KrólowaTekst

Z serii: Harda #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Królowa
Królowa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Królowa
Królowa
Królowa
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elżbieta Cherezińska

Królowa


ISBN 978-83-65676-09-2


Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2016

All rights reserved Redakcja Bogusław Jusiak Opieka redakcyjna Tadeusz Zysk Tomasz Zysk Ilustracja oraz projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II

CZĘŚĆ III

Nawa królów

Od autorki

Podziękowania

Korony Rody Królestwa

Wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.

CZĘŚĆ I
Bitwa trzech królów
997–1000


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Noc, której skradziono księżyc, jest ponura i zimna. Mści się nierównymi podmuchami wiatru i falą zdradziecko zalewającą pokład. Jest bezkarna, świadoma, że nikt jej nie rozpozna. Plącze liny, szarpie żaglem, podpowiada zły kurs. Chude ramiona nocy zanurzają się w morskiej toni, szukając topielców i śniętych ryb. Przebiera w nich palcami, wyciągając z głębin to, co nie może ożyć, i to, co w słonej wodzie nie potrafi zgnić. Bezksiężycowa noc nie jest wybredna, spieszy się świadoma, że śledzi ją świt. Chce go zaskoczyć, strojąc pokład statku martwym połowem. Głuchym chlupnięciem wrzuca łup przez burtę i znika, by nie zastał jej zwiadowca poranka, brzask.

ASTRYDA przyglądała się drzemiącej Tyrze. Księżniczka spała z otwartymi ustami, pochrapując lekko. To wina wyciągu z maku, który jej podałam — pomyślała Astryda. — Albo ma zwykły katar. Nawet księżniczki miewają zapchany nos.

Morcar Żaba zadbał o wszelkie wygody, a w każdym razie o to, co tylko było możliwe na pokładzie kupieckiej łodzi. Miały namiot rozpięty między burtami, który chronił je przed wiatrem, słońcem i deszczem, a także przed ciekawskimi spojrzeniami załogi; ciepłe koce i prawie ciepłe posiłki. I wino, naprawdę dobre czerwone wino z zapasów kupca. Astryda sączyła je, czekając, aż Tyra się obudzi. Nie myślała o niej, myślała o sobie. O tym, że życie ciągle stawia ją naprzeciw Olava i zawsze nie w tym miejscu, co trzeba. Sądziła, iż nic gorszego niż sprowadzanie na świat jego syna już nie może jej spotkać. A jednak los ułożył kolejną strofę tej pieśni i teraz pomogła w porwaniu Tyry, by ta obca jej dziewczyna mogła zostać żoną Olava.

Ach, żeby to jeszcze była Świętosława. Jej słona siostra, tak ostra, tak zła. Dla Świętosławy mogłaby to zrobić z czystym sercem, ale stało się, zrobiła to wbrew niej. „Pani rodzi!” — słyszała krzyk służek, gdy niezaczepiana przez nikogo przemykała przez kuchnię dworzyska w Roskilde. Gdyby zamiast do samotni Tyry poszła do alkowy królowej… Gdyby złamała słowo… Nie, nie ona. Od urodzenia była zbyt dorosła. „Baw się z dziećmi” — mówił Dalwin, a ona patrzyła na dzieci krzywo. Hałasowały i gadały głupoty. Nie podobały jej się. Znacznie bardziej podobało jej się, gdy Mieszko mówił do niej: „Moja mądra córeczka Astryda”. Tak, była mądra. I co jej z tego przyszło?

Tyra otworzyła oczy.

— Gdzie jestem? — wyszeptała.

— Na łodzi.

Podniosła się z posłania i wsparła na ramieniu. Włosy zaplecione w trzy warkocze rozczochrał sen; kosmyki przy twarzy zwilgotniały od potu i skręcały się w drobne, spiralne loki. Potarła czoło i spuchnięte powieki.

— Na łodzi… — powtórzyła. — Więc się udało, tak?

— Tak. Chcesz wina?

— Dzisiaj jest piątek?

— Tak.

— Nie, dzisiaj nie mogę. W piątki piję tylko wodę.

— Jak sobie chcesz — odpowiedziała Astryda i wypiła kolejny łyk. — Mnie wino pomaga na chorobę morską.

Tyra zamrugała. Astryda nie znosiła kobiet trzepoczących rzęsami. Dziwiło ją, że mężczyźni nabierają się na ten prostacki gest.

— A więc ty jesteś mą wybawicielką — powiedziała Tyra. — Przepraszam cię najmocniej, ale z nerwów zapomniałam, jak ci na imię.

— Astryda.

