Niewidzialna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niewidzialna korona
Niewidzialna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Niewidzialna korona
Niewidzialna korona
Niewidzialna korona
Audiobook
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dwa miecze...

Dwie korony...

Jedno królestwo.

„Królestwo to dar święty, którego strata kosztowała nas wiele łez i krwi. Bóg dał koronę pierwszemu królowi, lecz królestwo rozbiliśmy sami, gdy brat stanął przeciw bratu z mieczem w dłoni i życzeniem śmierci na ustach. Ale oto za nami zostaje czas głuchych lat, dwustu z górą lat, podzielonego narodu. Dzisiaj bowiem dobiega końca klątwa Wielkiego Rozbicia! Starsza Polska i Pomorze już się połączyły. Oto Bóg dał nam władcę, na którego czekaliśmy!

Królestwo bez króla jest łodzią bez sternika rzuconą na sztorm; jest koniem bez jeźdźca, mieczem bez dłoni zdolnej nim władać! Ale królestwo to coś więcej niż król!".

Mowa arcybiskupa Jakuba II

w dniu królewskiej koronacji Przemysła II

Gniezno, 26 czerwca 1295 roku

1296

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZEMYSŁ II leżał na dębowej ławie. Z jego rozrzuconych włosów ściekała brudna woda, kropla za kroplą kapiąc na nierówne kamienie posadzki. Przykryte płaszczem ciało króla rozmarzało. Sześć solidnych pochodni dawało sporo ciepła. Ich chwiejne światło budziło niespokojną grę cieni na ścianach. Suche źrenice Przemysła utkwione były w sklepieniu kaplicy. Wokół ławy krzątało się dwóch joannitów. Czarne habity z białymi krzyżami sprawiały, że rycerze zakonni wydawali się identyczni, niczym rodzeni bracia. Jednak gdy się prostowali, widać było, iż jeden z nich jest wysoki i ma nienaturalnie obniżone ramię. Drugi zaś, niższy, wydawał się pod płaszczem skrywać sylwetkę zapaśnika. W głębi kaplicy posługacz przelewał wodę z cebra do miski; najwyraźniej była ciepła, bo uniósł się nad nią siwy kłąb pary. Nieco z boku, przy pulpicie, stał czwarty mężczyzna. Królewski notariusz Tylon.

— Więcej światła — zażądał suchym głosem, rozkładając na pulpicie pergamin.

Jeden z joannitów syknął na sługę, bo ten nie zareagował na polecenie.

— Nie słyszałeś, czego życzy sobie królewski notariusz?

Sługa bezszelestnie odstawił miskę i przyniósł lampę oliwną. Stawiając ją na pulpicie, schylił się nisko, tak że przed Tylonem zamajaczyła na chwilę szczecina jego szarej, sztywnej czupryny. Tylon kiwnął głową i w chwiejnym blasku lampy rozprostował arkusz pergaminu.

— Możemy zaczynać — powiedział do joannitów, wprawnym ruchem nabierając w calamus pióra inkaustu. „Oględziny ciała króla Przemysła II po morderstwie..." — zapisał i nagle odłożył pióro, podnosząc oczy na braci zakonnych. — Czy arcybiskup Jakub odebrał od was przysięgę? — spytał.

— Wstępując w szeregi Zakonu Świętego Jana, każdy z nas przysięga na jego przenajświętszą głowę. Innych przysiąg składać nam nie wolno — odpowiedział wyższy z braci, poruszając krzywym ramieniem.

— Rozumiem, ale to sytuacja nadzwyczajna. — Tylon zawiesił głos, wsłuchując się w echo słów odbijających się od kamiennych ścian kaplicy. — Mamy do czynienia z królobójstwem. Zamachem na najświętszą osobę Królestwa. — Znów przeszedł go dreszcz, gdy kamienie odbiły jego słowa. Zacisnął szczęki i już nie powiedział, ale pomyślał: Mamy pusty tron, brak dziedzica korony i kraj otoczony przez wrogów.

— Joannici nie są poddanymi króla — grzecznie wtrącił zakonnik.

— Lecz korzystają z jego gościnności — nieustępliwie nacisnął Tylon.

Przez chwilę zapanowała złowroga cisza.

— Każdy brat szpitalnik służy potrzebującym w pierwszej i ostatniej potrzebie w myśl jednej zakonnej przysięgi — dodał pospiesznie drugi z joannitów.

Tylon popatrzył na jednego, potem na drugiego i pokiwał głową.

— Przyjąłem do wiadomości. Wasze imiona? — spytał.

— Wolfram i Pecold — odpowiedział za obu ten wyższy.

