Amy i Isabelle

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Zariny

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Owego lata, kiedy pan Robertson wyjechał z miasta, było potwornie gorąco i rzeka przez długi czas wydawała się martwa. Przypominała zdechłego brązowego węża rozciągniętego przez samo centrum, z brudną żółtą pianą wzdłuż brzegów. Ludzie, którzy przejeżdżali autostradą, zamykali szyby, czując ten duszący siarkowy odór, i zastanawiali się, jak ktokolwiek może żyć z takim smrodem bijącym od rzeki i fabryki. Jednakże mieszkańcy Shirley Falls przywykli do niego i nawet w czasie wielkich upałów czuli go tylko zaraz po przebudzeniu. Właściwie im nie przeszkadzał.

Przeszkadzało im natomiast, że owego lata niebo nigdy nie było błękitne, że zdawało się, jakby miasto spowijał brudny bandaż, wypierając wszelkie światło słoneczne, jakie mogłoby się tutaj przesączyć, i zatrzymując wszystko, co nadawało rzeczom ich barwy, tak że w powietrzu unosiła się nijakość – oto, co dotarło do ludzi tamtego lata i co po jakimś czasie wywołało u nich niepokój. Były też inne rzeczy: w górze rzeki odnotowano kiepskie plony – fasola tyczna wysychała, marchew przestała rosnąć, gdy osiągnęła rozmiary palca małego dziecka – a na północy stanu dwukrotnie widziano UFO. Krążyły nawet pogłoski, że rząd wysłał ludzi do zbadania tej sprawy.

W biurze fabryki, gdzie garstka pracownic całymi dniami segregowała faktury, archiwizowała kopie i naklejała znaczki na koperty, uderzając w nie pięścią, przez pewien czas toczono niespokojne rozmowy. Niektóre sądziły, że może się zbliżać koniec świata, a te, które nie miały tak daleko wysuniętych obaw, musiały przyznać, że wysyłanie człowieka w Kosmos nie jest dobrym pomysłem, że naprawdę nie mamy żadnego interesu w tym, by spacerować po Księżycu. Lecz upał był nieznośny, ustawione w oknach wiatraki nic nie dawały i w końcu kobietom zabrakło pary – siedziały przy wielkich drewnianych biurkach, lekko rozstawiając nogi, i odgarniały włosy z karków. „Dacie wiarę?” – to było wszystko, co po jakimś czasie mówiły.

Któregoś dnia ich szef, Avery Clark, wysłał je wcześniej do domu, jednak w następnych dniach, jeszcze gorętszych, nie padła już wzmianka o wcześniejszym wyjściu, więc najwyraźniej nie miało się to powtórzyć. Najwidoczniej miały tu siedzieć i cierpieć, co też robiły; w pomieszczeniu panowała duchota. To był duży pokój, wysoki, z drewnianą skrzypiącą podłogą. Biurka ciągnęły się parami naprzeciwko siebie, w dwóch rzędach przez całą długość sali. Pod ścianami ciągnęły się metalowe szafki na akta, na jednej z nich stał filodendron z pnączami podwiązanymi i zawiniętymi na kształt glinianego dzbanka ulepionego przez dziecko, choć niektóre pnącza się wymknęły i zwisały prawie do ziemi. Była to tutaj jedyna zielona rzecz. Kilka begonii i trzykrotek pozostawionych na parapetach zbrązowiało. Od czasu do czasu gorące powietrze poruszane przez wiatrak zrzucało martwy liść na podłogę.

W tej ospałej scenerii wyróżniała się jedna kobieta. Siedziała sama. Nazywała się Isabelle Goodrow, a że była sekretarką Avery’ego Clarka, jej biurko stało oddzielnie. Stało przodem do przeszklonego gabinetu Avery’ego Clarka, gabinetu, który był osobliwą konstrukcją z boazerii i dużych tafli szkła (rzekomo po to, by szef mógł mieć pracownice na oku, choć rzadko kiedy odrywał wzrok od biurka) i powszechnie mówiono o nim „akwarium”. Bycie sekretarką szefa nadawało Isabelle Goodrow inny status, chociaż i tak różniła się od reszty pracujących tu kobiet. Na przykład ubierała się nienagannie; nawet w taki upał miała na nogach rajstopy. Na pierwszy rzut oka można by ją uznać za ładną, ale jeśli człowiek przyjrzał się jej uważniej, widział, że ta uroda jest nie taka wielka i raczej pospolita. Włosy Isabelle Goodrow miała zdecydowanie nijakie – cienkie i ciemnobrązowe, upięte w kok albo splecione w warkocz. Przez taki sposób czesania się wyglądała starzej i trochę staroświecko, a jej ciemne małe oczy wydawały się zawsze patrzeć ze zdziwieniem.

