Gra w kościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II
KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ,
PÓŹNA WIOSNA 997 R.
POZNAŃ, SIEDZIBA KSIĘCIA
BOLESŁAWA

— Gdzie ciało?

Rybak, który pierwszy raz w życiu widział na własne oczy księcia, nie mógł się odezwać.

— Gdzie ciało?!

O Bolesławie opowiadano legendy, w których równy był olbrzymom i straszny jak one.

— Gdzie jest ciało?!

Zimny pot spływał mu wzdłuż krzyża, a paniczny lęk wiązał szczęki żelazną okową. Bardzo chciał odpowiedzieć księciu, bardzo chciał spełnić każde z życzeń tego piastowskiego boga, ale po prostu nie potrafił wydobyć z siebie głosu. I widział, że Bolesław, wściekły, wyciąga w jego kierunku olbrzymią pięść, i czuł już, jak ta pięść gruchocze mu czaszkę, i zamknął tylko oczy, by poczuć słony smak krwi przeciskającej się między zębami. Krew była słodkawa, jak nigdy. Słodka i lepka. Widać prawdą jest, że śmierć zadana ręką bohatera jest słodsza niż życie… W głowie mu zawirowało. Odejście do Nawi było najłagodniejszą z rzeczy, jaka mu się przydarzyła w życiu.

— Skończony dureń.

Śmiech. Zarad, ciemnooki towarzysz księcia, przeciągnął się za ławą.

— A bo to pierwszy raz ktoś zaniemówił, jak stanął przed tobą? Nie pierwszy. I pewnie nie ostatni.

— Nie mam czasu na jego zaniemówienia. Muszę wiedzieć, gdzie ciało biskupa Wojciecha. Gdzie pozostali misjonarze? Wszystkich Prusowie wytłukli?

— Nie, mówił, że tylko Wojciecha, tamci dwaj zbiegli.

— Tchórze. Wołaj do mnie biskupa Ungera, może przy nim ten kmieć odzyska mowę. I wołaj Sobiesława. Albo nie, jego nie… — Bolesław w jednej chwili wytracił gniewny impet. — Poczekamy. Kto wie, co ten tu nam powie. Może lepiej, by brat Wojciecha nie słyszał tego… Rok temu wyrżnięto mu czterech braci, zostali tylko Wojciech i Radzim, chociaż Radzim to nie to samo, przecież z innej matki…

— Jeśli, jak rybak mówi, Radzim uciekł, to…

— …to żyje, tchórz!

Biskup Unger w ciemnościach widział jak kot. Nie mrużył oczu, wychodząc z wnętrza ciemnego palatium w jasny dzień. Nieomylnie i bezszelestnie zjawiał się na miejscu, zazwyczaj chwilę po tym, jak powzięto myśl, by go szukać. Za plecami Bolesława szeptano, że biskup jest saskim szpiegiem, że ma oczy i uszy tam, gdzie ich nie powinno być, że potrafi mówić językami, jakie nawet powtórzyć trudno, a na końcu po prostu gadano, że ma kontakty z siłami nieczystymi. Nikt tego nie ważyłby się powtórzyć głośno, a tym bardziej w obecności Bolesława. Sam książę zaś plotki o biskupie znał i śmiał się z nich. Jakkolwiek podejrzanie nie wyglądałby Unger w jego oczach, łączył ich pewien pakt, nieodległa umowa. Niepisana, zamknięta w kilku zdaniach, jednej rozmowie tamtej nocy przed pięciu laty, gdy spotkali się sam na sam w głębi małopolskiej puszczy.

Unger nie mówił dużo. Z niektórymi nie rozmawiał wcale i nawet w najbliższym otoczeniu księcia byli tacy, którzy nigdy nie zamienili z nim słowa. Sam Unger bowiem rozpoczynał z kimś rozmowę niezmiernie rzadko. Pozdrowienia odwzajemniał głębokim skinieniem głowy, a na książęcym dworze to czasami wystarczało za lata kontaktów.

Gdy Zarad wraz z biskupem wszedł do sali, wszystko było jak przedtem. Rybak leżał zwinięty w kłębek na posadzce. Brudne ludzkie zawiniątko, z ramionami kurczowo owiniętymi wokół kolan. Unger przyjrzał mu się z uwagą.

To dziwne, nie pierwszy raz Bolesław widział, iż biskup, który potrafił z chłodną i uprzejmą wzgardą omij ać twarze najmożniejszych, w skupieniu zatrzymywał wzrok na takim nikim, jak ten tu, u ich stóp.

Unger spojrzał pytająco na Zarada, ten odpowiedział:

— Zemdlał, zanim książę zdążył go uderzyć. Wlałem mu miód do gardła, ale się nie ocknął. Straży na bramie powiedział, że ma wiadomość o biskupie Wojciechu, że ten zamordowany przez Prusów, a towarzyszący mu mnisi uciekli. Tyle tylko.

