Gra w kościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI
JESIEŃ 997 R.
LASY POD SANDOMIERZEM

— Jaromirze! Przyjacielu!

Bolesław zeskoczył z konia i szybkim krokiem szedł do czekającego na niego Rusina.

— Bjornar jest z tobą?

— Nie, kniaziu. Pracuje jeszcze nad niespodzianką dla ciebie, ale dołączy do nas najdalej za dzień, dwa. Polowanie się udało?

— Tak! Chociaż mam nadzieję, że jutro ty ruszysz ze mną na łowy!

— Z tobą? Nawet na niedźwiedzie!

Przed namiotem księcia płonęły pochodnie. Czuć było słodkawy zapach świeżo oprawionej zwierzyny, woń, którą myśliwi upajają się po całym dniu uganiania się za nią w lesie. Łby dzików, jeleni i saren, jeszcze parujące, ale już szklanookie, leżały jeden obok drugiego, wzdłuż dojścia do książęcego namiotu. Bolesław, przechodząc, patrzył na każdy z nich i drgały mu nozdrza, bo pamiętał większość z wypuszczonych przez siebie strzał. Idąc, zdejmował rękawice; przy lewym nadgarstku zobaczył głęboką zadrę, wcześniej nie zwrócił na nią uwagi. Przetarł palcem krwawy ślad.

— Masz rozdarty kaftan na plecach, Bolesławie — powiedział Jaromir, który szedł za księciem.

— Tak? Możliwe. Żbik na mnie skoczył. — Książę wyciągnął ramię do tyłu, próbując znaleźć to miejsce na plecach. Machnął ręką i krzyknął do zbliżającego się od strony namiotu Zarada: — Masz mojego kota?

— Mam! — Zaradowi zalśniły zęby, pochylił się i podniósł z ziemi zbitą z leszczyny klatkę. Wewnątrz prychał i syczał wściekły, poraniony żbik.

— Piękna bestia! Spadł mi na plecy, aż koń się spłoszył.

— Żbiki rzadko atakują człowieka.

— Nieumyślnie zniszczyliśmy mu gniazdo. To kocica. Wściekła się.

— Co mam z nią zrobić?

— Nie wiem jeszcze. Zostaw ją przed moim namiotem.

— A może chcesz gorącą kotkę do środka? — Tylko Zarad pozwalał sobie na takie harce wobec księcia.

— Daj spokój, już mnie podrapała, będę się musiał z tych łowów tłumaczyć księżnej.

Wszyscy trzej roześmiali się, wchodząc do środka. Wewnątrz było jasno. Złocista materia namiotu odbij ała światło pochodni. Przy stole wysokie krzesło Bolesława, w głębi łoże. Kilkoro służby krzątającej się wokół wieczerzy. Bolesław, nie czekając na pomoc służącego, zrzucił z siebie kaftan i koszulę, Zarad obejrzał ranę na jego plecach i kiwnął na chłopaka, by przemył zakrwawione miejsce. Książę nie życzył sobie opatrunku, szybko zmienił koszulę, a na plecy narzucił tylko wilcze futro. Wciąż było mu dość ciepło po polowaniu, choć czuł przecież, że idą pierwsze przymrozki. Zarad polał, stuknęli kubkami na zdrowie. Bolesław przepił do Jaromira:

— Co nowego u Władymira w Kij owie?

— Najlepiej by powiedzieć: stuk siekier.

— Chyba toporów? — wtrącił się Zarad.

— Nie, bracie, siekier! Władymir buduje na potęgę!

— Rozbudowuje Kij ów?

— Rozbudowuje całe księstwo! W Kij owie ciężko już znaleźć piędź niezabudowanej ziemi. Stawia cerkwie wielkie jak góry, a tak piękne, że mówią, iż będzie uśmiercał budowniczych, by nigdzie indziej takie nie powstały! Grody stawia po całej Rusi, lasy wyrzyna na budowę i by miejsce pod budowę robić.

Bolesław dopił miód i podsunął kubek. Potrzebował szybko dosłodzić sobie te ruskie nowiny. Gdy wypił, zapytał Jaromira:

— A jak sprawy w jego domu, jak mu się dzieje z Anną?

