Gra w kościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VIII
MIESIĄC WCZEŚNIEJ, LISTOPAD 997 R.
OKOLICE GRODU W PYRZYCACH,
BLISKO GRANICY Z WIELETAMI

— Mówisz, Jaksa, że Wieleci ruszyli przedwczoraj?

— Tak. Czekali na nów, bo kapłan w Radogoszczy kazał im iść z nowym księżycem.

— Jakie mają siły?

— Stodoranie trzy setki ludzi, Związek Wielecki tyle samo.

— Za mało na wojnę, za dużo na grabież.

— Moi ludzie w terenie donoszą, że Stodaranie łaszą się do Związku. To może być coś w rodzaju wyprawy sprawdzającej nowego wspólnika, zanim Wieleci dopuszczą go do siebie. Zważ, książę, że jak na wspólną wyprawę, to Stodoranie dużo ludzi wystawili.

— Muszą się pokazać przed Wieletami. A masz pewność, że to już całe siły?

— Gdybym miał pewność, nie posyłałbym do ciebie wiadomości. Zastanawia mnie zbieżność ich ruchów z ruchami cesarza Ottona.

— Ledwie Otto uznał, iż na Połabiu sytuacja opanowana po jego letniej interwencji, ledwie powziął decyzję o wyjeździe do Italii, a już Wieleci się podnoszą. Tak, Jaksa, mają na cesarskim dworze świetnych informatorów.

— Albo informatorki. Sasi sporo płacą za połabskie dziewczyny. Nie dziwię się, piękne jak łanie, gorące jak kamienie w ogniu. I nieprzekupne. Nawet pojone słodkim winem, obsypywane klejnotami, chrzczone i bierzmowane zachowują wierność swoim rodom i swej bogini. A sprytne niczym lisice, skoro znajdują sposoby na pozostawanie w kontakcie z ludźmi stąd.

— Moja decyzja jest taka: obserwujemy ich ruchy. Jeśli tylko zamierzają poskubać saskie grody, nie przeszkadzamy. Jeśli zaś będą szykowali się na coś więcej, wkroczymy. W Pyrzycach zatrzymam garstkę swoich ludzi, resztę rozpuszczę po lasach, niech się nie rzucają w oczy. A ty spuść swoje gończe psy z łańcuchów!

— Jak mówisz, tak będzie.

— Jaksa!

— Tak, książę?

— Przyprowadź mi wieczorem jakąś cichą dziewczynę. Tylko wiesz...

— Wiem. Z Połabia.

Na imię miała Niemira, ale Bolesław i tak w myślach nazwał ją „Łaba”. Nie przyszła do niego z własnej woli, ale też i Jaksa nie ciągnął jej gwałtem. Wiedziała, kto ją będzie brał, i to powodowało jej sprzeciw i zauroczenie jednocześnie. Wśród jej ludu Bolesław miał sławę najgorszą z możliwych. A to dla kobiet jest czasami jak argument nie do odparcia. On zaś chciał jej, bo uosabiała dla niego kraj, którego pragnął, i mężczyzn, których zabij ał, choć nie mógł ich pokonać. Coś jeszcze, czego sam nigdy nie chciał nazywać.

Gdyby dzisiaj spalił ich grody, wyrżnął wodzów, pojmał jeńców, brałby Łabę na ich oczach, aby ostatecznie pogrążyć dumę, wolność i niezależność Związku Wieleckiego. Ale tak nie było, więc gdy wyciągał po nią ręce, świadkami jej zdobycia były tylko psy Bolesława, leżące po obu bokach łoża. Póki była ubrana, chowała głowę w ramionach. Kiedy rozciął jej suknie, gdy bez zbędnych wstępów dobrał się do jej skóry, uniosła głowę wysoko. Pokazywała mu twarz, która miała wyrażać pogardę dla jego pożądania, jego władztwa, jedynego sposobu, w jaki doszedł do niej. Nie widział barwy jej źrenic, tylko oczy harde i nieobecne. Ostry kąt podbródka, uniesionego w górę, jak jej drobne piersi. Starała się całemu ciału nadać kształt napiętej struny, ale gdy jej dotknął, wiedział już, że będzie niczym cięciwa łuku. Znał dziesiątki kobiet i chociaż nigdy nie mógł zamknąć ich w jakiejkolwiek powtarzalnej regule, to wyczuwał podziemne rzeki płynące w ich ciałach. Łaba. Przepłynąć Łabę. Wszerz i wzdłuż. Po linii kręgosłupa prosto, zanurzyć się między gładkie pośladki. Wbrew jej zamiarom, przeciw jej postanowieniom była wilgotnym i wezbranym nurtem, gdy w nią wpływał. A był dobrym sternikiem.