Czubek pióra Tylona szybko zaskrzypiał na pergaminie. „Bracia szpitalnicy z pogorzelickiej komandorii Zakonu Świętego Jana, Wolfram i Pecold, w myśl reguły swego zgromadzenia zobowiązują się do zachowania całkowitej tajemnicy z oględzin ciała zamordowanego króla Przemysła II. Jednocześnie zobowiązują się, że w czasie dokonywania czynności użyją pełni swej wiedzy i nie zatają żadnego, nawet najdrobniejszego faktu związanego z oględzinami". Tylon odłożył pióro i odczytał powyższe, po czym dodał:

— To nie jest przysięga. To zobowiązanie. Możecie je podjąć, nie narażając własnych ślubów.

— Pan notariusz zawsze taki skrupulatny?

— Zawsze — potwierdził Tylon i lekko wzruszył ramionami.

— Możemy — zgodził się ze zniecierpliwieniem ten niższy. — Skończmy te formalności, bo ciało rozmarza i jeszcze trochę, a nawet przy „pełni swej wiedzy" niewiele panu notariuszowi powiemy. Ja, Pecold...

— I ja, Wolfram...

— ...zobowiązujemy się do zachowania tajemnicy o każdej ze spraw, jakie ujawnione zostaną podczas oględzin.

— W imię Boże, zaczynajcie, bracia joannici!

Pecold i Wolfram jak na komendę unieśli płaszcz przykrywający ciało zamordowanego króla.

JAKUB ŚWINKA, arcybiskup gnieźnieński, przyglądał się twarzom zebranych. Królowa Małgorzata. Wojewoda poznański Beniamin Zaremba. Kanclerz Andrzej Zaremba. Biskup poznański Jan Gerbicz. Wojewoda gnieźnieński Mikołaj Łodzia. Spotkali się wszyscy w Okrągłej Sali poznańskiego zamku, przy stole, przy którym jeszcze miesiąc temu obradowała Mała Rada Królestwa. Wysokie krzesło, zwykle zajmowane przez Przemysła II, stało puste. Puste i okryte kirem. W srebrnych lichtarzach płonęły czarne żałobne świece. Barwny gobelin przedstawiający opowieść o królu Arturze pospiesznie zdjęto ze ścian, a jego miejsce zajęła czarna i niczym niezdobiona wełniana materia. Jedyną jasną plamą w pomieszczeniu był biały orzeł na purpurowej chorągwi Królestwa. Ale ta purpura raziła oczy Jakuba Świnki, nazbyt oczywiście kojarząc mu się z krwią Przemysła. Nie, nie tylko orzeł był biały. Trupio biała była twarz królowej Małgorzaty. Jakub widział, że trzęsą jej się dłonie, że kryje ich konwulsyjny ruch pod stołem. Widział, iż ma zsiniałe usta, podpuchnięte od płaczu oczy. Widział, że nie może utrzymać głowy, opuszcza ją nisko, porusza podbródkiem i znów unosi. Widział też, że wstydzi się swej niebieskiej sukni; okryła pyszną barwę jedwabiu czarnym płaszczem, który wyglądał jak pożyczony od prostej dwórki. Biedaczka — pomyślał — nie ma żałobnej sukni. Niegotowa była na jego śmierć, niegotowa, jak my wszyscy. Boi się losu królowej wdowy. Dlaczego się lęka? Nie była tak ukochaną panią, jak świętej pamięci Rikissa, ale nikt tu jej nie ukrzywdzi.

— ...gońcy ruszyli niezwłocznie. Wojewoda pomorski powinien być w Poznaniu jutro — dotarł do niego głos kanclerza.

Choć arcybiskupowi, jako najwyższemu godnością, powierzono pierwsze krzesło, obok pustego, królewskiego, to kanclerz Andrzej Zaremba prowadził spotkanie. Robił to wprawnie i zręcznie, jak zawsze. Jakub Świnka był mu wdzięczny. On sam jeszcze nie czuł się na siłach, by zabrać głos. Zerknął na obecnych: wojewoda poznański Beniamin Zaremba, bliski krewny kanclerza. Jego opanowanie i spokój były w Starszej Polsce legendarne. Zasługi też. Teraz siedzi, opierając czoło o dłoń, zgięte ramię zasłania mu twarz. Oj, tak — pomyślał Jakub — wojewoda szanował króla. Choć jego ród — arcybiskup pamiętał o tym nazbyt dobrze — jako jedyny otwarcie wystąpił przeciw Przemysłowi. To było jednak tak dawno, tak dawno temu. Król przecież oczyścił Beniamina z zarzutów i przywrócił mu urząd wojewody. A syn Beniamina, Michał? Ten Michał, zwany Południowym Wichrem, był najbliższym przyjacielem króla. No tak — skonstatował Jakub — i jedynym, który przeżył rogozińskie piekło. Wojewoda jest jednak człowiekiem wrażliwym i nie cieszy się przecież, że jego syn wyszedł cało z opresji, w której poległ król i kwiat jego rycerstwa — westchnął w duchu arcybiskup. — Zwłaszcza że stracili tam tego młodego, jak go wołali? Wawrzyniec. Wawrzyniec Zaremba. Straszna sprawa. Ponoć znaleźli chłopaka z odrąbaną głową. To musi być cios dla Zarembów. Odrąbana głowa. Któż jest zdolny do takich czynów? Czy sam Szatan odprawiał te piekielne zapusty w Rogoźnie?