— Oficjalnie bardzo dobrze. Kniaź żonę cesarzównę szanuje, nagradza, wszędzie przy nim występuje. Ale mówi się na dworze, że chrześcij ański i małżeński zapał Władymira bierze się stąd, iż brat Anny, cesarz Bazyli, ma wielu szpiegów na jego dworze.

— O, sama Anna, jak pamiętam przywiozła mu z Konstantynopola tylu ludzi, że już wtedy mówiło się, iż dla jej wschodniego orszaku trzeba będzie Kij ów rozbudować!

— A tak. Jak się mówiło, tak się i stało. Sami wiecie, jak ktoś się żeni z urodzoną w purpurze, to się musi liczyć z kosztami. To nie podrzędna księżniczka, to pani, jakiej ruska ziemia nie znała! Ale wiecie, u nas się mówi: kniaź nie z Anną się ożenił, a z cesarzem Bazylim!

Wszyscy trzej wybuchnęli śmiechem. Jurność Władymira przed ślubem z Anną stała się legendarna. Ruski kniaź był świetnie znany handlarzom niewolników. Zresztą sam Bolesław miał w tym swój udział, bo poprzez jednego czy dwóch zaufanych Arabów podsuwał Włodzimierzowi piękne Słowianki. Tyle że na niewiele zdał się ten sposób szukania dojść do wieści z kij owskiego dworu, bo dziewczęta od chwili przekroczenia progu włodzimierzowej alkowy nie mogły już w żaden sposób pozostawać w kontakcie z Bolesławem. Pod tym względem ruski kniaź był przewidujący.

— Nawet jeżeli mariaż zrobił z Bazylim, to dzieci ma z Anną. Jak się sprawy łożnicy mają?

— No właśnie nie najlepiej, wciąż dzieci z poprzednich małżeństw są w przewadze. Anna urodziła mu dwóch synów, to wiesz już, Gleba i Borysa, urodziła jedną córkę i dalej nic, choć to i blisko dziesięć lat będzie po ślubie. Może lepiej dla twoich planów, książę, będzie pomyśleć o którymś ze starszych synów Władymira dla twoich córek.

— Wolałbym wiązać swoje dzieci z potomstwem zrodzonym z cesarzówny.

— Ja to rozumiem, kneź. Ale potomstwa z Anny mało i to wciąż jeszcze dzieci. Nie ma żadnej gwarancji, że dożyją do odpowiedniego wieku. Ja patrzę na to od środka i nie tyle czuję, co wiem, że po śmierci Władymira tam będzie rzeź, tam brat będzie mordował brata. Księstwo takie, jak ma Władimir, to nie jest tłusty kąsek, którym mogą się jego szczenięta podzielić. To jest coś, co się chce mieć na własność. Nie do podziału.

Bolesław wciągnął powietrze i na długo zatrzymał w nozdrzach. Słodkawa woń zwierzyny leżącej przed namiotem, jałowiec, w którego dymie wędzili surowe jeszcze mięsa, słona nuta własnego potu, piżmowa wilczego futra przerzuconego przez plecy. Powoli wypuścił powietrze.

Ruś. Dlaczego Ruś odurza go tak bardzo? Pragnie jej niczym najpiękniejszej nałożnicy, strojnej w złoto i klejnoty, choć jednocześnie równie gorąco pragnie krwi ruskiej, mocowania się z Władymirem, tym niedźwiedziem, turem! Przy wszystkim, co wciąż słyszy o Kij owie, Gniezno czy Poznań wydają mu się zaściankiem, a on sam sobie... Psiakrew! Dziesięć lat temu, przed chrztem Władymira, gdy można było jeszcze próbować raz dobyć Kij owa, Bolesław nie mógł namówić swego ojca na tę wyprawę. Tak, wie, że Mieszko miał rację, niewiele by wówczas zwojowali, ale choć Grody Czerwieńskie by odbili! Teraz to już całkiem niemożliwe. Póki żyje Anna, siostra cesarza Konstantynopola, lub póki żyje Władymir, lub też raczej póki trwa ten sojusz, sprawa jest przegrana. Ale Bogu dzięki, nikt nie jest wieczny. A Bolesław już od kilku lat delikatnie pracuje nad kierunkiem kij owskim. Najszybszym sposobem, by dać sobie oręż do ręki, jest wydać któreś z własnych dzieci za jedno z dzieci Władymira. Gdy po śmierci kniazia, jak mówi Jaromir, zrobi się krwawa jatka, Bolesław, jako teść, będzie miał pełne prawo wtargnięcia do Kij owa. Och, najlepiej byłoby samemu zostać zięciem Władymira! Ale tę myśl książę odpędził od siebie, bo jego własna żona, Emnilda, wciąż była jego ukochaną.

