodził.

— Gratuluję! — Książę Bolesław wyciągnął ramię, by Beniamin wstał. — To będziemy mieli dwa powody do radości! Nadanie dla Janka i twój syn! Stawaj przy mnie!

Beniamin stanął przy księciu, po stronie świadków, a Mateusz rozwinął przygotowany pergamin i odczytał:

— Im ważniejsza jest osoba, tym przezorniej winna uważać na to, by sprawy przez nią zdziałane uzyskały moc przez uroczyste potwierdzenie. Zwykło się bowiem często zdarzać, że oszczerstwo usiłuje szkodzić dziełom ludzkim...

Janek klęczał z opuszczoną w szacunku głową, wpatrując się w stopy księcia lub ostrze jego nagiego miecza oparte przy nich. Książę potakiwał głową, słuchając słów pisarza.

— ...dlatego my, Bolesław, z bożej łaski książę Starszej Polski — czytając to, Mateusz skłonił się panu — chcemy, aby było wiadome współczesnym i potomnym, że zważywszy wierne służby szlachetnie urodzonego komesa Janka oraz jego rycerskie względem nas zasługi...

Wincenty i Przedpełk wymienili się spojrzeniami. Możliwe, że przez policzek wojewody poznańskiego przebiegł skurcz, ale mógł być to tylko chwiejny blask ognia, bo pochodnie oświetlające salę ottońską raz po raz łapały powiewy listopadowego wiatru zza nieszczelnych okiennic.

— ...z okazji chrztu syna jego, Sędziwoja Zaremby, któregośmy we własnej osobie do sakramentu trzymali...

Beniamin drgnął i wyprostował się, patrząc na pochyloną u stóp księcia głowę Janka.

— ...nadajemy mu oraz jego prawowicie urodzonemu potomstwu czternaście wsi ze wszelkimi prawami, zwalniając je ze wszystkich powinności książęcych...

Przez zgromadzonych niżej wielmożów przeszedł szmer.

Janek westchnął i uniósł głowę. Patrzył na swego księcia z miłością.

— Tak jest! — przerwał czytanie książę. — Wierne służby, wierne ręce, książęca wdzięczność. Janku, wstań! Baronowie moi, radujmy się!

Mateusz odsunął się i dalej czytał akt darowizny. Zgromadzeni u dołu goście słuchali go z zapartym tchem, podczas gdy książę schował miecz z dźwięcznym stukiem stali o pochwę. Słudzy podali kielichy, świadkowie, Nałęcz i Łodzia, sztywno gratulowali po książęcemu obdarowanemu Jankowi.

Tylko Beniamin patrzył nieruchomo przed siebie. Książę Bolesław wzniósł toast:

— Wieczny odpoczynek dla duszy brata mego, Przemysła!

— Racz mu dać, Panie! — powtórzyli.

— ...i zdrowie jego syna, Przemysła II!

— Zdrowie!...

— Młody książę urodził się po śmierci swego ojca... — szepnęła starsza dwórka do młodszej, podając jej dzban, by zaniosła księciu. — Uważaj na płaszcz, tylko się nie potknij, to twój pierwszy dzień na dworze...

Dziewczyna blada ze strachu podeszła do pijących i skłoniła się. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kielichy mieli jeszcze pełne. Usunęła się więc w cień.

— Jak się czuje księżna wdowa matka i nowo narodzony książę? — zapytał Wincenty, na co dzień przebywający z księciem Bolesławem w Kaliszu. — Słyszałem, że słabują?

— Przeciwnie! — wesoło powiedział książę Bolesław. — Z radością znalazłem ich w dobrym zdrowiu. Przemysł to jeszcze osesek, ale gdy wziąłem go na ręce, darł się tak, że kółka w kolczudze mi pękały! Będzie z niego dzielny Piast! Jak ojciec!

— Szkoda, że go nigdy nie pozna — rzekł wojewoda poznański, Przedpełk. — Syn bez ojca...

— ...ale za to z jakim stryjem! — przepił do księcia Janek Zaremba.

— Szkoda! — Książę wzniósł kielich i wypił. — Mój brat tak na niego czekał...

— Janku — powiedział wojewoda poznański — stałeś się pierwszym komesem w księstwie!