— Astryda… — Tyra oprzytomniała i sięgnęła do mieszka przy pasku sukni. Pogrzebała w nim i wyjęła denara. — Siostra księcia Burizleifa, tak? — Spojrzała na imię jej brata wybite na monecie.

— Tak.

— Nie spodziewałam się, że misja pana Grettera przyniesie owoce tak szybko. Twój brat jest nader rzutkim władcą i będę mu dozgonnie wdzięczna, że wybawił mnie z drapieżnych pazurów Svena. Jestem niezwykle ciekawa mego przyszłego męża.

Co to za język? — pomyślała Astryda. — Czy ona zawsze tak gada?

— Opowiedz mi o mej siostrze — powiedziała, wychylając kolejny łyk wina.

— Siostrze? — zdziwiła się Tyra. — Ach, wybacz, pani! Gdzież ja mam rozum! Przecież królowa jest siostrą twoją i twego brata…

Co za cipa! — przebiegło przez głowę Astrydzie i natychmiast zrzuciła obelgę na karb wypitego wina. Dolała sobie szybko, bo kubek był pusty.

— Tak, poznałam waszą siostrę w kościele i dopiero tam ujrzałam jej prawdziwą naturę. Bo przed ludem jest taka władcza. Władcza i piękna. Ten potwór Sven zmuszał mnie, bym brała udział w jego ucztach, i wtedy widywałam królową z daleka. Ale ona… wybacz, Astrydo, na uroczystościach twa siostra była dla mnie tylko królową, odległą i obcą. Ona chodzi, prowadząc na smyczy dwa rysie, a przed nią taki potwór wielki i łysy, z pociętą twarzą, potem chłopak o spojrzeniu wilka, dalej straszny Jorun, druh Svena, i jego topornicy, którzy wykrzykują imię twej siostry „Sigrida Storråda”, choć mój brat chce, by zwano ją Gunhildą, ale to się na dworze nie przyjęło… Czy mogę prosić wody? — Tyra przerwała i oblizała spierzchnięte wargi.

— Proszę. — Astryda podała jej kubek.

Księżniczka przełknęła kilka łyków łapczywie, ale gdy zobaczyła, że Astryda przygląda się jej, natychmiast zaczęła pić powoli.

— Jesteś głodna, pani? — spytała Astryda.

— Być może, ale mówiłam ci, że w piątki poszczę. Jak się powinnam do ciebie zwracać? Skoro jesteś siostrą księcia Burizleifa i królowej Sigridy, to powinnam mówić do ciebie „księżniczko”?

— Nazywają mnie wolińską panią, to wystarczy. Miałaś opowiedzieć o mojej siostrze.

— Ach tak. Na czym skończyłam?

— Na imieniu, że mąż chciał ją nazwać Gunhildą.

— Paskudny pomysł. Dawna królowa Gunhild, wstyd to mówić, wszak była mą ciotką, parała się… wiesz czym? — Tyra zrobiła trwożliwy znak krzyża, spojrzała na Astrydę znacząco i wyszeptała najciszej, jak się dało: — Seidr, rozumiesz?

— Czarownica — skonstatowała Astryda.

— Tak. I zginęła jak wiedźma. Wrzucili ją w bagno. — Otrząsnęła się na samą myśl. — Nic dziwnego, że imię się nie przyjęło. Ludzie widzą, że twa siostra jest chrześcijańską królową, a wojowie Svena, którzy wraz z nim byli w Sigtunie, uznali, że przywieźli stamtąd Sigridę Storrådę i tak wolą ją zwać. Astrydo! — Tyra złapała ją nagle za rękę. — Czy królowa jest wtajemniczona w nasze plany? Sven będzie ją podejrzewał, wiedział, że utrzymujemy ze sobą dobre kontakty, spotykałyśmy się podczas nabożeństw…

— Nie, pani. Moja siostra nie ma o niczym pojęcia — odpowiedziała Astryda i nagle zrobiło jej się niedobrze.

Wstała i chwiejnym krokiem wyszła z namiotu. Musiała wychylić się przez burtę i zwymiotować. Wino ani nie pomogło jej na chorobę morską, ani nie uciszyło wyrzutów sumienia. Jasna twarz Świętosławy natrętnie stawała jej przed oczami. Gdy wróciła do Tyry, ta zdążyła rozpleść warkocze i teraz czesała włosy.

— Powinnam się przygotować na spotkanie z mężem — powiedziała i na jej policzki wyszły rumieńce.

Jak na zawołanie! — pomyślała z niesmakiem Astryda.

— Minie tydzień lub dwa, nim do niego dotrzesz, ale jak chcesz, możesz już zacząć się stroić — odpowiedziała księżniczce.

