Odrodzone królestwoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elżbieta Cherezińska

Odrodzone królestwo


ISBN 978-83-8202-129-5


Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2020

All rights reserved Redaktor prowadzący Filip Karpow Opieka redakcyjna Magdalena Wójcik Tadeusz Zysk Elżbieta Żukowska Ilustracja na okładce Michał Krawczyk Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Opracowanie map Mariusz Mamet Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1327

JEMIOŁA idzie po rosie. Ostrożnie stawia stopy na miękkich kępach mchu. Ciężki kraj sukni mokrym plaśnięciem dotyka nagich kostek nóg. Skrzydełka jej nosa drgają, gdy wciąga nocne, balsamiczne powietrze. Wyczuwa w nim nuty butwiejących liści, świeżych grzybni, sosnowych igieł i zmurszałej kory starzejących się drzew. Gdzieś, głęboko w ściółce, już wypełniają się sokami kłącza zaschniętych traw, czuje wyraźnie tę podziemną woń. Idzie w ciemności, ale nie po omacku. W oddali, między pniami drzew, majaczy wątłe światło, więc kieruje się ku niemu. Widzi, że światło przeskakuje, jak płomień poruszany podmuchem wiatru, choć noc jest całkowicie bezwietrzna. Otacza ją cisza. Żadnych ptasich głosów, trzaśnięć ułamanych gałązek, suchych liści ocierających się o siebie, jakby mrok wyssał z lasu wszelki dźwięk, poza tym, jaki wydaje mokra materia jej sukni. Ta cisza ją niepokoi.

Wtedy dostrzega mężczyznę. Idzie z naprzeciwka, kierując się jak ona ku światłu. Jest ostrożny, rozgląda się. Jemioła nie słyszy jego kroków, ale wyłapuje rytmiczne stukanie okutej pochwy noża zawieszonej u jego pasa. Wie, kim on jest, ale nie potrafi w tej chwili nazwać go żadnym imieniem. I jest zaskoczona, że go widzi, że nie jest tu sama, że ta nocna wędrówka nie jest przeznaczona tylko dla niej. On już ją dostrzegł, Jemiole wydaje się, że przyspieszył, choć ona zwolniła kroku.

Jej uwagę przyciąga światło. Teraz, z odległości kilkunastu kroków, widzi je wyraźnie. Na niewielkiej polanie, pod drzewem, stoi żelazny kosz. W nim siedem, może dziewięć pochodni. Płomień niespiesznie przeskakuje kolejno na każdą z nich, tak że pali się tylko jedna, a pozostałe gasną, nie zostawiając w powietrzu smugi dymu. Jemioła zachwyca się przez chwilę tym widowiskiem, nie czuje lęku.

Mężczyzna stanął, pochylił głowę i jak ona patrzy w krążący między głowniami płomień. W migotliwym blasku ożywa jego uroda. Na szerokie plecy spływają mu długie włosy zaplecione w dziesiątki cienkich warkoczy. Duże, wyraziste usta poruszają się, jakby coś szeptał. Ma mocne dłonie, takie, które potrafią przytrzymać, choć od razu przebiega Jemiole przez głowę, że nie wiadomo, czy mogą dom zbudować. Stoi pewnie, jak ktoś, kto wie, po co się zatrzymał. Uśmiecha się pokrzepiająco, unosi wolno twarz i Jemioła już wie, że uśmiecha się do niej. Dopiero teraz widzi jego oczy. Jedno z nich jest podzielone na pół i zieje otchłanią w kolorze butwiejących liści.

— Jarogniew Półtoraoki — wypowiada na głos jego imię i nie odwzajemnia uśmiechu.

— Matka Jemioła — odpowiada jej Jarogniew. I prosi miękko: — Cofnijmy się o krok.

Robią to jednocześnie i wtedy Jemioła zwraca uwagę na drzewo, pod którym stoi kosz z pochodniami. To stary jesion, zrośnięty z dwóch pni. Z konarów zwisają dwa pakunki. Jemioła wyciąga ręce po swój, Jarogniew chwyta ten, który wisi za jego plecami. On jest szybszy, rozrywa konopny sznurek przytrzymujący tobołek. Ona przyklęka, rozwiązuje swój drżącymi nagle rękami. Przeczuwa słusznie; już pod palcami czuje dotyk ptasich piór.

— Jeszcze możemy to zatrzymać — mówi nagle Jarogniew, i Jemioła patrzy na niego zaskoczona. Półtoraoki ma już na sobie pancerz z ptasich kości. Poprawia warkocze, które wkręciły mu się w zdobiony kruczymi pazurami napierśnik. — Tylko wrzuć ten płaszcz w ogień. Nie wahaj się, proszę.