Unger na wiadomość o śmierci Wojciecha schylił głowę i zrobił szeroki znak krzyża. Potem usiadł na posadzce przy rybaku i przyłożył mu rękę do czoła. Spojrzał w górę na Bolesława i powiedział:

— To potrwa dłużej.

Bolesław skinął na Zarada, by towarzysz dolał mu do kubka. Pij ąc, zamyślił się ciężko.

Nie minęło nawet pół roku, odkąd gościł Wojciecha tu, w palatium. Była zima. Siedzieli przy tym samym stole, zanim wspólnie ruszyli do Gniezna. Wojciech, jak wszyscy Sławnikowice, miał dar zjednywania sobie ludzi. Owszem, nie był tak otwarty, tak szeroki w geście jak Sobiesław, jego najstarszy brat, ale przecież Sobiesław był wojownikiem, a Wojciech od dzieciństwa został podarowany Bogu na służbę. Nie miał nawet wymaganych prawem kanonicznym trzydziestu lat, gdy został praskim biskupem. Pod nowym, świętym imieniem Adalberta wkroczył z pastorałem do Pragi i jasne było od razu, że to zapowiedź kłopotów. Bolesław widział i słyszał Pragę, jakby to było Gniezno, Poznań czy Giecz. Miał tam więcej szpiegów niż we własnych grodach, ale też i Praga w jego umyśle zajmowała miejsce szczególne. Tam tętniła krew jego matki, a pod nią jej ojców. Tam patrzył.

Z uwagi na to i z uwagi na przyszłość, jaką Pradze wyznaczył, zawsze wspierał Sławnikowiców przeciw praskiemu księciu. Szarpał go nimi, kłuł w oczy niezależnością, bogactwem ich libickiego księstewka, subtelnie wspierał ich koneksje na zachodnich dworach i zawsze mogli polegać na jego wojsku. Wiedział, że nadejdzie czas, kiedy otwarcie będzie musiał zmierzyć się z księciem Pragi, czuł nawet, że ten nie będzie mu dłużny i wykorzysta Sławnikowiców w tej rozgrywce, ale nie sądził, że uczyni to w tak okrutny sposób: mordując czterech braci Sobiesława i Wojciecha, wyrzynając kobiety i niemowlęta. Praski książę zaskoczył go brutalnością, choć może Bolesław powinien lepiej wyczuwać jego zamiary — byli spokrewnieni tak blisko, krew Przemyślidów krążyła w żyłach ich obu, matka Bolesława była wszak rodzoną siostrą praskiego księcia. Mord na Sławnikowicach przed dwoma laty, likwidacja libickiego księstewka — budziły w nim żywą chęć odwetu. Gdyby nie Unger, pewnie wziąłby wojsko i ruszył z Sobiesławem na Pragę. Ale biskup ostudził jego zapały. Kazał czekać.

Kiedy tej zimy zjawił się tu Wojciech, Bolesław gościnnie przyjął go pod swój dach. Wraz z Wojciechem przybył Radzim, najmłodszy z braci Sławnikowiców. Miał ich tu, przy tym stole, ostatnich trzech żyjących potomków libickiego rodu: Sobiesława, towarzysza swych wojennych wypraw, Wojciecha Adalberta, nieszczęśliwego biskupa Pragi, i Radzima Gaudentego, benedyktyna. Pili, płakali nad śmiercią Sławnikowiców, odgrażali się praskiemu księciu.

Gdy Wojciech wyjawił, jaki jest werdykt synodu papieskiego w jego sprawie, Unger dotknął kolana Bolesława pod stołem. Książę był pij any, ale nie na tyle, by nie zareagować na jasny sygnał swego biskupa. Zaczął słuchać.

