Pieśń królowejTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE SUMMER QUEEN

Copyright © Elizabeth Chadwick 2013

First published in Great Britain in 2013 by Sphere

Projekt okładki

Michał Andruch

Agata Zielińska

Zdjęcie na okładce

© Ivan Bliznetsov/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-876-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl






Do Czytelnika:

W powieści nazywam Eleonorę Alienor, gdyż tak mówiłaby o sobie i tak nazywano ją w kronikach. Uznałam, że należy to uszanować.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Pałac w Poitiers, styczeń 1137

Alienor przebudziła się o świcie. Wysoka świeca, którą pozostawiono na noc, wypaliła się prawie do cna, a zza zamkniętych okiennic dochodziło pianie kogutów na grzędach, płotach i kupach gnoju; budziły swoim wrzaskiem całe Poitiers. Petronela spała skulona pod pierzyną, z ciemnymi włosami rozrzuconymi na poduszce. Alienor ostrożnie wyśliznęła się z posłania, żeby nie zbudzić młodszej siostry i uniknąć jej narzekania. Pragnęła mieć tę chwilę wyłącznie dla siebie. Nastał nowy dzień, inny niż pozostałe, więc długo nie nacieszy się spokojem.

Włożyła suknię leżącą na skrzyni, wsunęła stopy w miękkie pantofle z cielęcej skórki i uchyliwszy okiennicę, wdychała rześkie powietrze poranka. Lekki, wilgotny wiaterek przywiał znajomą woń dymu, zmurszałego kamienia i świeżego pieczywa. Zaplatając włosy zręcznymi palcami, podziwiała przecinające się wstęgi grafitu, perłowej szarości i złota na wschodzie, po czym z westchnieniem cofnęła się od okna.

Bezszelestnie zdjęła okrycie z kołka na ścianie i na palcach wyszła z komnaty. W sąsiednim pomieszczeniu niemrawo budziły się służki. Alienor przekradła się obok nich jak lisiczka, a następnie lekkim krokiem zbiegła po schodach wielkiej wieży Maubergeon, gdzie mieściła się część mieszkalna książęcego pałacu.

W wielkiej sali jadalnej zaspany młodzieniec rozstawiał kosze z chlebem i dzbany z winem. Alienor porwała jeszcze ciepły bochenek i wyszła na zewnątrz. W niektórych chatach i zagrodach wciąż płonęły latarnie. Posłyszała z kuchni brzęk naczyń i okrzyki kucharki, która łajała kogoś za rozlanie mleka. Znajome, krzepiące odgłosy, mimo nieuchronnych zmian.

W stajniach przygotowywano konie do podróży. Rącza, jej cętkowana klacz, i Morello, lśniący czarny kucyk siostry, stały jeszcze w swoich boksach, gdy resztę zaprzęgnięto do wozów, które miały powieźć bagaż sto pięćdziesiąt mil na południe z Poitiers do Bordeaux, gdzie wraz z Petronelą spędzi wiosnę i lato w pałacu de l’Ombrière z widokiem na Garonnę.

Podała klaczy kawałek chleba na rozpostartej dłoni i pogłaskała ją po ciepłej, szarej szyi.

– Tatuś nie musi jechać aż do Santiago de Compostela – powiedziała. – Dlaczego nie może z nami zostać i pomodlić się w domu? Nie lubię, kiedy wyjeżdża.

– Alienor.

Podskoczyła, przyłapana na gorącym uczynku, i odwróciwszy się do ojca, uświadomiła sobie, że wszystko słyszał.

Był wysoki i długonogi, z brązowymi włosami przetykanymi siwizną przy uszach i na skroniach. Miał zmarszczki w kącikach oczu i zapadnięte policzki pod rzeźbionymi kośćmi policzkowymi.

– Pielgrzymka to hołd złożony Bogu – oznajmił. – A nie głupia zachcianka powzięta pod wpływem kaprysu.