— Tak długo? — zdziwiła się Tyra. — Żeglarze mówili, że do Nidaros płynie się dużo krócej.

— Nie będziesz całą drogę płynąć, niedługo Morcar wysadzi nas na ląd i dalej pojedziemy konno. Trzeba zgubić pogoń.

Tyra się zaniepokoiła, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że cała wyprawa jest niebezpieczna.

 

— Powiedz mi, Astrydo, jak wyprowadziłaś mnie z dworu? Jak znalazłam się na pokładzie? Wybacz, ale ja nic nie mogę sobie przypomnieć… Tylko chwilę, gdy weszłaś do mej samotni, pokazałaś mi denara na znak, że przysłał cię książę Burizleif, i powiedziałaś: „Jak się obudzisz, będziesz bezpieczna”, a potem kazałaś mi coś wypić. Więcej nie pamiętam…

— Podałam ci odwar z maku — powiedziała Astryda.

Bo przeczuwałam, że nie grzeszysz odwagą — pomyślała, nie mówiąc tego głośno.

— Gdy zasnęłaś, schowaliśmy cię do wielkiej skrzyni, w której wcześniej słudzy Morcara przynieśli do dworu broń kupioną przez Svena. I w tej skrzyni wnieśli cię na pokład na oczach twego brata.

— Co ty mówisz?

— Sven siedział wygodnie rozparty w wielkim krześle i oglądał błyskotki Morcara.

— To niesamowite! — Tyra zaklaskała z radości.

Czy Olav będzie z nią szczęśliwy? — zadała sobie pytanie Astryda i znów poczuła ciężar w żołądku. — Jestem podła, przemawia przeze mnie zazdrość — pogrążyła się jeszcze.

— A pogoń? — dopytała Tyra. — Jak myślisz, wysłał za nami pogoń?

— Z pewnością i mam nadzieję, że jego ludzie dali się nabrać na grupę kilkunastu jeźdźców uciekających na zachód, w stronę Trelleborga. Ich zadaniem jest odciągnięcie uwagi od portu.

— Morcarowi coś grozi? — szeptem spytała Tyra.

— Nie bądź naiwna — żachnęła się Astryda. — Każdemu, kto brał udział w tym przedsięwzięciu, grozi gniew Svena.

— Wybacz, wolińska pani. To ten napar z maku pozbawił mnie jasności myśli.

Nie odzywały się więcej do siebie. Astryda położyła się i odwróciła plecami do Tyry, udając, że śpi. Naprawdę pragnęła, by wreszcie zmorzył ją sen, uwalniając od natarczywych myśli. Oszukała Świętosławę i podjęła się misji wydobycia Tyry z Roskilde tylko po to, by móc znów zobaczyć Olava. Taka jest prawda. Jej wstydliwa i obciążająca sumienie tajemnica. Zgodziła się na udział w tym przedsięwzięciu, by móc jeszcze raz spojrzeć w jego jasne, niemal przejrzyste oczy, poczuć słoną woń włosów, usłyszeć dźwięk głosu. Pragnęła zobaczyć go po latach, jakie upłynęły od śmierci Geiry, po tym wszystkim, co się zdarzyło. Do licha! Ależ jestem głupia! — pomyślała o sobie z pogardą i naciągnęła koc na głowę. Nim przyszedł do niej sen, podjęła decyzję.

Nazajutrz statek Morcara wpłynął do niewielkiej zatoki przy ujściu rzeki Göta. Tam czekał na nich Geivar, wódz zwiadowców z Jom.

— Wolińska pani — przywitał Astrydę, gdy zeszła na ląd. — Czy wszystko w porządku?

— Tak, Geivarze. Księżniczka Tyra jest z nami. Myślę, że przydałby się jej dzień odpoczynku, zanim ruszy w dalszą drogę.

— Jak uważasz, Astrydo — odpowiedział Geivar.

— Czy to twój mąż, słynny jarl Sigvald, wódz wikingów z Jom? — spytała Tyra.

— Nie. To wódz ciszy — zaśmiała się Astryda. — Masz przyjemność poznać Geivara, który jest uchem i okiem Jomsborga. On odpowiada za twą dalszą podróż. I jeśli to ma dla ciebie znaczenie, był kiedyś towarzyszem Olava Tryggvasona.

— Cieszę się, że mogę cię poznać, Geivarze. — Tyra skłoniła głowę na powitanie i uśmiechnęła się nieoczekiwanie. — To niezwykłe! Twój mąż w czasie wojny z Erikiem porwał Svena, ty, Astrydo, porwałaś mnie z Roskilde, a do Olava pojedziemy obie pod opieką jego dawnego przyjaciela! To takie ekscytujące…

— Wybacz, pani, ale czeka nas zmiana planów — przerwała jej ostro Astryda. — Nie będę ci towarzyszyć w dalszej drodze. Wracam do męża.