— Jakubie Świnko!

Arcybiskup wybił się z ponurego toku myśli, nagle unosząc głowę.

— Słucham? — spytał, mrugając i patrząc na Andrzeja Zarembę.

Ten jednak wyglądał na zaskoczonego nagłym odezwaniem się arcybiskupa.

— Tak, Jakubie II? Zechcesz coś powiedzieć? — zapytał grzecznie kanclerz.

Arcybiskup zarumienił się i wymamrotał:

— Zdawało mi się, żeście mnie wzywali. Wybaczcie, panowie, królowo. Zamyśliłem się. Kontynuuj, kanclerzu, kontynuuj.

W duchu skarcił się po dwakroć. Raz, że skoro Pan upomniał go i to po raz pierwszy w życiu publicznie, po raz pierwszy, odkąd Pan zaczął do Jakuba przemawiać, to znak, że tok jego myśli musiał zabrnąć w wyjątkowo grzeszną stronę. A dwa, że zamiast uczestniczyć jako najwyższy godnością w tej najtrudniejszej z Rad, błądzi myślami po opłotkach. Co z tego, Jakubie Świnko — mówił sam do siebie gniewnie — że bolejesz i myśli zebrać nie możesz? Oni wszyscy tu obecni, boleją. Małgorzata straciła męża. Kraj króla. A ty biadolisz nad sobą, żeś niegotów. Weź się w garść i to już — upomniał się.

— Bene, Jakubie, bene! — arcybiskup usłyszał głos i był na tyle przytomny, że nie pytał zebranych, kto mówi. Wiedział.

Odchrząknął, wstał i powiedział:

— To bardzo słuszne, kanclerzu, że notariusz Tylon i znani z doświadczenia bracia joannici zajęli się ciałem króla. Równie oczywiste jest, iż powierzono śledztwo tak wprawnemu sędziemu jak wielebny Gniew. I właściwym tokiem postępowania było wysłanie gońców do wojewody pomorskiego Święcy z żądaniem natychmiastowego przybycia. To działania ważne i prawidłowe. Ale, choć wszyscy jesteśmy pogrążeni w żałobie i wstrząśnięci po śmierci króla, to dzisiaj musimy zadbać o jego tron.

 

— Nie mamy dziedzica — odpowiedział kanclerz, stwierdzając fakt znany wszystkim obecnym.

— To wiemy nie od dziś. Król Przemysł już przed laty obawiał się braku następcy tronu. Jest ten nieszczęsny układ, którego nie zdążył anulować, choć jak niektórzy z was wiedzą, chciał to uczynić niebawem.

Kanclerz Zaremba ściągnął brwi.

— Anulować?

— Owszem — potwierdził arcybiskup.

— Czy masz na myśli, arcybiskupie, układ o dziedziczeniu Starszej Polski przez księcia głogowskiego Henryka? Ja nic nie wiedziałem o tym, by król chciał cofnąć to postanowienie. A jestem przecież kanclerzem! Czy ktoś z zebranych tutaj wiedział? — Andrzej Zaremba był niepomiernie i chyba niemile zdziwiony.

— Ja — powtórzył stanowczo Jakub.

— I ja — potwierdził wojewoda gnieźnieński.

— I ja — cicho dodała królowa.

— Pierwsze słyszę — sucho skonstatował kanclerz. — A ty, Beniaminie? — wyrwał z zamyślenia swego rodowca, wojewodę poznańskiego.

— Mnie się król z takiego zamysłu nie zwierzył, ale może mój syn, Michał...

— Wybacz, wojewodo, ale twój syn, jako jedyny świadek zdarzeń związanych ze śmiercią króla, przebywa teraz w odosobnieniu — powiedział Jakub, dziwiąc się, że w jego głosie nie słychać współczucia, choć z całego serca współczuł Beniaminowi. — Wolą króla było nie czynić głogowskiego księcia dziedzicem.

— Czy ktoś wie, dlaczego? — ostro zapytał kanclerz.

— Nie jest tajemnicą, że przyjaźń Przemysła i Głogowczyka mocno zetlała. To, co książę Głogowa zrobił śląskiemu szwagrowi króla, też nie było bez znaczenia... — rozłożył ramiona Jakub Świnka.