– Tak, ojcze. – Wiedziała, jak ważna jest dla niego ta pielgrzymka, wręcz niezbędna dla spokoju jego duszy, ale wolała, by został. Ostatnimi czasy zmienił się, zdawał się nieobecny duchem i czymś przytłoczony, a ona nie wiedziała, czemu tak się dzieje.

Uniósł jej podbródek palcem wskazującym.

– Jesteś moją dziedziczką, Alienor, więc zachowuj się, jak przystało na córkę księcia Akwitanii, a nie nadąsane dziecko.

Odsunęła się z urazą. Miała trzynaście lat, od roku była pełnoletnia i uważała się za dorosłą, mimo że ojcowska miłość i obecność wciąż zapewniały jej upragnione poczucie bezpieczeństwa.

– Widzę, że się rozumiemy. – Zmarszczył czoło. – Pod moją nieobecność władza nad Akwitanią spoczywa w twoich rękach. Nasi wasale przysięgli poprzeć cię jako moją następczynię i nie możesz ich zawieść.

Alienor przygryzła wargę.

– Boję się, że nie wrócisz… – Głos jej zadrżał. – I że już cię nie zobaczę.

– Ależ moje dziecko! Oczywiście, że wrócę, jeśli taka wola boska. – Czule ucałował ją w czoło. – Poza tym jeszcze nie wyjechałem. Gdzie Petronela?

– Śpi, ojcze. Nie chciałam jej budzić.

Przyszedł stajenny, aby zająć się końmi dziewcząt. Ojciec pociągnął Alienor na dziedziniec, gdzie blada szarość brzasku ustępowała miejsca cieplejszym odcieniom. Delikatnie pociągnął ją za gruby, złocisty warkocz.

– Biegnij po siostrę. Wypadałoby, abyście odbyły część pielgrzymki na własnych nogach.

– Tak, ojcze. – Rzuciła mu przeciągłe spojrzenie i odeszła z godnością, wyprostowana jak struna.

Wilhelm westchnął. Jego starsza córka niepostrzeżenie stawała się kobietą. Urosła w ciągu ostatniego roku, jej figura nabrała krągłości. Była tak olśniewająca, że jej widok napełniał go bólem. Była olśniewająca i o wiele za młoda na to, co miało nastąpić. Niech Bóg ma ich w swojej opiece.

Kiedy Alienor wróciła do komnaty, Petronela już nie spała, pakowała pospiesznie do miękkiego woreczka ulubione błyskotki na drogę. Floreta, ich piastunka i przyzwoitka, zdążyła już wpleść niebieskie wstążki w jej lśniące, brązowe włosy, odsłaniając pokryty meszkiem zarys policzka.

– Gdzie byłaś? – spytała dziewczynka.

– Nigdzie… spacerowałam. Jeszcze spałaś.

Petronela zacisnęła sznurek i trąciła chwosty na jego końcach.

– Tatuś obiecał nam przywieźć święte krzyżyki z sanktuarium Świętego Jakuba.

„Jak gdyby święte krzyżyki mogły nam wynagrodzić jego nieobecność”, pomyślała Alienor, lecz ugryzła się w język. Petronela miała jedenaście lat, ale zachowywała się jak dziecko. Pomimo łączącej je bliskości dwuletnia różnica wieku stanowiła czasem istną przepaść. Alienor była dla Petroneli nie tylko starszą siostrą, ale częstokroć zastępowała jej zmarłą matkę.

– A kiedy wróci po świętach wielkanocnych, wyprawimy wielką biesiadę, prawda? – Petronela utkwiła w niej wyczekujące spojrzenie brązowych oczu. – Prawda?

– Ma się rozumieć – zapewniła Alienor i przytuliła siostrę, równie złakniona pociechy.

Orszak książęcy wyruszył do Bordeaux przed południem, po mszy w kościele Świętego Hilarego, o ścianach zdobionych orlim herbem panów Akwitanii.

