Indonezja itd.Tekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

W serii ukażą się m.in.:

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Elizabeth Pisani

Indonezja itd.

Studium nieprawdopodobnego narodu

Przełożył Adam Pluszka


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Indonesia Etc.: Exploring the Improbable Nation

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Kemal Jufri / Panos / Czarny Kot

Copyright © by Elizabeth Pisani, 2014

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Adam Pluszka, 2016

Redakcja Piotr Szcześniak

Konsultacja merytoryczna Sylwia Gil

Korekta Monika Pasek / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-254-7

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

1 Nieprawdopodobny naród

2 Więzy, które wiążą

3 Lepka kultura

4 Miejscowi obcy

5 Cesarz jest daleko

6 Szczęśliwe rodziny

7 Marnowanie ziemi

8 Zyski z lodu

9 Historia alternatywna

10 Odmieńcy

11 Sztuka tubylcza

12 Uzdrawianie wiarą

13 Inna Indonezja

Epilog

Podziękowania

Słowniczek

Źródła i dalsze lektury

Przypisy

Markowi


INDONEZJA Mapa przedstawia lokalizację kolejnych map


Prolog

– Proszę pani! Niech pani wejdzie i pozna moją babcię!

Zaproszenie nadeszło jakieś dwadzieścia lat temu od uśmiechniętego chłopaka, który zauważył mnie, gdy wędrowałam pylistą drogą mało znanej wyspy, Sumby, położonej na północnym wschodzie Indonezji. Było gorąco jak na patelni, wszędzie unosił się kurz, a mnie strasznie chciało się pić. Babcia pewnie ma jakieś historie do opowiedzenia i niewątpliwie poczęstuje mnie jedną czy dwoma szklankami herbaty. Dlaczego nie? Wspięłam się po drabinie na bambusową werandę, gdzie młodzież robiła niemożliwy hałas na gongach i bębnach, przecisnęłam się przez niskie drzwi i stanęłam jak ociemniała w mrocznym pomieszczeniu bez okien. W końcu dzięki malutkim punkcikom światła przesączającym się przez bambusowe ściany dostrzegłam obrazek Jezusa z gorejącym sercem. Na bambusowym krześle leżała torba z brudnymi ubraniami. Poza tym pokój był opuszczony. Ani śladu babci.

– Momencik!

Chłopak zakręcił się wokół torby z brudami, odwiązał ją i zdjął z góry serwetkę. Moim oczom ukazała się babcia. Zmarła poprzedniego dnia i codziennie, aż do pogrzebu, który miał się odbyć za cztery dni, przyjmowała gości, jak nakazywał ­miejscowy zwyczaj.

– To dla niej zaszczyt, że może panią poznać – powiedział.

Po czym usiedliśmy i napiliśmy się herbaty.

Indonezja pełna jest takich nieprawdopodobnych chwil. W Indonezji kandydat na prezydenta, który nie tylko jest sułtanem, ale i chałturzy jako prezes izby handlowej, trzyma na swoim dworze grupę karłów albinosów – na szczęście. W Indonezji lokalny szef policji wyjaśni, jak zbierają się krokodyle i w jaki sposób te niewinne gady wskazują ludożercę, którego należy schwytać. To kraj, w którym można napić się piwa z generałem, a ten radośnie potwierdza, że przedłuża wojnę z partyzantką, aby zwiększyć swój budżet, kraj, w którym można wypić herbatkę ze zwłokami.

Bez dwóch zdań naród ten sam w sobie jest nieprawdo­podobny – na trzynastu tysiącach czterystu sześćdziesięciu sześciu wyspach mieszka ponad trzysta sześćdziesiąt grup etnicznych, które porozumiewają się siedmiuset dziewiętnastoma językami[1]. Istnieje dziś, ponieważ kombinacja popiołu wulkanicznego i morskiego powietrza dała przyprawy, a przyprawy przyciągnęły Europejczyków. Europejczycy – niezadowoleni z handlu z lokalnymi książętami czy sułtanami, jak dotąd robili Arabowie, Hindusi i Chińczycy – wprowadzili monopol, ten zaś doprowadził do konfliktów, kolonizacji, kleptokracji i wojny o nie­podległość. Dzisiejszy stan Indonezji wynika z powyższych zniszczeń.

 

Kiedy ojcowie założyciele ogłosili w 1945 roku niepodległość od holenderskich kolonistów, napisali w deklaracji:

My, naród Indonezji, niniejszym ogłaszamy niepodległość Indonezji. Sprawy dotyczące przekazania władzy itd. zostaną starannie ustalone najszybciej, jak to możliwe.