Jemioła wstaje, przyciskając płaszcz Dębiny do piersi. I nie waha się ani trochę. Zakłada go na ramiona.

— Pożałujesz — mówi Jarogniew smutno. — Będziesz płakała.

Ona czuje ciepło ptasiego puchu na plecach i gorąco od ognia, który właśnie przeskoczył na najbliższą jej pochodnię. Widzi zwinny ruch Jarogniewa, ale jest szybsza niż on. I sprytniejsza. Półtoraoki chwyta płonącą pochodnię, Jemioła następną. W chwili gdy Jarogniew unosi swoją, płomień przeskakuje już na jej głownię. Jemioła porywa ją w mgnieniu oka.

— Nie panujesz nad ogniem, leśny wodzu! — rzuca mu w twarz.

— Poparzysz się, Matko! — odpowiada wściekle. W blasku lśnią jego białe, obnażone zęby.

Jemioła unosi wysoko płonącą żagiew i w jej świetle patrzy na niego.

Widzi płomienie skaczące z chaty na chatę, z dachu na dach. Kłęby czarnego dymu zasnuwające wszystko. Wysoki, świdrujący krzyk kobiety, wydaje się, że to Manna. Na obraz pożaru nakłada się las. Ściółka szeleści pod stopami uciekających. To dzieci. Idą za Jemiołą posłuszne, milczące, zatrwożone. I widzi Jarogniewa celującego do niej z łuku, prosto w pierś. Nie zdążyła zobaczyć, czy wystrzelił. Obraz przenosi się, jakby jakaś siła wyciągnęła Jemiołę wysoko nad ziemię. Ogień przy ogniu, jeden, drugi, trzeci. Nie nadąża ich liczyć. Rozumie, że zapłonęło Królestwo. Wraca, znów jest naprzeciw Półtoraokiego.

Wojownik w pancerzu z ptasich kości. Matka w płaszczu z ptasich piór. Odwraca się i rusza, skąd przyszła, zostawiając go w mroku. Teraz sama oświetla sobie drogę.

Las rozbrzmiał setkami ptasich głosów, jakby rozśpiewał się jej płaszcz. Kości pancerza pozostały nieme. Szła tu po rosie, wraca po szronie. Mokre krople zastygają na źdźbłach zeszłorocznej trawy, na suchych, wykręconych liściach i nagich gałęziach. Lśnią białym blaskiem w świetle niesionej przez nią pochodni. Chrzęszczą pod jej bosymi stopami. Kraj sukni pokrył szron, misterny jak haft. Z każdym krokiem robi się chłodniej, czuje, jak sztywnieją jej palce u stóp. Noc dobiega kresu, przechodząc w najmroźniejszą chwilę przed świtem. Nawet drapieżniki kończą nocne łowy i szukają ciepła, tuląc się do siebie w zaciszu nor. Ona idzie sama, światło pochodni wydaje się przytłumione w spowitym mroźną mgłą powietrzu. Ptaki zamilkły, ale słyszy odgłos swoich kroków, trzaśnięcie nadepniętych gałązek, głośny oddech i syk płomienia. Grzeje ją płaszcz Dębiny. Jej płaszcz.

Obudziła się zdrętwiała, ciężko łapiąc oddech. Potarła zapuchnięte powieki, próbując sobie przypomnieć, gdzie jest. W powietrzu unosiła się woń wypalonej świecy. Musiała zgasnąć przed chwilą, bo w półmroku snuła się jeszcze siwa smużka dymu, kopcąc na ustawiony obok krucyfiks, jakby palił się wiszący na nim srebrny Chrystus. Otrząsnęła się, pożary z jej snu skurczyły się do wypalonego knota.

Przed Jemiołą majaczyło potężne, osłonięte kotarami łoże.

— Królewicz Kazimierz — wyszeptała z trwogą, zerwała się z ławy i zachwiała. Opanowała się. Usiadła, wymusiła na sobie spokojny, równy oddech. Wstała dopiero, gdy przestało jej się kręcić w głowie. Odsłoniła kotarę i tej samej chwili usłyszała dzwony wawelskiej katedry. Zapadłe policzki Kazimierza były nieruchome, jak odlane z szarego wosku. Chwyciła jego chłodną dłoń, nie mogła wyczuć tętna. Pochyliła się do jego piersi.

— Przeżyliśmy kolejną noc — odetchnęła z ulgą. — Obudzisz się dzisiaj?

Położyła mu dłoń na czole i dopiero teraz poczuła pulsujące gorąco. Odwróciła rękę. Przez wnętrze jej dłoni biegła paląca rana.