Podczas gdy inne kobiety wciąż wzdychały ciężko lub wędrowały co jakiś czas do urządzenia z wodą sodową, narzekając na ból w plecach i opuchnięte nogi i ostrzegając się nawzajem przed zdejmowaniem butów, bo przecież nigdy, nawet za sto lat, nie zdołałyby ich z powrotem włożyć, Isabelle Goodrow prawie się nie ruszała. Po prostu siedziała przy biurku, ze złączonymi kolanami i ściągniętymi łopatkami, w jednostajnym tempie pisząc na maszynie. Miała dziwaczną szyję. Przesadnie długą jak na niską kobietę – wyrastała z barków jak szyja łabędzia widzianego tego lata na wymarłej rzece, pływającego idealnie sztywno wzdłuż obwiedzionych pianą brzegów.

Przynajmniej tak postrzegała ją córka Amy, szesnastolatka, która nabrała wstrętu do wyglądu szyi swojej matki (do wyglądu swojej matki w ogóle) i która ani trochę nie przejmowała się łabędziem. Pod wieloma względami nie była podobna do matki. Tamta miała włosy matowe i cienkie, a włosy Amy były gęste, w różnych odcieniach blond. Nawet krótko obcięte, jak teraz, do linii brody, wyglądały na zdrowe i mocne. Poza tym Amy była wysoka. Dłonie miała duże, stopy długie. Jednakże w jej oczach, większych niż u matki, często pojawiał się ten sam wyraz nieśmiałego zaskoczenia; to zdziwione spojrzenie mogłoby krępować osobę, na którą Amy patrzyłaby przez dłuższą chwilę. Tyle że Amy była nieśmiała i rzadko kiedy jej wzrok spoczywał na kimś dłużej. Raczej zerkała na ludzi przelotnie, a potem odwracała głowę. Nie wiedziała zresztą, jakie wrażenie wywiera na innych, chociaż dawniej, na osobności, uważnie się sobie przyglądała w każdym dostępnym lustrze.

Tego lata Amy nie patrzyła w żadne lustro. Unikała luster. Chętnie unikałaby także matki, ale to nie było możliwe – pracowały w jednym biurze. Zostało to ustalone wiele miesięcy wcześniej, przez jej matkę i Avery’ego Clarka, i chociaż Amy słyszała, że powinna być wdzięczna za tę pracę, nie czuła wdzięczności. Praca okazała się nudna. Polegała na dodawaniu na sumatorze ostatnich kolumn liczb z pomarańczowych faktur piętrzących się na biurku i jedyną jej zaletą było to, że czasami umysł Amy mógł jakby zasnąć.

Prawdziwy problem tkwił rzecz jasna w tym, że ona i jej matka spędzały razem całe dnie. Amy odnosiła wrażenie, że łączy je czarna linia, być może nie grubsza od nakreślonej ołówkiem, ale zawsze obecna. Nawet gdy któraś z nich wychodziła z pomieszczenia biurowego, na przykład szła do toalety czy na korytarz albo do fontanny z wodą pitną, nic się nie zmieniało – linia przebijała się przez ścianę i nadal je łączyła. Robiły co mogły. Przynajmniej ich biurka stały daleko i nie były zwrócone do siebie przodem.

Amy siedziała w odległym rogu naprzeciwko Grubej Bev. Przedtem to miejsce zajmowała Dottie Brown, ale teraz była w domu – po tym, jak przeszła histerektomię. Każdego ranka Amy przyglądała się, jak Gruba Bev odmierza porcję sproszkowanej babki płesznik i wsypuje ją do kartonika z sokiem pomarańczowym. „Szczęściara – mówiła do niej Gruba Bev. – Jesteś młoda, zdrowa i w ogóle. Na pewno nie myślisz o swoich jelitach”. Zażenowana Amy odwracała głowę.

Zaraz po przyrządzeniu sobie soku Gruba Bev wypalała papierosa. Wiele lat później zostanie wydane prawo zabraniające palenia w miejscu pracy – do tego czasu Bev przytyje jeszcze pięć kilogramów i przejdzie na emeryturę – ale na razie mogła się głęboko zaciągać i powoli wydmuchiwać dym, by na koniec zgasić papierosa w szklanej popielniczce i powiedzieć do Amy:

– To mi pomogło. Silnik zaskoczył. – Puściła do Amy oko, podniosła się ciężko i przetoczyła swoje wielkie ciało do toalety.