Indonezja od tamtego czasu opiera się na tym „itd.”.

Wiele państw starało się odkryć swoją raison d’être, która wykracza poza granice narysowane przez byłych kolonialistów. Ale niewiele z nich musiało połączyć w jedno tyle elementów co Indonezja. Współczesna Indonezja, rozciągająca się wzdłuż ziemskiego równika, to tyle co odległość z Londynu od Teheranu albo z Anchorage na Alasce do Waszyngtonu. Mieszkający w położonej na północno-zachodnim krańcu Sumatry prowincji Aceh malajscy muzułmanie, w których rysach można dostrzec arabskie pochodzenie, z dumą nazywają swoje ziemie „werandą Mekki”. Jakieś pięć tysięcy dwieście kilometrów na południowy wschód znajduje się prowincja Papua, obejmująca większość zachodniej części wyspy Papua-Nowa Gwinea, gdzie żyją ludzie o czarnej skórze, którzy w przeważającej mierze – gdy trafiłam tam po raz pierwszy – chodzili nago, nie licząc tykwy na penisie, i którzy wymyślili kilka niezwykle zaawansowanych technik uprawy ziemi. Mieszkańcy Papui i Acehu jedzą co innego, modlą się do innych bogów, grają inną muzykę i są innej rasy. Pomiędzy nimi kocioł innych kultur adaptuje starożytne tradycje do współczesnych czasów na bardzo wiele sposobów.

Dzisiejsza Indonezja jest domem dla co trzydziestego mieszkańca ziemi – czyli dla dwustu czterdziestu milionów ludzi, wedle ostatnich danych. Plasuje ją to na czwartym miejscu w grupie najbardziej zaludnionych krajów świata. Nie ma takiego miasta na ziemi, które tweetowałoby więcej niż Dżakarta. W Indonezji około sześćdziesięciu czterech milionów osób korzysta z Facebooka – to więcej niż populacja Wysp Brytyjskich. Ale osiemdziesiąt milionów (tyle co całe Niemcy) jest pozbawionych elektryczności, a sto dziesięć milionów (populacja Meksyku) żyje za mniej niż dwa dolary dziennie. Setki tysięcy osób nie ma dostępu do elektryczności, żyje za mniej niż dwa dolary dziennie i jest na Facebooku.

Lista statystyk „największych na świecie”, „najlepszych” i „najbardziej efektywnych” jest tu długa. A jednak, jak powiedział John Riady, znawca Indonezji, jest to „prawdopodobnie najmniej widoczny kraj świata”.

Kiedy po raz pierwszy zostałam wysłana do Indonezji przez Reutera w 1988 roku, nie miałam zielonego pojęcia, dokąd tak naprawdę jadę. W 1983 jako dziewiętnastolatka łaziłam z plecakiem po Jawie i Bali i nawet zahaczyłam o Sumatrę Północną, żeby obejrzeć orangutany. Dostałam zestaw obrazków: Indonezja to przyjacielskie miejsce, ale w jakimś sensie schizofreniczne. Życie codzienne jest bezładne i nieprzewidywalne, na szczycie powszechnego chaosu znajduje się jednak boleśnie wyrafinowana kultura, a wyniośli tancerze w delikatnych batikach poruszają rękami do dźwięków gamelanu, zespołu muzyki tradycyjnej, w cieniu spektakularnego kompleksu świątynnego.

Te obrazki były ściśle jawajskie. W mojej głowie, podobnie jak w głowach większości obcokrajowców, którzy się nad tym zastanawiali, Indonezja pokrywała się z Jawą. Nie jest to pozbawione sensu. Wprawdzie wyspa zajmuje zaledwie siedem procent całego obszaru kraju, lecz mieszka na niej sześćdziesiąt procent wszystkich Indonezyjczyków. Sto czterdzieści milionów ludzi na terenie wielkości Grecji. Stolica kraju, Dżakarta, oczywiście znajduje się na Jawie. Jawajscy włodarze od XII wieku rozciągnęli swoje wpływy na wiele wyspiarskich królestw ze zmiennym powodzeniem. Kiedy Reuter poinformował mnie, zaledwie z dziesięciodniowym wyprzedzeniem, że przenoszę się z New Dehli do Dżakarty, na dobrą sprawę nic nie wiedziałam o setkach kultur, które tworzą indonezyjski naród. Potrafiłam przywołać obraz balijskich hindusek – kobiet wdzięcznie kołyszących się pod ciężarem świątynnych darów noszonych na głowie, dziwnej rafy koralowej (wschodnia Indonezja), parnej dżungli (Sumatra albo Kalimantan), czy też doskonałych dla surferów fal (daleki zachód). Ale nic więcej.

