Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Rouen, wrzesień 1129

Kondycja Matyldy wzbudziła zgrozę w Adelajdzie. Jej twarz była usiana plamami zanikających żółtych i fioletowych siniaków; ruchy miała powolne niczym staruszka. Z jej oczu jednak biła zawziętość, która nasunęła Adelajdzie skojarzenie z widzianym niegdyś dzikim kotem, przypartym do muru, lecz wciąż gotowym do walki mimo trwogi i bólu.

– Kochana moja! – Adelajda, wciąż w pelerynie i butach do konnej jazdy, przeszła przez komnatę i wzięła pasierbicę w objęcia. – Co ci się stało? – Cofnęła się o krok, gdy Matylda zesztywniała w jej uścisku i gwałtownie nabrała tchu. – O co chodzi?

– Moje żebra… – Matylda się skrzywiła. – Jeszcze się nie zagoiły.

– Żebra? – Adelajda wpatrywała się w nią z narastającą zgrozą.

Matylda wzruszyła ramionami.

– Nie ucierpiały bardziej niż cała reszta.

Adelajdzie zabrakło słów. Nie mogła uwierzyć, że Godfryd Andegaweński mógł się do tego posunąć, ale dowody miała na wyciągnięcie ręki i gryzło ją sumienie, że nakłoniła Matyldę do posłuszeństwa Henrykowi.

– Kochana moja! – powtórzyła i łzy napłynęły jej do oczu.

Oczy Matyldy pozostały suche.

– Zapewne przysyła cię mój ojciec. – Wskazała macosze krzesło, a sama usiadła na wyściełanej ławie, o którą stała oparta laska z rączką z gagatu.

Służba przyniosła Adelajdzie pachnącą wodę do obmycia rąk. Ktoś zdjął jej buty i wsunął miękkie, haftowane pantofle na stopy. Poczęstowano ją winem i ciastkami.

– Owszem, ale to nie wszystko. – Wstała z krzesła i usiadła obok Matyldy, zwracając się ku niej tak, że zetknęły się kolanami. – Przyjechałam, ponieważ martwiłam się o ciebie… i widzę, że moje obawy były uzasadnione. – Ujęła jej dłonie. – Nie nosisz obrączki.

Matylda zadarła podbródek.

– Nie wrócę do niego.

Odwróciwszy się, Adelajda odprawiła służbę uprzejmym, lecz stanowczym gestem.

– Mówię, jak jest – podkreśliła Matylda, kiedy drzwi się zamknęły.

Ogień zaskwierczał w kominku, gdy polana się ułożyły. Na pozór scena przedstawiała dwie kobiety siedzące w harmonii, lecz Adelajda czuła się jak w oku cyklonu. Cóż mogła począć? Henryk nakazał jej przekonać Matyldę do pojednania z małżonkiem, ale nie miała pojęcia, od czego zacząć, nie wiedziała nawet, czy powinna do tego dążyć.

Zwróciła uwagę, jak szorstkie i przesuszone są ręce Matyldy, tak przecież dbałej o wygląd. Wyjęła z kufra puzderko z kości słoniowej z maścią i zdjęła wieczko. Ze środka napłynął delikatny, ziołowy aromat. Ponownie ujęła ręce Matyldy i poczęła wcierać w nie maść, skupiając się na spękanej skórze między palcami.

– Opowiedz mi o wszystkim – zachęciła łagodnie. – Jeśli nie zechcesz ze mną rozmawiać, nie będę mogła ci pomóc.

Matylda milczała. Adelajda oderwała wzrok od jej dłoni i ujrzała drżący podbródek pasierbicy.

– Płacz, lepiej się poczujesz.

Matylda potrząsnęła głową.

– Płacz sprawia mi zbyt wiele bólu. – Mówiła zduszonym szeptem, ale pękła tama i z jej gardła wyrwał się szloch, a potem kolejny i jeszcze jeden, mimowolne łkanie, które nie przyniosło ulgi, aż musiała chwycić się za żebra, aby nie pękły.

Adelajda objęła ją współczującym gestem, też bliska płaczu, ale przełknęła łzy i postanowiła nie myśleć o własnej sytuacji, w przeciwnym razie by tego nie zniosła.

– Opowiadaj – rzekła raz jeszcze i przyniosła Matyldzie serwetkę do otarcia łez. – Inaczej będę musiała zapytać innych, a oni nie powiedzą mi prawdy, ponieważ jej nie znają albo odrzucają.