— Dobra, Jaromirze, przyjrzyjmy się jeszcze raz dzieciom Władymira!

— Wyszesław, najstarszy syn, już żonaty. Izjasław, ale nie polecam, bo nie cieszy się względami Władymira i w ostatniej woli na pewno na tron kij owski nie będzie wskazany.

— To ten, co jako dziecko brał udział w zamachu na ojca?

— Ten sam. Potem jest Światopełk, ten mógłby się nadawać, chociaż charakteru ojca nie odziedziczył, jak się dzisiaj zdaje.

„Tym lepiej” — pomyślał Bolesław. „To nie on ma posiąść Kijów, tylko ja”. Ale na głos zapytał:

— Ile ma lat?

— Prawie szesnaście.

— Pasowałby dla mojej najstarszej, Bogumiły, ona ma dziewięć. Ale poświęciliśmy ją do klasztoru.

— A Regelinda? Ma osiem, siedem?

— Tak, ale też nie wchodzi w grę.

Regelinda miała zabezpieczać zachodnie granice ojca. Cokolwiek by się działo, sojusze w marchiach są niezbędne. Nagle Bolesław poczuł, że wcale nie ma tylu dzieci, ile mu potrzeba.

— Książę, a twoja najmłodsza córka?

— Sława? Nie ma jeszcze dwóch lat. Wiesz, jak jest, jeśli szczęśliwie dożyje pięciu, będę mógł o niej myśleć poważnie.

— To może przejrzymy poczet córek Władymira? Masz już dwóch synów.

— Nie, Zarad. Mam dwóch, ale do tej misji nie mam żadnego. Bezprym, mój pierworodny, ma zły charakter. Nie nadaje się na władcę, bo nim doszedłby do tronu, miałby przydomek „Okrutny” i sławę wilkołaka. Nie wiem, w kogo wdał się ten chłopak! Emese, jego matka, była słodką i piękną dziewczyną!

— Ale była Węgierką! Wiesz przecież, co twoi drużynnicy mówią o Węgierkach. Dobrze, żeś ją odesłał!

Roześmiali się, ale tylko oni dwaj, Jaromir najwyraźniej nie wiedział, o co chodzi. Jego okrągłe, zdziwione oczy jeszcze bardziej rozśmieszyły Bolesława i Zarada. Dolali miodu i Zarad stuknął kubkiem Rusina.

— Co, Jaromirze, chciałbyś madziarską kochankę?

— No, czemu nie? Ale czy to niebezpieczne?

— Spójrz na księcia, miał żonę Madziarkę i żyje!

— To czego się śmiejecie?

— U nas w drużynie mówi się, że węgierskie pochwy są ostrzejsze od węgierskich mieczy!

— No tak! Wsadzisz i nie wiesz, czy wyjmiesz oręż cały czy poszczerbiony!

— Bezprym odpada. Muszę coś zrobić z chłopakiem, ale pewne jest, że nie nadaje się na misję wschodnią.

— A Mieszko, twój ulubiony syn?

Bolesław pomyślał, że Mieszko jak nikt inny nadaje się do każdej z powierzonych mu misji, ale też nie mógł towarzyszom powiedzieć, jak bardzo wygórowane plany miał w stosunku do tego chłopca. Dzisiaj Mieszko ma siedem lat, już uczy się łaciny i greki. Unger mówi o nim, że to umysł wybitny, zaś Dobromir, jego wychowawca, chwali siłę chłopaka i postępy we władaniu bronią.

 

— Nie. Mieszko nie.

— Jednym słowem — Zarad przepił do księcia — masz za mało dzieci! Zbyt często jesteś poza domem, Bolesławie!

— A, bo i kiedyś, jak wolno było mieć kilka żon, to i mężczyzna nie musiał się takimi rzeczami martwić. Co noc płodził syna, a co rano córkę i potem mógł tylko pić, jeść i więzy rodowe zacieśniać. — W słowach Rusina zabrzmiała nuta serdecznej tęsknoty za światem, który zmienił się na jego oczach, a który on jeszcze tak dobrze pamiętał.