Było to naprawdę interesujące. Amy nie wiedziała, że papierosy mogą kogoś pogonić do toalety. Nic takiego się nie działo, kiedy ona i Stacy Burrows paliły w lesie za szkołą. I nie wiedziała, że dorosła kobieta może z taką swobodą rozmawiać o swoich jelitach. To w szczególności uzmysłowiło jej, jak odmiennie od innych ludzi żyły ona i jej matka.

Gruba Bev wróciła z toalety, z westchnieniem usiadła i zdjęła drobne pyłki z przodu wielkiej bluzki bez rękawów.

– Cóż – powiedziała i sięgnęła po telefon; na bladoniebieskim materiale bluzki pod pachami widniały półksiężyce wilgoci. – Chyba zadzwonię do starej Dottie.

Gruba Bev dzwoniła do Dottie Brown co rano. Teraz wybrała numer ołówkiem i wsunęła słuchawkę między ucho a ramię.

– Nadal krwawisz? – zapytała, postukując o biurko paznokciami, różowymi dyskami osadzonymi w ciele. Malowała je arbuzowym różem; pokazała kiedyś buteleczkę lakieru Amy. – Chcesz pobić jakiś rekord czy co? Nieważne, nie spiesz się. Nikt tu za tobą nie tęskni. – Chwyciła katalog Avonu i zaczęła się nim wachlować. Krzesło pod nią zaskrzypiało, kiedy odchyliła się do tyłu. – Poważnie, Dot. Dużo przyjemniej jest patrzeć na słodką buzię Amy Goodrow, niż wysłuchiwać twoich gadek o skurczach. – Znów mrugnęła do Amy.

Amy odwróciła wzrok i wybrała cyfry na sumatorze. To miłe, że Gruba Bev tak mówiła, ale przecież nie była to prawda. Gruba Bev bardzo tęskniła za Dottie. Bo dlaczego miałaby nie tęsknić? Przyjaźniły się od zawsze i przesiedziały w tym pokoju więcej lat, niż Amy chodziła po świecie, co nie mieściło się dziewczynie w głowie. Poza tym należało pamiętać, jak bardzo Gruba Bev uwielbia mówić. Mruknęła kiedyś pod nosem: „Nie wysiedzę cicho pięciu minut”, a Amy, patrząc pewnego dnia na zegar, odkryła, że to prawda. „Muszę mówić – wyjaśniła jej Gruba Bev. – Czuję fizyczny przymus”. I chyba tak było. Wydawało się, że jej potrzeba rozmowy jest równie silna jak potrzeba jedzenia dropsów i palenia papierosów, i Amy, która uwielbiała Grubą Bev, było przykro, że swoją małomównością sprawia jej zawód. Choć nie do końca to przemyślała, zrzuciła całą winę na matkę. Też nie była zbyt rozmowną osobą. Wystarczyło popatrzeć, jak pisała całymi dniami na maszynie, a przechodząc przez salę, nigdy nie zatrzymywała się przy niczyim biurku, żeby zapytać o samopoczucie lub ponarzekać na upał. Musiała wiedzieć, że uważają ją za snobkę. A że Amy była jej córką, o niej pewnie też tak myślały.

 

Gruba Bev nie wydawała się jednak ani trochę zawiedziona tym, że dzieli swój zakątek z Amy. Odłożyła słuchawkę i pochyliła się do przodu, by ściszonym, poufnym tonem oznajmić, że teściowa Dottie Brown to najbardziej egoistyczna kobieta w mieście. Dottie miała ochotę na sałatkę ziemniaczaną, co stanowiło bardzo dobry znak, a kiedy wspomniała o tym swojej teściowej, która przecież robiła najlepszą sałatkę ziemniaczaną w okolicy, Bea Brown powiedziała, żeby Dottie wstała z łóżka i obrała ziemniaki.

– To okropne – przyznała szczerze Amy.

– Też tak myślę. – Gruba Bev wyprostowała się i ziewnęła, poklepując się po mięsistej szyi, a oczy zaszły jej łzami. – Kochaniutka – dodała, kiwając głową – wyjdź za mężczyznę, którego matka nie żyje.

Stołówka w fabryce była brudnym, zapuszczonym miejscem. Wzdłuż jednej ze ścian stały automaty, a na drugiej ciągnęło się lustro; kobiety wedle własnego uznania łączyły i rozsuwały stoły o blatach pokrytych łuszczącą się ceratą, wykładały na nie torebki z drugim śniadaniem, stawiały puszki z napojami i popielniczki i odwijały kanapki zapakowane w woskowany papier. Amy usiadła, tak jak co dzień, z dala od pękniętego lustra.