Z piersi Łaby dobył się jęk, więc on odpowiedział na niego swoim. Podciągnął ją na kolana, by pokazać, że może jej dosiąść, okazać się równie zręcznym jeźdźcem. Nim ze stępa przeszedł w kłus, Łaba stała się mu powolną klaczą. Karmiła go swymi niskimi westchnieniami, popędzała, ponaglała, parskała. Jak szybko kobieta i mężczyzna odnajdują wspólny krok! Z głową na jej karku zapomniał, że chciał ją sponiewierać, jak zdobywca łup. Teraz należał do niej dokładnie tak samo, jak ona do niego. W ostatniej chwili chwycił ją za włosy, czując, że nie wie, czy przepływa Łabę, czy się w niej topi. Opadli razem.

Był księciem. A książę nie mógł pozwolić sobie nawet na chwilę słabości. Gwizdnął na psy, a one wskoczyły na łoże, kładąc przy jej głowie suknię. Zrozumiała natychmiast, choć oczy miała nieprzytomne. Ubrała się w strzępy rozdartej wcześniej przez niego odzieży. Spojrzała nienawistnie na księcia, który brał ją świetnie, a na koniec potraktował jak dziwkę. On patrzył za nią dopiero, gdy wychodziła.

Kolejne dni nie przyniosły żadnych znaczących ruchów. Wieleci podeszli pod niewielki gród Kopanica, złupili go nieco, ale nie wyrżnęli w pień ani mieszkańców, ani załogi, co potwierdziło przypuszczenia Bolesława o jedynie demonstracyjnym charakterze tej wyprawy. Znał ich i wiedział, iż jedną z zasad, jaka im przyświeca, jest sianie niepokoju. Oni chcieli, by Sasi nie czuli się bezpiecznie. Pragnęli, by bano się ich bezustannie. To część ich rodowej legendy. Słowiańskie wilki.

Cesarz był tu z wojskiem ledwie parę miesięcy temu. Bili się z nim. Poczuli, iż ściągnął sporo wojska, wiedzieli, że nie wygrają z nim większej, otwartej bitwy, więc swoim zwyczajem zapadli się pod ziemię. Cesarz zrobił odwrót, zadowolony z — jak mniemał — sukcesu. Wieleci skrzyknęli watahę i podnieśli łby. Ale dzięki Jaksie wie, że dzisiaj nie są gotowi do wielkiej wojny.

Podobnie było dwa lata temu. A może inaczej: podobnie miało być, albowiem konsekwencje wojny w ųųů roku rozlały się nie wokół pól bitwy, ale znacznie dalej.

Tamta wyprawa stała się cenną pamiątką wśród Bolesławowych wojen, nie dla dobrej, wywalczonej sławy, ale dla całej jego polityki. Wtedy bowiem książę spotkał się twarzą w twarz z ledwie piętnastoletnim Ottonem. Dzięki zręcznej polityce Mieszka nikt już nie ważył się wypominać, iż po śmierci ojca cesarza Piastowie wsparli w dążeniu do tronu ich bawarskiego konkurenta, Henryka. To była przeszłość, a w polityce liczy się tylko zwycięzca. Ostatecznie stał się nim młody Otto, stary Mieszko w porę zmienił sojusze i dołączył do obozu chwały, zostawiając po stronie przegranych swego czeskiego szwagra.

Bolesław nie nazwałby wyprawy sprzed dwóch lat ani krwawą, ani uciążliwą. Instynkt podpowiadał mu, że musi na nią pojechać w chwale, aby wrócić ubranym w dobrze skrojone sojusze.

Wieleci szumieli, jak zawsze, a Obodryci lawirowali. Nie to było powodem, by stawać do wojny z nimi. Piętnastoletni Otto walczył o swoją polityczną dojrzałość. Egzamin z lojalności mieli też zdać jego sojusznicy. Wezwał więc księcia Bawarii, starego kłótnika Henryka. Ten jednak zmarł w drodze do królewskiego obozu, więc i jego syn, także Henryk, zawrócił, by zatroszczyć się o znienacka opróżniony tron. W swe miejsce wystawił biskupów Regensburga i Freisingi. Mniejsza o nich. Stawił się książę saski Bernhard, arcybiskup magdeburski Gizyler i jego sufragan miśnieński Idzi. Przybyli niezawodni margrabiowie Gero i Liuthar. Nie dojechał książę praski, wystawiając w swym zastępstwie syna. Za to na czele swej świetnej drużyny przybył Bolesław, z Sobiesławem Sławnikowicem przy boku.

Bolesław czuł, że to sprawdzian sojuszy. I dlatego ruszył się z domu, chociaż bardzo pragnął zostać przy Emnildzie, która właśnie spodziewała się rozwiązania. Szło na świat ich czwarte dziecko, pierwsze po długiej przerwie, gdy księżna roniła niedojrzałe płody. Chciał być blisko niej, blisko tej kobiety, którą obdarzył namiętnością, przywiązaniem i szacunkiem. Ale nie pierwszy raz robił nie to, co chciał, lecz to, co powinien.