Zza chmur prześwitywały skrawki błękitnego nieba, a nagłe, zwinne promienie słoneczne odbijały się od sprzączek i uprzęży. Pochód ciągnął się drogą jak tęczowa wstęga, przetykana srebrem zbroi oraz soczystymi barwami kosztownych tkanin w odcieniach fioletu, szkarłatu i złota, na tle stonowanych brązów i szarości przyodziewków służby i furmanów. Wszyscy podążali pieszo, nie tylko książę Wilhelm. Pierwszego dnia pokonają dwadzieścia mil, które dzieliły ich od Saint-Sauvant, gdzie mieli zanocować.

Alienor maszerowała przed siebie, trzymając jedną ręką dłoń Petroneli, a drugą unosząc suknię, żeby się nie zabrudziła. Niekiedy młodsza z sióstr podskakiwała niesfornie. Żongler zaintonował pieśń przy akompaniamencie małej harfy i Alienor rozpoznała słowa swojego cieszącego się złą sławą dziadka Wilhelma IX Akwitańskiego. Napisał wiele sprośnych pieśni, których nie godziło się śpiewać w alkierzu, lecz ta tchnęła słodyczą i melancholią, aż Alienor przeszły ciarki po plecach.

Nie wiem, czy nie śpię, czy śnię,

Aż ktoś mi to powie.

Serce mało mi nie pęknie,

Lecz jest mi to obojętne.

Ojciec jakiś czas szedł z nimi, ale miał dłuższy krok i niebawem zostawił je z tyłu, w towarzystwie dwórek. Alienor patrzyła, jak odchodzi, utkwiła wzrok w jego dłoni zaciśniętej na lasce pielgrzymiej. Książęcy pierścień z szafirem mrugał do niej swym ciemnoniebieskim okiem. Siłą woli próbowała go skłonić, żeby się obejrzał, lecz uparcie patrzył przed siebie. Miała wrażenie, że odgradzał się od niej celowo, by po chwili zniknąć, pozostawiwszy jedynie ślady, po których będzie mogła podążać.

Nie rozchmurzyła się nawet, kiedy dołączył do nich ojcowski seneszal, Gotfryd z Rancon, hrabia Gençay i Taillebourga. Niespełna trzydziestoletni, miał ciemnobrązowe włosy, głęboko osadzone piwne oczy i uśmiech, który niezawodnie podnosił ją na duchu. Znała go od urodzenia, gdyż był jednym z głównym wasali i dowódców ojca. Żona odumarła go przed dwoma laty, lecz nie kwapił się do powtórnego ożenku. Miał dwie córki i syna z pierwszego małżeństwa, więc nie potrzebował dziedzica.

 

– Skąd ta ponura mina? – Zajrzał jej w twarz. – Deszcz zaklinasz?

Petronela zachichotała, a Gotfryd puścił do niej oko.

– Nie bądź niemądry. – Alienor zadarła podbródek i przyspieszyła kroku.

Gotfryd nie dał za wygraną.

– Powiedz, co się stało.

– Nic – odpowiedziała. – Nic się nie stało. Co się miało stać?

Spojrzał na nią w zamyśleniu.

– Może to, że twój ojciec wybiera się do Santiago de Compostela i zostawia cię w Bordeaux?

Ścisnęło ją w gardle.

– Oczywiście, że nie – burknęła.

Potrząsnął głową.

– Masz rację, jestem niemądry, ale czy mi wybaczysz i zgodzisz się, bym przez chwilę dotrzymał ci towarzystwa?

Alienor wzruszyła ramionami, ale w końcu niechętnie skinęła głową. Gotfryd wziął ją za rękę, a w drugą ujął dłoń Petroneli.

Po jakimś czasie Alienor niemal bezwiednie poprawił się humor. Gotfryd nie mógł zastąpić jej ojca, ale jego obecność działała kojąco. Szła naprzód, podniesiona na duchu.