— Miałeś rację, Półtoraoki. Poparzył mnie sen.

WŁADYSŁAW nie sypiał w nocy, udawało mu się zdrzemnąć przez krótką chwilę w dzień. Gdy odebrał raporty o stanie własnych wojsk, o ruchach Luksemburczyka, o oblodzonych przełęczach górskich, roztopach na traktach i brodach, które, jak mu mówiono, „nikną w błocie”. I innych, które z kolei ścięło przymrozkiem, jakby zachęcały, żeby na nie wejść. By zagłuszyć natrętnie powracającą wizję, że gdy on patrzy na południe, skąd przyjdzie Luksemburczyk, Krzyżacy podpalą mu północ, kazał odprawiać msze. Słuchał ich nieuważnie, nerwowo, nie potrafiąc powtórzyć „Bądź wola Twoja”, bo to zdanie stawało mu w gardle i nie chciało przez nie przejść. Co rano czekał na wiadomość, że z Kazimierzem lepiej, i co rano musiał się zadowolić lakonicznym „bez zmian”. Były dni, gdy „bez zmian” było nieznośne, zamieniało się w wyrok odroczony w nieskończoność, a on, jako król, nie miał czasu nieskończonego, miał niedokończone sprawy, do załatwienia natychmiast. Ale miał też chwile, gdy ze zmęczenia zapominał, że jest królem i był tylko ojcem, dla którego „bez zmian” było ulgą, obietnicą, że jego syn żyje i będzie żył. Ojciec mógł siedzieć przy łożu syna, trzymać chłodną, wychudzoną dłoń i cieszyć się lekkim, ale jednak oddechem, unoszącym jego pierś. Jednak za każdym razem ojciec musiał ustąpić królowi. „Bez zmian” było zatem nie do przyjęcia.

 

Odprawił urzędników i przysnął na chwilę, z głową wciśniętą w oparcie wysokiego krzesła, zwrócony twarzą do okna, jakby stamtąd mogły nadejść dobre nowiny. I uświadomił to sobie, zapadając w sen. Wiedział, że śni. Że senną zjawą jest Rulka, jego nieżyjąca od dawna klacz, i rozumiał, iż jej obecność oznacza wędrówkę. Poniewierkę — podpowiedział mu głos we śnie. Była osiodłana, gotowa do drogi. Unosiła kształtną głowę i z wawelskiego dziedzińca rżała w stronę okna komnaty, w której spał, jakby wzywała go. Na jej rżenie nałożyły się głosy bojowych rogów. Okrzyki, szczęk żelaza, jęki rannych. Władysław szukał wzrokiem bitwy, ale zamiast niej widział mgłę, z której raz po raz wyłaniał się skrwawiony jeździec, uderzająca w powietrze kopia, kawałek chorągwi. Koszmarny obraz śmiertelnych zmagań schowanych w oparach. Nie mógł rozpoznać ani jednego znaku na płachtach chorągwi. Mgła zgęstniała jeszcze bardziej, poczuł swąd i dopiero wtedy dotarło do niego, że to dym. Nie z ognisk, ale z płonących miast i wsi. Z owładniętych dzikim płomieniem kościołów. Dzwon opętańczo bił na trwogę i zwielokrotniał dźwięk, jakby o ratunek błagała nie jedna, a dziesiątki świątyń. Poczuł, jak szybko uderza mu serce, i usłyszał drapieżny krzyk. Orzeł Królestwa rozbijał powietrze potężnymi skrzydłami. Dym rozwiał się. A on znów był na Wawelu.

Przez podwórzec przebiegli dwaj chłopcy. Stefan i Władysław junior, on zaś świadom sennej ułudy, wiedział, iż obaj nie żyją, ale chciwie wsłuchał się w ich śmiech. Wypatrywał zmarłej Jadwini, ale nie mógł otworzyć oczu i był zdany tylko na obrazy, jakie podsuwał mu sen. Wreszcie dostrzegł ją. Drobna sylwetka szła w stronę katedry, wtedy wbrew rozumowi pomyślał, że ona wcale nie umarła, tylko uciekła od jego zaborczych planów, wybrała służbę Bogu i tylko udaje, że zabrała ją śmierć. Widział jeszcze plecy córki, aż rozpłynęła się w sennej mgle. Dziedziniec opustoszał, zniknęła nawet Rulka, wtedy poczuł, że musi się obudzić jak najszybciej, by w korowodzie zmarłych dzieci nie zobaczyć Kazimierza, bo jego syn żyje i rano było „bez zmian”. Stało się coś innego. Dziedziniec zapełnił się w mgnieniu oka. Służba, straż wawelska, wojewoda Spycimir ze swoją świtą, kasztelan Nawój z Morawicy, nawet pokraczny Grunhagen na kabłąkowatych nogach przechadzał się w ciżbie i pokrzykiwał do panien, jakby nigdy nic. Zagrał róg witający gości, zawtórował mu śmiech kuglarzy, tłum rozstąpił się, robiąc miejsce jeźdźcowi, niedużemu młodzieńcowi w czarno-czerwonym płaszczu. „Książę świdnicki Bolesław” — zawołał herold, a ludzie na dziedzińcu zastygli w bezruchu, wpatrując się w przybyłego. Mój wnuk — pomyślał Władysław — syn Kunegundy. I w jednej chwili olśniło go: jest w wieku Kazimierza, młody, silny, choć niski, jak on. Ma brata, który kiedyś dorośnie i może objąć księstwo, jest wolny i z jego krwi. Mój wnuk — podpowiadał mu rozwiązanie sen — zdrowy i silny.