Matylda przełknęła i z trudem zapanowała nad oddechem. Zrazu nie mogła słowa wykrztusić. Nie powiedziała nikomu oprócz Emmy i Uli, choć była pewna, że plotki już się rozeszły i Adelajda musiała słyszeć jedną z wersji. Nie wiedziała, jak macocha to przyjmie; owszem, serce miała czułe i pełne życzliwości, nade wszystko była jednak żoną Henryka. Matylda przemówiła ściszonym głosem, jakby jej słowa dotyczyły kogoś innego lub koszmaru, który nie był jawą. Sińce potwierdzały prawdziwość opisywanych wydarzeń, lecz jakże coś takiego mogło spotkać cesarzową i córkę angielskiego króla?

Trzymając ją za rękę, pobladła jak ściana Adelajda wysłuchała w osłupieniu tej litanii udręki.

– Nie dbam o nic – stwierdziła na koniec Matylda. – Ta sprawa już mnie nie dotyczy.

– Ale dotyczy wszystkich innych, zwłaszcza twojego ojca – zaznaczyła Adelajda. – Poza tym uważam, że nie jest ci obojętna. To niepodobne do kobiety, którą poznałam, gdyś z nami mieszkała.

– Może jestem już inną kobietą – odparła Matylda z zaciętymi ustami. Spojrzała na ich złączone dłonie, po czym odezwała się bardziej pojednawczym tonem, choć była równie zdeterminowana. – Do pojednania nie dojdzie. Wiem, że tego oczekujesz, ale to niemożliwe.

– Musisz ochłonąć, to zrozumiałe – skwapliwie oświadczyła Adelajda. – I potrzebujesz czasu. Doszło do wielu uchybień, które trzeba naprawić. – Jej głos nabrał mocy. – Twój ojciec zrobi, co może, ale wiedz, że nie dopuści do unieważnienia tego małżeństwa.

Matylda cofnęła rękę.

– Nie wrócę do tego… tego nadętego chłopca – rzekła beznamiętnie.

– Może zachowywałby się jak mężczyzna, gdybyś go tak traktowała.

Matylda podniosła się i podeszła do okna.

– Nie wiesz – oznajmiła, stając tyłem z rękami skrzyżowanymi na piersi. – Nawet nie masz pojęcia… Mój ojciec nigdy nie podniósł na ciebie ręki, nie dotykał cię na oczach swoich baronów ani nie zostawiał otwartych drzwi sypialni na czas zażywania uciech cielesnych. Mam się na to godzić? – Odwróciwszy się, wskazała na blednące siniaki. – Mam dygać z uśmiechem i mówić „Słusznie mnie ukarałeś, panie”? Kiedy byłam żoną Henryka, traktowano mnie z szacunkiem i zachowaniem wszelkich zasad przyzwoitości. A teraz… sama widzisz. Zamieniłabyś się ze mną? Powiedz!

Adelajda potarła skronie.

– Jeśli mam być szczera, w żadnym razie – odrzekła znużonym tonem. – Porzućmy na razie ten temat. Chcę rozmawiać z tobą o zwykłych sprawach, żeby nasza przyjaźń nie ucierpiała… – poprosiła ze łzami w oczach i błagalnym gestem.

Twarz Matyldy złagodniała.

– Przestań – odpowiedziała drżącym głosem. – Albo znów się rozpłaczę i utoniemy obie. – Wróciła na ławę i objęła macochę. – Szczerze raduję się z twego przyjazdu i też chcę rozmawiać o zwykłych sprawach… nawet nie wiesz, jak bardzo.

– Przywiozłam ci coś z Anglii – oznajmiła Adelajda. – Coś, co należy do ciebie i czego potrzebujesz. – Ponownie podeszła do swojego bagażu i tym razem wróciła z malowaną, skórzaną skrzynką. Wewnątrz znajdowała się korona Matyldy z szafirów i złotych kwiatów. – Posłałam po nią do Reading – dodała, wręczając ją pasierbicy. – Spoczywała na ołtarzu pod pieczą mnichów, czułam jednak… nie, wiedziałam, że muszę ci ją przywieźć.

Matylda ze wzruszenia przełknęła ślinę.

– Dziękuję – szepnęła, ocierając łzy, które teraz popłynęły swobodniej i przyniosły jej większą ulgę.

– Oto, kim jesteś – rzekła Adelajda. – I nikt nie może ci tego odebrać, przenigdy.