2

Bordeaux, luty 1137

Wilhelm X Akwitański siedział przy kominku w swojej komnacie w pałacu de l’Ombrière i popatrzył na dokumenty, które miał opatrzyć pieczęcią. Potarł dłonią bok.

– Czy nadal obstajesz przy tej podróży, panie?

Przeniósł wzrok na arcybiskupa Bordeaux, który grzał się przy ogniu; ciężkie, podbite futrem szaty przytłaczały jego wysoką, chudą postać. Od lat przyjaźnił się z Gotfrydem z Louroux i jego wyznaczył na preceptora obu córek.

– Owszem – odpowiedział. – Chcę zawrzeć pokój z Bogiem, dopóki jeszcze mam czas, a Santiago de Compostela nie leży zbyt daleko, jak sądzę.

Gotfryd rzucił mu zatroskane spojrzenie.

– Jest coraz gorzej, prawda?

Wilhelm westchnął ze znużeniem.

– Wmawiam sobie, że w sanktuarium Świętego Jakuba dokonało się wiele cudów i będę modlił się o następny, ale po prawdzie odbywam tę pielgrzymkę przez wzgląd na moją duszę, a nie w nadziei na wyleczenie. – Ścisnął palcami grzbiet nosa. – Alienor boleje nad tym, że nie ratuję duszy w Bordeaux, bo nie rozumie, że w takim wypadku nie zostałbym oczyszczony. Tu potraktowano by mnie łagodnie, gdyż jestem panem. Na drodze, podążając pieszo z laską i węzełkiem, jestem tylko jednym spośród tłumu pielgrzymów. Przed Bogiem wszyscy stajemy nadzy, bez względu na pozycję, dlatego muszę powziąć takie kroki.

– Ale co z ziemią w czasie twojej nieobecności, panie? – zapytał Gotfryd z troską. – Kto będzie rządził w twoim imieniu? Alienor dorosła do małżeństwa i choć zmusiłeś do posłuchu wszystkich wasali, każdy baron chciałby pojąć ją za żonę lub wydać za swego syna. Tylko czekają na okazję, jak zapewne zauważyłeś. Weźmy Gotfryda z Rancon. Szczerze opłakiwał żonę, przyznaję, podejrzewam jednak, że nie bez kozery zwleka z powtórnym ożenkiem.

– Nie jestem ślepy. – Wilhelm wzdrygnął się z bólu, gdy zakłuło go w boku. Nalał sobie źródlanej wody z dzbanka na stole. Ostatnio stronił od wina: żywił się głównie suchym chlebem i pozbawionym smaku jedzeniem, chociaż niegdyś był człowiekiem o nieposkromionym apetycie. – Oto mój testament. – Podsunął arcybiskupowi zwój pergaminu. – Zdaję sobie sprawę z zagrożeń, jakie czyhają na moje córki, jak również z realnej groźby wojny, dlatego podjąłem kroki, aby temu zaradzić.

Patrzył, jak Louroux odczytuje testament i zgodnie z jego przewidywaniami unosi brwi.

– Powierzasz swoje córki Francuzom – stwierdził Gotfryd. – Czyż to nie równie ryzykowne? Zamiast zdziczałych psów zapraszasz lwy pod strzechę?

– Alienor też jest lwicą – odparł Wilhelm. – Umie sprostać wyzwaniu. Kształcono ją w tym kierunku, a ona okazała się pojętną uczennicą, o czym ci doskonale wiadomo. – Machnął ręką. – Plan ma pewne braki, ale jest bezpieczniejszy od pozornie bardziej obiecujących. Ogniwem łączącym cię z Francuzami jest Kościół, pokładam też wielką wiarę w twoją roztropność i elokwencję. Doskonale wyszkoliłeś moje córki; darzą cię sympatią i zaufaniem. W razie mojej śmierci powierzam ich dobro twojej opiece. Wiem, że staniesz na wysokości zadania.