Wojciech mówił, że papież, zgodnie z prawem, nakazał mu powrót do Pragi, do biskupstwa, które już dwakroć porzucił. „Bracia moi, tłumaczyłem Ojcu Świętemu, arcybiskupom świątobliwym, że nie mogę wracać do Pragi, do diecezji, która mnie nie chce, nie słucha mych nawoływań do przestrzegania praw Bożych, odwraca się ode mnie plecami, bardziej skłonna do życia według pogańskich obyczajów niż słów Chrystusowych. Oni mi na to, że prawo zabrania mi opuszczania diecezji! Że klątwa mi grozi. To tłumaczyłem im, że książę praski ma krew moich rodzonych braci, ich dzieci i żon na rękach, że nie mogę żyć pośród morderców mojej rodziny, że nie mogę… — tu Wojciech aż oddech stracił na chwilę — …nie mogę komunii świętej udzielać władcy, który stoi za zbrodnią. Oni mi na to, że współczują, że rozumieją, ale prawo zabrania mi opuszczania diecezji! A dowodów nie mam, bo nikt praskiego księcia w czasie mordu w Libicach nie widział, choć nie jest tajemnicą, że ten celowo posłużył się Wrszowcami. Willigis, mój metropolita z Moguncji, nastawał na mnie najbardziej. Dopiero gdy sam młody cesarz Otto włączył się w spór, uświadomił kardynałom, że mój powrót do Pragi to osobiste dla mnie niebezpieczeństwo, to wysyłanie mnie na śmierć pewną. Dopiero wtedy zatrzymali się na chwilę w swojej bezwzględności. Papież Grzegorz orzekł, iż figura prawna nie pozwala na zwolnienie mnie z obowiązków biskupich, bom życie swoje przysiągł poświęcić Bogu. Ale w świetle tej wiedzy, jaką mają, woli, bym poświęcił je godnie. I dał mi zgodę na szerzenie Słowa wśród pogan i zamianę posługi diecezjalnej na misyjną”. „Kiedy?” — zapytał Unger. „Jak tylko przyjdzie pismo z Pragi, w którym lud mój jasno powie, że nie chce mnie widzieć na biskupim stolcu”.

Z tamtego wieczoru Bolesław zapamiętał jeszcze wspólny płacz ostatnich Sławnikowiców i głębokie zamyślenie Ungera. Pili dużo, zwłaszcza on i Sobiesław. Duchowni Wojciech i Radzim wymawiali się Wielkim Postem. Unger nie pił wcale. Zresztą, któż to pamięta. Ale gdy tylko książę doszedł do siebie, Unger już przy nim był.

— Wojciech nie może na dłużej zostać ani w Poznaniu, ani w Gnieźnie. Nie może też wrócić do Pragi.

— A jeżeli ten lis, praski książę, przyśle pismo, w którym zapragnie jednak swego biskupa?

— Rzecz w tym, aby go nie napisał.

— Mam dość swoich ludzi na jego dworze, by skutecznie go od tego odwiedli. Zresztą mówią, że tam dzisiaj wystarczy wspomnieć imię któregokolwiek ze Sławnikowiców, by wywołać wściekłość mojego wuja.

— Trzeba by zadziałać szybciej, niż on się domyśli, że Wojciech gości u nas.

— Myślisz, że choćby mi na złość, wezwie Wojciecha do siebie?

— Tak zrobi. — Unger popatrzył na Bolesława swymi jasnymi oczami. — A czy ty już wiesz, że masz w ręku skarb?

— Skarb? Na razie moja libicka polityka to źródło goryczy. Przewaga porażek, Ungerze.

— Czas to odwrócić. Synod papieski i jego figura prawna podarowali ci skarb. Musisz go wykorzystać.

Bolesław potarł czoło i spojrzał na biskupa spod oka.

 

— Piłem wczoraj dużo. Wojciech z Radzimem odpadli szybko, ale z Sobiesławem mocno pociągnęliśmy. Chyba nie nadążam za tobą.

Unger zrozumiał i mówił wolniej:

— Papież wysłał Wojciecha na misje do pogan, o ile oczywiście jego praska diecezja, czyli tak naprawdę sam książę, złoży pisemne oświadczenie, iż nie chce go widzieć.

— Tyle sam zapamiętałem.

— Wojciech pragnie nawracać pogan, ale sam jeszcze nie wie jakich. Skoro rozmawiał z Ottonem, cesarz pewnie wskazał mu Wieletów.

Bolesław roześmiał się szeroko.

— Posyłać misjonarzy do Wieletów to jakby ich wilkom na pożarcie…

— A kim jest misjonarz słany dzisiaj do pogan, jeśli nie owcą na tacy podaną wilkowi? Zastanów się, książę! Gdzie dzisiaj są jeszcze poganie, którzy mają ochotę się chrzcić? Ci, którzy chcieli przystać do rodziny Kościoła, zrobili to już dawno. Otrzeźwiej, książę! Spójrz po sąsiadach! Włodzimierz, książę kij owski, ochrzczony, Bolesław praski i Czesi ochrzczeni, Gejza ochrzczony i już nikt nie nazwie jego ludzi Czarnymi Węgrami. Między twoim księstwem a ziemiami Ottona pozostali tylko Słowianie Połabia. To oni są krwawą raną na ciele cesarstwa! Rozcięciem w chrześcij ańskim świecie! Są niczym dziura na skraju cesarskiego płaszcza!

Bolesław potrafił trzeźwieć naprawdę szybko:

— Ale wiesz tak samo dobrze jak i ja, który walczę z nimi, odkąd na koń nauczyłem się wsiadać, że oni ochrzcić się nie chcą! Mij a czternaście lat, odkąd spalili biskupstwa w Brandenburgu i Havelbergu, tak że kamień na kamieniu ze świątyń nie został! Och, znam ja ich!