— Nie mieszajmy do tego szwagra — zanegował kanclerz. — Bo jak przypomnimy, co ten śląski szwagier zrobił wcześniej...

— Dobrze, dobrze! Najważniejsze jest to, że po małżeństwie z naszą kochaną Jadwinią i po udanej współpracy przeciw królowi Czech, Václavowi II, zwłaszcza zaś po nieugiętej postawie wobec obrony Krakowa przed czeskim zaborem, to książę kujawski Władysław wydawał się królowi najbliższym i najpoważniejszym kandydatem na swego następcę — odparł Jakub Świnka.

— Władysław? — po raz pierwszy tego dnia odezwał się biskup poznański. — Ten książę Władysław?

— Karzeł? — wprost sformułował istotę wątpliwości kanclerz.

— Nie karzeł. Po prostu niewysoki mężczyzna — zaprzeczył Jakub Świnka. — Przypominam, iż Władysław ma skończone trzydzieści sześć lat, jest mężem naszej ukochanej księżniczki Jadwigi, najbliższej stryjecznej siostry Przemysła.

— Która w dodatku spodziewa się dziecka — mruknął Beniamin Zaremba, pocierając czoło. — I to, jak mówią, na dniach ma rodzić.

— Właśnie — pokiwał głową arcybiskup. — Ma rodzić.

Andrzej Zaremba ze złością powiedział:

— Czy naprawdę wyobrażacie sobie, że rycerstwo Starszej Polski wezwie na tron karła?

— Upominam cię, kanclerzu! — surowo skarcił go Jakub Świnka. — Nie karła. Księcia Władysława. Zresztą on ostatnio urósł. Wydaje mi się, że urósł.

— Dorośli mężczyźni nie rosną — mruknął cicho kanclerz, a głośno dodał, rozkładając ręce: — Jeśli panowie Starszej Polski zechcą, ich wola. Najważniejsze, by tron nie stał pusty. By nie kusił nieprzyjaciół naszych. A co z królewną Rikissą? Jedyna córka Przemysła ma skończone siedem lat, to nieco za mało, by wydawać ją za mąż. Jednak powinniśmy i o jej przyszłości zdecydować szybko. Czy król pozostawił w tej kwestii jakieś rozporządzenia, o których nie wie jego kanclerz?

— Niepotrzebnie się unosisz, Andrzeju — próbował uspokoić urażoną ambicję Zaremby Jan Gerbicz, biskup poznański.

Gdy Gerbicz uspokaja Zarembę, to jakby rzucać słomę do ognia — przemknęło przez myśl Jakubowi Śwince. — Kanclerz nie może wybaczyć Gerbiczowi, że to jego kapituła katedralna obwołała biskupem.

— Niepotrzebnie? — Kanclerz poczerwieniał. — Martwię się o los Królestwa, a ty mówisz, że to niepotrzebne?

— Nie zrozumiałeś, Andrzeju. Ale ty w gniewie potrafisz być taki popędliwy — głos biskupa Jana był za to ostentacyjnie spokojny.

— Tak — odezwała się cicho królowa Małgorzata.

Nikt jej nie usłyszał, bo kanclerz właśnie zerwał się z miejsca, przewracając z hukiem krzesło. Zapanował tumult. Słudzy skoczyli podnieść krzesło. Jan Gerbicz perorował, udając męża opatrznościowego, w sposób tak obrzydliwie spokojny, że Zaremba kipiał gniewem. Wojewoda gnieźnieński zaś usiłował poruszyć wojewodę poznańskiego, szarpiąc go za łokieć i powtarzając w kółko:

— Beniaminie, zrób coś, no zrób coś...

Jakub Świnka nawet jeszcze nie zdążył pomyśleć, że nikt nie powinien targać Beniamina Zaremby, gdy ten wstał od stołu i ryknął:

— Panowie! Król zamordowany. Tron pusty. Wróg być może gna do naszych granic z zachodu i południa, a wy kłócicie się jak przekupki z jatek mięsnych? Czy tak zachowują się pierwsi ludzie Królestwa?

Zapanowała cisza. Kompletna cisza. I wtedy królowa Małgorzata odezwała się po raz drugi:

— Mój mąż przed wyjazdem do Rogoźna potwierdził zaręczyny swej córki Rikissy z moim bratem Ottonem, margrabią brandenburskim.

KAPŁANI TRZYGŁOWA byli gotowi. W głębokiej puszczy położonej w widłach Noteci i Warty, na uroczysku opodal Sowiej Góry czekali na Dębinę. Gdyby zaczęli bez niej, kobieta, którą wszyscy uznawali za najważniejszą z matek Starej Krwi, mogłaby podważyć wartość ich przesłania. To się zresztą zdarzało w przeszłości. Widzieli wysoką sylwetkę górującą nad otaczającymi ją kobietami. Węzły warkoczy i okrywający ramiona płaszcz z ptasich piór. Wreszcie ruszyła ku nim i stanęli naprzeciw siebie. Trzej siwobrodzi starcy i wyższa od nich siwowłosa kobieta.