Isabelle siedziała przy tym samym stole i kręciła głową, słysząc historię o bezczelnych słowach Bei Brown skierowanych do Dottie. Arlene Tucker stwierdziła, że to pewnie przez hormony, że jeżeli przyjrzeć się uważniej brodzie Bei Brown, to widać na niej włoski, a według Arlene tego typu kobiety mają skłonność do paskudnych zachowań. Rosie Tanguay powiedziała, że problem z Beą Brown polega na tym, że nie przepracowała w życiu ani jednego dnia. Potem rozmowy zaczęły się toczyć w małych grupkach i chaotyczne głosy nakładały się na siebie. Jednej opowieści towarzyszyły krótkie salwy śmiechu, innej poważne cmokanie.

Amy podobało się to. Interesowało ją wszystko, co słyszała, nawet historia zepsutej lodówki: dwa litry lodów czekoladowych rozpuściły się w zlewie, skwaśniały i śmierdziały rano jak diabli. Głosy były przyjemne i pokrzepiające; Amy milczała i przenosiła spojrzenie z twarzy na twarz. Nie wykluczono jej z tego wszystkiego, ale kobiety miały dość przyzwoitości – lub brakowało im chęci – żeby nie wciągać jej do swoich rozmów. To odrywało umysł Amy od innych rzeczy. Oczywiście podobałoby jej się bardziej, gdyby nie było tu matki, ale panujący wokół cichy gwar pozwalał im odetchnąć od siebie, mimo że czarna linia nadal je łączyła.

Gruba Bev wcisnęła guzik w automacie i puszka z napojem Tab głośno wylądowała w podajniku. Kobieta pochyliła swoje duże ciało, żeby ją wyjąć.

– Jeszcze trzy tygodnie i Dottie będzie mogła uprawiać seks – powiedziała. Czarna linia między Amy a Isabelle napięła się. – Żałuje, że to nie trzy miesiące. – Tym słowom towarzyszył dźwięk otwieranej puszki. – Jestem pewna, że Wally zaczyna się irytować. Już przestępuje z nogi na nogę.

Amy przełknęła skórkę kanapki.

– Niech mu powie, żeby sam się sobą zajął – rzuciła któraś, po czym nastąpił wybuch śmiechu.

Serce Amy przyspieszyło, pot zrosił jej górną wargę.

– Po usunięciu macicy robisz się sucha – wtrąciła Arlene Tucker i pokiwała znacząco głową.

– Ja się nie zrobiłam.

– Bo nie miałaś usuniętych jajników. – Arlene znów pokiwała głową. To była kobieta, która wiedziała, co mówi. – Z Dot wyrwali wszystko.

– A mojej matce odbijało z powodu uderzeń gorąca – odezwała się któraś i Amy z ulgą poczuła, że serce jej zwalnia i twarz nie pali już tak bardzo.

Poirytowany Wally został odsunięty w cień i kobiety zaczęły rozmawiać o uderzeniach gorąca i napadach płaczu.

Isabelle zawinęła resztkę kanapki i schowała do torebki śniadaniowej.

– Jest naprawdę za gorąco, żeby jeść – mruknęła do Grubej Bev.

To był pierwszy raz, kiedy Amy słyszała, żeby matka napomknęła coś o upale.

– Jezu, ale by było miło. – Bev zachichotała, aż zafalowały jej duże piersi. – Dla mnie nigdy nie jest za gorąco na jedzenie.

Isabelle uśmiechnęła się i wyjęła z torebki szminkę.

Amy ziewnęła. Nagle poczuła się wyczerpana; mogłaby położyć głowę na stole i zasnąć.

– Kochaniutka, jestem ciekawa... – odezwała się Gruba Bev. Właśnie przypaliła papierosa i przez dym patrzyła na Amy. Wyciągnęła drobinkę tytoniu spomiędzy zębów, przyjrzała się jej i rzuciła ją na podłogę. – Co cię skłoniło do obcięcia włosów?

Czarna linia zawibrowała i zaszumiała. Mimo woli Amy zerknęła na matkę. Isabelle malowała usta, trzymając w dłoni lusterko i odchylając lekko głowę do tyłu. Dłoń ze szminką zamarła.

– Wyglądasz uroczo – dodała Bev. – Bardziej uroczo się nie da. Byłam po prostu ciekawa, to wszystko. Masz taką burzę włosów.

Amy odwróciła twarz w stronę okna i dotknęła czubka ucha. Kobiety wyrzucały torebki po drugim śniadaniu do śmieci, strzepywały okruszki z ubrań, wstawały i ziewały, zasłaniając usta dłońmi zwiniętymi w pięści.

– Pewnie jest ci chłodniej – podsunęła Gruba Bev.

– Owszem. Dużo chłodniej. – Amy spojrzała na Bev, po czym odwróciła wzrok.