Odczekał, aż Gotfryd ze zmarszczonymi brwiami ponownie odczyta testament.

– Ze świecą szukać lepszego rozwiązania. Na próżno się głowiłem. Oddaję córki, a tym samym całą Akwitanię, Ludwikowi Francuskiemu, ponieważ nic innego mi nie pozostaje. Gotfryd jest honorowym człowiekiem, lecz jego ślub z Alienor doprowadziłby do krwawej wojny domowej. Skłonić ludzi do posłuszeństwa seneszalowi a wynieść go nad pozostałych jako księcia małżonka Akwitanii – to dwie zupełnie różne sprawy.

– Istotnie – przyznał Gotfryd.

Wilhelm się skrzywił.

– Musimy też wziąć pod uwagę Gotfryda z Anjou, który chętnie połączyłby swój ród z moim, za sprawą skojarzenia Alienor ze swoim małoletnim synem. Poruszył tę kwestię w ubiegłym roku podczas kampanii w Normandii, ale zbyłem go obietnicą, że rozważę to, kiedy chłopiec podrośnie. Jeśli umrę, może skorzystać z okazji, co również przyniosłoby katastrofalne skutki. W życiu trzeba nam ponosić ofiary dla dobra wspólnego, czego Alienor jest świadoma. – Wysilił się na żart: – Jeśli grona trzeba deptać, któż zna się na winie lepiej aniżeli my w Bordeaux? – Ale żaden z nich się nie uśmiechnął. Wilhelma zemdliło z bólu. Długa wędrówka z Poitiers nadszarpnęła jego wątłe siły. Boże miłosierny, był taki wykończony, a zostało mu jeszcze tyle do zrobienia.

Gotfryd nadal miał zatroskaną minę.

– Może zapobiegniesz bratobójczym walkom, obawiam się jednak, że wszyscy zwrócą się przeciwko Francuzom jako wspólnemu wrogowi.

– Nie, jeśli ich księżna zostanie królową. Spodziewam się niepokojów z tych źródeł, co zawsze, a także drobnych niesnasek, lecz nie sądzę, aby doszło do otwartego buntu. Ufam, że twe zdolności dyplomatyczne utrzymają statek na właściwym kursie.

Gotfryd szarpnął za brodę.

– Pokażesz to jeszcze komuś, panie?

– Nie. Wyślę zaufanego posłańca do króla Ludwika z kopią, lecz pozostali na razie nie muszą nic wiedzieć. W razie najgorszego niezwłocznie powiadom Francuzów i do ich przyjazdu strzeż dziewcząt jak oka w głowie. Powierzam ci dokument, ukryj go w bezpiecznym miejscu.

– Wedle rozkazu, panie. – Spojrzał z obawą na Wilhelma. – Poprosić medyka o miksturę nasenną?

– Nie. – Twarz Wilhelma stężała. – Wkrótce zapadnę w sen wieczny.

Gotfryd z ciężkim sercem wyszedł z komnaty. Wilhelm umierał, zapewne zostało mu już mało czasu. Inni trwali w niewiedzy, ale Gotfryd dobrze go znał. Było jeszcze wiele do zrobienia, tym bardziej bolało go, że ich sprawy zostaną jak niedokończony gobelin, którego druga część nie będzie pasowała do pierwszej, a wówczas cały trud pójdzie na marne.

Pomyślał ze smutkiem o Alienor i Petroneli. Przed siedmiu laty zimnica odebrała im matkę i braciszka. Teraz stanęły w obliczu utraty ojca. Były takie bezbronne. Wilhelm zabezpieczył ich przyszłość w testamencie, jednakże Gotfryd żałował, iż nie są starsze i bardziej doświadczone. Nie chciał patrzeć, jak zło tego świata bezcześci ich niewinną naturę, lecz wiedział, że to nieuniknione.