Władysław obudził się równie nagle, jak zasnął. Szare, lutowe popołudnie przechodziło w szybki zmierzch. Za oknem, przed którym siedział, przetaczały się po niebie ciemniejące chmury.

— Najjaśniejszy panie? — usłyszał głos spod drzwi.

— Borutka? — Władysław poruszył zdrętwiałymi barkami.

— Nie, królu, jestem Jarota, zastępuję go. Borutkę najjaśniejszy pan posłał na Węgry, za panami Ligaszczem i Jałbrzykiem.

— Ach tak. — Władek potarł ciężkie powieki. W ustach poczuł nieprzyjemny, gorzki smak. — Daj wody, Jaroto.

— Jaśnie pan miał zły sen? — spytał sługa, podając mu kubek.

— Nie wiem. — Władysław napił się, wzruszył ramionami i wstał. — Kogo obchodzą sny?

JAN LUKSEMBURSKI kroczył dziedzińcem opawskiego zamku, otoczony świtą złożoną z dawnej Drużyny Lodu. Markwart, Zavis, Ulrik, Chval, Libos, tłusty Czabak i tępawy, ale za to jakże użyteczny Beneš, szli przy swym królu razem z Peterem z Rożemberka, równym krokiem, wzmacnianym metalicznym brzękiem ostróg. Miecze przy pasach, hełmy, których Jan nie pozwolił im zdjąć, i kolczugi pod pysznymi, ozdobnymi płaszczami, wzbudzały po równo lęk i podziw w prowadzącym ich do komnat gospodarzu, księciu Opawy, Mikołaju.

— Bądź łaskaw tędy, królu Janie — skłonił się po raz kolejny książę, wskazując nieco wąskie i strome schody.

— A gdybym nie był łaskaw? — zażartował Jan po francusku, zwracając się do swego poety, Wilhelma de Machaut.

— Wówczas książę zaniósłby cię na rękach, królu — odpowiedział Wilhelm z kamienną twarzą. — Ale zważywszy na jego brzuszysko, nie byłoby to wygodne ani dla ciebie, ani dla niego.

— Jak i cała ta sytuacja — skwitował Jan. — Nie sądziłem, że tak długo przyjdzie nam czekać na tę machinę wojenną. Roztopy uwięziły moją tajemną broń na przeprawie przez Łabę. Jestem wściekły.

— Zmienię temat, nim dojdziemy na ucztę — wtrącił Wilhelm szybko. — Czy to prawda, że nasz gospodarz jest zalegalizowanym bękartem Przemyślidów?

Jan zaśmiał się; pod nieobecność Henry’ego de Mortain poeta dotrzymywał mu towarzystwa, a jego wścibstwo i umiłowanie dworskich plotek nieodmiennie Jana bawiło.

— Umieściłeś to oszczerstwo w poemacie o mojej wyprawie wojennej? Strzeż się, książę Mikołaj wyzwie cię na Sąd Boży.

— Więc to nieprawda — zrozumiał zawiedziony Wilhelm.

— Półprawda — pocieszył go Jan. — Jest prawowitym synem bękarta. Przemyślidzi dbali o przyszłość bocznych gałązek swego rodu.

— Uff — odetchnął Machaut — wystarczy drobna poprawka. Jego ojciec był bratem twej żony?

— Jej stryjem, choć nigdy tak nie mów przy Elišce. Moja żona mawia o bękarcie „on”, a o naszym gospodarzu „syn wiadomo czyj”.

— Niezwykła kobieta — wyrwało się Wilhelmowi. — Oczywiście, w pewnym sensie.

Schody skończyły się, weszli do przedsionka sali biesiadnej. Na ścianach pyszniły się poroża jeleni i żubrów i czekała służba księcia Mikołaja ubrana w jednakowe zielono-złote kubraki.