Służba roznosiła kielichy pomniejszym gościom, nalewając im wino i mówiąc z ukłonem:

— Komes Janek Zaremba częstuje.

— Nic dziwnego, że częstuje. Obłowił się dzisiaj jak pan! — mruknął drobny rycerz w końcu sali, biorąc do ust wino. — Dobre!

— Czy ja dobrze zrozumiałem, że to jest czternaście wolnych wsi? — dopytał go starszy, najwyraźniej słabo słyszący mężczyzna w płaszczu z Brogiem, prostym herbem Leszczyców.

— I jedno miasto! Jarocin! — odpowiedział czerwonolicy młodzieniec w znacznym, podbitym lisem surcocie.

— A wsie jakie? — dopytywał starzec.

— Tłuste! — zaśmiał się cicho rycerz. — Brzostków, Żerków i inne. Całe dobra! — Przełknął wino i, choć chwalił je wcześniej, minę miał, jakby pił kwaśne.

Młodzieniec zbliżył się do nich i patrząc, by nikt nie słuchał, szepnął:

— To się nie zdarzało! Wsie mu książę zwolnił ze wszelkich podatków i posług i prawo mu oddał sądu książęcego nad nimi!...

— Jak to? — Starzec jednak dobrze słyszał, skoro szept młodzieńca wpadł mu w ucho. — To Zaremba będzie sam sędzią?

— Tak! I sądzić może, i karać — młodzieniec wyrzucał z siebie słowa, jakby pluł. — I ma prawo pojedynku sądowego, i gorącego żelaza, panisko psiamać!...

— Ciii... — Rycerz powstrzymał go gestem i wskazał na przewijających się wśród gości Zarembów z czarnymi półlwami na płaszczach. — Ciii...

Oni jednak nie zwracali na nich uwagi. Nawet jeśli nie byli poproszeni na podwyższenie, to wzrok utkwili w księciu, Janku i jego gościach, starając się usłyszeć, o czym mówią najwięksi.

— Zasłużył na to, słyszałeś, wojewodo! — Beniamin odezwał się po raz pierwszy, stając między wojewodą poznańskim a swym rodowcem.

— Zasłużył. — Książę otoczył ramieniem Janka. — A ty, Beniaminie Zarembo? Dlaczego nie chwalisz się synem? Zdrów?

— Zdrów.

— Będzie równolatkiem młodego księcia! Może się zaprzyjaźnią jak Janek i ja? — Książę klepnął Janka w ramię i rozejrzał się, bo kielich miał pusty.

Z cienia wyszła młoda dwórka z dzbanem. Lękając się, by kropla wina nie pochlapała księcia, owinęła dzban połą swego jedwabnego płaszcza. Książę nie zwracał na nią uwagi, mówiąc dalej:

— W jakimś sensie mamy potrójne narodziny. Mój bratanek, książę Przemysł II, mój chrześniak Sędziwój Zaremba i twój syn, Beniaminie! Jak dostanie na imię?

— Żona chciała nazwać go Michał.

— Beniaminie — Janek miękko zwrócił się do rodowca — mamy nowego Zarembę, dlaczego się nie cieszysz? Świętuj! — Podsunął dwórce kielich Beniamina.

— Żona moja... — Beniamin zmarszczył brwi i opanował się natychmiast — nie wytrzymała porodu.

— Och!... — wyrwało się z piersi dziewczyny i polało się wino z upuszczonego przez nią dzbana.

1272 maj

— Otwierać bramy! — krzyknął herold po raz pierwszy.

Odpowiedział mu śmiech obrońców i przemieszane z przekleństwami rady:

— Jak chcecie wejść, sami sobie otwórzcie!

— Tylko pazurków nie połamcie, panienki!

— W imieniu obu książąt Starszej Polski żądam wydania grodu! — Herold, tak jak stojące za nim wojsko, nie oczekiwał od obrońców uprzejmości. Robił, co do niego należało.

— A my w imieniu margrabiego brandenburskiego żądamy, byście odstąpili! — odkrzyknął zgodnie z zasadami dowódca obrony, by natychmiast dopuścić do głosu swoich ludzi.

— I oddali nam zapasy miodu, który macie na wozach!...

— I wasze hoże, cycate dziewki!...