Było późne, listopadowe popołudnie, czerwone niebo tchnęło chłodem, drzewa stały nagie, a złoty kobierzec z liści ścielił się pod kopytami koni, kiedy Matylda przemierzała z Adelajdą leśne ścieżki włości Henryka w Le Petit-Quevilly na obrzeżach Rouen.

Mroźne powietrze dodało jej sił i Matylda poczuła, że żyje. Wypełnione zajęciami sielskie dni w Rouen uzdrowiły jej sponiewierane ciało; odzyskała poczucie własnej wartości i ponownie jęła wybiegać myślą w przyszłość – przyszłość, która nie stała się udziałem jej młodszego brata. Następnego dnia przypadała rocznica jego utonięcia u wybrzeży Barfleur i wieczorem Matylda miała wziąć udział w czuwaniu za jego duszę.

– Wkrótce winnam pomyśleć o powrocie do Anglii – oznajmiła Adelajda. – Muszę spędzić tam Boże Narodzenie. Twój ojciec tego oczekuje i mam obowiązki, choć wolałabym zostać dłużej. – Zerknęła na Matyldę. – Może jednak pojedziesz ze mną? Ucieszyłabym się z twojego towarzystwa.

Matylda przypuszczała, że macocha wyjedzie znacznie szybciej, choćby dlatego, aby spędzić z ojcem rocznicę śmierci Wilhelma, ta jednak postanowiła zostać z nią w Rouen, za co Matylda była jej niezmiernie wdzięczna. Bardzo się różniły, lecz łączyła je przyjaźń i serdeczna zażyłość, poza tym były rodziną. Zdawała sobie sprawę, że Adelajda przybyła nie tylko służyć jej wsparciem, lecz pozyskać informacje dla ojca i odegrać rolę mediatorki, ale skoro obie wiedziały, na czym stoją, nie było między nimi nieporozumień.

– Ojciec spędzi święta w Westminsterze z tobą – odrzekła Matylda. – Ja pozostanę w Rouen, przez co zarówno w Anglii, jak i Normandii będzie obecny ktoś z naszej rodziny. Niech Kościół i baronowie przywykną, iż rządzę nimi w zastępstwie króla – oznajmiła z naciskiem, wiedziała bowiem, że wielu z nich trzeba będzie przekonać.

– Jak sobie życzysz – ustąpiła Adelajda. – Będzie mi ciebie brakowało. – Nagle krzyknęła i ściągnęła wodze, gdyż jej wierzchowiec zaczął utykać na lewą tylną nogę.

– Pani. – Will D’Albini, jadący na czele orszaku, zeskoczył z konia i pospieszył sprawdzić, co się stało. Z wprawą przejechał dłonią po nodze zwierzęcia i zadarł mu kopyto. – Kamień – oświadczył i wyłuskał go zręcznie nożem. Ostra krawędź skaleczyła kopyto od środka. – Trzeba go prowadzić. – D’Albini spojrzał na Adelajdę. – Będziesz musiała jechać ze mną, pani.

Adelajda zrobiła zdziwioną minę, ale pokiwała głową.

– Pomóż mi zsiąść.

D’Albini spełnił polecenie, a jego twarz i szyja oblały się purpurą. Nie podnosząc wzroku, przytroczył wodze wierzchowca królowej do własnego siodła i wrócił, by podsadzić ją na pięknego siwka. Adelajda zachowała się z wdziękiem i wszelkimi zasadami przyzwoitości, podziękowała z powściąg­liwą grzecznością i wyraziła troskę o okulałego konia. Will dopilnował, czy pani siedzi jak należy, po czym zasiadł przed nią, wciąż czerwony jak burak.

 

Powrócili do Le Petit-Quevilly w szarej otoczce zimowego zmierzchu, zmąconej parą ich oddechów. Myśli Matyldy powędrowały do Briana FitzCounta, który wyświadczył jej tę samą przysługę w drodze do Rouen, a policzki jej zapłonęły. Wspomnienie Briana kłuło niczym cierń w boku. Czas i odległość ich rozdzieliły, i tak zapewne było najrozsądniej, lecz cichy ból pozostał. Tęskniła za nim. W listach oferował jej pomoc, gdyby go potrzebowała, a ona dziękowała mu w oficjalnych słowach, tak by na pergamin nie wymknęło się nic z tego, co skrywała w sercu.

Po powrocie Wilhelm D’Albini pomógł Adelajdzie zsiąść z konia, a następnie skłonił się i osobiście zajął okulałym wierzchowcem.