Napili się za to. Wszyscy trzej mieli już ochotę na kobietę, ale Bolesław na to polowanie nie kazał ich brać. Zarad w duchu miał do siebie żal, że tak pilnie posłuchał księcia. Nie raz Bolesław nie kazał, a potem szukał. Nie raz nie pozwolił, a Zarad zabrał dwie, trzy ładne branki i później, przy miodzie, były jak znalazł. Obiecał sobie w duchu, że na przyszły raz będzie bardziej zapobiegliwy, a mniej usłuchany.

Bolesław pij ąc, myślał, że Jaromir nie ma racji z tym płodzeniem dzieci bez opamiętania. To, co wydaje się korzystne dzisiaj, może stać się zarzewiem wojny jutro. On sam przecież musiał po śmierci ojca szybko i sprawnie pozbyć się saskiej macochy i jej trzech synów. Nie było to specjalnie trudne, bo choć Oda miała w sobie krew Liudolfingów, to jej ojciec, margrabia Dytryk, nie żył już od sześciu lat i tym samym nikt nie był specjalnie zainteresowany jej krzykiem. Przyrodni bracia byli dziećmi, więc też trudno ich liczyć za godnych przeciwników.

Niby nic takiego. Właściwie bezkrwawy przewrót. Głów Odylena i Przybywoja nie liczy, byłby głupcem, zostawiając przy życiu stronników macochy. Właściwie Oda nic mu nie zrobiła, to normalne, że Mieszko wziął drugą żonę po śmierci jego matki, Dobrawy. To, że wcześniej była mniszką, a stary porwał ją z klasztoru, to też nic takiego. Mieszko chciał mieć sojusz z Marchią Północną, a margrabia Dytryk z Mieszkiem. Skandal zatuszowano, zanim urodziła ojcu pierwszego dzieciaka. Zirytowała go tylko tym szczuciem ojca na niego. Głupia, zawistna baba! Wydawało jej się, że może starego nastawić przeciw pierworodnemu! Poza sojuszem ze swoim ojcem niewiele miała Mieszkowi do zaoferowania. Takich jak ona, a nawet młodszych i ładniejszych, ojciec miał całe komory. Dzisiaj już trudno mu powiedzieć, zresztą nie lubi do tego wracać, dlaczego tak się stało, dlaczego zhańbił ją przy ludziach. Może zrobił to w imię pamięci swojej matki? Dobrawa była kochana na dworze. A Oda — obca. Panoszyła się, stroiła fochy, Gniezno i Poznań były dla niej małe, słyszał przecież, jak mówiła „obmierzłe”. Kiedy się gziła z Mieszkiem, to jej nie mierziło, jak zamknął oczy, to od razu fochy? Nie, nie dlatego wziął ją na oczach służby, że był zazdrosny o miłość ojca. Ale dlatego, żeby jej pokazać, iż ona w jego życiu była nikim. Nikim! Z klasztoru wyszła, do klasztoru poszła. Koniec. Zrobił, co zrobił, i to go uwolniło bardziej niż śmierć ojca. Tak, w jego wypadku to był właściwie bezkrwawy przewrót.

Bolesław, niezależnie od knowań Ody, był skazany na sukcesję. Gdyby jego siostra, Świętosława, była mężczyzną, o, to by nie poszło tak łatwo! W duchu się roześmiał. Świętosława! Najlepsza inwestycja jego ojca! Dawno nie widział siostry, dawno nie widział się ze swym szwagrem, duńskim Swenem! Za nim akurat nie tęskni, ale baaardzo jest ciekaw nowin z Roskilde, które jutro przywiezie mu Bjornar!

Wspomnienie ukochanej siostry wypogodziło mu czoło. Resztę wieczoru pili za jej zdrowie. A gdy Zarad, pij any bez reszty, przyznał Bolesławowi, że kiedyś, gdy byli dziećmi, całował się ze Świętosławą, książę najpierw chciał wbić mu nóż pod żebro, a potem, nie mniej pij any od niego, dopytywał, jak smakowała.

VII
GRUDZIEŃ 997 R.
WYSPA REICHENAU
NA JEZIORZE BODEŃSKIM

Nostrum, nostrum est Romanum Imperium! — szepnął Gerbert wprost do ucha Ottona głosem niemal żartobliwym.