— Jak będziecie uciekać, zostawcie miecze, będziemy sobie nimi dłubać w zębach!...

— I płaszcze, to sobie nimi podetrzemy tyłki!...

— Po raz ostatni wołam: otwórzcie bramy! Gdy zdobędziemy gród, nie będzie litości ani dla obrońców, ani dla mieszkańców!

Jasne majowe słońce mieli za plecami; załodze grodu świeciło prosto w oczy.

Na znak herolda zadęły rogi. Sześć niskich, przejmujących jak urwany jęk dźwięków; nim umilkły, z piersi setki zbrojnych wydobył się skandowany krzyk:

— O-two-rzyć bra-my! O-two-rzyć bra-my! O-two-rzyć bramy! — lecz to już nie była prośba, nie było nawet żądanie. To był dla rycerstwa Starszej Polski okrzyk bojowy. Nastąpił tak szybko po ostatnim wezwaniu herolda, że dopiero teraz obrońcy zorientowali się, iż pertraktacje były fałszem, fikcją dążącego do starcia wojska. Odwróciły ich uwagę od czterech wielkich trebuszy, które w tym czasie podciągnięto pod obwarowania grodu. Zamaskowane gałęziami sosen i brzóz przesuwały się, bela po beli, wyrżniętymi w otaczającym gród lesie przecinkami. Miotacze uzbrajali je w wielkie, przygotowane wcześniej kamienie, a w tym czasie na oniemiałych obrońców spadł grad strzał. Nie mogły im zrobić wielkiej krzywdy, wystarczyło, że skryją się za potężną palisadą, ale skutecznie odciągały ich uwagę od trebuszy i uniemożliwiały reakcję.

— Wal! Waaal!

Miotacze zwolnili krótsze ramię dźwigni i trebusz stęknął, a wielki, ciężki kamień przeleciał przez wał obronny grodu i głucho padł pod palisadą, nie robiąc jej żadnej krzywdy.

Z środka dobiegł gromki śmiech obrońców, jakiś śmiałek bez hełmu wychylił się zza palisady i krzyknął:

— Załadujcie go dzbanem z miodem, ale miotajcie celniej, do środka!

— Jak ci na imię? — zawołał do niego ktoś z nieruchomego szeregu wojska.

— Arnold i bardzo lubię miód!...

Bełt z kuszy trafił go prosto w gardło, z którego trysnął nie trunek, lecz krew. Nieostrożny Arnold zniknął w czeluściach grodziska, a w ślad za nim pomknęło kilkadziesiąt pocisków.

— Kusznicy! Strzał!

— Waaal!

Drugi trebusz wypuścił kamień prosto w palisadę. Usłyszeli trzask łamanego drewna.

— Celuj w to samo miejsce! — krzyknął Janek Zaremba do miotacza trzeciego trebusza i w tej samej chwili drugi kamień przebił osłabione poprzednim uderzeniem drewno.

— Pierwszy wyłom!

Piechurzy zaciskali w dłoniach drabiny, czekając na znak wojewody Przedpełka. Ich zardzewiałe haki wyglądały, jakby już pokryły się przyschniętą krwią.

— Waaal! Wal! Wal!

Trebusze raz za razem wypuszczały kamienie, a kusznicy nie dawali obrońcom szans na jakikolwiek ruch. Wydawało się, że obrona zamarła, kto na chwilę wychylił się ponad palisadę, znikał trafiony bełtem.

— Osłona tarana! Taran! — krzyczał zachrypnięty Janek Zaremba i na jego rozkaz dziesięciu ludzi za zbitą z desek osłoną podprowa dziło taran pod bramę grodu. To była szansa obrońców, bo trebusze przestały miotać kamienie. Z góry na zbliżający się taran poleciały gary wrzącej smoły i kilkanaście pochodni.

— Jezuuu! — Dwóch skrajnych ludzi niosących osłonę trebusza padło upieczonych żywcem, ale pozostali szli, szli, nie oglądając się na czarne, osmalone trupy towarzyszy.

— Taraaan! — Janek przekrzyczał zgiełk i taran uderzył w bramę z łoskotem. Żelazne okucia nie puściły.