Ilekroć Bolesław mówił o Wieletach, zapalał się w nim wyjątkowy ogień. Unger to widział i nie był tak głupi, by cieszyć się chrześcij ańskim zapałem swego księcia! Nie. Tyle lat mieszkał wśród Słowian i był tak blisko Bolesława, by wiedzieć, że ten ogień to nie zapał bożego wojownika przeciw pogańskim Wieletom. To coś znacznie bardziej złożonego, co jego, Ungera, germańska dusza może i przeczuwa, ale przyznać się boi. Książę chwilę krążył od ściany do ściany, jak żbik złapany w klatkę. W końcu stanął i spytał:

— Do czego zmierzasz, biskupie?

— Do ustalenia faktów. Cesarz czuje, że Praga odrzuci Wojciecha. Dlatego biskup na twoim dworze czeka na pismo z Pragi. Cesarz z góry zakładał, że Wojciech wyruszy na misję pogańską. I wreszcie, cesarz sądzi, że Wojciech prosto z twego dworu uda się do Wieletów.

— Myślisz, że założył śmierć Wojciecha na misji?

— Tak. A przynajmniej dopuszcza taką możliwość. Z rąk Wieletów żaden misjonarz dzisiaj nie wyjdzie żywy.

— Chyba że to nie Otto kieruje go na Połabie, lecz któryś z jego doradców…

— Słyszę, że obudziłeś się, Bolesławie! — Unger uśmiechnął się lekko. — Są wokół cesarza tacy, którzy dość już mają Wojciecha, są i tacy, którzy prowadzą własną politykę, nie zawsze równoległą z cesarską linią…

— Zresztą Wojciech, jak mówił wczoraj, nie miał innego wyjścia. Albo zabij ą go w Pradze jego diecezjanie…

— Oczywiście nie diecezjanie, tylko nieznani sprawcy, i nie w Pradze, tylko gdzieś na drodze…

— I oczywiście mój wuj nic z tym nie będzie miał wspólnego, jak i ze śmiercią braci Wojciechowych…

— Skoro zaś tak się sprawy mają, to ty, książę, stajesz się opiekunem misji Wojciecha.

— Ja? Ja go do Wieletów nie puszczę!

— Słusznie. Skieruj go do Prusów.

— Wstań, człowieku.

Na dźwięk łagodnego głosu Ungera Bolesław się ocknął. Przetarł oczy wierzchem dłoni. Zasnął? W głowie miał jeszcze szum ciężkich wspomnień ostatniej wizyty Sławnikowiców. Jakby przeniósł się w czasie o pół roku. Nie, nie do niego biskup mówi. Ach tak, jest tu rybak, co przyniósł wiadomość o śmierci Wojciecha i padł jak martwy, zanim cokolwiek sensownego zdołał opowiedzieć. Ach tak… Więc to nie sen, nie widziadło nocne.

Rybak stał i rozglądał się wokół siebie bezradnie, jakby nie rozumiał, gdzie jest i co tu robi. W rękach ściskał jakiś tłumok. Gdy Bolesław zrobił krok w jego kierunku, zachwiał się, jakby znów miał zasłabnąć. Biskup Unger podtrzymał nieszczęśnika.

— Kto cię tu przysłał, człowieku?

Rybak poruszył ustami, ale wydobył z nich tylko suchy, chrapliwy skrzek. Zarad, jak zawsze życzliwy ludziom, zapytał:

— Wody chcesz?

A odwracając się do Bolesława, mrugnął i dodał:

— Miodu już mu nie damy, bo znów nam padnie bez życia!

Rybak skinął głową i łapczywie przechylił podany mu kubek. Gdy wypił, spojrzał na naczynie i oczy zrobiły mu się okrągłe, jakby pierwszy raz w życiu pił ze srebra. Co zresztą było bardziej niż prawdopodobne, patrząc na jego zniszczoną odzież. Zarad wziął od niego kubek, a Unger ponowił pytanie. Rybak wyszeptał, patrząc w posadzkę i bojąc się ponieść wzrok:

— Dwaj zakonni bracia, w burych szatach, nazywają się Radzim i Bogusza, oni mnie do was posłali.

— Skąd ich znasz?

— Mój brat był ich tłumaczem i przewodnikiem do kraju Prusów. Trafili do nas z Gyddanzka, kiedy łódź z ludźmi… księcia… Bolesława wysadziła ich na brzeg. Gościli u nas w chacie przed podróżą, wtedy, gdy był z nimi jeszcze ten trzeci, najważniejszy, ten, co zginął…

— Skąd wiesz, że był najważniejszy?

— Miał na sobie odzież znaczną, jakiej nikt u nas nie nosi, na głowie miał wełnianą wielką czapę…

— Jak się nazywał, pamiętasz?