Gruba Bev westchnęła głośno.

– No dobra, Isabelle – powiedziała. – Chodźmy. Pora wracać do kopalni soli.

Isabelle zacisnęła usta i zatrzasnęła torebkę.

– Zgadza się – rzuciła, nie patrząc na Amy. – Nie ma wytchnienia dla zmęczonych.

Isabelle miała jednak swoją historię. Wiele lat wcześniej, kiedy pojawiła się w tym mieście, wynajęła stary dom Crane’ów przy drodze numer 22 i zainstalowała się tam ze swoimi rzeczami oraz małym dzieckiem (poważnie wyglądającą dziewczynką z jasnymi lokami), wzbudziła zainteresowanie wśród kongregacjonalistów, a także kobiet, do których dołączyła w biurze fabryki.

Ale młoda Isabelle Goodrow nie była wylewna. Pytana, odpowiadała po prostu, że jej mąż nie żyje, podobnie jak rodzice, i że przeniosła się do Shirley Falls, żeby mieć większe szanse zarobienia na życie. Rzeczywiście nikt nie wiedział o niej nic więcej. Chociaż kilka osób zauważyło, że gdy przyjechała do miasta, miała na palcu obrączkę, której potem już nie nosiła.

Raczej się nie zaprzyjaźniała. Nie robiła sobie również wrogów, a że była sumiennym pracownikiem, kilkakrotnie awansowała. Zawsze wywoływało to w biurze pomruk, zwłaszcza ostatnim razem, kiedy to znacznie się wybiła, zostając osobistą sekretarką Avery’ego Clarka, lecz nikt nie życzył jej źle. Żartowano, czyniono uwagi, niekiedy za jej plecami, że przydałoby się ją dobrze wyturlać w sianie, żeby się rozluźniła, ale z upływem lat to przycichło. Obecnie była już weteranką. Obawy Amy, że jej matkę uważano za snobkę, nie miały podstaw. Co prawda kobiety plotkowały o sobie nawzajem, ale Amy była zbyt młoda, żeby rozumieć, że łączące je poczucie wspólnoty obejmowało także Isabelle.

Niemniej nikt by nie powiedział, że zna Isabelle. W szczególności nikt by się nie domyślił, że biedna kobieta przeżywa właśnie piekło. Może wydawała się szczuplejsza niż zwykle i trochę bledsza, ale przecież było upiornie gorąco. Tak gorąco, że nawet teraz, pod koniec dnia, rozgrzane powietrze unosiło się nad asfaltem, kiedy Amy i Isabelle szły przez parking.

– Miłego wieczoru – zawołała za nimi Gruba Bev, gramoląc się do swojego samochodu.

Pelargonie na parapecie nad zlewem miały jaskrawoczerwone kwiaty wielkości piłek do softballu, ale zżółkły dwa kolejne liście. Isabelle rzuciła kluczyki na stół i od razu to zauważyła, poszła więc je oberwać. Gdyby wiedziała, że lato będzie takie okropne, nie kupowałaby pelargonii. Nie wypełniłaby skrzynek od frontu lawendowymi petuniami ani nie zasadziłaby pomidorów, aksamitek i niecierpków za domem. Teraz miała poczucie katastrofy za każdym razem, gdy więdły. Dotknęła palcami ziemi w doniczce i stwierdziła, że jest zbyt mokra: pelargonie potrzebują ostrego słońca, a nie wilgotnego upału. Wrzuciła liście do śmietnika pod zlewem i cofnęła się, żeby przepuścić Amy.

To ona przyrządzała dla nich kolacje wieczorami. W dawnych czasach (tak Isabelle określała w myślach ich życie sprzed tego lata) robiły to na zmianę, ale teraz zajmowała się tym wyłącznie Amy. Stało za tym milczące porozumienie: przynajmniej tyle Amy mogła zrobić – otworzyć puszkę z buraczkami i usmażyć hamburgery. Stała teraz, otwierając powoli szafki i wbijając palec w mielone mięso.

– Umyj ręce – rzuciła Isabelle, minęła ją i weszła na schody.

W tej samej chwili zadzwonił telefon, ustawiony równo w rogu na blacie, i zarówno Isabelle, jak i Amy poczuły niepokój. A także pełną zaskoczenia nadzieję. Zdarzało się, że telefon milczał przez wiele dni z rzędu.

– Halo? – odezwała się Amy, a Isabelle znieruchomiała z nogą na stopniu. – Och, cześć. – Amy zasłoniła dłonią słuchawkę i nie patrząc na matkę, powiedziała: – To do mnie.

Isabelle wolno ruszyła po schodach.

– Tak – usłyszała głos Amy. Po chwili dziewczyna dodała ciszej: – Jak się czuje twój pies?