— Królu — niepewnie spytał gospodarz — może twoi baronowie zechcą przed ucztą zostawić broń? Umyć dłonie?

— Prosimy o wodę — łaskawie zgodził się Jan.

Słudzy z miskami i ręcznikami podeszli najpierw do niego, Petera i Wilhelma, a potem do Beneša, Chvala i pozostałych. Mikołaj wymownie patrzył na miecze przy ich pasach.

— Jesteście moimi gośćmi — ośmielił się wreszcie upomnieć.

— Jesteśmy na wojnie — chłodno odpowiedział Jan, wchodząc do głównej komnaty.

Ostrogi zadźwięczały na posadzce z glazurowanych płytek. Jan zajął najwyższe miejsce i nie zważając na to, iż stół przykryto ozdobnym, haftowanym obrusem, zdjął z głowy hełm i położył przed swoim nakryciem. Tak samo zrobili jego baronowie. Książę Mikołaj zacisnął szczęki i nic nie powiedział. Poczekał, aż Jan usiądzie, i zajął miejsce obok niego.

— Wina, królu? — spytał, i Jan wyczuł w jego głosie wahanie. Odpowiedział pytaniem:

— Czy wytoczyłeś beczki dla moich rycerzy?

— Tak, panie. Służba wydaje im wieczerzę na dolnym dziedzińcu.

Jan uśmiechnął się szeroko i wskazał głową swój kielich. Książę Mikołaj odetchnął z ulgą i przywołał podczaszego. Rubinowy trunek popłynął do kielicha lśniącym, ciężkim strumieniem.

— Burgundzkie — powiedział z dumą gospodarz. — Trzymane w piwnicy na najprzedniejsze okazje.

— Opawa słynie z browarników — odrzekł Jan, nie podnosząc kielicha. — A moje wojska zdrożone.

— Twoim ludziom nie zabraknie naszego piwa, królu — zrozumiał Mikołaj. Skinął na sługę, szepnął mu coś do ucha i odesłał. — Ani gorącej strawy, ani chleba, ani…

Jan przerwał mu ruchem dłoni, uniósł kielich i krzyknął do gości:

— Zdrowie moich baronów! Zdrowie wojsk czeskich! Przeszliśmy Bramę Morawską w śnieżycy, nie cofając się ani na krok pod naporem wiatru, śniegu i zimna!

— Zdrowie króla! — zawołali Beneš, Czubaka, Ulrik i pozostali.

— Niech żyje król Jan Luksemburski! — dołączył się książę Mikołaj.

— Jesteście prawdziwą Drużyną Lodu! — przepił do swoich Jan. — Mam nadzieję, że pozostali dołączą do nas w czasie uczty. Mikołaju — zwrócił się do gospodarza — przy twym stole brakuje miejsc.

— Nie rozumiem. — Oczy księcia opawskiego zrobiły się niemal okrągłe.

— Czekamy jeszcze na walecznych gości, wodzów szpicy mych wojsk. — Jan uśmiechnął się do niego najpiękniej, jak umiał.

— Każę dostawić stół — odpowiedział książę.

— Bez zwłoki — odrzekł Jan, wciąż uśmiechając się do gospodarza i przeciągnął ten uśmiech tak długo, aż Mikołaj zawołał podstolego i cześnika. Gdy w ślad za rozkazami w komnacie pojawiła się służba z kozłami i blatami stołów, Jan upił kolejny łyk wina.

— Jesteśmy ci miłymi gośćmi? — spytał, patrząc, jak panny nakrywają dostawione stoły bielutkimi obrusami.

— Najmilszymi — odpowiedział Mikołaj, a Jan zaśmiał się w duchu i dodał:

— Tak samo radować się będą książęta Opola, Cieszyna, Raciborza i… Peterze? — przywołał niezawodnego Petera z Rożemberka.

— Bytomia, Oświęcimia i Niemodlina — tubalnym głosem podpowiedział Peter. Jan nie miał głowy do tych małych księstw śląskich. Bezbłędnie rozpoznawał tylko Wrocław, bo o jego bogactwie nasłuchał się, jakby to miał być jakiś Mediolan północy.

— Nie mogę ręczyć za piastowskich książąt — zachowawczo odpowiedział Mikołaj.

— Ty to co innego — poważnie potwierdził Jan — ćwierć krwi Przemyślida, jedyny w śląskim gronie. Ale czekaj, czy twoją żoną nie jest piastowska księżniczka? Dlaczego jej z nami nie ma?

— Księżna Anna jest w połogu — odpowiedział, czerwieniąc się.