— Matko. — Mężczyźni wyciągnęli dłonie na powitanie.

— Ojcowie. — Skinęła głową, i patrząc im kolejno w oczy, stwierdziła bez ogródek: — On nie żyje. Czy Trzygłów jest już syty piastowskiej krwi?

Jak dobrze, że kapłani nie muszą żyć z kobietami — pomyślał najstarszy z nich, a głośno zaprzeczył:

— To nie my.

— Czyżby? — Zmrużyła jasne oczy Dębina. — Przecież to waszymi ustami Trzygłów wołał o krew Piastów.

— Mylisz się. Trzygłów kazał nam powołać do życia Dziedzica Starej Krwi.

— Przez to zginęła jego pierwsza żona — natychmiast odparowała Dębina. — Obudźcie się. Nawet jeśli przyszło nam żyć w świecie, który stał się wrogi, to nie znaczy, że mamy być przeciwko wszystkim! Wykrzykujecie swoje wojownicze proroctwa i co z tego wynika? Nic. Krew woła o krew.

— Jesteśmy ustami boga o trzech twarzach. Mówimy tylko to, co szepce nam On. Słowo w słowo — wyniośle odpowiedział najstarszy.

— A może niewłaściwie interpretujecie jego słowa? — W głosie Dębiny niespodziewanie zadźwięczała miękkość. — Każdy ma prawo się mylić.

— Nie Trzygłów. Każde z jego obliczy patrzy w dal i widzi to, co przed nami ukryte.

— Jak nigdy potrzebna nam teraz jedność. Ale przyjmijcie do wiadomości, Ojcowie, że kobiety Starej Krwi są przeciwne jej rozlewowi.

Dębina nie skinęła im głową. Odwróciła się i odeszła, bosymi stopami rozgniatając śnieg.

Na polanie narastała nerwowość. Mężczyźni i kobiety stali osobno. One skupiły się z boku wokół ogniska i raz po raz zerkały w stronę wielkiego, bezlistnego o tej porze dębu, pod którego konarami Ojcowie rozmawiali z Dębiną. Mężczyźni składali broń na skraju polany, by być gotowi na obrzęd. Odgarniali długie włosy, spoglądając na krzątające się wokół ognia kobiety. Ich proste zielone suknie odbijały się na śniegu niczym pierwszy znak wiosny. Dębina doszła do ogniska i zajęła miejsce na wyplecionym z gałęzi siedzisku. Natychmiast pochyliła się ku niej dziewczyna o włosach w kolorze orzechów buczyny.

— Przyznali się? — zapytała szeptem.

— To nie oni zabili Piasta — równie cicho odpowiedziała Dębina. — Nie chcę ci nic radzić, Jemioło, ale...

— Wiem, wiem. Radziłaś mi przed dwudziestu laty...

Dębina westchnęła ciężko i przyciągnęła Jemiołę ku sobie.

— I wtedy też spóźniłam się z radą. Teraz mogę tylko dać ci ziół, które uśmierzają smutek.

— Nie trzeba. Radzę sobie, choć wiedz, że nie jest mi wszystko jedno, z czyjej ręki zginął Przemysł... — Jemioła umilkła, bo Ojcowie właśnie podeszli do pokrytego lodem pnia starego dębu, równocześnie wyciągnęli w górę ramiona i dotknęli palcami zamarzniętej kory.

— Niech przemówią korzenie ukryte w skutej lodem ziemi! — krzyknął pierwszy.

— Niech przemówi pień! — zawołał suchym głosem drugi.

— Niech odpowie korona, która wznosi się i widzi, co ludziom niedosięgłeee! — zawył trzeci.

Z głębi otaczającej dąb polany dał się słyszeć świst kościanych piszczałek. Młodzi chłopcy, rytmicznie przeskakując z nogi na nogę, dmuchali w nie, aż poczerwieniały im policzki. Rytm szybko udzielał się tłumowi mężczyzn stojących już w półkolu przy drzewie. Po chwili wszyscy tańczyli, skacząc w miejscu i skandując:

— Niech przemówią! Niech przemówią! Niech po trzykroć przemówią!

Stojące wokół Dębiny kobiety spokojnie patrzyły na tańczących mężczyzn.

— Niech przemówią! Niech przemówią! — niemal wyli skaczący, ale żaden z kapłanów nie odrywał dłoni od drzewa.

Dębina uniosła głowę, patrząc gdzieś daleko. Zmrużyła jasne oczy, jakby dostrzegła na zimowym niebie coś niewidzialnego dla reszty. Jemioła spytała niespokojnie:

— Co takiego, Matko?