Isabelle niespiesznie weszła na górę. Kto ze znajomych Amy może mieć psa? W sypialni na poddaszu panowała duchota, ale Isabelle zamknęła drzwi, i to głośno, żeby na pewno dobiegło to uszu Amy. „Widzisz, jak dbam o twoją prywatność?”.

Amy, nawijająca przewód telefonu na rękę, usłyszała trzask drzwi i zrozumiała go, ale wiedziała też, że matka tylko korzysta z chwili, aby w prosty sposób zdobyć u niej punkt albo dwa.

– Nie mogę – powiedziała do telefonu, naciskając dłonią mielone mięso. A potem dodała: – Nie, jeszcze jej nie mówiłam.

Isabelle, która przywarła do drzwi sypialni, wcale nie uważała, że podsłuchuje. Była raczej zbyt poruszona, by myśleć o umyciu twarzy czy przebraniu się, gdy Amy nadal rozmawiała przez telefon. Mówiła jednak niewiele i parę chwil później Isabelle usłyszała, jak córka odkłada słuchawkę. Potem rozległ się brzęk garnków i patelni, Isabelle poszła więc do łazienki wziąć prysznic. Później się pomodli, a następnie zejdzie na kolację.

Tak naprawdę Isabelle coraz bardziej zniechęcała się do tej całej modlitwy. Wiedziała, że Chrystus, będąc w jej wieku, poszedł dzielnie na krzyż i wisiał na nim cierpliwie, kiedy podawano mu gąbkę nasączoną octem – zdobył odwagę wcześniej, gdy wędrował przez gaje oliwne. Ale ona, żyjąca tu, w Shirley Falls (mimo że też doznała zdrady ze strony swojej judaszowatej córki, myślała, posypując sobie piersi zasypką dla niemowląt), nie miała żadnych gajów oliwnych, przez które mogłaby przejść, ani odwagi. Możliwe, że brakowało jej nawet wiary. Wątpiła ostatnio, by Bóg przejmował się jej niedolą. Był dość nieuchwytnym gościem, bez względu na to, co mówili inni.

W „Reader’s Digest” twierdzono, że jeżeli ktoś stale się modli, jego umiejętności w tej materii rosną, jednak Isabelle zastanawiała się, czy to pismo nie ma przypadkiem tendencji do upraszczania. Czytała z przyjemnością artykuły Jestem twoim mózgiem i Jestem twoją wątrobą, ale ten pod tytułem Modlitwa: praktyka czyni mistrza był trochę naciągany, jeśli mu się dokładniej przyjrzeć.

Przecież próbowała. Przez lata próbowała się modlić i teraz znowu spróbuje: leżąc na białej pościeli, ze skórą wilgotną po prysznicu, z zamkniętymi oczami, skierowanymi w stronę niskiego białego sufitu, będzie się modliła o Jego miłość. Proście, a będzie wam dane. To nie była prosta sprawa. Przecież nikt nie chce prosić o coś niewłaściwego, gonić za niesłusznym celem. Nikt nie chce, żeby Bóg uznał go za samolubnego, bo prosi o rzeczy materialne, jak robią to katolicy. Mąż Arlene Tucker poszedł na mszę po to, by modlić się o nowy samochód, co zbulwersowało Isabelle. Gdyby ona miała prosić o jakieś konkrety, nie dopuściłaby się czegoś tak wulgarnego jak proszenie o samochód – modliłaby się o męża albo o lepszą córkę. Ale oczywiście tego nie zrobi. („Boże, proszę, ześlij mi męża lub przynajmniej córkę, którą będę mogła znieść”). Nie, ona będzie leżała na pościeli i modliła się do Boga o miłość i pomoc, postara się Mu przekazać, że jest gotowa je przyjąć, jeżeli tylko On zechce jej dać jakikolwiek znak. Niestety, nic nie czuła, z wyjątkiem perełek potu, które znów pojawiły się nad górną wargą i pod pachami. Była zmęczona. Bóg prawdopodobnie też był zmęczony. Usiadła, owinęła się szlafrokiem i zeszła do kuchni, by zjeść z córką kolację.

 

To było trudne.

Najczęściej unikały swoich spojrzeń, a Amy wyraźnie nie uważała, że to ona powinna wziąć na siebie odpowiedzialność za rozmowę. „Ta obca osoba, moja córka”. Tak mógłby brzmieć tytuł w miesięczniku „Reader’s Digest”, jeżeli jeszcze czegoś takiego nie napisano, a może napisano, bo brzmiało tak znajomo. Isabelle nie zamierzała dłużej o tym myśleć, nie mogła wręcz znieść myślenia. Wskazała dzbanuszek do mleka, z porcelany firmy Belleek, stojący na stole przed nią, delikatny, cieniutki, połyskujący dzbanuszek, który należał niegdyś do jej matki. Amy postawiła go dla Isabelle, ponieważ ta lubiła przy jedzeniu popijać herbatę, gdy było gorąco.