— Wociech. Mówili do niego: Wociechu.

— Dlaczego twój brat z tobą nie przyszedł, skoro, jak mówisz, był ich przewodnikiem?

— Chowa się w lesie. Boimy się, panie, że Prusowie i jego będą szukali…

— A gdzie ci dwaj? Dlaczego bez nich przyszedłeś?

— Ukryli się w wielkiej dziupli, pół dnia drogi od miejsca, gdzie to się wszystko stało. Posłali mnie najpierw do Prusów, bym wywiedział się, co z ciałem Wociecha, mieli na mnie czekać w tej dziupli, w drzewie. Ale kiedym wrócił do nich, nie było nikogo. Oni mówili, że muszą wracać na dwór księcia… — mówiąc „księcia”, rybak zakrztusił się i skłonił do ziemi, aż Unger go podtrzymał, bo wyglądało, jakby znów chciał paść bez tchu — więc ja… ja… ja… pomyślałem, że nie zaczekali na mnie albo może bali się sami tam siedzieć, mnie dwa dni nie było… To ja rozpytałem się jeszcze między tamtejszymi, czy ktoś ich widział, jakby widzieli, jakby Prusowie ich pojmali, to by ludzie wiedzieli, przecież rzadko się zdarza coś takiego… no, to by było głośno. Ale nikt o nich nie słyszał, nikt. No to pomyślałem, że oni już poszli do księcia — znów się skłonił, a Zarad tylko przewrócił oczami — i też ruszyłem tutaj.

Rybak skończył i odetchnął jak człowiek, który wyrzucił z siebie wielką tajemnicę. Nie śmiał podnieść głowy, ale nawet bez tego wyraźnie było widać, że patrzy w stronę brzegu stołu, gdzie Zarad odstawił kubek. Podali mu wody. Bolesław chciał coś powiedzieć, ale Unger uprzedził go, ruchem głowy prosząc, by się nie odzywał. Zarad stłumił śmiech.

— Co wiesz o śmierci Wojciecha?

— Tyle, co mi tamci powiedzieli, pan Radzim i pan Bogusza… że ich na polanie Prusowie złapali, Wociecha włócznią w plecy przebili, a potem… a potem głowę mu odrąbali.

Pater noster! — Unger przeżegnał się. Bolesław uderzył pięścią w ścianę, a Zarad syknął.

Zapanowała cisza.

Pierwszy wyrwał się Zarad:

— A oni dwaj jak uszli z życiem?

— Uciekli do lasu…

— Tchórze! — Bolesławowi zacisnęły się szczęki. Nie, nie lubił Radzima od pierwszego spotkania. Ten najmłodszy pół-Sławnikowic od początku wydawał mu się lepiony z innej gliny. Jak można zostawić brata?!

— To, że ich Prusowie zostawili w spokoju, jeszcze nie dowodzi przeoczenia, Bolesławie — Unger jak zawsze odezwał się w porę. — To wiadomość wysłana do ciebie. Nie oskarżaj więc Radzima, nie trzeba. Oni nie na niego polowali, lecz na człowieka w biskupiej mitrze. Ktokolwiek by ją miał na głowie…

Zarad podsunął mu kielich. Bolesław wypił. Rybak skurczył się i tylko tłumok przycisnął jeszcze mocniej do piersi. Książę wypuścił z siebie haust powietrza.

— Gdzie ciało Wojciecha, człowieku?

— Ciało utopili w rzece. Ale głowę zabrałem…

To mówiąc, wyciągnął przed siebie tłumok i położył na brzegu ławy. Ręce mu się trzęsły, kolana uginały, zawiniątko zamiast zostać na stole, głucho spadło na ziemię. Spod zwoju szarej szmaty wytoczyła się ludzka martwa głowa.

Wojciech Adalbert Sławnikowic leżał u stóp Bolesława. Martwymi oczami wpatrując się w sufit.

III
JESIEŃ 997 R.
PAŁAC CESARSKI W AKWIZGRANIE

— Gdzie jest teraz ciało biskupa Adalberta?

Otto patrzył na Radzima Gaudentego i Boguszę Benedykta z góry. Z wysokości sześciu kamiennych stopni, które ustawiono na wzór schodów Świątyni Salomona w Jeruzalem, by prowadziły do cesarskiego tronu. Zmizerniałe i zmęczone twarze benedyktynów pozostawały w cieniu, za to głowę młodego cesarza opromieniała aureola zachodzącego słońca, zwielokrotnionego barwionym szkłem.

— Kiedyśmy wyruszali z Gniezna od księcia Bolesława, ekspedycja, którą wysłał do Prusów po ciało, była jeszcze w drodze.