Adelajda spojrzała w ślad za nim, wdzięczna za jego uczynność, po czym przeniosła uwagę na posłańca, który stał u drzwi donżonu z sakwą na ramieniu i popijał z glinianego kubka, pogrążony w rozmowie z odźwiernym. Na widok kobiet czym prędzej ukląkł. Matylda go rozpoznała: Absalom z Winchesteru był jednym z najbardziej zapracowanych posłańców jej ojca.

– Przynosisz wieści? – Adelajda gestem kazała mu wstać.

Mina Absaloma wyrażała zakłopotanie.

– Pani, jadę do Anglii z listami od hrabiego Andegawenii. Odpocznę tutaj przez noc i jutro wyruszę w dalszą drogę.

– A czy wiesz, czego dotyczą owe listy? – wtrąciła Matylda.

Absalom odchrząknął.

– Tylko z grubsza, pani.

– Mianowicie? – Zziębnięta do szpiku kości, postanowiła nie wchodzić do środka, póki się nie dowie. – Powiedz.

– Hrabia Andegawenii rozważa swoje stanowisko… i nie zgłasza sprzeciwu, abyś zabawiła dłużej w Rouen.

Matylda prychnęła. Rozważa swoje stanowisko, dobre sobie!

– Tak jak ja nie zgłaszam sprzeciwu, by nie wracać do Andegawenii – burknęła. – Też będę miała listy do przekazania ojcu. Przyjdź do mnie, zanim wyruszysz.

– Tak, pani.

Spojrzała na niego.

– Jakie obserwacje poczyniłeś na andegaweńskim dworze?

Absalom szurnął nogami.

– Wygląda jak każdy inny dwór we władaniu młodego pana. Nie stronią tam od polowań, zabawy i wieczornych biesiad…

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.

– Powiem to, gdyż i tak się dowiesz – dodał po chwili wahania. – Faworyta hrabiego jest przy nadziei i obnosi się jak jego małżonka.

– Faworyta? – Matylda otworzyła szeroko oczy.

– Nazywa się Aelis z Angers, pani. Paraduje z ręką na brzuchu, a hrabia obsypuje ją jedwabiami i klejnotami.

– Szybko zajęła moje miejsce – prychnęła Matylda z pogardą. – Jak sobie pościele, tak się wyśpi. Są siebie warci.

Absalom skłonił się i udał na poszukiwanie strawy i miejsca do spania. Kobiety ruszyły do swoich komnat, aby przygotować się do czuwania w hołdzie młodemu księciu, który utonął.

– Coś trzeba przedsięwziąć – gniewnie oznajmiła Adelajda. – To haniebna sytuacja. Twój ojciec ma faworyty, jest mężczyzną o nieposkromionym apetycie w tej sferze, ale żadna z nich nie miała zgody na takie zachowanie na dworze, nawet gdy rodziła mu dzieci. – Jej głos zadrżał na ostatnim słowie i uniosła palec, by uciszyć Matyldę, która otworzyła usta. – Nie mów, że cię to nie obchodzi, bo nie uwierzę. Obchodzi i powinno, gdyż przynosi ujmę tobie i twojej pozycji.

– To naprawdę nieistotne – ucięła Matylda. – Jak już powiedziałam, nie wrócę do niego. Niech parzy się z dziewkami, skoro taka jego wola.

W katedrze w Rouen wzięły udział we mszy za duszę zmarłego przed dziewięciu laty brata Matyldy, pogrzebanego w odmętach Barfleur. Matylda przycisnęła wargi do filigranowego krzyża, który podał jej arcybiskup. Sama walczyła o to, by utrzymać głowę nad powierzchnią, kiedy parła do brzegu, lecz nie wiedziała jeszcze, gdzież on się znajduje. Jej statek poszedł na dno po śmierci Heinricha, a na myśl o okręcie pod banderą Godfryda wolałaby raczej pójść na dno, gdyż wiódł ją do zguby zamiast ocalenia.

Paciorki różańca sunęły pod palcami jak gładkie, chłodne kamyki. Obok słyszała Adelajdę modlącą się ściszonym głosem, i stukot jej różańca. Na policzkach macochy lśniły krople, błyszczące na podobieństwo pereł w blasku świec. Zatopione smutki. Czy Adelajda liczy miesiące i lata, które upłynęły jej na próbach zajścia w ciążę? Matylda spuściła głowę i przymknęła oczy.