Nie mogąc powstrzymać ciekawości i powtarzając sobie, że ma wszelkie prawo znać odpowiedź, Isabelle zapytała w końcu:

– Z kim rozmawiałaś przez telefon?

– Ze Stacy Burrows – padła beznamiętna odpowiedź, tuż przed tym, jak kęs hamburgera wylądował w ustach Amy.

Isabelle odkroiła kawałek buraka z puszki, usiłując przypomnieć sobie twarz owej Stacy.

– Niebieskie oczy?

– Słucham?

– Czy to ta dziewczyna z dużymi niebieskimi oczami i rudymi włosami?

– Chyba tak. – Amy ściągnęła lekko brwi.

Rozdrażnił ją sposób, w jaki matka przekrzywiła głowę na długiej szyi, niczym jakiś wąż pończosznik. I nie znosiła zapachu zasypki dla niemowląt.

– Chyba?

– To znaczy tak, to ona.

Słychać było cichutki brzęk sztućców muskających talerze. Obie przeżuwały tak powoli, że ich usta ledwie się poruszały.

– Jak zarabia na życie jej ojciec? – zapytała w końcu Isabelle. – Jest związany z college’em? – Wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że nie pracuje w fabryce.

Amy wzruszyła ramionami. Miała usta pełne jedzenia.

– Mmm-wiem.

– Na pewno masz jakieś pojęcie, co robi ten człowiek.

Amy upiła łyk mleka i otarła usta dłonią.

– Proszę. – Isabelle z niesmakiem spuściła wzrok, więc dziewczyna wytarła usta serwetką.

– Chyba tam wykłada – przyznała.

– A co?

– Psychologię. Tak sądzę.

Cóż Isabelle mogła na to powiedzieć? Jeżeli było to prawdą, dla niej oznaczało tyle, że ten mężczyzna był szaleńcem. Nie rozumiała, dlaczego Amy musi się przyjaźnić z córką szaleńca. Wyobraziła sobie człowieka z brodą, a potem przypomniała sobie, że ten potwór, pan Robertson, też miał brodę, i serce zaczęło bić jej tak szybko, że prawie zabrakło jej tchu. Woń zasypki dla niemowląt unosiła się nad jej klatką piersiową.

– O co chodzi? – zapytała Amy, podnosząc wzrok, jednocześnie nadal pochylając się nad talerzem z rozmiękłym, nasączonym krwią z mięsa kawałkiem tostu, który zamierzała wsunąć do ust.

Isabelle pokręciła głową i spojrzała za plecy Amy, na lekko wydymającą się białą zasłonkę w oknie. To przypomina wypadek samochodowy, pomyślała. Taki, po którym powtarzasz sobie: „Gdyby ta ciężarówka minęła skrzyżowanie, zanim na nie wjechałam”. Gdyby pan Robertson pojawił się w mieście, zanim Amy poszła do liceum. Ale wsiadasz do samochodu z głową zaprzątniętą innymi sprawami, a ciężarówka zjeżdża z autostrady, kierując się do miasta, i ty też kierujesz się do miasta. A potem jest po wszystkim i twoje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Isabelle strzepnęła okruszki z czubków palców. Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak wyglądało ich życie przed tym latem. Były różne zmartwienia – to pamiętała dobrze. Wiecznie brakowało pieniędzy i chyba ciągle miała oczko w rajstopach (nigdy nie wkładała rajstop z oczkiem, chyba że zamierzała skłamać i powiedzieć, że właśnie je zaciągnęła), a Amy musiała zrobić do szkoły jakąś pracę, na przykład głupią mapę z glinki i gumy piankowej, albo coś uszyć – na to też potrzebne były pieniądze. Ale teraz, kiedy jadła hamburgera i tosta, siedząc naprzeciwko córki (tej obcej), a mgliste promienie późnopopołudniowego słońca padały na kuchenkę i podłogę, Isabelle tęskniła za tamtymi dniami, za przywilejem martwienia się o zwykłe rzeczy.

– Ta Bev naprawdę pali za dużo. I za dużo je – odezwała się, bo cisza przy jedzeniu działała na nią przytłaczająco, a także dlatego, że nie śmiała wrócić do tematu Stacy.

– Wiem – powiedziała Amy.

– Użyj serwetki, proszę.