BOLESŁAW ponuro wpatrywał się w srebrne wieko trumny.

— Zrobiłeś, co mogłeś — powiedział Zarad, ale jego głos zabrzmiał głucho. — Wykupiłeś ciało Wojciecha za wagę srebra, sprowadziłeś jego szczątki, odzyskałeś nawet obciętą głowę.

— To był ostatni brat Sobiesława. Dwa lata temu mój wuj wyrżnął mu całą rodzinę.

— Książę — zaprotestował Zarad — został mu jeszcze ten przyrodni brat. No ten, co nawiał Prusom. Radzim, czy jak mu tam…

— Dziwna rzecz. — Bolesław pochylił się nad wiekiem trumny. W polerowanym srebrze ujrzał swe niewyraźne odbicie. — Poganie zabili tylko Wojciecha, oszczędzili zaś jego brata i prezbitera Boguszę. Rozumiesz coś z tego?

— Są dwa wyjaśnienia. Pierwsze: Radzim i reszta uciekli i jak tchórze zostawili Wojciecha na pastwę Prusów. Drugie: poganie, zabijając tylko biskupa, chcieli dać informację, że odrzucają misję, ale nie chcą wojny.

— Racja — z roztargnieniem przytaknął Bolesław. Znów pochylił się nad wiekiem. — To upiorne. — Pokazał Zaradowi swoje odbicie w trumnie. — I prawdziwe.

— O co ci chodzi, książę? — zaniepokoił się Zarad. — Ja jestem prosty wojak. Jeśli chcesz dumać o jakichś znakach, czy coś, to może poproszę biskupa Ungera?

— To ja stoję za zagładą rodu Sławnikowiców — powiedział Bolesław. — Wspierałem ich ambicje, podtrzymywałem rywalizację z Przemyślidami, zależało mi na nich, silnych sojusznikach, książętach z Libic…

— Obwiniasz się, bracie? — Spod ściany odezwał się głęboki głos.

W pierwszej chwili Bolesław i Zarad spojrzeli na siebie z przerażeniem, Zarad szepnął:

— Duch.

Ale z mroku pod ścianą wyszedł ubrany w pokutne ciemne szaty Sobiesław.

— Nie chciałem was podsłuchiwać — powiedział przepraszająco. — Czuwałem przy zwłokach i zasnąłem na ławie pod ścianą. Nie wychodzę stąd, choć wiem, że to nic nie zmieni. Mój brat z odrąbaną głową nie zmartwychwstanie.

Bolesław czuł się niezręcznie z tym, że przyjaciel usłyszał jego słowa. Widział brudne włosy i nierówny zarost na twarzy Sobiesława. Książę libicki cierpiał. Jeszcze niedawno jego ród rywalizował z Przemyślidami o wpływy w Czechach. Byli potężni, bogaci, sławni i niezależni. Wojciech dwa razy porzucał biskupstwo praskie na hańbę Przemyślidów; Sobiesław walczył u jego boku przeciw Wieletom. Przy pogarszających się relacjach Przemyślidów z cesarstwem ich wspólny plan obalenia księcia Pragi i zastąpienia go Sobiesławem zdawał się już niemal dojrzewać. Jego wuj, Boleslav, przeciął wszystko tamtym okrutnym mordem, a teraz śmierć biskupa Pragi na misji do Prusów dokończyła dzieła zniszczenia.

Sobiesław podszedł bliżej, otoczył Bolesława ramieniem i zmusił, by obaj pochylili się nad trumną. Gładka tafla srebrnej blachy odbiła twarze ich obu.

— Widzisz, bracie? — wyszeptał.

Książę poczuł nieświeży powiew jego oddechu.

— Wina nie leży po twojej stronie, podziel się ze mną! — Sobiesław puścił Bolesława i zaśmiał się jak człowiek szalony. — A zresztą to ułuda! Każdy, kto pochyli się nad trumną mego brata, poczuje się winny. Tak, żywi lubią się przeglądać w cudzej śmierci. Chcesz poznać winnego wszystkich nieszczęść rodu? Oto on!

Wyjął z sakiewki srebrną monetę i z brzękiem położył ją na wieku trumny. Bolesław wziął ją do ręki. Na jednej stronie orzeł zrywał się do lotu. Na drugiej widniała dłoń trzymająca nóż.