Przez kolejne dwa i pół roku, kiedy tylko mogłam, uciekałam od tyranii codziennych tekstów, zwiedzałam kraj i starałam się cokolwiek zrozumieć z tej Indonezji. Ganiałam za orangutanami i separatystami, odwiedzałam nielegalne kopalnie węgla i nielegalnych imigrantów. W samej Dżakarcie jadałam lunche z bankierami, gwiazdami filmowymi i byłymi więźniami politycznymi. Kiedy mój indonezyjski stawał się płynniejszy, rozmowy stawały się coraz bardziej interesujące. Ale wszystko, czego się dowiadywałam, uświadamiało mi, jak trudno poznać ten kraj. Indonezja zawsze potrafiła zwarzyć oczekiwania.

Wyjechałam w 1991 roku, poróżniwszy się z wojskiem na temat rzetelności moich reportaży, zwłaszcza tych, które dotyczyły kontynuowania wojny domowej w północno-zachodniej prowincji Aceh. Po moim wyjeździe rzecznik wojskowy, generał brygady Nurhadi Purwosaputro, przysłał mi odręcznie napisany list na papeterii hotelu Sheraton Towers w Brisbane:

Wydaje mi się, że nasze relacje zawsze cechowała pewna oficjalność (profesjonalizm) z racji Pani zawodu dziennikarki. Z tego też powodu powinienem Panią poinformować, z całym szacunkiem wynikającym z pełnienia funkcji rzecznika Sił Zbrojnych, że pracowała Pani i robiła swoje bardzo dobrze. Wykazała Pani głębokie zrozumienie narodu, państwa, rządu i prawdziwych problemów stojących przed Indonezją.

Obecnie Pani pozycja uległa zmianie. Jest Pani zwyczajnym człowiekiem, który ma wiele czułości do Indonezji.

W dalszej części listu zapraszał mnie do swojego domu, kiedy­kolwiek będę w Dżakarcie. Ten człowiek bezczelnie kłamał w kwestii brutalności, której jego koledzy dopuszczali się na Indonezyjczykach w objętych walkami prowincjach Acehu, Papui i Timoru Wschodniego, a także w innych częściach państwa. Robił to niechętnie, niemal niezgrabnie; czasami wymykał się z biura tylnymi drzwiami, żeby nie musieć odpowiadać na nasze pytania. Kiedyś oddzwonił długo po moim terminie oddania tekstu, aby przeprosić za to, że nie mógł na czas skomentować takiej drobnostki jak jakaś tam masakra. Wymówka? Święty sztylet Naczelnika Sił Zbrojnych sam z siebie wrócił do miejsca urodzenia szefa. Generał brygady był zajęty operacją dostarczenia sztyletu z powrotem do Dżakarty i nie miał czasu rozmawiać z dziennikarzami.

Podobne ściemnianie doprowadzało do szału. Ale bywało także niezwykle ujmujące, jak chociażby wtedy, gdy wyższy stopniem wojskowy opowiada zagranicznemu dziennikarzowi bajki o magicznych sztyletach, żeby uniknąć konieczności mówienia oczywistych kłamstw o okrucieństwie swoich kolegów. Każda taka sytuacja sprawiała, że chciałam ukręcić mu łeb, nie mogłam jednak odmówić mu uroku, o czym doskonale wiedział. Mimo parszywego zachowania wielu przywódców, czułam ogromną sympatię do Indonezji.

To ona przywiodła mnie do kraju w 2001 roku, trzy lata po tym, jak protestujący studenci zajęli budynek parlamentu i zakończyli trzydziestodwuletni okres rządów Suharty. Przez dekadę nie było mnie w Indonezji. Przekwalifikowałam się na epidemiologa i specjalizowałam się w wirusie HIV. Moja praca polegała na pomaganiu indonezyjskiemu Ministerstwu Zdrowia w monitorowaniu rozprzestrzeniania się epidemii, o której wolałoby nie wiedzieć, wśród ludzi, o których wolałoby myśleć, że nie istnieją: dilerów, osób transpłciowych, mężczyzn i kobiet uprawiających seks za pieniądze, gejów, więźniów. Wciąż sporo podróżowałam, lecz przez kolejne cztery lata patrzyłam na trochę inną Indonezję. Połowę czasu obracałam się wśród pracowników niższego szczebla na szkoleniach w trzygwiazdkowych hotelach w pomniejszych miastach. Był to świat protokołu, prezentacji w PowerPoincie i niekończących się pudełek z lepkimi ciastkami. Od środka indonezyjska biurokracja wyglądała na mniej niekompetentną, niż mi się wcześniej wydawało, co nie znaczy, że była mniej wyrachowana.