Radzim Gaudenty mówił wolno, jak człowiek, który składa zdania zaskoczony tym, że słowami można opowiadać rzeczywistość, która jemu samemu jeszcze nie mieści się w głowie. Bogusza stał krok za nim. To dawało Gaudentemu wsparcie, poczucie, iż gdyby nagle zasłabł, a to przecież od czasu śmierci Wojciecha zdarzało mu się często, to towarzysz pochwyci go i wesprze ramieniem. Wszystko to, co działo się od tamtego czasu, zdawało mu się snem, który nie poddawał się regułom logiki. Wciąż jeszcze czuł zimne wody bagniska, w którym stali z Boguszą, ukryci między trzcinami. Stali zanurzeni po szyję, szczękając zębami, woda w kwietniu potrafi być niczym lód. Ani on, ani Bogusza nie potrafili pływać, nie mogli więc ruszyć się z miejsca, tylko trzciny chroniły ich przed oddziałem uzbrojonych Prusów. Najgorsze, że wszystko widzieli, sami nie będąc widocznymi. To, że patrzył na śmierć swego brata, że w niczym nie mógł mu pomóc, to jedno. Ale to, że przeraźliwie bał się własnej śmierci, że w tamtej chwili, gdy Prusowie zarzynali Wojciecha, gdy zadawali mu śmierć po dwakroć, on sam poczuł przemożną, ponad wszystkie inne pragnienia, chęć życia, to drugie. Spowiadał się z tego Boguszy. I Bogusza go rozgrzeszył. Ale Radzim nie miał pewności, czy rozgrzeszenie w imię Boga rozgrzesza go także wobec brata. Od wiosny do jesieni minęło pół roku, a on wciąż, gdy tylko zamknie oczy, stoi w lodowatej wodzie i ogląda śmierć Wojciecha, jakby smakował jego umieranie. Wszystko, co nastąpiło potem, jest jak sen, z którego przebudzeniem jest ten lodowaty powiew, kostnieniem członków przywracający go nieustannie do cierpienia. Dziupla, w której się schronili; długa droga lasami do Gniezna, w której niejeden raz pobłądzili i bali się zbliżać do osiedli ludzkich, bo nie wiedzieli, czy są już w kraju księcia Bolesława, czy jeszcze na krwawej ziemi Prusów. Potem podróż z Gniezna do Akwizgranu, podróż niczym letarg, znaczona postojami w klasztorach. Magdeburg, Kwedlinburg, Hildesheim. Droga szarpana chaosem wędrówki, bo wszędzie zasięgali wieści o miejscu pobytu cesarza, szukali go, wiedzieli, że zanim podążą do Rzymu, muszą spotkać się z nim samym, opowiedzieć mu, co stało się tam, na misji pruskiej. I teraz wreszcie, gdy stoją u stóp jego tronu, Radzim czuje, że sen nie ma końca, że próżno wyczekiwał przebudzenia. Przepych sali audiencyjnej, cesarz niczym Chrystus tronujący nad nimi, ten cesarz wypowiadający imię jego brata, które odbij a się od wysokich ścian, krąży dookoła kolumn, owij a wokół brązowych krat i wznosi się, jakby Wojciech już był jednym z bladolicych aniołów, z niebiańskich wizerunków świętych, których złociste aureole rozświetlają sklepienie w akwizgrańskim pałacu.

— Boże przenajświętszy, zmiłuj się nade mną grzesznym, bo sam nie wiem, co widzę!

Otto odczekał chwilę, aż Gaudenty się uspokoi. Nie chciał potęgować jego bólu, choć czuł, iż egzaltacja, jakiej ulega brat Adalberta, utrudnia mu kontakt z nim. Zresztą nie byli sami. Otto nakazał, by przy audiencji, jakiej udzieli benedyktynom, obecni byli wszyscy dostojnicy dworu i członkowie jego kapelanii, nawet Bruno z Kwerfurtu, który ledwie co do nich dołączył. Więcej, zaprosił także dworzan, i to nie tylko tych najbliższych. Ma niewiele czasu, za kilka dni znów wyruszy w podróż, niech wszyscy mają szansę ucieszyć serce jego widokiem.

— Gaudenty, opowiedz nam o męczeństwie twego brata.