Teraz, odkąd zapadła decyzja, by ruszyć do zbuntowanego Rzymu, nade wszystko potrzebował podtrzymywać w Ottonie ten radosny i pełen pasji nastrój.

Wyprawa została zaplanowana niezwykle skrupulatnie. Mieli na to sporo czasu, w końcu bunt w Rzymie trwa nie od wczoraj. Właściwie zaczął się już po koronacyjnym zjeździe Ottona, ponad rok temu. Ledwie cesarz wyjechał z Rzymu na północ, a już za jego plecami ruszyły zamieszki. Otto wówczas nie obejrzał się za siebie, nie cofnął do Rzymu — jechał wprost do Alzacji i... tam się spotkali. Tam Gerbert oficjalnie podjął swe obowiązki cesarskiego nauczyciela. Od tamtej chwili są nierozłączni. Uczeń i mistrz. Młodość i mądrość. Siła i przenikliwość. Wtedy Gerbert nie zastanawiał się nad motywem, jaki przyświecał Ottonowi, gdy ten nie wrócił i nie zareagował na to, iż stojący za buntem Krescencjusz wygnał z Rzymu papieża Grzegorza, cesarskiego kuzyna, a potem osadził na stolcu papieskim Jana Philagathosa, dawnego nauczyciela Ottona. Za bardzo skupiony był na sobie, na swej osobistej radości ze spotkania z młodym cesarzem. Później dopiero zauważył, iż Otto z eleganckim chłodem i nieustępliwością odmawia, gdy od zdetronizowanego papieża Grzegorza przychodzą kolejne prośby o cesarską interwencję. Zafrapowała go ta nieugiętość. Owszem, słyszał, iż na dworze plotkuje się, że to wszystko z jego powodu; że cesarz jest wściekły, iż papież nie załatwił przywrócenia jego, Gerberta, na arcybiskupstwo w Reims. Ale nikt lepiej niż on sam nie wiedział, że to nie jest prawdziwy powód. Przecież tak naprawdę nie zależało mu już na Reims. Ta archidiecezja była dla niego niesmacznym majakiem, o którym chciał zapomnieć. On widział już przed sobą inne wyzwania i wobec nich Reims byłoby tylko kulą u nogi. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej był pewien, że Otto chciał dać Grzegorzowi twardą lekcję. To zaskakujące, do tej pory bowiem był pewien, iż w charakterze młodego cesarza nie leży mściwość. A jednak. Na tym samym synodzie, na którym Grzegorz odrzucił przywrócenie Gerberta na biskupstwo w Reims, zapadła decyzja dotycząca Adalberta, nakazująca mu powrót do Pragi albo misje wśród pogan. Ale nie o to chodzi. Prawdą wydaje się zatem, iż Otto rozmawiał z Grzegorzem o Darowiźnie Konstantyna i na tym tle doszło między nimi do sporu. Grzegorz, choć cesarski kuzyn i tiarę zawdzięczał wyłącznie Ottonowi i nikomu więcej, najwyraźniej chciał wybić się na niepodległość.

To zaskakujące, iż młody cesarz nie rozmawiał o tym ze swym nauczycielem! Nie zwierzył się z zawodu wobec kuzyna — papieża. Czyżby Gerbert nie był jego najbliższym powiernikiem? Jeśli o to chodzi, jeśli to kwestia Darowiźny Konstantyna, to przecież nic prostszego! Znów należy odwrócić tok rozumowania. Nie w tym rzecz, by cesarz jej nie uznał, ale w tym, by podważył jej wiarygodność i po prostu obalił. Gerbert od dawna był pewien, że ten domniemany akt cesarza Konstantyna Wielkiego jest dokumentem fałszywym. Teraz, gdy dotrą do Rzymu, zdobędzie na to dowody i uspokoi duszę młodego władcy.

Podróż do caput mundi frapowała Gerberta. Nieraz był w Rzymie, ale pierwszy raz wejdzie do niego według własnej wizji. Układali plan i przebieg podróży skrupulatnie. To miało być wielkie widowisko — na miarę Ottona i na miarę jego idei. Zaskakująco pomocny w przygotowaniach tego spektaklu okazał się biskup pałacowy Leon.