Większość czasu wolnego spędzałam, włócząc się ­bocznymi uliczkami wśród handlarzy narkotyków, spacerowałam z trans­płciowymi prostytutkami albo siedziałam w połyskliwych klubach rodzącej się w kraju sceny gejowskiej. Przydarzały mi się nieprawdopodobne rzeczy. Wytatuowany ćpun, z którym rozmawiałam na obskurnym dworcu kolejowym, zafundował mi fantę.

– Zamierzaliśmy cię oskubać, paniusiu, ale całkiem śmieszna z ciebie babka – powiedział.

Zawarłam nieprawdopodobne przyjaźnie. Do dziś dostaję porady na temat zdjęć od ladyboya, który należał do najsławniejszych w stolicy pracowników seksualnych.

Po raz drugi wyjechałam z kraju w 2005. Ale co roku kombinowałam, żeby wpaść do Indonezji na kilka tygodni; zatrzymywałam się w tym samym domu, używałam tej samej komórki, wypożyczałam ten sam motor i przemierzałam prowincje z tymi samymi starymi przyjaciółmi. Zaczynałam odnosić wrażenie, że ten kraj jest jak wielki zły chłopak. Łaskocze zmysły i uelastycznia myślenie. Rozśmiesza, wyzwala to ciepłe, niewyraźne uczucie, które pochodzi z zażyłości i nieco żenującej poufałości. Ale potem zapomina o ważnych rocznicach, obraża przyjaciół i powtarza niekończące się kiepskie kłamstwa. Kiedy już ci się wydaje, że znasz go na wylot, ujawnia jakieś tajemnice albo zmienia się nie do poznania. Ze złymi chłopakami doskonale wiadomo, że wszystko skończy się we łzach, a mimo to wracasz po więcej.

Kolejna rzecz o złych chłopakach: nieważne, jak bardzo chcesz mu przywalić, zawsze oczekujesz od innych, że będą podziwiać tę dziką i egzotyczną bestię, pragniesz, żeby poznali go lepiej. A mimo to przez wszystkie te lata zdążyłam się przyzwyczaić do lekkiej paniki w oczach ludzi, którym na jakichś rautach w Londynie czy Nowym Jorku wspominałam o Indonezji. Widziałam, że myślą: „Mój Boże, Indonezja… to nowa nazwa Kambodży czy tam Wietnamu, tego czegoś blisko Tajlandii…?”.

Pod koniec 2011 roku postanowiłam przedstawić swojego złego chłopaka światu. Książka o Indonezji dałaby mi wymówkę, żeby spędzić tam więcej czasu, lepiej poznać kraj, spróbować zrozumieć, w jaki sposób – przez te wszystkie lata mojego nieraz kipiącego frustracją oddania – się zmienił. Odłożyłabym na później codzienną pracę związaną z konsultacjami zdrowia publicznego i ruszyła w teren. Pomyślałam, że zaczęłabym od południowego wschodu i pojechała mniej więcej ruchem przeciwnym do wskazówek zegara przez wschodnie wyspy. W najlepszym z możliwych światów skręciłabym w lewo i udała się na Celebes, Borneo i Sumatrę. Zamknęłabym okrąg, kierując się na Sumatrze na południowy wschód. Opuściłabym Jawę, wyspę zamieszkaną przez blisko dwie trzecie Indonezyjczyków, tę sztancę, na której większość ludzi opiera swoje myślenie o kraju, i ruszyłabym dalej, aż do końca.

Miałam jakiś mętny pomysł, że odnajdę pewnych ludzi, których poznałam w swoich wcześniejszych wcieleniach, podczas poprzednich podróży – może nawet tamtego chłopaka, który zaprosił mnie na herbatę z babcią. Chciałam także odwiedzić te rejony kraju, w których nie był żaden ze znanych mi Indonezyjczyków. Tak prezentował się ambitny plan. Tyle że planowanie w Indonezji jest dla frajerów. Promy przypływają spóźnione trzy dni albo nie zjawiają się wcale, samoloty zmieniają w powietrzu cel podróży, nowe rozporządzenia dotyczące wiz potrafią niespodziewanie rzucić człowiekiem w stronę granicy, zaskakujące spotkania z rozmachem zdejmują z kursu.