Obóz królewski pod Magdeburgiem przypominał bardziej jarmark niż prawdziwą wyprawę na wojnę. Barwne namioty dostojników prześcigały się wymyślnością kształtów. Na ogniskach, w brzuchatych kotłach, grzały się potrawy, których Bolesław nawet nazwać nie umiał. Na długich rusztach rzędy drobnych przepiórek, na wozach wyściełanych słomą szyjki gąsiorów z italskim winem, kosze owoców. Sług więcej niż wojska.

Namiot Ottona rozpoznał po purpurowym szczycie. Jechał wprost do niego, ze swą doborową dwunastką wojów, i celowo nie pozwolił koniom zwolnić. Lubił to. Jego konie były ćwiczone do takich pokazów. Lubił metaliczny brzęk broni zgrany z tętentem kopyt. Miał na głowie paradny szyszak z pękiem orlich piór, choć śmiał się, gdy Unger prosił, by go założył. Nigdy w nim nie wyjeżdżał do bitwy. Ale prezentował się świetnie, poprzez swój spiczasty szczyt przydając Bolesławowi dzikiego, wschodniego rytu.

Gwardia królewska jakieś pięćdziesiąt kroków przed purpurowym namiotem zatrzymała jego konia i grzecznie pokazała, iż powinien zsiąść i zostawić tutaj drużynę.

Zsiadł, ale nie oddał im wodzy, koń szedł przy jego boku jak pies.

Otto wyszedł przed namiot w otoczeniu biskupów. Bolesław poznał go po ubraniu, po czerwonym płaszczu, po twarzy bez zarostu. Cesarskie dziecko było wysokie, smukłe, złotowłose. Chłopak zdawał się zbyt piękny, jak na mężczyznę, ale jednocześnie w jego oczach było coś, co nie pozwalało traktować go lekko. Choć ten pancerz ze złotych łusek wydawał się Bolesławowi rzeczą skończenie niemądrą.

To nie było ich pierwsze spotkanie, widzieli się już kiedyś, w Kwedlinburgu, gdy Mieszko oddał hołd małemu, wówczas sześcioletniemu dziecku. Parę lat później, w rewanżu, cesarzowa matka Teofano wsparła Piasta w konflikcie z Czechami.

Bolizlaus filius Misaco?

— Tak, panie.

Patrzyli na siebie. Bolesław i Otto, mężczyzna i chłopiec.

Książę nie mógł się nadziwić urodzie dziecka, któremu oddano władzę nad największą potęgą świata. Otto jawił mu się aniołem z Biblii przywiezionej przez Ungera.

 

Bolesław Ottonowi wydał się Leonidasem spartańskim z opowieści matki. Jego mocna, pokryta lekkim zarostem szczęka, zakurzone barki, dłonie, z których nie zdjął rękawic.

Jasna twarz króla, smukłe choć nie wątłe ciało, oczy przejrzyste, w barwie bursztynu, i zmuszające do patrzenia na siebie usta.

Bolesław otrząsnął się. To po prostu cesarskie dziecko, nic takiego.

Otto trwał w zawieszeniu na tym mężczyźnie, który w przeciwieństwie do otaczających go biskupów i książąt miał w twarzy obcy rys nie znoszącej sprzeciwu niezależności. Czuł od niego woń puszcz i lasów, jakich nie znał, soli, powietrza, wody, ognia, dymu. Dzikość leśnych polan. Oczy Bolesława opowiadały mu historie tak różne od śpiewnych, dzielonych na głosy psalmów, że nagle zapragnął wyrwać się z asysty starych i zaspanych biskupów.

— Pamiętam wielbłąda, którego podarował mi twój ojciec.

Bolesław czekał chwilę, aż arcybiskup Gizyler przetłumaczy mu słowa Ottona. Gdy usłyszał o wielbłądzie, roześmiał się.

— Ja też go pamiętam! Chciałem mieć takiego samego!

Otto nie słuchał Gizylera. Wsłuchiwał się w szelest mowy Bolesława, tak pięknie skontrowany gardłową nutą jego śmiechu. Urzekł go ten śmiech, coś pomiędzy spontanicznością a dzikością. „Chropawy” — pomyślał o księciu i zastanowił się, co by było, gdyby teraz on podarował wielbłąda Bolesławowi. Rozum szybko odpowiedział mu: to dziecinne.