14

Angers, czerwiec 1131

Godfryd się wzdrygnął, kiedy jego roczna córka zawyła w ramionach piastunki. Miała włosy po nim, złocistą burzę miedzianych kędziorów, i piwnozielone oczy matki, w tej chwili mocno zaciśnięte, albowiem wrzeszczała, żeby ją postawić. Nadano jej imię Emma po matce Aelis i była uroczym maleństwem, kiedy się nie darła. W przyszłości znajdą dla niej dobrą partię. Henryk Angielski nieślubnych córek ma na pęczki i wszystkie wydał za mąż z korzyścią polityczną na uwadze. Opłaca się mieć bastardów.

Aelis, która znów była przy nadziei, ze zgrozą przyjęła narodziny córki i zapewniała, że tym razem z pewnością powije syna. Niedługo rozpocznie odosobnienie i Godfryd w duchu już zacierał ręce, gdyż dzięki temu odpocznie od jej ciągłych pretensji. Powoli tracił do niej cierpliwość, ale jej płodność dowodziła przynajmniej mocy jego nasienia.

Teraz stała przed nim z ręką na wydatnym brzuchu. Na każdym z jej palców połyskiwał złoty pierścień, a suknia z długim trenem świadczyła o upodobaniu do pewnej przesady.

– Nie możesz jechać do Composteli – oznajmiła z dąsem.

Godfryd nosił się z zamiarem pielgrzymki. Sanktuarium Świętego Jakuba w Composteli było jednym z najświętszych miejsc świata chrześcijańskiego i Godfryd uważał za ironię losu wstawiennictwo u patrona tak znaczącego dla jego teścia i małżonki. Matylda przywłaszczyła sobie jego rękę z cesarskiego skarbca, a jej ojciec podarował ją opactwu w Reading. Godfryd miał wątpliwości, czy świętemu będzie dane kiedykolwiek spoczywać w pokoju, lecz skoro jego ciało w cudowny sposób przeniosło się z Jerozolimy do Hiszpanii, kilka rozsianych tu i ówdzie kości zapewne nie odgrywa większej roli.

– A to dlaczego? – zapytał zniecierpliwiony. – I tak nie będziesz mnie widywać w komnacie niewieściej. Ruch będzie zbawienny dla ciała, modlitwa dla ducha.

– Nie byłoby to rozsądne, panie – wtrącił Engelger z Bohun, jeden z jego rycerzy. – Przynajmniej dopóki nie masz prawowitego dziedzica, a kwestia twojej małżonki pozostaje nierozstrzygnięta.

– Nikt nie będzie mi niczego narzucał – warknął Godfryd. Z rozgoryczeniem pomyślał o żonie. Ku własnej konsternacji odczuwał coś na kształt tęsknoty. Pragnął górować nad innymi, a ona stawiała go w lepszym świetle. Pragnął ją stłamsić i nosić na przedramieniu jak oswojonego sokoła, wzbudzać zawiść, że ma cesarzową na zawołanie. Aelis go nudziła, gdyż widział w niej tylko pstrokatego, hałaśliwego ptaszka o sztucznych piórkach, Matylda zaś była prawdziwa. Znalazł się w ślepym zaułku. Nie mógł unieważnić małżeństwa i zrazić do siebie Henryka Angielskiego, ponieważ księstwo wraz z królestwem przypadną po jego śmierci komuś innemu. Jeśli ma spełnić swoje marzenia o władzy, suka musi wrócić do łask.

– Zaczekaj chociaż, aż twój syn przyjdzie na świat, mój panie – dorzuciła Aelis przymilnie. – Albo wyślij kogoś, niech pomodli się za ciebie.

Godfryd spojrzał na nią z irytacją i zacisnął usta. Jego córka dalej wrzeszczała, więc do reszty stracił cierpliwość i kazał piastunce ją zabrać. Gdy wyszła z purpurową na twarzy, wierzgającą podopieczną, odźwierny zbliżył się do Godfryda i ukłonił.

– Panie, przybył posłaniec z Anglii z listami od króla Henryka.

– Przyprowadź go do mojej pracowni – polecił Godfryd. – Przyjmę go na osobności.

– Tak, panie.