Był jeszcze jeden powód, żeby nie planować. Wiedziałam, że nie mam nawet co marzyć o tym, żeby dać pełny obraz tego kalejdoskopowego kraju, kraju, którego różnokolorowe fragmenty układają się w inny wzór przy każdorazowym wstrząsie historii czy pomniejszych zdarzeń. Choć chciałam uchwycić esencję „indonezyjskości”, spróbować znaleźć benang merah[2], „czerwoną nitkę”, która spaja te odmienne wyspy i kultury w jeden naród, wiedziałam, że kraj zmieni się, zanim zdążę go objechać. Starałabym się namalować portret narodu w ruchu, a mogłabym zobaczyć tylko jego wycinek w danej chwili.

Sięgnęłam więc do podstawowej zasady swojej codziennej pracy epidemiologa – reguły przypadkowej selekcji. Polega ona na tym, że jeśli nie można zbadać każdego, najlepszym sposobem, aby zyskać najpełniejszy obraz populacji, jest przedstawienie jej losowej próby. Zamiast więc ustalać, dokąd pojadę i z kim porozmawiam, po prostu uwierzyłam, że jeśli gdzieś trafię i spojrzę oczyma wystarczającej liczby ludzi w wystarczającej liczbie miejsc, będę w stanie ułożyć te kawałki i stworzyć kompletny obraz narodu, lepiej zrozumieć nitki wiążące wspaniałą różnorodność w jedno. Miałam także nadzieję, że kilka z tych nitek zszyje współczesne migawki w większy historyczny album i zobaczymy część głębokich i trwałych indonezyjskich zalet.

 

Przyjęłam tylko jedną zasadę: „Zawsze się zgadzaj”. Ponieważ Indonezyjczycy należą do najbardziej gościnnych ludzi na świecie, w grę wchodziło wiele zgód. Herbata z sułtanem? Tak, poproszę! Dołączenie do orszaku ślubnego? Cudownie! Odwiedzenie miejscowej kolonii trędowatych? Oczywiście! Spanie pod drzewem z rodziną nomadów? Dlaczegoż by nie? Pies na obiad? Yyyyy, okej. Ta strategia zawiodła mnie na wyspy, o których w życiu nie słyszałam. Witano mnie w domach rolników i księży, policjantów i rybaków, nauczycieli, kierowców autobusów, żołnierzy, pielęgniarek. Podróżowałam głównie łodziami i rozklekotanymi, ale dającymi radę autobusami, w których ryczał indo-pop, a z sufitu dyndały torebki na wymioty. Czasami jednak szczęśliwie trafiał mi się samolot czarterowy albo gnuśna jazda na skórzanym siedzeniu samochodu z przyciemnianymi szybami. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te sytuacje, w których nie doświadczyłam czyjejś uprzejmości. Także na palcach jednej ręki mogę policzyć te dni, kiedy nie rozmawiałam o korupcji, niekompetencji, niesprawiedliwości czy strasznych zrządzeniach losu.

W sumie po archipelagu podróżowałam jakiś rok. Okazjonalnie ocierałam się o miejsca masowej turystyki: bar na balijskiej plaży zatłoczony przez słodziutkich Balijczyków oraz nieźle się trzymających, ale nieco szorstkich białych mężczyzn, dżakarcka restauracja świadcząca usługi cateringowe bankierom i maklerom, którzy wpadli na szybkiego drinka, zanim otworzy się giełda na Wall Street, a ich blackberry zaczną bzyczeć. Ale kiedy przemierzyłam dwadzieścia jeden tysięcy kilometrów na motorze, autobusem albo łodzią i kolejne dwadzieścia tysięcy samolotem, okazało się, że podobnych spotkań było stosunkowo niewiele. W sumie odwiedziłam dwadzieścia sześć spośród ówczesnych trzydziestu trzech prowincji. Choć ta książka zaczyna się relacją na temat kilku poprzednich wcieleń archipelagu oraz kilkoma moimi wczesnymi sprawozdaniami dotyczącymi złego chłopaka, w przeważającej mierze jest historią Indonezji, którą odkryłam podczas tej ostatniej podróży. Naród przyprawiający o zawrót głowy swoją różnorodnością, ale także zjednoczony ściślej w sposób, jakiego się nie spodziewałam, okazał się inny od tego, o którym myślałam, że go znam.