— A na otoku moje imię. Tak, bijąc monetę z napisem „książę Sobiesław”, sam wydałem wyrok na ród libicki. Na mój ród! — Oczy Sobiesława zalśniły dziko. — Przemyślida nie zdzierżył takiej buty i zapłacił mi nożem. Czy gdybyśmy byli bez winy, Bóg pozwoliłby Wojciechowi zginąć tak ohydnie? Nie. Bóg też wskazał na nas. Chciał, byśmy zniknęli z tego świata…

— Sobiesławie! — przerwał mu wchodzący do kaplicy biskup Unger. — Zamilcz! Nie można pychy osądzać pychą! Nie tobie wyrokować, czego pragnie Bóg, nie tobie stawiać się na Jego miejscu. Nawet w cierpieniu po stracie bliskich należy zachować umiar. Wiesz dlaczego? By nie podważać wyroków boskich. Opamiętaj się, książę!

Sobiesław cofnął się o krok, a Unger rozkazał idącym za nim sługom:

— Więcej światła. Zapalcie pochodnie i rozproszcie te mroki, które nie przystają do jasności Pana, bo oto niosę strapionym Dobrą Nowinę.

Bolesław przyjrzał się Ungerowi uważnie. Jego biskup nie należał do ludzi szafujących słowami.

— Dobrze się czujesz, Ungerze? — zapytał.

— Doskonale. Mój książę, Sobiesławie… Przeglądaliście się w trumnie, szukając winnych śmierci biskupa Wojciecha. Spójrzcie raz jeszcze, gdy kaplicę rozjarza światło. Co widzicie?

— Blask bijący od srebra — mruknął Sobiesław.

Dopiero teraz było widać, jak głęboko swe pazury zatopiła w nim żałoba. Bruzdy na twarzy libickiego księcia pokrywał brudny, wielodniowy zarost, a strąki niemytych włosów nadawały mu wygląd niechlujnego starca, choć był tylko nieco starszy od Bolesława.

— Blask — powtórzył Unger. — Masz rację, dzisiaj bije od srebra, ale jutro będzie bił od nieziemskiej sławy twego brata. Wojciech, oddając życie na misji wśród pogan, w chwili śmierci stał się męczennikiem Kościoła. Jego świętym synem. Rozumiecie?

Brata mu to nie przywróci, ale może pocieszy — pomyślał o Sobiesławie Bolesław.

— Znali go najmożniejsi tego świata — ciągnął Unger. — Przyjaźnił się z hierarchami Rzymu. Cesarz Otto nazwał go swym drogim towarzyszem w ziemskiej drodze. Męczennik, który za życia chodził między nami jak Chrystus pośród apostołów. Rozumiecie? — z nadzieją po raz drugi zapytał Unger. Spojrzał na nich i pokręcił głową. — Nie rozumiecie.

Bolesław przez chwilę poczuł się jak podczas lekcji. Na szczęście Unger nie czekał na odpowiedź.

— Oto w czasach, gdy Kościół papieża Sylwestra poszukuje nowych świętych, świętych na miarę wyzwań, jakie stawia przed nami dzisiejszy świat, a nie ten sprzed wieków, my, w Gnieźnie, mamy doczesne szczątki świętego, który jak w zamierzchłych czasach oddał życie za wiarę. Mamy skarb! — zawołał Unger i do Bolesława wreszcie dotarło.

— Jak długo potrwa kanonizacja? — spytał trzeźwo.

— Męczennik dostępuje jej w dniu śmierci — odpowiedział z uśmiechem Unger. — Choć oczywiście bez zwłoki wyślemy delegację do Rzymu. Liczę na wielką przychylność cesarza Ottona, wszak to on posłał Wojciecha na misję.

— Nie, mój biskupie — twardo oświadczył Bolesław. — Od tej chwili to nie cesarska, a moja misja. Otto posłał go do Wieletów, co było, jak wszyscy zgodnie uznaliśmy, nieroztropne ze względu na wojnę. Ja posłałem go do Prusów, gdzie doznał boskiego męczeństwa.

— Podziwiam twój rozum, panie. — Unger skłonił głowę i powtórzył: — Twoja misja. A co powiesz na złagodzenie kursu? Powiedzmy „misja wspólna”? Twoja i cesarza? To pomoże w szerzeniu kultu Wojciecha.

— Powiem „tak”. Bo chwilę wcześniej pouczyłeś nas, że pycha jest grzechem.

— Dzieląc się z cesarzem chwałą, dajesz dowód…

— Litości? — podpowiedział Bolesław.

— Nie.

— Umiarkowania? — poprawił się książę.

— Roztropności, mój panie — zakończył Unger.