Arcybiskup już drugi raz powtórzył, iż czas zaczynać mszę, a z tym nie było dyskusji. Więcej sam na sam nie rozmawiali ze sobą. Nie było na to czasu. Kancelaria królewska, dokumenty, sprawy pilne, nie cierpiące zwłoki. Tłum dostojników zabierających Ottonowi każdą wolną chwilę. Każdy haust powietrza.


W Mechlinie — Meklemburgu czekał na nich Mstiwoj, obodrycki książę. Dla niego, jak się okazało, Otto urządził wystawę tej wyprawy. Mstiwoj od lat prowadził niebezpieczną grę. Miał dość charyzmy i bezwzględności, by dążyć do przejęcia władzy pośród swego plemienia. Zdusił wiec, ochrzcił się i chciał rządzić samodzielnie, bez udziału starszyzny. Balansował między sojuszami z cesarstwem i jego stronnikami a duńskim królem Swenem, zwyczajowo wrogim wobec Sasów. Typowa polityka regionu, Bolesław sam nieustannie to robił. Robił to też cesarz, cóż dziwić się Mstiwojowi!

Jeśli nie możesz pobić swego głównego wroga w otwartej wojnie, wiąż się z jego wrogami. Wspieraj przeciwników swego nieprzyjaciela, nawet jeśli są drobni. Niech sfora psów karmionych twoją ręką kąsa go codziennie, a nastanie czas, gdy padnie z ran i wyczerpania. Wtedy skocz między psy, które sam szczułeś, zabierz im zdobycz, a je same zduś, zmuś do uległości albo pozabij aj. Lub też, zgodnie z regułami chrześcij ańskich kapłanów, nakarm je resztkami z twego pańskiego stołu.

Tak więc, gdy Mstiwoj zbyt blisko przysunął się do duńskiego Swena, Otto postanowił wkroczyć i pokazać marnotrawnemu obodryckiemu synowi, komu winien służbę i wdzięczność. Gdyby rzecz była jeszcze w samym Swenie, nie byłoby to sprawą nadmiernie skomplikowaną. Ale Mstiwoj chrzcząc się i próbując zwalczyć władzę wiecu wśród swego ludu, niebezpiecznie naraził się własnym pobratymcom, słowiańskim wilkom Połabia! W tym cały problem między Odrą a Łabą. Istna kipiel! Dziesiątki skonfliktowanych plemion, które potrafią łączyć się ze sobą w związki i sprzymierzenia, gdy wspólny wróg, czyli cesarz, blisko. Ale tę samą zaciekłość obracają przeciwko sobie, brat przeciw bratu, gdy tylko jeden z nich chce wybić się ponad innych. Redarowie i Wieleci, Głomacze i Czrezpienianie, Stodoranie, ale i Obodryci nie potrafią żyć bez wojny, bo tylko ona nadaje sens ich istnieniu. Jej brak oznaczałby nieuchronne wchłonięcie buntowniczych Słowian przez łakome tych terenów cesarstwo. Jeśli więc chwilowo cesarstwo zostawia ich w spokoju, oni sami wywołują zamieszki, bo tylko nieustanna mobilizacja przeciw wrogowi, kimkolwiek by był, jednoczy ich i wzmacnia, dając im poczucie siły, którego potrzebują i oni, i ich bezwzględni bogowie. Bolesław musi przyznać, iż nie tylko cesarstwu marzy się zajęcie Połabia. On sam ma interesy wokół Odry, w realizacji których wciąż wadzą mu Redarowie, a Milsko, Łużyce i samą Miśnię też chętnie by włączył w swoje władztwo.

Gdy dwanaście lat temu Wieleci podnieśli otwarty bunt przeciw Sasom i cesarzowi, gdy popalili kościoły, wyrżnęli mnichów i zrzucili z siebie jarzmo poddaństwa, stali się dla wszystkich książąt tej części świata pierwszymi wrogami, samym szczytem drabiny honoru. Bo pokonać Wieletów to nie znaczyło już zwyciężyć pogan, znaczyło więcej: zniszczyć odstępców od wiary lub siłą przywrócić ich do niej. Oni byli już chrzczeni i otwarcie, bezwzględnie ten chrzest odrzucili, by w geście tryumfu wymazać się krwią Kościoła.

Najpierw odprawiono mszę, a potem Otto zebrał w swym pięknym jak pałac namiocie wszystkich sojuszników i dostojników przybyłych na wojnę. Bolesław z zaciekawieniem szedł na tę pierwszą naradę wojenną z Ottonem.

Chłopak nie był jeszcze wówczas cesarzem, oficjalnie był królem Italii i Germanii, ale jego cesarska koronacja była już tylko kwestią czasu, chwili, i książę miał tego świadomość. Ciekaw był cesarskiego dziecka, tego, jak chłopiec poradzi sobie w otoczeniu nie tyle biskupów, ile takich jak on, Bernhard, Gero czy Liuthar — ludzi, którzy większość życia spędzają na wojnie. Czy będzie ich próbował pouczać, jak się wygrywa bitwy?