Alienor zdjęła płaszcz i przerzuciła go przez ojcowskie krzesło. W komnacie wyczuwało się zapach i obecność księcia, gdyż wyruszył z katedry odziany tylko w szorstką szatę pokutną i sandały, z suchym chlebem w węzełku, a tutaj pozostawił wszystko na starym miejscu. Wraz z Petronelą towarzyszyły mu przez kilka mil, po czym wróciły do Bordeaux z arcybiskupem. Petronela paplała przez całą drogę, wypełniając pustkę ożywionym głosem i gestykulacją, lecz Alienor jechała w milczeniu, a w domu oddaliła się samotnie do komnaty ojca.

Obeszła komnatę, dotykając różnych przedmiotów. Herbu z orłem na oparciu krzesła, szkatułki z kości słoniowej z paskami pergaminu oraz niewielkiego pojemnika z rogu i srebra na przybory do pisania. Przystanęła obok ojcowskiego płaszcza, miękkiego, niebieskiego, z podszewką z wiewiórczej skórki. Na kołnierzu zalśnił pojedynczy włos. Uniosła połę i przycisnęła ją do twarzy, żegnając się z nim tak, jak nie pożegnała się na drodze, kiedy ją objął, taka była na niego oburzona. I odjechała, nie obejrzawszy się ani razu. Za to Petronela wyściskała go w dwójnasób, za siebie i za siostrę.

Oczy ją zapiekły, wytarła je w połę płaszcza. Zobaczy ojca dopiero po świętach wielkanocnych. Często wyjeżdżał: nie dalej jak w ubiegłym roku walczył w Normandii z Gotfrydem le Bel, hrabią Anjou, co było po stokroć bardziej niebezpieczne od pielgrzymki.

Usiadła na krześle i oparła ręce na poręczach, wyobraziła sobie, że jest panią Akwitanii, sprawiedliwą i roztropną. Od wczesnego dzieciństwa uczono ją sztuki myślenia i panowania. Lekcje przędzenia i tkania, czysto kobiece zajęcia, stanowiły jedynie tło poważniejszych zagadnień. Ojciec lubił widzieć ją odzianą w piękne stroje i klejnoty, pochwalał kobiecość i czynności z nią powiązane, lecz zarazem traktował jak syna. Objeżdżała z nim rozległe ziemie Akwitanii, od pogórza Pirenejów do nizin u zachodniego wybrzeża aż po gwarny port Niort. Od winorośli Cognac i lasów Poitou, do wzgórz, bujnych dolin rzecznych i terenów jeździeckich Limousin. Towarzyszyła mu, gdy pobierał daninę od swoich wasali, z których wielu było narowistymi pieniaczami, dbającymi jedynie o własną korzyść, niemniej jednak uznawali zwierzchnictwo jej ojca. Pokazywał jej, jak z nimi postępować. Język władzy to zarówno słowa, jak również myśl i obecność, gest i wyczucie czasu. Oświetlał jej drogę i nauczył ją lśnić własnym blaskiem, dzisiaj jednak czuła, jakby wkroczyła do krainy cieni.

Drzwi się otworzyły i wszedł arcybiskup. Zastąpił strojną mitrę zwykłą czapką filcową, a szatę brązowym habitem przewiązanym sznurkowym paskiem. Pod pachą niósł rzeźbioną szkatułkę z kości słoniowej.

– Domyśliłem się, że cię tu zastanę, córko – oznajmił.

Alienor poczuła lekką urazę, ale nic nie powiedziała. Nie mogła tak po prostu odprawić arcybiskupa Bordeaux; mała, osamotniona część jej istoty chciała się do niego przytulić, chociaż w istocie pragnęła bliskości ojca.

Postawił szkatułkę na stole przy jej krześle i uniósł wieko.

– Twój ojciec prosił, żebym ci to dał – powiedział. – Być może pamiętasz go z czasów dzieciństwa. – Na miękkiej wyściółce z białego filcu spoczywał gruszkowaty flakonik z przezroczystego górskiego kryształu, z powierzchnią o strukturze plastra miodu. – Mawiał, że jest taki jak ty, bezcenny i niepowtarzalny. Gdy odbija światło, przydaje uroku wszystkiemu, co go otacza.