OLAV wprowadził księżniczkę Tyrę do dworu w Nidaros jako swoją żonę wprost z uroczystości zaślubin. Mężem i żoną w obliczu Boga nazwał ich biskup Sigurd. Gdy żenił się z Geirą przed laty, po prostu wypowiedzieli słowa. Oboje byli wówczas zagubionymi duszami błąkającymi się w mroku; wiadomo, jak skończyło się ich małżeństwo. A teraz? Jak będzie teraz? Patrzył na delikatną urodę kobiety, której ślubował. Piękne ciemnorude włosy, wypukłe czoło, nos może odrobinę za długi, ale nieodbierający wdzięku. Ubrana była skromnie, bo jak wyznała ze wstydem: „Porwano mnie w jednej sukni”. „Dostaniesz ode mnie nowe stroje, pani” — obiecał jej, ale nie chciała nic od niego przyjąć przed złożeniem przysięgi. Geivar, który ją przywiózł, powiedział krótko: „Modliła się na każdym postoju”. Olav żałował, że Astryda nie przyjechała z nimi, chciał zobaczyć dawną przyjaciółkę, podziękować za to, co dla niego zrobiła. „Wolińska pani spieszyła do swego męża” — wyjaśniła jej nieobecność Tyra. Mąż. Jarl Sigvald. Dziwny człowiek. Z czterech małżeństw skojarzonych przez Mieszka w tamtej chwili, gdy wszyscy spotkali się w Poznaniu, przetrwało tylko to jedno. Erik i węgierska żona Bolesława nie żyją, umarła Geira, jedynie Sigvald i Astryda wciąż są małżeństwem, choć trudno o mniej dobraną parę.

— Król Olav i królowa Tyra! — powitali ich okrzykiem goście weselni zebrani w wielkiej halli.

Biskup Sigurd wzniósł toast, gdy zasiedli na swych miejscach.

— Oby dobry Bóg pobłogosławił dynastii Ynglingów!

— Amen — odpowiedzieli razem z Tyrą i wychylili kielich.

Czy to znak Boży, że Tyra wysiadła na ląd przy ujściu rzeki Göta, w miejscu, w którym rozstał się z marzeniem o Świętosławie? Wspomnienie skalnych kochanków i zawieszonego nad ich głowami topora prześladowało go w snach. Odwrócił się ku żonie, położył rękę na jej dłoni i pomyślał, że od dzisiaj koniec ze wspomnieniami.

— Czy mój brat już się o mnie upomniał? — spytała cicho.

— Nie, pani.

— Pewnie na razie świętuje narodziny drugiego syna — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Królowa Sigrida pragnęła córki, ale mówią, że syn. To było w dzień mego porwania — wyjaśniła.

 

— Dlaczego ciągle mówisz „porwanie”? — zapytał Olav. — To sugeruje, że coś uczyniono wbrew twej woli, a przecież od ciebie wyszły rozmowy małżeńskie, i to, co nastąpiło później, raczej powinno nazywać się „uwolnieniem”.

Zarumieniła się i speszyła.

— Masz rację, panie… Mężu — poprawiła się.

Vigi podszedł do nich i położył biały łeb na jego kolanach.

— Piękny pies — powiedziała. — Jak się nazywa?

— Vigi.

Chciał dodać, jak go poznał, ale się powstrzymał. Jak opowiedzieć o psie z przepowiedni, który przyszedł do niego przy skale kochanków, i jednocześnie nie rzec słowa o Świętosławie?

— Wiele słyszałam o twoich osiągnięciach, panie — odezwała się Tyra po dłuższej chwili. — Przypływali do Roskilde podróżni i opowiadali o tym, jak ochrzciłeś swój kraj. Byłam wzruszona, słuchając tego.

Zatem i Świętosława słyszała — przemknęło mu przez myśl.

— Ostateczna rozprawa jeszcze przede mną — powiedział szybko, by zagłuszyć niestosowne w dniu ślubu myśli o Hardej.

— Jak to? — zdziwiła się. — Z tego, co u nas mówiono, już niemal cały twój kraj poddał się Chrystusowi.

— Podróżni przesadzają nie tylko, kiedy mówią o własnych przygodach — zaśmiał się Olav. — Została mi krnąbrna Północ, Hålogaland, kraina zórz polarnych, stad reniferów i najzagorzalszych pogan. Finowie to naród bogaty w czarowników wszelkiej maści, kiedyś nawet mówiło się, że każdy Fin to czarodziej. To też zapewne przesada, ale prawdą jest, iż mam kilku niepokornych jarlów na Północy. Lada dzień muszę tam ruszyć, bo doniesiono mi, że Tore Hjort, czyli Tore Jeleń, pan Lofotów, pojawił się w swych posiadłościach, choć wcześniej ukrywał się przede mną nadzwyczaj skutecznie.