— Taraaan! — darł się Janek, kusznicy wypuszczali chmury bełtów z obu stron, obrońcy zarzucali prowadzących taran kamieniami, a trebusze na rozkaz Przedpełka próbowały złamać palisadę w dwóch innych miejscach. Piechurzy równym krokiem biegli na stanowiska, starając się trzymaną ponad głowami drabiną osłonić od pocisków. Kilku padło, drabiny ponieśli inni.

Młody książę spojrzał na swych czterech druhów.

— Przemyśle? — zapytał go Michał Zaremba.

— Teraz! — odpowiedział książę.

Taran uderzył w miazgę drewna i żelazne sztaby puściły. Krzyk tryumfu niczym nie różnił się od wycia rannych, bo w tej samej chwili obrońcy spuścili na nich gar smoły, która zamieniała ludzi w czarne, potworne zjawy padające na ziemię w konwulsjach. Przemysł był na moście, poślizgnął się na niezastygłej smole, ktoś go podtrzymał z boku i już wdzierali się do grodu. Przejście było wąskie, usłane trupami jednych i drugich, więc biegli po zwłokach. Książę osłonił się tarczą, kamień odbił się od niej i uderzył jego rycerza w głowę. Przez wąską wizurę hełmu widział niewiele, tylko tych, którzy byli przed nim. Rzucił się w ich stronę, wpadając na niewielki dziedziniec grodziska.

„Coś jest nie tak" — pomyślał, ale nie widział co, i mógł tylko w duchu przekląć wojewodę, który zmusił go, by założył wielki hełm. Nie miał czasu się zastanawiać, bo ruszyło na niego trzech ludzi z obnażonymi mieczami. „Poznali mnie, skurwysyny". Kasztelan Zaremba prosił, by nie zakładał do oblężenia tuniki herbowej ze stojącym lwem. „Będziesz się prosił o atak, książę". Ale Przemysł był uparty i odpowiadał: „Idę zdobywać!". Sparował uderzenie z prawej i skoczył w bok, robiąc unik przed tym z lewej, trzeci z nacierających zniknął. Przemysł odwrócił się nerwowo, szukając go. Dostał w ramię, ale sztych był zbyt lekki, odbił się od kolczugi. „Nie oglądaj się na boki. W ciżbie jesteś drwalem, który rąbie drogę w lesie". Słyszał za sobą szczęk żelaza i okrzyki ludzi. Jeszcze widział Michała Zarembę, ale ruszył w drugą stronę. Zobaczył przed sobą spoconą twarz rycerza bez hełmu, tylko w czepcu kolczym osłaniającym głowę. Był bez tarczy i właśnie kończył dobijać chłopaka, który nawet nie był giermkiem. Już dojrzał Przemysła, już w jego zamglonych oczach pojawił się błysk na widok książęcego lwa.

 

— Poznańskie paniątko! — wycharczał, wyciągając miecz z piersi chłopaka. Głowa głucho stuknęła o klepisko.

Przemysł widział krew kapiącą z jego klingi, gęstą jak smoła.

— Mówią, żeś ładny jak dziewczyna! — Brandenburczyk podchodził do niego sprężystym, kocim krokiem. — Zdejmiesz hełm i pokażesz liczko, czy sam mam ci go zdjąć?

Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. To i tak dwa razy więcej niż Przemysł. Pod kolczugą prężyły się bary jak u wołu. Przemysł zaatakował pierwszy, ale aż zdrętwiało mu ramię, gdy rycerz odbiciem sparował cięcie. Opanował drżenie kolan. Przeciwnik uderzył go z góry. Przemysł odbił płasko i krew z miecza Brandenburczyka przeszła na jego głownię, jakby tamten wycierał miecz o jego ostrze. To było jak iskra, która podpaliła księcia. Krew chłopca, który mógł być młodszy od niego. Poszedł na oślep, zapomniał o wszelkich zasadach, o eleganckich, wyszukanych sztychach, których uczył się, odkąd wziął do ręki miecz. Ciął, ciął i ciął, a Brandenburczyk odparowywał i zasłaniał się. „Ty knurze — myślał Przemysł. — Ty wieprzu, zarżnę cię!". Był szybszy, bo był młodszy, i oczy zasnuła mu furia, której nigdy w życiu nie zaznał. „Krwawa mgła". Dostał, dostał przynajmniej trzy razy, ale nie czuł bólu, lecz wściekłość, żywą wściekłość. Napierał tak szybko i ostro, że doświadczony rycerz zaczął się cofać na oślep. Z prawej, z lewej, z lewej, z lewej. Potknął się. Potknął o sztywne i wyciągnięte nogi chłopca, którego wcześniej zaszlachtował. To wystarczyło. Przemysł skoczył i wepchnął leżącemu ostrze w szyję, w to nagie miejsce między kolczugą a kapturem, które odsłoniło się przed nim czerwoną, odparzoną od kolczugi linią, gdy Brandenburczyk upadł na plecy. Chlusnęła krew i przez wąską szparę wizury chlapnęła w oczy księcia. Oślepiła go. Zachwiał się i utrzymał równowagę tylko dzięki wsparciu się na mieczu wbitym w gardło Brandenburczyka. Lewą ręką szybko, chaotycznie rozpinał hełm. Nic nie widział. Szarpnął sprzączkę, puściła, zrzucił go. Grubą, skórzaną rękawicą nie mógł wytrzeć oczu, ale udało mu się otworzyć je na tyle, by zobaczyć, że przeciwnik nie żyje.

— Z tyłu! — usłyszał krzyk Michała i z jakiegoś powodu zrozumiał, że to do niego.

Odwrócił się, wyciągając miecz, czuł, jak jego ostrze pociągnęło gardło leżącego, a gdy je uniósł, dojrzał krwawy strzęp skóry; strząsnął go. Miał już dwóch napastników przed sobą, jakieś pięć kroków. Nie czekał, ruszył na nich. Tego z prawej ciął, tego z lewej staranował dobiegający do niego Michał. Nagle wyrósł przed nim olbrzym z toporem. Był przynajmniej dwie stopy wyższy od księcia, ale nie miał kolczugi, tylko skórzany kaftan wykładany płytkami. Przemysł widział, jak napastnik unosi topór w górę, wyczekał, choć na placu ćwiczeń nigdy nie umiał być cierpliwy, teraz wyczekał i w tej chwili, w której olbrzym miał ramiona u góry, gdy brał zamach, książę wsadził mu miecz w rozcięcie kaftana pod potężną pachą i natychmiast uskoczył w tył. Topór spadł w miejsce, w którym młodzieniec stał jeden krok temu, przeciął powietrze, olbrzym się zwalił, a spod pachy krew tryskała konwulsyjnym źródłem. Przemysł ruszył w ciżbę. Poślizgnął się i upadł, lądując nieokrytą hełmem twarzą w czymś ciepłym i miękkim. „Jezu, ale śmierdzi" — nigdy wcześniej nie widział rozprutych jelit. Fioletowe zwoje wyglądały jak żywe, wydawały się poruszać jakimś własnym wężowym ruchem. Mogły należeć do każdego z leżących. Już się podnosił. Słyszał jęki z ziemi, jęki rannych, po których deptano, którym miażdżono dłonie i twarze niechcący, idąc po nich, po tych żywych trupach do celu. Rozejrzał się. Coraz mniej walczących, cztery rozproszone grupki. „Dożynanie?". Rzucił się w stronę najbliższej. Trzech Brandenburczyków, na każdego z nich przypadało dwóch jego rycerzy. „Już wygraliśmy?". Zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia o przebiegu bitwy. Nigdzie nie widział ani kasztelana Janka, ani wojewody Przedpełka. Szarpnęło nim. Ktoś go chwycił za goleń. Leżący, zraniony w nogę, ciągnął go na ziemię. Przemysł ciął go przez rękę, choć przecież mógł uderzyć w pierś. Tamten puścił i jęknął:

— Litości, książę!

Przemysł zamierzył się w jego usta, jakby to słowa były orężem leżącego. Słyszał własny, chrapliwy oddech i jego jęk:

— Litości, książę...

Cofnął miecz i zostawił go, ruszył ku tamtym. I wtedy poczuł ostry ból w barku. „Dostałem".

Odwrócił się i zobaczył nóż, którym rzucił go w plecy leżący. Wrócił do niego i nie patrząc mu w oczy, tylko w to jedno miejsce na piersi, dobił. Już tylko trzy grupki walczyły ze sobą. Skoczył w ich stronę, ranił rycerza, z którego i tak krew lała się niczym wino z dzbana.