Alienor przełknęła ślinę.

– Pamiętam – odrzekła. – Ale nie widziałam go od bardzo dawna.

Żadne z nich nie wspomniało, że cacko było ślubnym darem ojca dla matki, a po jej śmierci złożono je w skarbcu katedry w Bordeaux i rzadko wyjmowano.

Zamknęła flakonik w złożonych dłoniach i delikatnie odłożyła do szkatułki. Światło z okna przebiło kryształ, rozsiewając tęczowe refleksy na tle bieli. Aż dech jej zaparło na tę niespodziewaną feerię kolorów. Łzy zamgliły jej wzrok i stłumiła szloch.

– Cii, już dobrze. – Gotfryd obszedł stół, żeby ją objąć. – Wszystko się ułoży, masz moje słowo. Jestem tutaj, będę się tobą opiekował.

To samo mówiła zawsze Petroneli, te słowa były niczym balsam na jej duszę, pomagały znieść ból. Oparła mu głowę na piersi i pozwoliła sobie na łzy, ale w końcu się odsunęła i uniosła podbródek. Słońce wciąż migotało na krysztale; przyłożyła rękę i kolory zatańczyły na jej nadgarstku: cynober, błękit oraz purpura.

– Bez światła piękno pozostaje w ukryciu – stwierdził Gotfryd. – Ale wciąż tam jest. Tak jak miłość Boga albo rodziców. Pamiętaj o tym, Alienor. Jesteś otoczona miłością, nawet jeśli tego nie dostrzegasz.

W trzecim tygodniu po Niedzieli Wielkanocnej nastała piękna pogoda; o poranku, gdy słońce pięło się po niebie, Alienor i Petronela z dwórkami wyniosły robótki do pałacowych ogrodów. Muzykanci przygrywali cicho na harfie i citoli, opiewając odrodzenie, wiosnę i nieutuloną tęsknotę. Woda pluskała w marmurowych fontannach, szemrała sennie pośród złocistego ciepła.

Dwórki, ośmielone nieobecnością Florety, szczebiotały jak wróble harcujące w krzewach morwy. Ich paplanina działała Alienor na nerwy. Nie interesowały jej plotki, kto do kogo robi słodkie oczy, a dziecko, którego spodziewa się żona zarządcy, jest prawdopodobnie owocem romansu z młodym giermkiem. Kiedy Alienor była mała, na dworze babci ze strony matki w Poitiers aż huczało od tak błahych, ale niszczących pogłosek, i nie znosiła, gdy przekazywano je sobie z podobną niefrasobliwością. Dangerosa z Châtellerault nie była żoną jej dziadka, lecz jego nałożnicą: żył z nią jawnie, postępował wedle własnego mniemania, toteż często zarzucano mu nieobyczajność. Raz puszczona w ruch plotka parła do przodu niczym taran; wystarczyło kilka złośliwych szeptów, aby okryć człowieka niesławą.

 

– Dosyć tego – burknęła władczo. – Chcę w spokoju posłuchać muzyki.

Kobiety wymieniły spojrzenia, ale umilkły. Alienor sięgnęła po kandyzowaną gruszkę z półmiska i wgryzła się w słodki miąższ. Były to jej ulubione przysmaki i nigdy ich sobie nie odmawiała. Ich słodycz podnosiła ją na duchu, a świadomość, że w każdej chwili może po nie sięgnąć, dawała jej poczucie władzy, w które wkradał się jednak cień niezadowolenia, gdyż na co komu władza nad ploteczkami służby i tacą ze smakołykami? To nie była prawdziwa władza, lecz zaledwie namiastka, toteż nie mogła jej usatysfakcjonować.