— Gratuluję! — zawołał Jan. — Czyżbyś wreszcie doczekał się syna?

Dobrze wiedział, że nie; Mikołaj miał same córki i choć wciąż był w kwiecie wieku, lęk o dziedziczenie wpychał go w czeskie ramiona. Czuł się Przemyślidą, po tej kapce bękarciej krwi w żyłach? Czy też bał, że jako jedyny nie-Piast wśród śląskich książąt stanie się dla nich łatwym łupem, gdyby Bóg nie dał mu w przyszłości dziedziców?

— Nie lękaj się, Mikołaju z Opawy, jesteś moim lennikiem — odpowiedział na niezadane pytanie. — Otaczam cię królewską opieką.

— Twój majestat nie ma sobie równych — wymamrotał speszony Mikołaj.

— Rozmawiałeś osobiście z książętami Opola, Cieszyna, Raciborza i tej reszty? — przeszedł do konkretów Jan.

— Przez kanclerza, mój panie.

— Przez kanclerza — powtórzył za nim król. — Ja też lubię załatwiać sprawy pokojowo. Dyplomacja jest sztuką ponad sztukami, zgodzisz się, Mikołaju?

— Naturalnie — ochoczo potaknął gospodarz. — Ty, królu, słyniesz z dyplomatycznych talentów.

— I z wojennych — odezwał się Wilhelm de Machaut. — Jan Luksemburski wygrał dla Wittelsbacha bitwę dwóch królów. Nie na salonach, przypomnę, tylko w błocie pól nad rzeką Inn.

Mikołaj niepewnie spojrzał na Jana, potem na Wilhelma, potem po twarzach baronów i ich hełmach leżących na stole, między piękną zastawą, srebrnymi świecznikami i kielichami z zielonkawo połyskującego szkła.

— Podtrzymam swą sławę — powiedział Jan. — Wyślę moich baronów z drużynami zbrojnymi do wszystkich piastowskich książąt. Potwierdzą ustalenia twojego kanclerza i dopiszą to, czego w nich brakuje.

— Ależ, królu — jawnie zaniepokoił się Mikołaj. — Wcześniej mowy nie było o obecności wojsk, o przymuszaniu kogokolwiek. Ja… wszystko przecież zostało ustalone… nie ma potrzeby… ty, królu, spieszysz na wojnę…

— Czekam na ostatnią część mych wojsk — zimno przerwał mu Jan. — W twojej gościnie, Mikołaju. Beneš, pojedziesz do Raciborza. Ty, Chvale, do Oświęcimia. Markwart do Bytomia. Zavis do Opola, Ulrik do Cieszyna i Libos do Niemodlina. — Bezbłędnie wymienił wszystkie księstwa, o Wrocławiu nie wspomniał. Nie powierzyłby go nawet Peterowi z Rożemberka, Lipskiemu owszem, ale Lipskiego nie było z nimi.

— Król Jan ma olśniewającą pamięć! — Wilhelm de Machaut napił się wina. — A książę Mikołaj świetnego burgunda.

— To prawda — uniósł kielich Jan. — Mikołaju, wino jest wyborne. Przy okazji odwiedzin w śląskich księstwach moi baronowie poproszą mych przyszłych sojuszników o wsparcie dla ciebie.

— Nie rozumiem. — Książę opawski nie krył już, że jest skołowany.

— Moje wojsko jest potężne. Dawno żaden czeski król nie zebrał tak wielkiej armii. Wykarmienie jej może być kłopotliwe, nie pomyślałeś o tym, książę? — Jan uśmiechnął się do niego zza kielicha. — Nic nie szkodzi, ja to przewidziałem. Poprosimy książęta śląskie, by przysłały zaopatrzenie dla naszych wojsk. Nie chcę ogałacać do cna twoich spichrzy, gospodarzu.

W tej samej chwili służba zaczęła wnosić parujące półmiski. Jan ledwie musnął wzrokiem spiętrzone figury pasztetów, świńskie łby pieczone w całości, dzicze szynki, udźce saren i miski z tłuczonym grochem, ale widział, jak Mikołaj wodzi wzrokiem za każdą wniesioną na stół potrawą, jakby nagle zaczął przeliczać, czy stać go na wykarmienie króla, jego świty i wojsk, które, jak dowiedział się przed chwilą, mają zamiar czekać na jego wikcie na ostatnie hufce. Jan wyczuwał narastające przerażenie gospodarza, ba, rozumiał go świetnie, ale wiedział, że w prowadzeniu wojny aprowizacja jest równie ważna, co waleczność. Wraz z potrawami do komnaty biesiadnej weszli muzycy. Wilhelm de Machaut skrzywił się po pierwszych dźwiękach.