Siwowłosa uniosła brew.

— Nadciąga burza śnieżna.

— Kapłani zdążą? — spytała dziewczyna, wskazując głową na starców.

Dębina odpowiedziała lekceważąco:

— Gdyby ci chłopcy tak nie jazgotali na piszczałkach, może kapłani usłyszeliby daleki pomruk nawałnicy. — Wzruszyła szerokimi ramionami. — Ale oni lubią, jak się robi wokół nich zgiełk. Zresztą, czy to pierwszy raz, Jemioło?

Dziewczyna nie odpowiedziała, bo w tej samej chwili kapłani Starej Krwi oderwali dłonie od drzewa. Piszczałki umilkły. Kilku mężczyzn pochłoniętych ekstatycznym tańcem wciąż jeszcze podskakiwało na śniegu, wydając odgłos głuchych tąpnięć. Ale na głos kapłanów zastygli w bezruchu.

— Śmierć. Nadchodzą wojownicy Umarłego! — krzyknął pierwszy starzec, schylając nisko głowę ku korzeniom dębu. — Trzygłów każe wzmocnić krew i zbroić się!

Drugi kapłan uderzał czołem w pień drzewa i skandował:

— Zakuci w żelazo — zimni jak stal — bezwzględni jak — wezbrana powodzią toń! Trzygłów każe wzmocnić krew i zbroić się!

Trzeci ze starców, unosząc ramiona ku koronie bezlistnego dębu, płaczliwie wył:

— Przybędą, śpiewając pieśniii... w umarłym języku... wataha za wataaahą... na koniach okrytych żelazem... z nagimi mieczami w rękuuu... z krzyżem Umarłego na płaszczach... podłożą pod święte gaje ogień, aż kraj zasnuje dym... — Opadł na kolana, jego palce konwulsyjnie drapały udeptany śnieg.

Na polanie zaległa głucha cisza. Ostatni z kapłanów wciąż szeptał:

— Zapanuje noc w biały dzień... płacz dzieci branych w niewolę... na sznur... Trzygłów każe nam... — nie dokończył i skulił się.

Chłopcy przycisnęli kościane piszczałki do piersi i powtórzyli szept starca:

— ...noc w biały dzień... płacz dzieci branych na sznur...

Dwaj pierwsi kapłani chwycili trzeciego pod ramionami i unieśli w górę, odwracając się wreszcie twarzami do ludzi. Kobiety stojące przy ogniu jęknęły, widząc twarze starców. Mężczyźni zawyli, a zaraz po tym zaczęli skandować za kapłanami:

— Wzmocnić krew i zbroić się! I zbroić się! I zbroić się!

Świsnęły kościane piszczałki. Mimo to przez ich wysoki przenikliwy dźwięk przebił się odgłos dalekiego grzmotu. Dębina wstała gwałtownie od ognia.

— Zbierać się — powiedziała do kobiet w zielonych sukniach.

One jednak nie drgnęły, jedna z drugą wpatrywały się w kapłanów Trzygłowa.

Twarze starców pokryte były cienką warstwą lodu.

JAKUB ŚWINKA, arcybiskup gnieźnieński, słabym głosem poprosił o wodę. Kanclerz Andrzej Zaremba, który jeszcze przed chwilą poczerwieniały od gniewu grzmiał na Jana Gerbicza, biskupa poznańskiego, opadł na podsunięte mu przez sługę krzesło i wyjęczał:

— Dla mnie wino...

— Jest Wielki Post — skonstatował Gerbicz i złapał wściekłe spojrzenie przekrwionych oczu kanclerza.

— Więc wody! Wody dajcie!

 

Przez chwilę słychać było przełykanie. Choć każdy z obecnych tu mężczyzn po oświadczeniu królowej Małgorzaty mógłby raczej lać sobie tę wodę na łeb. Potrzebowali otrzeźwieć. Pierwszy uspokoił się Jakub Świnka. A przynajmniej bardzo pragnął się uspokoić.

— Królowo — zaczął oficjalnie, tłumiąc poruszenie i panując nad każdym słowem — owszem, pięć lat temu, gdy królewna Rikissa była trzyletnią dziewczynką i gdy żyła jeszcze jej nieodżałowana matka, księżna nasza Rikissa Valdemarsdotter, był projekt połączenia rodu askańskiego z piastowskim poprzez takowy mariaż. Ale gdy dobry Bóg zabrał nam umiłowaną księżnę Rikissę matkę i ty, pani, zajęłaś jej miejsce u boku Przemysła, nikt do tamtej sprawy nie wracał, bowiem dynastyczny plan złączenia Askańczyków i Piastów dokonał się poprzez wasze małżeństwo. Jakżeby nagle sprawa ta miała wypłynąć? Z jakiego to powodu? I wreszcie najważniejsze: czy masz jakikolwiek dowód na to, coś nam przed chwilą wyjawiła?