Nic z tego. Wszystko, co nastąpiło potem, było dokładnie takie, jak się Bolesław nie spodziewał.

Otto mówił głosem jasnym i czystym, tak dźwięcznym, iż nawet tłumaczący jego słowa kanonik Thietmar nie mógł zatrzeć tej barwy. Powiedział, iż to nie on wymaga od nich lojalności, lecz Chrystus. Wszyscy tu obecni książęta przyjęli wszak chrzest z własnej woli i gorącego pragnienia oraz z chęci uczestniczenia w czymś więcej niż lokalna (dokładnie powiedział: przydomowa, Bolesław to zrozumiał) walka o miedzę. Zatem każdy z nich winien jest wznieść się ponad małość sąsiedzkich zatargów i połączyć się wespół pod imieniem Chrystusa. „Ja nie chcę — tłumaczył słowa Ottona Thietmar — byśmy trzymając krzyż Zbawiciela przed sobą, szli na wojnę z Wieletami. Ja chcę, aby żaden z nas nie występował przeciw swemu chrześcij ańskiemu bratu, a to oznacza, iż sprzymierzanie się choćby chwilowe któregokolwiek z was z Wieletami traktował będę jak zdradę stanu. Zrozumcie — mówił chłopiec do mężczyzn — że gdy będziemy jednią, gdy będę mógł polegać na waszej wierności, nikt nie wbij e między nas klina. Wieleci potrzebują nas, bo to lud, który musi mieć wrogów. Jeśli zobaczą, iż zachowujemy wobec nich przychylność, ale nie wchodzimy z nimi w jakiekolwiek kontakty, nie wytrzymają. Zaczną kąsać sami siebie. Jeżeli i wówczas żaden z nas nie da się wciągnąć do ich wojny, dokonają samozniszczenia. Amen”.

„Psiamać!” — pomyślał wówczas Bolesław, pamięta to doskonale nawet dzisiaj. „Psiamać, ten dzieciak rozgryzł naturę Wieletów lepiej niż ktokolwiek przed nim!”.

Plan był ryzykowny, bo wtrącanie się w sprawy Połabian było kuszące dla każdego z nich, każdego ze zgromadzonych, nie wyłączając biskupów. Ale gdyby spróbowali? Gdyby dali Ottonowi szansę?

Dzisiaj, po dwóch latach od tamtego spotkania, siedząc nad odrzańską granicą, Bolesław z goryczą myślał, że nawet on sam nie dał Ottonowi tej szansy, choć wówczas naprawdę tego chciał. Ale też i wszystko się zmieniło. W drodze powrotnej spod Mechlina dotarła do nich wiadomość, iż książę praski, który osobiście na wezwanie Ottona nie przyjechał, wykręcając się jedynie przysłaniem posiłków, dokonał w tym samym czasie rzezi w Libicach. Wymordował Sławnikowiców, choć w chwili śmierci zaklinali go na imię jego dziada, świętego Wacława!

Sobiesław, towarzyszący księciu, wył jak pies, słysząc krwawe wieści.

Chryste, Bolesław do dziś czuje ciarki na plecach na wspomnienie głosu swego przyjaciela! I świadomość, że Sobiesław żyje tylko dlatego, iż zabrał go wówczas ze sobą do Ottona, nie poprawia mu samopoczucia.

To nie tak, że Bolesław tłumaczy się sam przed sobą, iż nie mógł dochować wiary ottońskiej idei jedności wśród chrześcij ańskich władców. Ale praski książę sprzeniewierzył ją jako pierwszy, i to w sposób, który wstrząsnął wszystkimi. Może — pomyślał Bolesław — nie dojrzeliśmy jeszcze do idei cesarskiego dziecka? Albo też cesarskie dziecko nie przystaje do dzisiejszego świata.

IX
LUTY 998 R.
OBÓZ CESARSKI POD RAWENNĄ

— Bertoldzie, czy moje wojska są gotowe do wymarszu?

— Tak, panie!

— W jakiej sile?

— Wystarczą, panie!

— Dobrze. Chcę, by na czele mej armii szedł biskup Bernward z Hildesheim ze świętą cesarską włócznią. Gwóźdź z krzyża Pańskiego w niej zamknięty niech toruje nam drogę.

— Amen — potwierdził cicho Bernward, człowiek głębokiej wiary, ale jego skupiony głos zniknął w dźwięku trąb i okrzykach: „Vivat, vivat imperator August!”.