 

— Obawiam się, że tego jeść nie będę — powiedział do króla po francusku, wskazując na lśniący od tłuszczu świński ryj — a tych tam słuchać nie mogę. Jedno i drugie wydaje mi się dość prostackie, godne karczmy, nie królewskiego stołu.

— Poznawaj inne kultury — odpowiedział mu Jan. — Francja to pępek, ale nie koniec świata. Zwonimir! — zawołał, witając stającego w drzwiach barona. Był bez hełmu, ale za to w ostrogach, brudnym od błota płaszczu i z mieczem u pasa. Widać Baldryk, giermek Jana, zdążył mu szepnąć, jak się ma prezentować na opawskiej uczcie. — Mikołaju, poproś muzykantów, by umilkli. Chcemy wysłuchać naszego wodza.

Wilhelm przewrócił oczami i podziękował westchnieniem, Jan pogroził mu palcem. Zwonimir, kiedyś chłopak wiotki, choć zapalczywy, teraz stał się mężczyzną postawnym, brodatym i powściągliwym w słowach.

— Przywiozłem ci podarunek, mój królu. Ten, o który prosiłeś.

— Króla krakowskiego? — zażartował Wilhelm.

— Jego posłów — poważnie odpowiedział Zwonimir.

— W moim księstwie posłowie są nietykalni — wyszeptał Mikołaj i łapiąc się za serce, zwrócił do Jana. — Królu, królu…

— Posłowie zawsze są nietykalni — odpowiedział mu Jan i dodał zimno: — Chyba że jest wojna i są to posłowie wroga. Gdzie ich złapaliście?

— W dolinie Popradu.

— Odetchnij, książę. To nie na twojej ziemi. Mieli przy sobie listy?

— Owszem, ale tylko od królowej Jadwigi do królowej Elżbiety. Dla zmylenia, to pewne. Patrząc po podarkach na wozach, to musiało być poselstwo krakowskiego króla do jego zięcia, króla Węgier. Zapewne główne dyspozycje mieli przekazać ustnie.

— Pytałeś ich?

— Dyplomatycznie — odpowiedział Zwonimir.

— Słyszysz, książę? — Jan przekrzywił głowę ku gospodarzowi. — Mój wódz uszanował nawet posłów wroga jadących po pomoc. Cóż, król Władysław będzie siedział na Wawelu, patrzył na zamieć idącą z Czech ku swemu Królestwu i w śnieżycy nie zobaczy posiłków węgierskich, bo jego zięć nawet nie dowie się, że był wzywany na ratunek. Zwłaszcza że ów zięć, Carobert, pił ze mną wino, jak my dzisiaj, i przysięgaliśmy sobie sojusz. — Jan napił się burgunda i zwrócił do Zwonimira: — Znaczni jacyś?

— Toporowie i Lelewici. To pierwsi panowie przy królu — odpowiedział Zwonimir i jego wzrok zatrzymał się na dłużej na kielichu w ręku Jana.

— Gospodarzu — ponaglająco powiedział król. Mikołaj był tak zdenerwowany, że nie zrozumiał, ale jego podczaszy owszem. Podał pełen kielich baronowi, a ten wychylił go duszkiem.

— To burgund! — zaśmiał się poeta.

— Nie szkodzi. — Zwonimir otarł usta wierzchem dłoni.

— Tak piją Czesi! — zawołał król Jan. — Książę, może znajdzie się na tej uczcie opawskie piwo dla wodza mego zwiadu? Spieszył do nas z daleka.

— Garniec — dodał Zwonimir.

— Topór jest kasztelanem krakowskim, Lelewita wojewodą — odezwał się Chval z Drużyny Lodu. — Czy to nie dziwne, że król Władysław wysyła takich ludzi?

— Nie powiedziałem, że mam wojewodę i kasztelana — odpowiedział mu Zwonimir. — W poselstwie byli ich rodowcy.

— Wnosisz tylko po znakach na tarczach? — zakpił Chval.

Jan od dawna widział, że ci dwaj rywalizują ze sobą.

— Spokój — uciszył ich. — Jutro wezwiemy ich przed nasze oblicze i będziemy słuchać. Zwonimirze, usiądź, jedz i pij. Sprawiłeś się nadzwyczajnie. Odpoczniesz i znów ruszysz na pogranicze, skoro, jak słyszę, taki ruch w dolinie Popradu.

— Muzyka? — zapytał Mikołaj i już unosił rękę, by dać znak grajkom.

— Lepiej wino — westchnął Wilhelm de Machaut i znów w sukurs przyszli mu goście.

— Libos i Hynek! — zawołał siedzący najbliżej wejścia Beneš.