— Mam świadków... — słabym głosem powiedziała Małgorzata. — Król swą wolę oznajmił w obecności... — oddychała ciężko, z wyraźnym trudem — ...świadków.

— Jakich świadków? — przerwał jej niegrzecznie kanclerz.

Małgorzata nie podniosła oczu.

— Jego przybocznych druhów, panów Lasoty, Boguszy i Nałęcza...

— Zatem nie masz świadków, królowo! — gwałtownie krzyknął kanclerz. — Wszyscy oni nie żyją. Zginęli wraz z królem w Rogoźnie.

— Dlaczego mój syn, czwarty z przybocznych, nie był świadkiem tego wydarzenia? — trzeźwo zapytał Beniamin.

— Nie wiem, wojewodo... Przemysł zdaje się wysłał pańskiego syna po kanclerza, po pana Andrzeja Zarembę... Nie pytałam, ale... To było przed samym wyjazdem... Wszyscy Zarembowie poza Michałem wyjechali z Poznania... nawet moja dwórka Zbysława Zarembówna... Król chciał, by kanclerz obecny był przy tym oświadczeniu, ale nie mógł go znaleźć, posłał Michała... — Królowa mówiła cicho, każde słowo sprawiało jej wyraźny ból. — Ja rozumiem, że przyboczni nie żyją, nie mogą potwierdzić, ale było z nami przecież poselstwo zaręczynowe od mego ojca.

— Poselstwo? — nie wytrzymał już nawet Jakub Świnka. — Na Boga w niebiosach, królowo! W Poznaniu było poselstwo obcego władcy, a my nic o tym nie wiemy?

Małgorzata uniosła zaczerwienione oczy na Jakuba i powiedziała nieco mocniejszym głosem:

— To było dzień przed wyjazdem mego męża do Rogoźna.

— Ach, tak. Ja byłem w Gnieźnie — oprzytomniał Jakub Świnka. — Wojewoda Mikołaj też.

— Prawda — przypomniał sobie Mikołaj Łodzia — spotkaliśmy się przed radą kapituły katedralnej.

— Ja? Tak, ja byłem w Jarocinie u Sędziwoja Zaremby — niechętnie przyznał Andrzej Zaremba. — Król w związku ze swym wyjazdem na zapusty do Rogoźna ogłosił świąteczną przerwę w pracach kancelarii...

— Ja spotkałem się z kanonikami kolegiaty w Głuszynie — oświadczył biskup poznański Gerbicz. — A ty, wojewodo poznański, gdzieś wtedy był?

— W drodze do Jarocina — cicho odpowiedział Beniamin Zaremba.

— Czyli odbywał się zjazd rodzinny Zarembów? — chciał uściślić Jakub, lecz przerwał mu Andrzej Zaremba, nacierając na rodowca:

— Aleś do nas nie dotarł, wojewodo.

— Koń mi się poślizgnął na lodzie — odpowiedział Beniamin, ponuro patrząc na Andrzeja. Ten spuścił wzrok.

Jakub Świnka odnotował to wszystko w swej przepastnej pamięci i natychmiast przerwał rozmowę, która niepotrzebnie odbiegała od meritum problemu. Wielkiego problemu.

— Dobrze, królowo. Masz rację, iż żadnego z nas nie mogło przy tym być. Ale to wciąż nie wyjaśnia problematycznej kwestii: dlaczego król podjął tak ważną decyzję w, nazwijmy rzecz po imieniu, pośpiechu?

— Mój ojciec, margrabia Albrecht III, jest niezdrów, bardzo poważnie choruje. Chciał ostatecznie uregulować sprawy małżeńskie syna na wypadek, gdyby dobry Bóg raczył wezwać go ku sobie... —

Małgorzata mówiła szybko, cicho, lecz coraz pewniej. — Nie zdążyłam dodać, że prócz poselstwa, które wróciło do Brandenburgii z radosną wiadomością, świadkiem tego była sama mała królewna, Rikissa.

Zapanowała cisza. Małgorzata wyciągnęła rękę po kielich z wodą, ale cofnęła ją, jakby się bała w tej ciszy coś przełknąć. I miała rację. Pierwszy wybuchnął dotychczas raczej opanowany wojewoda gnieźnieński.

— Chryste Panie! — krzyknął. — Więc to poselstwo od razu poszło w świat?

Małgorzata pokiwała głową i jednak poprosiła o wodę. Upiła drobny łyk z kielicha.

— Pani! — zawołał kanclerz. — Czy jest jakiś powód, o którym ty wiesz, a my nie wiemy, by Przemysł, by król, którego znaliśmy z roztropnych i wyważonych decyzji, podjął tę bez naszej rady?!