Nie mogła nic na to poradzić. Widok Amy zlizującej keczup z palców doprowadzał ją prawie do szału.

Gniew niepostrzeżenie podnosił swój łeb i napełniał głos Isabelle chłodem. Szczerze mówiąc, mogło to być coś więcej niż chłód. A mówiąc zupełnie otwarcie, można było usłyszeć w jej głosie coś bliskiego nienawiści. Teraz więc Isabelle nienawidziła także siebie. Gdyby mogła, cofnęłaby tę uwagę, ale było na to za późno, i dziobiąc widelcem kawałek buraka, patrzyła, jak Amy zwija papierową serwetkę dłonią i kładzie ją na talerzu.

– Ale jest miła – dodała Amy. – Uważam, że Gruba Bev jest miła.

– Nikt nie twierdzi, że nie jest.

Wieczór ciągnął się między nimi bez końca, mgliste, przytłumione światło prawie nie przesuwało się po podłodze. Amy siedziała z dłońmi ułożonymi na kolanach i szyją wychyloną do przodu, jak u tych głupich maskotek piesków, które widuje się na półkach pod tylnymi szybami samochodów i którym główki podskakują w górę i w dół. „Usiądź prosto”, chciałaby powiedzieć Isabelle, ale zamiast tego rzekła znużonym głosem:

– Możesz odejść od stołu. Dzisiaj ja pozmywam.

Amy zdawała się wahać.

W dawnych czasach nie wstawały od stołu, dopóki druga nie skończyła jeść. Ten zwyczaj, owa uprzejmość, wywodził się z okresu, gdy Amy była małym dzieckiem i zawsze jadła powoli, pochylając się nad dwoma katalogami Searsa rozłożonymi na krzesełku i machając nogami. „Mamusiu – mówiła lękliwie, kiedy widziała, że Isabelle już zjadła – posiedzisz ze mną?”. Isabelle zawsze zostawała przy stole. Często była wieczorami zmęczona i podenerwowana i prawdę mówiąc, wolałaby przejrzeć jakieś czasopismo, żeby się zrelaksować, lub przynajmniej wstać i zacząć zmywać naczynia. Ale nie kazała córce się spieszyć, nie chciała zaburzać pracy dziecięcego układu pokarmowego. To był ich wspólny czas. Siedziała.

W tamtym okresie, gdy Isabelle szła do pracy, Amy przebywała w domu Esther Hatch. To było okropne miejsce ten dom Hatchów – walący się budynek na obrzeżach miasta, pełen dzieciaków, kotów i zapachu kociego moczu. Jednak tylko na takie rozwiązanie Isabelle mogła sobie pozwolić. Co miała robić? Nie chciała zostawiać tam Amy, nienawidziła tego, że Amy nigdy się z nią nie żegnała, tylko od razu podchodziła do okna i wdrapywała się na kanapę, by patrzeć za odjeżdżającą matką. Czasami Isabelle machała do niej, ruszając tyłem spod domu, ale nie spoglądała w jej stronę, bo nie mogła znieść tego widoku. Gdy widziała Amy przy oknie, jej bladą, pozbawioną uśmiechu buzię, miała wrażenie, że ktoś wciska jej coś do gardła. Esther Hatch twierdziła, że Amy nigdy nie płacze.

Przez pewien czas Amy nie robiła nic innego, tylko siedziała na krześle, i Esther Hatch utyskiwała, że przez to aż przechodzą ją ciarki, a także oznajmiła, że jeżeli Amy nie zacznie wstawać i biegać jak normalne dziecko, nie jest pewna, czy będzie mogła się nią dalej opiekować. Isabelle wpadła w panikę. U Wollwortha kupiła Amy plastikową lalkę z szorstkimi platynowymi loczkami. Głowa natychmiast odpadła, ale Amy była zachwycona. Nie tyle lalką, ile jej głową. Chodziła z nią wszędzie i malowała plastikowe usta na czerwono. Najwyraźniej skończyła też z przesiadywaniem na krześle w domu Esther Hatch, bo kobieta już nigdy nie wspomniała o tym Isabelle.

Jednak wtedy było jasne, dlaczego Isabelle co wieczór siedziała z dziewczynką przy kuchennym stole. „Zaśpiewasz mi kołysankę?”, prosiła słodko Amy, ściskając w drobnych paluszkach fasolę limeńską. A Isabelle – co było okropne – odmawiała. Mówiła, że nie, że jest zbyt zmęczona. Ale Amy była taka urocza, tak się cieszyła, że matka siedzi tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Machała nogami ze szczęścia, jej małe wilgotne usteczka otwierały się w uśmiechu, odsłaniając ząbki, niczym bielutkie kamyczki osadzone w różowych dziąsłach.