Zaiste, to, co działo się przez ostatnie miesiące, przewyższało przepychem wszystko, co przyzwyczajeni do cesarskiego majestatu ludzie dworu widzieli dotychczas. Gerbert i Leon dwoili się i troili, by wykonać własny plan; nie raz i nie dwa ludziom się wydawało, że widzą ich w kilku różnych miejscach jednocześnie. Leon z niezawodnym smakiem i wyczuciem stylu kontrolował każdy szczegół, od barwy i faktury jedwabiu na sztandarach cesarza po krój jego płaszcza. Gerbert przeliczał wojska, nim jeszcze dochodziły do nich ostatnie kontyngenty, rozplanowywał ich ustawienie w szyku, mając na uwadze efekt końcowy, który miał się zwać „potęga”.

To wówczas chyba zrodziła się plotka, iż uczony Frank samego diabła potrafi zaprząc do pracy w służbie cesarza. Prawda była o wiele mniej spektakularna, choć trudniej zrozumiała dla ludzi — Gerbert po prostu używał abakusa, arabskiego liczydła, dzięki któremu, przekładając kamyki w rowkach, mógł błyskawicznie dokonywać skomplikowanych obliczeń. Dobrze, że lud prosty nie widział Gerberta, gdy ten stosował noty tyrońskie! Towarzysząc Ottonowi wszędzie, podczas każdego spotkania Gerbert notował. Zarówno słowa cesarza, jak i własne przemyślenia czy uwagi innych dyskutantów. Czas tej podróży do Rzymu był wyjątkowo płodny dla nich obu, głowy płonęły, myśl goniła myśl. Gerbert nie chciał uronić nic, ani jednego ze słów, bo czuł, że już niedługo przekują je w idee. Każda z nich wydawała mu się interesująca, godna uwagi, więc spisywał wszystko. System prowadzenia szybkich notatek poprzez zapisywanie nie słów, lecz liter, a właściwie nawet tylko zarysów ich kształtów, wraz ze skomplikowaną grą kresek i kropek posiadł podczas swej nauki w klasztorze Santa Maria de Ripoll w Katalonii. Tam zresztą nauczył się także używania cyfr arabskich i przyswoił sobie z szybkością właściwą umysłom genialnym matematykę, astronomię i mechanikę. Ale, co prawda to prawda, niewprawnemu oku skrótowe noty tyrońskie mogły się wydawać zapiskami Lucyfera.

Ach, ta podróż, ten tryumfalny marsz na Rzym to było żywe ucieleśnienie idei imperium, jaką nosił w sobie! Wreszcie, po tylu klęskach, po ucieczce z klasztoru w Bobbio, po utracie arcybiskupiego stolca w Reims, wreszcie był na czele!

Powolny pochód cesarskiego orszaku, dostojne tempo, liczne postoje. Po drodze dołączali do nich biskupi, książęta, sojusznicy, każdy na czele swojego wojska. W Padwie oczekiwał na nich papież Grzegorz, czyli „drogi kuzyn Bruno”, skruszony, uniżony i pokorny. Otto potraktował go wspaniałomyślnie, wybaczył mu wcześniejszą niesubordynację. Wszak to Grzegorz, nikt inny, nałożył mu na głowę cesarski diadem u grobu świętego Piotra!

Leon postanowił uczcić ten odnowiony sojusz papieża i cesarza poematem. Póki co zadeklarował utwór, ale nie napisał go jeszcze, albo też może i pisze w tych strzępach chwil, jakie im obu zostają do dyspozycji podczas tego pochodu, tej wyczerpującej kreacji teatrum mundi.

Na razie najbardziej spektakularnym momentem była podróż specjalnie przygotowanym i ustrojonym statkiem po Padzie, którą Otto odbył w asyście syna weneckiego doży, Pietra Orseolo. Gdy wpływali do Ferrary, po obu stronach rzeki stały cesarskie wojska strojne w proporce. Jedwabie na wietrze, jedwabie na tle intensywnego błękitu italskiego nieba, odbij ający się od wody dźwięk trąb. Tłumy ludzi z kwiatami, wiwatujące i wykrzykujące: „Vivat imperator August!”, „Vivat Otto!”.

I on sam, młody cesarz, młody bóg w purpurowym płaszczu pozdrawiający uniesionym ramieniem ludzi, wojska, rzekę, świat cały! Gerber musiał hamować swoje uniesienie, czuł to. Ale Otto w tej podróży był dla Gerberta wcieleniem Aleksandra Macedońskiego, Cezara wracającego z Galii i... Pantokratora zarazem. Nocami Gerbert zagłębiał się w Apokalipsie świętego Jana, gdzie dziewięciokroć pada imię Chrystusa Wszechwładcy. Może dlatego, może ze zmęczenia, może stąd ten stan szczególnej euforii wywołanej brakiem snu i nieustannym drażnieniem zmysłów...