Właściwie Leon był jedną z niewielu osób w zawistnym otoczeniu dworskim, która naprawdę z otwartymi ramionami przyjęła obecność Gerberta. On sam długo nie zwrócił na tę życzliwość uwagi, tak był skupiony na młodym cesarzu. Ale to właśnie sam Otto skierował wzrok Gerberta na Leona. Powiedział do nich wówczas: „Kto wie, może właśnie odnalazły się dwie wielkie i pokrewne dusze?”. Urodzony w Italii Leon był — aż do przybycia Gerberta — najlepiej i najwszechstronniej wykształconym członkiem cesarskiej kapelanii. W przeciwieństwie do Willigisa czy Burcharda nie bał się Gerberta, więcej, dało się zauważyć, iż Italczyk czerpie wielką przyjemność z obcowania z uczonym Frankiem. To raczej sam Gerbert musiał sobie poradzić z wyrazistą obecnością Leona na dworze. Nie, nie zamierzał z nim rywalizować. Chociaż... W skrytości przyznawał się, ale tylko sam przed sobą, że wolałby, gdyby Otto nie łączył go w pokrewieństwie dusz z Leonem, lecz dostrzegł raczej, że ta szczególna więź dotyczy tylko ich — cesarza i Gerberta.

Rok spędzony na dworze, na nieustannych podróżach z Ott onem, pokazał mu jednak, iż we dwóch nie wcielą w życie idei odnowy cesarstwa. Mnogość spraw, jakie spadały na cesarską kancelarię, mnogość bytów, o których należało rozstrzygać, wielość problemów, miejsc, w których cesarz musiał się osobiście pojawić, wszystko to sprawiło, iż do realizacji wielkich ottońskich wizji potrzeba było niejednego genialnego Gerberta. I ten pragmatyzm sprawił, iż otworzył się na współpracę z Leonem, włączając go, chcąc nie chcąc, w krąg — jak sam to nazywał — świętego wtajemniczenia.

Leon zaś okazał się współpracownikiem idealnym. Twórczy, obdarzony geniuszem ilustracyjnym. Tam, gdzie Gerbert widział czystą ideę, Leon natychmiast znajdował sposób, jak ją przekuć w czyn. Jak ją pokazać. Przygotowywał świetne mowy, miał zmysł organizacyjny i poetycką, acz nie sentymentalną wrażliwość. Zresztą obaj, Leon i Gerbert, cenili sobie pewną surowość, widząc w niej nawiązanie do ideałów rzymskich. Otto przeciwnie, po matce odziedziczył skłonność do przepychu, bizantyjskiej estetyki nadmiaru. Niemniej jednak nie realizował jej w sposób dosłowny, o nie. Miał świadomość, że jego sascy książęta i biskupi są przeczuleni na tym punkcie. W nich wciąż jeszcze, mimo awansu społecznego, tkwią jakieś pogańskie tęsknoty. Och, ileż było szumu, ileż gadania, gdy Otto zaczął jadać na sposób wschodni. Dla nich uczta to była uczta, jak kiedyś — szeroki stół, przy nim wszyscy, władca w środku, ciasno otoczony swymi książętami. Toasty, przepij anie jeden do drugiego. To nie dla subtelnego Ottona! Męczył go ścisk, nie znosił dotyku obcych, tej iście germańskiej poufałości!

Kiedy więc kazał wybudować dla siebie podwyższenie, na nim ustawić osobny stół, a całą resztę towarzystwa usadzić nieco niżej i w oddaleniu, szemraniu nie było końca. Ale ponieważ zarządził te zmiany równo ze swoją cesarską koronacją, więc choć nie zamknął ust niezadowolonym, to nie dał im żadnego pola manewru. Odkąd jest cesarzem, tak ma być. I jest.

A zatem ruszają do zbuntowanego Rzymu! Na cesarskim dworze mówi się o tej wyprawie „ekspedycja karna” i choć Otto nie używa tego terminu, to mu nie zaprzecza. Jak mawia Leon? „Odrobina pieprzu wzmocni tylko słodycz cesarza”.

Wszystko zgodnie z planem. Wyruszają majestatycznym orszakiem. To nie ma być tajna, szybka akcja odwetowa. To demonstracja potęgi władzy. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że Krescencjusz i antypapież, powiadomieni o zbliżaniu się cesarskiego wojska, ściągną posiłki skąd się da i przygotują się do obrony, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest, iż poprzedzane famą nadciąganie wojsk cesarskich skutecznie pozbawi ich sojuszników. I wjadą do Rzymu już jako zwycięzcy.