Królowa Małgorzata przez chwilę odważyła się na nich popatrzeć. Jej zaczerwienione od łez oczy na krótko spoczęły na każdym z nich, może na arcybiskupie Jakubie na dłużej. Wszyscy wstrzymali oddech. Nabrała powietrza i powiedziała:

— Nie.

Najpierw słychać było, jak odetchnęli głośno. Potem arcybiskup przesunął kilka razy po stole kielichem, aż w końcu powiedział powoli, zaciskając drobne palce na blacie masywnego stołu.

— Zatem, królowo, powiadasz, że król Polski, małżonek twój, przed wyjazdem do Rogoźna poświadczył zaręczyny swej jedynej córki, królewny Rikissy, z twym młodszym bratem, margrabią brandenburskim Ottonem...

— Tak — cicho potwierdziła Małgorzata.

— ...kandydatem do współrządzenia Marchią wraz z licznymi kuzynami i braćmi z askańskiej linii na Salzwedel w konkurencji do waszej drugiej linii, Askańczyków ze Stendal?

— Tak — jeszcze ciszej powiedziała królowa.

— Jaki jest jego dynastyczny numer? — dopytywał arcybiskup. — Przypomnij nam, królowo, bo owszem, bardzo dobrze pamiętamy Ottona V, zwanego Długim, głowę rodu na Salzwedel, tego, z którego ty, pani, masz zaszczyt pochodzić. I świetnie pamiętamy Ottona IV, zwanego Ottonem ze Strzałą, głowę rodu na Stendal. I jeszcze jest ten drapieżny siedemnastolatek, syn twej ciotki Mechtyldy i świętej pamięci księcia Barnima, przyszły dziedzic Zachodniego Pomorza, wraz z braćmi oczywiście. Ale wiemy także, iż imię Otto znaczy dla was, Askańczyków, tyle, co dla Piastów Bolesław. I wiemy również, iż synów w każdym rodzie u was pod dostatkiem, więc jaki, za wybaczeniem królowej, numer jej brata?

— Otto VIII.

— Aha. Otto VIII, margrabia brandenburski na Salzwedel, w kolejce rzecz jasna do tronu, ma być kandydatem na męża dla córki króla polskiego. Dobrze wszystko zrozumiałem? — powtórzył arcybiskup.

Małgorzata sprawiała wrażenie osoby, która może zemdleć. Cienie pod jej podpuchniętymi od płaczu oczami wydłużyły się, nadając dwudziestopięcioletniej królowej wygląd ciężko chorej kobiety. Nie miała siły unieść głowy, zresztą może i nie chciała odpowiadać na spojrzenia obecnych na posiedzeniu Rady mężczyzn. Wojewoda poznański Beniamin Zaremba, wojewoda gnieźnieński Mikołaj Łodzia, kanclerz Andrzej Zaremba, biskup poznański Jan Gerbicz i arcybiskup gnieźnieński Jakub Świnka wpatrywali się w nią, chcąc zrozumieć, dlaczego. Dlaczego król, nie konsultując się z nimi, zgodził się na ten mariaż dla ukochanej, by nie powiedzieć, ubóstwianej córki z poprzedniego małżeństwa. Dla swej jedynej dziedziczki. Jedynego dziecięcia, jakie miał szczęście w życiu się doczekać.

Pierwszy odezwał się kanclerz, mówiąc głośno to, o czym oni wszyscy myśleli.

— Wybacz, królowo, ale to co najmniej podejrzana decyzja.

— Nieracjonalna i wbrew racjom stanu — szybko dodał Beniamin — bo i po cóż król miałby się wiązać podwójnie z twoim rodem, królowo, mając przy boku ciebie? Czyżby podejrzewał, iż sojusz, jakim było małżeństwo z tobą, straci sens? Czyżby, wybacz, królowo, ale to Rada i musimy pewne rzeczy powiedzieć wprost: czyżby przewidywał swą śmierć i na jej wypadek chciał osłonić Królestwo kolejnym zabezpieczeniem układu z Brandenburgią?

— Słyszysz, królowo? — upewnił się Jakub Świnka. — I rozumiesz, jak to brzmi?

— Tak... — zbielałymi wargami potwierdziła Małgorzata.

— I wiesz o tym, iż takie posunięcie, podwójnie wywyższające margrabiów z linii na Salzwedel spowodowałoby nieuchronny konflikt z waszymi kuzynami, margrabiami na Stendal?

Pokiwała głową.

— Margrabiami na Stendal, którzy jakby tego wszystkiego było mało, są rodzonymi siostrzeńcami nieżyjącego króla Przemysła — ostro dobił Beniamin Zaremba. — Najbliższymi, męskimi krewnymi króla!