 

Raz owszem, przyszło mu do głowy, że być może powinien się wyspowiadać z tych myśli nazbyt śmiałych, z tych wizji, w których religij ność i zmysłowość przestają ze sobą graniczyć, a zlewają się w jedno; że być może świętokradcze są jego myśli, albo to tylko pycha... Zwykła, ludzka pycha? Ale komu miałby się wyspowiadać z urody młodego cesarza? No, komu? Przecież nie Leonowi, biskupowi dworskiemu, bo spowiedź z aktu wiary mogłaby zamienić się w najlepszym wypadku w akt obopólnej adoracji. Gerbert widzi, jak Leon patrzy na cesarza. Jak go kontempluje. Jeśli jest między nimi walka o względy Ottona, to służy ona wyłącznie dobru cesarza. Nie ma się nad czym rozwodzić. Obaj pozostają lojalni także wobec siebie, jakby spięci niepisanym sojuszem.

Gerbert skończył już pisanie traktatu, który zatytułował De rationali et ratione uti i nawet przez klika dni wstrzymywał się z podarowaniem go Ottonowi, bo wspaniałomyślnie czekał na Leona, na jego zapowiedziany poemat. Chciał wyrównania szans między nimi, równoczesnego ofiarowania cesarzowi dwóch utworów, od obu jego najbliższych doradców i mentorów. Lecz gdy zorientował się, iż Leon nie jest jeszcze gotów, zaniósł swój tekst Ottonowi. Tak, to prawda, przyrównał tam siebie do Arystotelesa, a jego do Aleksandra Macedońskiego... I chciał, by Otto miał przy sobie ten traktat, gdy będzie wkraczał do Rzymu, by te słowa, zmaterializowane w cennej formie wolumenu, były dla niego namacalnym wsparciem.

Owszem, sytuacja nie była łatwa. Więcej, była wielokrotnie złożona. Bunt Krescencjusza, patrycjusza rzymskiego, to jedno. Usunięcie przez niego papieża Grzegorza to drugie. Osadzenie zaś na tronie papieskim zdrajcy Jana Philagathosa, jako antypapieża, który przyjął wszetecznie imię Jana XVI, to trzecie.

I na odwrót: Grek Jan Philagathos, dzisiejszy antypapież, był poprzednim wychowawcą i nauczycielem Ottona. To jego zwolnione przy cesarzu miejsce zajął Gerbert. Stając po stronie zbuntowanego Krescencjusza w Rzymie, siadając na tronie papieskim zamiast mianowanego przez Ottona Grzegorza, cesarskiego kuzyna, Philagathos podeptał wszelkie świętości i zdradził Ottona po wielokroć. I to kto? Kancelista cesarza ojca i cesarzowej matki, człowiek, któremu tak ufali, że powierzyli mu naukę i wychowanie jedynego syna. Więcej, on tego ich ukochanego syna trzymał do chrztu! I teraz, od niemal roku ten zdrajca, ten sprzeniewierca wszelkich świętości miał czelność popełnić zdradę ostateczną — zająć tron papieski!

Bunt Krescencjusza nie ranił serca Ottona tak, jak niegodny akt jego dawnego nauczyciela! Krescencjusz to rzymianin, potomek arystokratycznych rodów, które z krwią matki przez wieki wysysały pogardę do wszystkiego, co nie poczęło się w Rzymie. Dla Rzymu żaden z Ottonów, ani dziad, ani ojciec cesarza, nie byli godnymi cezarów. Rzym nie godził się na Liudolfingów na swym tronie, bo nazywał ich nie inaczej niż saskimi barbarzyńcami. Rzym wciąż śnił sen o potędze, w którym sobie samemu zdawał się pępkiem i koroną świata. Rzym wciąż nie mógł się przebudzić i uwierzyć, że Konstantyn go porzucił, a Wizgoci Alaryka zburzyli jego mury. Cóż więc dziwnego, iż dla rzymian germański cesarz był nie do zaakceptowania?

Jednak nikt bardziej niż on właśnie, młody Otto, nie ukochał Rzymu. Znaczenie tego miasta od dziecka wpajała mu Teofano, jego grecka matka. Wychowana w kulcie Konstantynopola znała wagę centrum w teatrze władzy. Ona wiedziała, iż chcąc władać imperium, oprzeć się trzeba na Rzymie. Otto, przy udziale swych światłych doradców, robił, co mógł, by zespolić ze sobą te dwie niechętne sobie prowincje cesarstwa: Germanię oraz Italię. Obsadzał główne cesarskie urzędy w Rzymie swymi germańskimi zausznikami. Chciał, aby jak najczęściej byli w Wiecznym Mieście, by zrozumieli wyjątkowość tego ducha. Kazał stawiać swój pałac cesarski tu właśnie. Bo choć nie mógł przebywać w Rzymie stale, chciał być w nim obecny, wbudować się w jego tkankę, stać się częścią jego pulsującej historii. Tak, Otto całym swym sercem i duchem czuł się rzymianinem. Pragnął, by i oni, rodowici rzymianie, odwzajemnili tę miłość i pasję.