Gerbert, a jak się okazało, i Leon w gruncie rzeczy nie znoszą wojny. Rozlew krwi, jęki i upokarzające skamlenia ofiar obu im są obmierzłe. Na dodatek Gerbert już w czasie tegorocznej wojny na Połabiu odczuł na własnej skórze niewygody życia w obozie wojennym. Nie, to nie dla niego. I dziwi się, skąd u Ottona, w tej niebiańskiej duszy młodego cesarza, taki podziw dla wojennego rzemiosła. Otto sam nie walczy, na to nikt przy zdrowych zmysłach by mu nie pozwolił, ale gdy tylko może, z radością przywdziewa złoty pancerz, wsiada na strojnego purpurą rumaka i osobiście wyprawia swe wojska do boju. Lubi też przechadzać się po obozowisku, pozdrawiać rannych i nagradzać zwycięzców. To wojenne współuczestnictwo sprawia mu zauważalną radość. Dobrze, więc teraz, wespół z Leonem, zaplanowali dla niego taką właśnie celebrację, licząc, a nawet po cichu będąc pewni, że do prawdziwej walki dojść nie będzie musiało.

Gdy przekroczą Alpy, najpierw skierują się do Padwy. Tam zaplanowano uroczystości Bożego Narodzenia i spotkanie cesarza z wygnanym z Rzymu papieżem Grzegorzem. Tam też dołączą do ich orszaku wojska książąt i biskupów.

— Podjąłem decyzję, że pod moją nieobecność w Germanii pieczę nad wszystkimi tutejszymi sprawami obejmie ksieni kwedlinburska Matylda.

— Twoja ciotka? — Tok myśli Gerberta przerwało nagłe odezwanie się Ottona, który w wyobraźni wkraczał już do Italii.

— Tak. Do niej mam pełne zaufanie. A od książąt i biskupów oczekuję obecności pod murami Rzymu, nie zaś rozglądania się po kraju, gdy cesarz na wojnie.

— Racja. Zresztą, jak ustaliliśmy, ich obecność w Rzymie, przy tobie, jest wskazana. Trzeba rozbić stronnictwa, które szepczą, iż bardziej cię zajmują sprawy wiecznego miasta niż, jak to mówią, „słodkiej Germanii”.

 

— Tej plotki akurat nie słyszałem.

— Wybacz.

Gerbert najpierw pomyślał, że może powinien był się ugryźć w język, że niepotrzebnie zranił wrażliwą duszę młodego cesarza. Ale zaraz potem skonstatował, iż Otto dawno nie był w tak świetnej formie i że teraz, gdy na czele swego orszaku rusza do Rzymu, łatwiej skonfrontuje się z rzeczywistym charakterem swych rodaków. Nie mylił się. Młody cesarz wzruszył ramionami i uśmiechnął się drwiąco.

— Słodka Germania dla nich znaczy tyle, co spać na baranim futrze, opychać się krwawą kiszką i zapij ać piwem. I raz do roku ruszyć opasłe tyłki na zjazd królewski, przespacerować się w wytrzepanym na tę okazję paradnym futrze, poprzebierać paluchami strojnymi w za ciasne pierścienie, pogardłować i popuszyć się we własnym towarzystwie. A potem czym prędzej wrócić do domu, na tłustą kolację, chędożenie żony, a i dziewki na deser! Wiem ja, czym dla nich jest „słodka Germania”! To święty spokój, którego przy mnie zaznać nie mogą!

Gerberta zamurowało. Nigdy wcześniej nie słyszał cesarza mówiącego w ten sposób. „Chędożenie żony”? Stał, wpatrywał się w najsłodszą twarz Ottona, w ten „cud świata”, i nie wiedział, co odpowiedzieć. Jednocześnie czuł trafność i przenikliwość, ba, wręcz syntezę współczesnej germańskiej natury, dokonaną przez Ottona w tym niespodziewanym wybuchu.

— Co tak patrzysz? Mam nadzieję, że cię nie uraziłem, Gerbercie?

— Mnie? Skądże. Pochodzę z Owernii. Pij amy wino, nie piwo. Od tego mamy chudsze... tyłki.