Bogusza Benedykt postąpił pół kroku do przodu i podparł łokciem plecy Radzima Gaudentego. Ach, gdyby tylko potrafił mówić tak pięknie jak on, chętnie wyręczyłby go w tym obowiązku. Ale Radzim już zebrał się w sobie i starając się mówić głośno, zaczął:

 

— Prusowie przybyli na polanę, na której odprawialiśmy mszę. Wojciech, to jest biskup Adalbert, klęczał jeszcze przy pniu, na nim rozłożył podróżny ołtarzyk z zielonego kamienia, ten sam, który otrzymał od ciebie, panie, w Moguncji. Nie usłyszeliśmy ich kroków, bo wraz z bratem Benedyktem intonowaliśmy psalmy. Nas dwóch pochwycili i odciągnęli do tyłu. Skrępowali sznurem, ale nie dokończyli dzieła, bo ich przywódca, Sikko, uderzył Adalberta wiosłem i przywołał naszych oprawców do siebie. Dlatego z łatwością rozwiązaliśmy pęta. Widzieliśmy, jak Adalbert padł twarzą do ziemi… przebity włócznią. Uciekliśmy do rozlewiska, tam staliśmy w trzcinach, kiedy oni… Jeden z nich zamachnął się długim toporem, pozostali otaczali ciało Adalberta. Krzyczeli, cały czas krzyczeli. Po chwili głowa mego brata, nabita na włócznię, tę samą być może, którą go wcześniej zamordowali, stanęła w miejscu kaźni. Oni zaś wokół niej krzyczeli… — „Muszę wziąć się w garść, opowiadać składniej”. — Po dłuższej chwili, kiedy zaspokoili się ubliżaniem, chwycili ciało jego za członki i wrzucili do wody. Tej samej, w której my, schowani w trzcinach, staliśmy. Potem odeszli i nie szukali nas nawet. Gdy nastał zmierzch, wyszliśmy i trzymając się porastających brzegi zarośli, doszliśmy do brodu…

W sali pałacowej panowała cisza. Jasne, barwne plamy światła wokół głowy cesarza drgały. Woń kadzidła i ciepłego wosku kapiącego ze świec na posadzkę uświadamiała obecnym, jak daleko są od dzikiego kraju kaźni, od zielonej polany i zimnych wód tamtej rzeki z opowieści Gaudentego.

— Czy w czas śmierci męczeńskiej Adalberta ukazały się wam jakieś znaki na niebie? — głos cesarza brzmiał łagodnie, acz stanowczo, co w połączeniu ze stopniami jego tronu samo zdawało się znakiem niebiańskim.

Radzim milczał. Uporczywie szukał w pamięci znaków, o jakie pytał cesarz. Wpatrywał się w jego rozświetloną twarz i bardzo pragnął odpowiedzieć. Czuł pustkę w głowie, chyba coś przeoczył! Dlaczego dopiero teraz uświadomił sobie, iż musiały być jakieś znaki? Może ten lęk, to zimno, ta uporczywa, natrętna chęć życia wbrew wszystkiemu — przysłoniły mu rozum? Oczywiście, musiały być jakieś znaki! Tylko jakie?

— Powiedz o orle... — szepnął Bogusza wprost w tył jego głowy.

„O orle? Jakim orle? Ach tak!”.

— Orzeł, najjaśniejszy panie! Kiedy poganie odeszli, przyleciał biały orzeł i usiadł na żerdzi obok głowy mego brata... Nim usiadł, kołował nad nią po trzykroć, jakby w imię Trójcy Przenajświętszej, jakby chciał znak krzyża nad głową tak okrutnie oderwaną od ciała uczynić. Orzeł ten nie ruszał się z miejsca, a gdy nadlatywały inne drapieżne ptaki, bił skrzydłami w powietrzu i odpędzał je, strzegąc umęczonego...

— Orzeł! Znak mojego cesarstwa! — Otto krzyknął i uniósł ramię, a wszyscy obecni pochylili głowy i przyklękli. Tylko Radzim zastygł wpatrzony w oblicze cesarza, które w tym uniesieniu wydało mu się znajome i święte. Bogusza pociągnął go za habit i Radzim padł na kolana, jak inni.

— Oto wysłany przeze mnie na misję do pogańskich ludów Adalbert, biskup słowiańskiej Pragi, poległ śmiercią męczennika Bożego ze znakiem cesarskiego orła nad głową! Na nas wszystkich chwała jego świętego męczeństwa spada! Ku jego czci nakazuję budowę klasztoru tu, w Akwizgranie, w świętym mieście koronacyjnym! I zapewniam was, że to dopiero początek znaków, jakie w jego imieniu uczynię.

Gdy Otto opuścił salę audiencyjną, do Gaudentego podszedł cesarski kapelan i krętymi schodami poprowadził go do niedużej, kamiennej izby. Tam, przy wąskim, niewiele dającym światła oknie stał cesarz, a przy nim Gerbert z Aurillac, jego nauczyciel, towarzysz i doradca. „Nieszczęsny arcybiskup Reims” — pomyślał o nim Radzim, ale natychmiast przypomniał sobie swego brata i określenie „nieszczęsny biskup” zdało mu się niezręczne.

Nikogo poza nimi w izbie nie było.

— Dlaczego Adalbert nie poszedł z misją do Wieletów, barbarzyńskich Słowian Połabia? — Gerbert zwrócił się wprost do Gaudentego, on zaś nie po raz pierwszy poczuł, że jego osoba jest w świetle ostatnich wydarzeń jakby pomij ana. Szybko zdusił w sobie to niegodne ukłucie urażonej ambicji. „Radzimie — upomniał się — mów składnie, rzeczowo, na temat”.