— Czy to niebezpieczna wyprawa? — spytała z niepokojem Tyra.

— Nie bardziej niż każda inna, pani, ale obejmując tron, złożyłem przysięgę.

— Jaką, jeśli to nie tajemnica?

— Że albo ochrzczę cały kraj, albo umrę — odpowiedział szczerze.

— Każdy musi kiedyś umrzeć — powiedziała Tyra i dalsza rozmowa im nie szła.

Oboje siedzieli sztywno; uczta wydawała się Olavowi ciągnąć w nieskończoność. Wreszcie gdy goście nasycili pierwszy i drugi głód, nadszedł czas na pokładziny. Biskup Sigurd poprowadził orszak do alkowy Olava.

— Nie bój się, pani — szepnął na ucho żonie. — Zakazałem barbarzyńskiego zwyczaju rozbierania nowożeńców.

Podziękowała mu skinieniem głowy.

— Błogosławię to łoże, by dobry Bóg pozwolił małżonkom począć w nim nowe życie! — Sigurd pokropił święconą wodą i ich, i łoże, po czym Olav i Tyra, trzymając się za ręce, skłonili się poddanym.

— Idźcie i bawcie się, pijąc nasze zdrowie! — krzyknął Tryggvason.

Varin zamknął drzwi alkowy i zostali sami.

— Ufff! — Pocałował dłoń Tyry i puścił. — W życiu władców zbyt wiele dzieje się na oczach wszystkich.

— Taki nasz los — uśmiechnęła się do niego nieśmiało. — Do porwania… przepraszam, uwolnienia, miałam nieustannie toporników mego brata pod drzwiami.

— Sven zrobił ci krzywdę, pani? — spytał Olav.

— Jedną, ale za to wielką — odpowiedziała, patrząc mu wyzywająco w oczy. — Był moim bratem. Mówię „był”, bo od dzisiaj ty, mężu, przejąłeś opiekę nade mną.

Olav się roześmiał.

— Nienawidzisz go, pani?

— Dobry biskup Odinkarr mówił, że nienawiść to uczucie niegodne, a ja pracuję nad sobą, by pozbyć się tego, co oddala mnie od Boga. — Poruszyła głową i blask paleniska wydobył z jej włosów odcienie miedzi.

— Napijesz się miodu? Czy może wolisz wino? — Olav złapał się na tym, że wypatruje w jej twarzy podobieństwa do Svena.

— Wolę wino, ale go nie piję, bo Sven lubi je ponad miarę. Poproszę o miód.

— Twój brat wciąż ma zapasy, które wywiózł z Anglii? — spytał, podając jej kielich.

— Nie. Wypił je szybko. Kupuje wino, ma mnóstwo srebra — odpowiedziała szybko i wypiła kielich duszkiem. — Żyje jak bogacz. Jest rozrzutny — wyrzucała z siebie słowa przeciw Svenowi. — Ma zamiłowanie do zdobionej broni i klejnotów. Swoją królową też obsypuje prezentami. I jarlów. Nikomu niczego nie szczędzi, tylko na budowę kościoła, kutwa jeden, dać nic nie chciał, dopiero jak jego pani powiedziała, że każdy z jarlów obiecał jej srebro na kościoły, to Sven ze złości dał jej, ile chciała. Taki jest. Wszystko robi po złości. Dasz mi jeszcze miodu, mój królu?

Uzupełnił jej kielich. Najwyraźniej miód roztapiał lodową tamę, którą budowała przez lata, nie mogąc mówić przeciw bratu. Usiadła na brzegu ławy.

— Najgorsze było, że tylko mnie wszystkiego skąpił. Liczył się tylko on. On i on! Syn króla Haralda. A ja? — Wypiła drugi kielich i jej głos zabrzmiał jak u urażonego dziecka. — On był dzieckiem królowej Tove, ja jakiejś możnej panny, ale mimo to zbyt nisko urodzonej, by mogła stać się kimś więcej niż nałożnicą króla. Czy ty wiesz, Olavie, że nikt nigdy nie podał mi imienia matki? Żyłam jak szczenię podrzucone do pańskiego stołu! Gdyby nie dobry biskup Odinkarr, pewnie nikt by się nie zajął mą edukacją i wychowaniem. Dopiero gdy zaczęłam dorastać, ojciec zwrócił na mnie uwagę. Nie jestem głupia! Nagle byłam mu potrzebna, mógł mnie wydać za mąż. Ale książę Mieszko odrzucił jego ofertę i Harald przestał się mną interesować.

— Mieszko? — podchwycił Olav.

— Tak. Haraldowi marzyło się wydać mnie za księcia Burizleifa! Proszę, nalej mi jeszcze miodu! — zażądała.