— Poddajemy gród! — krzyczeli ostatni obrońcy, klękając na ziemi. — Poddajemy gród. Litości, książę!

Dopiero teraz usłyszał, że umilkł szczęk stali. Nie słyszał jej, gdy grała, jakby jego zmysły odbierały tylko szczęk własnego miecza. Zobaczył, że walka ustała i oczy wszystkich kierują się na niego. W głębi mignęła mu zakrwawiona twarz wojewody Przedpełka, on i kasztelan Janek Zaremba szli do niego z opuszczonymi mieczami.

— Co każesz, książę? — zapytał Janek zdyszany. Miał rozciętą brew i rozerwaną tunikę.

— Nie bierzemy jeńców — powiedział Przemysł. — Książę Starszej Polski zawsze dotrzymuje słowa.

— Wedle rozkazu. — W oczach Janka dojrzał niezadowolenie. Kasztelan ściszył głos, by nie słyszało ich wojsko, i zapytał: — Może darować...

— Wypuścić sześciu, nie więcej, ale tylko takich, którzy mogą iść o własnych siłach — uprzedził go Przemysł. — Niech zaniosą wiadomość margrabiom, że gród w Strzelcach wrócił do Starszej Polski.

Dotarło do niego, co było tutaj nie tak: „W grodzie nie było mieszkańców, tylko załoga i służba. Ani jednej kobiety. Spodziewali się ataku. Wiedzieli, że mój stryj nie daruje zniewagi, jaką było pobudowanie nowego obronnego grodziska. Czekali na nas".

— Tak jest. — Wojewoda przymknął powieki, co mogło znaczyć: „Dobrze, książę. Tak postępuje wódz", ale mogło być tylko strząśnięciem krwi płynącej mu do oka.

— Resztę wyciąć! — krzyknął Przemysł, a jego ludzie dokończyli rzezi.

— Panie! — wojewoda Przedpełk starał się mówić cicho, ale gardło miał tak suche, że nie mówił, lecz charczał. — Panie! Jak mogłeś zrzucić hełm w takiej jatce? Każdy, ale nie ty! Jedyny dziedzic księstwa!...

Przemysł skinął mu głową, słyszał słowa wojewody, ale nie docierało do niego, co mówi.

— Książę! — Najbliższy druh, Michał, szedł ku niemu z bukłakiem wina. Oczy mu lśniły, zrzucił kaptur i przecierał palcami poskle jane włosy. Nagle stanął i spojrzał na Przemysła, zamarł z wyciągniętą ręką.

— Co ci? — spytał książę.

— Twoja głowa... — wyszeptał Michał. — Co ci się stało?

Przemysł dotknął ręką czoła. Nic nie poczuł. Zrzucił rękawicę i przejechał palcami po kolczym kapturze. Gdy zrozumiał, co się stało, poczuł zimno. Kółka kolczugi wokół głowy były pęknięte, jakby ktoś rozciął ją dookoła. Na palcach miał gęstą, ciemną juchę. Złapał przerażone, pobladłe spojrzenie wojewody.

Nie pamięta takiego cięcia, nie pamięta takiego uderzenia. Potoczył wzrokiem wokół. Bezładne stosy trupów, żaden z nich nie ma zamkniętych oczu, wszystkie wykrzywione, jakby chciały wykrzyczeć życie, które wyciekło z nich, które wyrżnięto z nich ostrzami toporów i mieczy. Poskręcane, sine, białe, czerwone, brudne. Psy, duże myśliwskie psy z podkulonymi ogonami oblizywały krew swych niedawnych panów, jakby wstydziły się, że mają ochotę spróbować ich ścierwa. Ile ich jest? Sto? Dwieście trupów? Więcej? Nie umiał ich policzyć. Nie pamiętał nawet, ilu sam zabił. Tylko tego pierwszego, tego knura, który dorzynał chłopca.

— Przemysł, Przemyśle, słyszysz mnie? — Głos Michała dochodził do niego z daleka, choć widział twarz druha przed sobą. — Książę! Wyglądasz, jakbyś miał koronę z krwi.