— Czekaliśmy na dworze księcia Bolesława na pismo z Pragi. Dotarło bardzo szybko, tuż po idach marcowych, i było tak obelżywe w treści, iż od razu stało się jasne, że czas nam będzie ruszyć na misję — compellere intrare. Wtedy brat mój zaczął zastanawiać się, dokąd powinien się udać. Słowianie Połabia i jemu zdawali się najwłaściwszym ludem do podjęcia apostolstwa. Ale wówczas książę Bolesław, który ma załogi rozstawione po grodach pogranicza, a i jego szpiedzy penetrują głęboko wszystkie sąsiednie ludy, wyjawił nam prawdziwą sytuację wśród Wieletów. Na tamten czas miał wieści, że już zbierają się oni do kolejnej wyprawy przeciw chrześcij anom. Książę Bolesław rzekł, że bezzwłocznie doniesie najjaśniejszemu cesarzowi o wojennych planach Wieletów, bo godzą one w interesy cesarstwa. Czyżby tamto poselstwo nie dotarło?

Gerbert z Aurillac lubił zadawać pytania, lecz nie miał w zwyczaju odpowiadać. Oczywiście, że poselstwo od Bolesława dotarło, przecież z tego powodu i on, i cesarz latem znaleźli się na połabskim froncie, bo Otto postanowił samodzielnie dowodzić wojskiem. Pozostawił jednak pytanie Gaudentego bez odpowiedzi, zmuszając go tym samym do podjęcia wątku tam, gdzie go zgubił. Radzim Gaudenty chwilę milczał, jakby zbierał myśli, wytrącony z równowagi uchyleniem się Gerberta od odpowiedzi.

— Biskup tego kraju, Unger, i sam książę Bolesław odradzili stanowczo memu bratu podróż do Wieletów. Powiedzieli, że nie zdąży dotknąć pastorałem pierwszej piędzi ziemi, jak zostanie pojmany i w torturach zginie. Brat mój nie bał się śmierci i gotów był iść do nich mimo to, lecz wtedy książę Bolesław zapytał go, czy...

Radzim przerwał na chwilę, bo uświadomił sobie, że nie był przy tej rozmowie. Wojciech powtarzał mu ją, ale jakoś tak dziwnie, skrótowo. Czuł na sobie przenikliwy wzrok Gerberta z Aurillac i jasne spojrzenie młodego cesarza i wiedział, że za nic w świecie nie chce się im przyznać do tego, że w tej misji jest coś, czego nie rozumie.

— ...wtedy książę Bolesław zapytał go, czy szuka tylko śmierci w męczeństwie, czy też rozszerzenia granic panowania Jezu Chrysta. Brat mój odrzekł, że jest powołany do apostolstwa i pragnie zanieść słowo Boże poganom. Wówczas po raz pierwszy padła nazwa Prusy.

— Gdzie to jest?

Głos Ottona miał w sobie urzekającą słodycz. Dopiero teraz, mając szczęście osobistego z nim obcowania, Radzim zrozumiał swego brata, gdy ten, po pobycie w Moguncji, rozwodził się nad anielskością młodego cesarza.

— To ziemia na północny wschód od granic państwa Bolesława. Prawdziwe barbarium, panie.

— A zatem Adalbert dotarł z dobrą nowiną na ziemie najdalej położone?

— Tak, najjaśniejszy panie. Tak daleko, jak nikt przed nami.

Nami! Jakkolwiek ich skromne osoby teraz się nie liczą, to przecież Wojciech nie był tam sam. Byli razem: Wojciech, Radzim i Bogusza. Narażali życie wszyscy.

— To niezwykle cenna wiadomość, Gaudenty — powiedział cesarz.

— Dlaczego Bolesław sądził, iż kraj ten będzie bezpieczny dla misjonarzy? — Gerbert z Aurillac przerwał Radzimowi kontemplację brzmienia głosu Ottona.

— Nie tyle bezpieczny, co bezpieczniejszy, panie. Książę Bolesław ostrzegał nas, że Prusowie to lud pogański i wojowniczy, znał ich, bo z nimi toczy wojny, ale powiedział, iż na ich ziemi przynajmniej zdołamy rozpocząć misję, a na ziemi Wieletów nawet to nie będzie pewne.

— Czy książę wspomógł was w misji?

— Znacznie. Dał nam łódź z załogą zbrojną, która nas na miejsce dowiozła, dał przewodnika i tłumacza, był nam przychylny we wszystkim. Wreszcie po naszym nieszczęsnym powrocie nie szczędził sił i środków, by ciało mego brata odzyskać.