Więc owszem, cierpiał z powodu buntu. Ale pełen był siły i wiary, by to skierowane przeciw sobie wystąpienie odwrócić. Wiedział, iż Rzym kocha zwycięzców, i gotów był w imię tego wziąć go choćby szturmem.

Z Philagathosem to inna sprawa. Bardziej dotkliwa, osobista. A jeszcze ten fakt, który komplikuje wszystko...

Gerbert od kilku dni mierzył się z wiadomością, której nie przekazał jeszcze cesarzowi. We dwóch z Leonem zachodzili w głowę, co z tym fantem zrobić. Już w Ferrarze dotarła do nich plotka, czy też raczej pogłoska, którą ponoć Rzym żyje od czasu, gdy na tron papieski wszedł Philagathos. Matko Przenajświętsza! Słabo się robi na samą myśl, że mógłby w niej być choć cień prawdy. I nie w tym rzecz, by sam fakt ich obu specjalnie oburzał, ale w tym, że jeśli dojdzie do uszu Ottona, to może skończyć się katastrofą! Jasne zaś jest, że skoro szumi o tym Rzym, to znajdzie się ktoś, kto doniesie. I choćby strzegli cesarza dzień i noc bez ustanku, to doświadczenie dworskie podpowiada, że przed złym słowem ratunku nie ma. Żeby to jeszcze nie chodziło o Teofano!

Matka jest dla Ottona święta! A tu gada się o tym, iż była ni mniej, ni więcej, tylko kochanką Philagathosa! On z nią przypłynął z Konstantynopola. On był przy niej i przy jej mężu bezustannie, dzień i noc! To oczywiście może być haniebne kłamstwo, bzdura, irracjonalny wymysł zepsutych umysłów, ale Rzym! O tym mówi cały Rzym! Ten, do którego Otto na czele orszaku godnego bogów jedzie!

Najgorsze, że i Leon, i Gerbert, jak się dobrze zastanowią, jak przypomną sobie ten i ów epizod z przeszłości, niedalekiej w końcu, bo Teofano zmarła ledwie sześć lat temu, to wyraźnie widzą tropy, na których wyrosnąć mogła ta pogłoska. Więcej, gdy Otto już będzie wiedział, też inaczej spojrzy na ciągłe wyjazdy matki ze swym greckim nauczycielem. Na ich nieustanną obecność, dla której syn, wychowanek, był doskonałym pretekstem. Nie, póki co nie wiedzą, jak na to przygotować Ottona.

Tok myśli Gerberta przerwało pojawienie się Leona. Wraz z nim przybył margrabia Miśni Ekkehard, który wraz ze swym wojskiem dołączył do nich przed kilkunastoma dniami, ku wielkiej radości Ottona. Ekkehard był niezwykle szanowany przez młodego władcę. I chociaż Leon i Gerbert zdawali się na dworze cesarskim trzymać osobny sojusz, odsuwając się od wojowniczych grafów i margrabiów, to jednak jego pojawienie się w tej chwili podsunęło Gerbertowi pomysł. W oku Leona, w jego ledwie zauważalnym skinieniu głową Gerbert dostrzegł, że biskup dworski dokładnie w tym samym celu sprowadził tu margrabiego. Twarz Ekkeharda nie wyrażała ani zaskoczenia, ani przerażenia, ani pogardy. Nic. Wyrażała nic. Powiedział krótko do obu biskupów:

— Tak, ja mu to powiem. I to jeszcze dzisiaj. Musi dowiedzieć się od nas, nie od rzymskiego motłochu.

Jeszcze dzisiaj mogło oznaczać albo teraz, od razu, gdy cesarz na czele orszaku ruszy spod Rawenny na Rzym, albo wieczorem, podczas postoju. Wybór zostawili Ekkehardowi.

Próbowali przez cały dzień być w pobliżu cesarza. I jeden, i drugi; chcieli mu jakoś pomóc, osuszyć łzy, osłodzić ból lub chociaż tylko wesprzeć dobrym słowem. Ale gdy cesarz dał sygnał do wymarszu, gdy biskup Bernward ujął w rękę Sancta et Crucifera Imperialis Lancae, włócznię świętego Maurycego z relikwią Chrystusową w środku, gdy dźwięk trąb oznajmił, iż orszak rusza w świetle i chwale, margrabia Ekkehard podjechał konno do boku Ottona i nie było już tam miejsca dla biskupów Leona i Gerberta. Jechali za nimi, nie słyszeli ani słowa z ich rozmowy, być może modlili się o miłosierdzie Boże dla jednakowo przez obu ukochanego młodzieńca.