Jedna z kobiet pokazała Petroneli specjalny ścieg do haftowania stokrotek. Alienor porzuciła własną robótkę i ruszyła na przechadzkę po ogrodzie. Tępy ból głowy opasywał jej skronie, diadem na czole tylko pogarszał sprawę. Zbliżał się dzień miesiączki i bolał ją brzuch. Źle spała, dręczyły ją koszmary, których po przebudzeniu nie pamiętała, jednakże zawsze towarzyszyło jej poczucie, że tkwi w potrzasku.

Przystanęła przed młodą wisienką i musnęła dłonią zielone kulki dojrzewających owoców. Do czasu powrotu ojca staną się ciemnoczerwone, na granicy czerni. Słodkie, soczyste i dojrzałe.

– Córko.

Tylko dwoje ludzi tak ją nazywało. Odwróciwszy się, stanęła na wprost arcybiskupa Gotfryda i z góry wiedziała, co usłyszy, gdyż jego zatroskana, współczująca twarz mówiła wszystko.

– Przynoszę złe wieści – oznajmił.

– Chodzi o mojego ojca, prawda?

– Lepiej usiądź, dziecko.

Patrzyła na niego nieustępliwie.

– On nie wróci, tak?

Zrobił zdziwioną minę, ale zaraz odzyskał rezon.

– Z bólem donoszę, że zmarł w Wielki Piątek nieopodal Santiago de Compostela i pochowano go u stóp Świętego Jakuba. Od jakiegoś czasu niedomagał. – Mówił chrapliwym głosem. – Pan Bóg go wezwał do siebie i uwolnił od ziemskiego cierpienia.

Rozpacz przepełniła jej serce. Od dawna przeczuwała coś złego, ale nikt nie raczył jej uświadomić, zwłaszcza ojciec.

Gotfryd podał jej pierścień z szafirem, który ściskał w ręku.

– Przesłał ci to, żebyś wiedziała, z przykazaniem, byś jak zawsze stanęła na wysokości zadania i słuchała rad swoich opiekunów.

Spojrzała na pierścień i przypomniała sobie, jak jeszcze niedawno lśnił na ojcowskim palcu. Czuła, jakby ziemia rozstąpiła się pod nią i pochłonęła wszystko dokoła. Uniosła głowę, by popatrzeć na siostrę, która w ogrodzie zaśmiewała się ze słów dwórki. Jeszcze chwila i ten śmiech ustanie, ustąpi miejsca łzom i rozpaczy. Świat Petroneli też runął w gruzy, a było to jeszcze trudniejsze do zniesienia niż jej własne męki.

– Co z nami będzie? – Siliła się na opanowanie, ale nie zdołała ukryć drżenia w głosie.

Gotfryd zacisnął jej palce na pierścieniu.

– Będziecie pod dobrą opieką, nic się nie martw. Ojciec zadbał o was w swoim testamencie. – Chciał ją objąć ze współczuciem, ale odsunęła się i zacisnęła zęby.

– Nie jestem dzieckiem.

Gotfryd opuścił ręce.

– Ale wciąż jesteś jeszcze bardzo młoda – zauważył. – Twoja siostra… – Przeniósł wzrok na grupkę kobiet.

– Sama jej powiem – oznajmiła stanowczo. – Tylko ja, nikt inny.

Ustąpił, chociaż jego twarz zmarszczyła się w wyrazie troski.

– Jak sobie życzysz.

Alienor wróciła do towarzyszek z Gotfrydem u boku. Kiedy dziewczęta dygnęły przed nim, odprawiła go i usiadła obok siostry.

– Patrz, co wyszyłam! – Petronela uniosła robótkę. W jednym rogu widniały białe stokrotki ze złotymi supełkami pośrodku. Oczy dziewczynki zalśniły. – Podaruję tatusiowi, kiedy wróci do domu!

Alienor przygryzła wargę.

– Petro – objęła siostrę ramieniem – posłuchaj uważnie. Mam ci coś do powiedzenia.