Ręka księcia Mikołaja opadła, muzycy wzięli to za znak, zadęli w piszczałki, gospodarz zamachał zniecierpliwiony i nierówno zamilkli. Podczaszy tym razem był szybki, czekał z dwoma kielichami w pogotowiu.

— Co przynosicie, druhowie moi? — zapytał ich wesoło Jan, z zadowoleniem patrząc na ich nieogolone twarze i ciężkie od błota płaszcze.

— Rozbiliśmy obóz i szykujemy się do oblężenia — oznajmił Hynek.

— Gdzie? — spytał Jan, łowiąc paniczne spojrzenie gospodarza.

— Miasto srebra i ołowiu — odpowiedział Libos i jego duże usta rozciągnęły się w uśmiechu.

To w niczym nie uspokoiło księcia Mikołaja. Na Śląsku niejedno takie — pomyślał rozbawiony Jan.

— Największy zamek w drodze do Krakowa — dorzucił Hynek, z trudem kryjąc tryumf. — Obóz, jak mówię, już gotowy. A piękny Sławków będzie twój, królu Janie!

— Potężna twierdza biskupów krakowskich — powiedział Libos z taką dumą, jakby sam ją budował.

— No to postawiliśmy czeską nogę w Małej Polsce — zarechotał Beneš.

Jan napił się wina, patrząc w oczy księcia Mikołaja. Do gospodarza dopiero w tej chwili dotarło, iż część wojsk Jana dawno przeszła przez jego księstwo, ba, przeszła i przez kolejne ziemie, księstw raciborskiego, cieszyńskiego, bytomskiego i jest już w granicach Małej Polski, że ten wielki obóz, jaki rozbili pod Opawą, miał odciągnąć uwagę wszystkich od szpicy, która poszła dalej. I, czego być może Mikołaj się jeszcze nie domyślał, manewr ten miał sprawdzić zachowanie przyszłych sojuszników, władców tychże księstw, których nazwy Jan z takąż łatwością zapamiętywał, co mylił.

— Czy napotkaliście w drodze jakieś przeszkody? — spytał Jan.

— Żadnych, królu — odpowiedział Libos i sięgnął po podany przez podczaszego kielich. — To będzie udana wojna.

— I szybka! — dorzucił Hynek, wychylając kielich równie prędko jak wcześniej Zwonimir.

— To na co czekamy? — rozochocił się Beneš.

— Na bombardę, która rozkruszy mury Wawelu, mój druhu — odpowiedział Jan i mruknął do Wilhelma de Machaut: — Idź spać albo zatkaj uszy. Moi Czesi muszą się dzisiaj zabawić. — Po czym dał znać księciu Mikołajowi, by pozwolił grać muzykantom. I jego podczaszemu, by do biesiadnej podano więcej opawskiego piwa.

— Wyważyliśmy wrota do Małej Polski! — wzniósł tryumfalny toast król.

JANISŁAW arcybiskup gnieźnieński nie uległ Jemiole, która chciała, by rozmowy odbyły się przy łożu chorego Kazimierza. Nie uległ także królowi, gdy ten życzył sobie prowadzić je w sali tronowej. Krążył po Wawelu przez całe przedpołudnie i wreszcie zdecydował, że spotkanie odbędzie się na zamkowej wieży. Jemioła olśniła go zieloną suknią uszytą na wzór dworski; takiej jej nigdy nie widział. Onieśmieliła wytworną bladością policzków, naszyjnikiem z jantarowych paciorków, które połyskiwały, niepokojąco odbijając płomienie pochodni. Król za to był jawnie udręczony, na jego czole i skroniach pogłębiły się zmarszczki i bruzdy. Siwe włosy przytrzymywała mu prosta, skórzana przepaska, ramiona mocno osłaniał wilczym futrem. Wydawał się nieobecny myślami i to był niedobry znak dla rozmów, które mieli odbyć.

Służba upewniła się, że niczego im nie brak, i zostawiła samych. Wiatr ustał, w powietrzu unosiły się obłoczki pary z ich oddechów.

— Królu, Matko Jemioło — zaczął arcybiskup.

— Co będzie z Kazimierzem? — nerwowo przerwał mu Władysław. — Leczysz go, pani, od trzech tygodni i ciągle „bez zmian”.

— Zatruwany był o wiele dłużej — odpowiedziała spokojnie Jemioła.

— Kto go truł? — natarł Władysław, z trudem panując nad emocjami.

Jemioła nie odpowiedziała, król zapalczywie zrobił krok w jej stronę.

— Krzyżacy? Czesi? Może Brandenburczycy? Albo któryś z piastowskich książąt, czy ty wiesz, ilu mam wrogów?