Olav odwrócił się od Tyry. Sięgając po dzban, pomyślał, że być może księżniczka duńska prosiła Bolesława o pomoc z zupełnie innym zamiarem. Może liczyła, że to Bolesław ją poślubi? Mógł ją upić trzecim kielichem; widział, jak z każdym łykiem rozwiązywał się Tyrze język. Zawahał się i odstawił pełen kielich.

— Żono — powiedział i podszedł do niej. — Wstań i chodź do łoża. Mamy do wypełnienia obowiązek wobec dynastii.

Trzy dni później pożegnał Tyrę i z biskupem Sigurdem i Vigim przy boku wsiadł na pokład „Krótkiego Węża”. Załogę tworzyło sześćdziesięciu wioślarzy i czterdziestu wojowników.

Kiedy odbijali od brzegu, Sigurd chwycił w dłoń pastorał. Jego zwieńczenie przypominało dwa idealnie skręcone baranie rogi. Modląc się o powodzenie misji, biskup uniósł pastorał wysoko nad sobą i promienie słońca najpierw zatańczyły na wypolerowanym brązie, a potem wsunęły się przez oba otwory krzywaśni i złotą linią światła odbiły na płachcie podnoszonego żagla.

— Pierwszy rejs! — zawołał Varin, gdy wiosła równo uderzyły w wodę.

Omold stanął na dziobnicy i zaczął recytować:

„Wąż” z sykiem kąsa fale,

wiatr połyka zuchwale…

— Królu! — Omold przerwał tworzenie. — Czy nazwałeś statek „Krótkim Wężem” dlatego, że zamierzasz zbudować jakiegoś „Długiego Węża”?

— Skald i myśliciel! — pochwalił go Varin. — Żeby nam biskup Sigurd nie chciał cię porwać do szkoły katedralnej.

— Myślisz? — poważnie zapytał Omold. — Nic mi nie mówił. Może nie zdążył? E, Varin! Nabrałeś mnie. My nie mamy szkoły katedralnej!

— Ale kiedyś będziemy mieli — wyszczerzył malowane kły Varin.

Do Olava podszedł Hårek, możny z Hålogalandu. Tryggvason ochrzcił go niedawno, płacąc mu za wierność dowództwem nad czterema okręgami w kraju na północy. Drogo, ale potrzebował pierwszego przyczółka na ziemi, która opierała mu się najdłużej. To Hårek, przypływając na jego ślub, przywiózł wiadomość o powrocie do domu Torego Jelenia.

— Płyniemy zapolować na jelenia w jego własnym mateczniku. — Hårek się zaśmiał i westchnął: — Dobra pogoda, dobry wiatr. Pierwszy raz zobaczysz Lofoty, królu?

— Tak.

— Niebiańska kraina. Tore był szczęściarzem, oglądając ją co dnia. Zapytam wprost, mój panie. Czy jeśli pokonamy Torego Jelenia, oddasz mi jego ziemię w zamian za mą pomoc?

— Płynę, by go pokonać, nie uznaję innych możliwości — odpowiedział Olav zdziwiony tym, że Hårek je dopuszcza. — Jarl będzie miał wybór, jak każdy mój poddany. I jeśli wybierze życie i chrzest, zostawię go przy jego dobrach.

— Znam Torego Jelenia, panie. On wybierze walkę.

— Spójrz na moją załogę. Ramiona i plecy wioślarzy opowiadają ich historię lepiej niż przechwałki w portowej tawernie. A drużynnicy? Zobacz, żaden z nich nie siedzi bezczynnie. Już czyszczą i ostrzą broń. Czy Jeleń wystawi lepszych ludzi?

Hårek zrobił dziwną minę i zaprzeczył.

— Nie, mój królu. On nie wystawi ludzi.

Milczeli chwilę. Hårek założył ramiona na piersi.

— Mój dawny przyjaciel, Tore Hjort, wystawi twych wojowników na próbę. Ale nie ich męstwo czy siły, lecz ich wiarę w Chrystusa.

— A twoją tak świeżą wiarę też? — zapytał Olav. Hårek był ochrzczony niedawno.

— Moją? Nie, panie. Ja znałem zasady na długo przed tym, nim przyjąłem chrzest z rąk twego biskupa. Nikt ci nie wspomniał, że mój ojciec był skaldem króla Hakona Dobrego? Tak myślałem. Pamięć ludzka, najdziwniejsza z zagadek. Wiesz, Olavie, czym się różnił tamten król od ciebie? On wyznawał wiarę w Chrystusa, lecz tylko prosił ludzi, by się ochrzcili, nie stawiał ich przed wyborem ostatecznym.