Godfryd pstryknął palcami na Bruina, ulubionego ogara, po czym opuścił dworzan i nadąsaną kochankę, by udać się do położonej piętro wyżej komnaty, gdzie zwykł załatwiać swoje sprawy. Na półkach piętrzyły się księgi i zwoje pergaminu, a na wyłożonej kaflami posadzce stała skrzynia pełna woluminów zarówno o świeckiej, jak i religijnej tematyce. Pulpit ustawiono dogodnie przed wyściełaną ławą. Była to ostoja Godfryda; przypominała mu o ojcu, ponieważ często zajmowali się tu razem sprawami swoich ziem. Godfryd zawiesił nawet jeden z ojcowskich płaszczy na kołku opodal drzwi i czerpał otuchę z jego obecności. Posłaniec przyniósł listy, ale nic nie powiedział, ograniczył się tylko do pozdrowienia. Godfryd odprawił go i spojrzał na pergamin opatrzony brązowym woskiem z pieczęcią Anglii na plecionce z czerwonego i zielonego sznurka. Wreszcie sięgnął po scyzoryk i otworzył list. Pies położył się u jego boku i z westchnieniem oparł nos na łapach.

Jego wzrok padł na zwyczajowy nagłówek. „Henryk z łaski Bożej król Anglii i książę Normandii przesyła pozdrowienia”. Zasadnicza część listu, napisana przez skrybę, zawierała listę warunków, które Godfryd miał spełnić, nim Matylda zgodzi się do niego wrócić, i od których skręciło go w brzuchu. Henryk nie miał pojęcia, o co prosi, chociaż powinien. Starzec, pomyślał Godfryd, ubóstwia córkę i przez to zgłupiał. Z niedowierzaniem ponownie odczytał treść listu.

„Ma być panią swojego dworu i sama dobierać sobie służbę. Aelis z Angers nie będzie przebywała z cesarzową pod jednym dachem”. Godfryd ścisnął pergamin.

– Sam o tym zdecyduję! – warknął.

„Ma prawo decydować o sobie i prowadzić prywatną korespondencję”. Na te słowa aż zapiekło go w piersi. Jak ma jej ufać, nie wiedząc, co i do kogo pisze? „Ma być traktowana z należnym jej szacunkiem przy ludziach i podczas oficjalnych wystąpień. Ma dostać własne komnaty i orszak pań, które sama sobie wybierze, a tobie zabrania się szkodzić jej w jakikolwiek sposób, inaczej niż w myśl polecenia Kościoła”. Godfryd tak mocno zacisnął zęby, że rozbolała go cała twarz. Nie był to jednak koniec jego udręki. Miał odpowiadać wobec Henryka za bezpieczeństwo Matyldy i zawsze traktować ją w sposób należny królewskiej córze. W zamian Henryk dopilnuje, aby jego baronowie odnowili złożoną jej przysięgę lojalności, a Matylda zachowywała się tak, jak przystoi posłusznej żonie. „Niniejszym uznaję cię za swojego zięcia w nadziei, że na moje warunki przystaniesz”.

Godfryd zmiął pergamin i cisnął nim o ścianę. On nie akceptował takiego rozwiązania; ba, daleki był od tego. Rzekome mądrości króla miał za bełkot głupca, w dodatku głupca, który oczekuje posłuszeństwa.

Wymaszerował z komnaty, gdyż potrzebował przestrzeni, aby się wyładować. Bruin podreptał za nim z radośnie wywalonym ozorem. Wiara i posłuch psa były bezwarunkowe.

– Wolę psa od żony – mruknął Godfryd i ryknął, żeby osiodłano mu konia, gdyż tylko galop dawał mu złudzenie wolności.

– Zatem postanowione – oznajmił Henryk. – Wrócisz do męża. Przystał na wszystkie warunki, które przedłożyłem mu w twoim imieniu. – Podał jej plik pergaminów, które trzymał w nakrapianej plamami dłoni.

Matylda wzięła je ze ściśniętym sercem. Od czasu wyjazdu z Niemiec nigdzie nie czuła się tak szczęśliwa jak w Rouen. Miała tu wszelkie wygody oraz duchowe wsparcie opactwa w Bec. Ludzie ją szanowali i życie płynęło swoim spokojnym rytmem. Modliła się o unieważnienie, lecz Godfryd pozbawił ją pretekstu, gdy spłodził nieślubną córkę. Poza tym miała nadzieję, że mąż odrzuci ją oficjalnie, kładąc tym samym kres ich małżeństwu, ale najwidoczniej uznał, iż bardziej opłaca mu się w nim wytrwać. Odczytała list napisany przez skrybę. U dołu widniała pieczęć Godfryda, odcisnął ją z całej siły. Przynajmniej będzie miała własną świtę, o której sama zdecyduje, jednakże ojciec zarządził to wbrew jej woli.

– Ale nie od razu – dorzucił Henryk. – Pewni biskupi i baronowie ogłosili nieważność hołdów złożonych tobie w Westminsterze, ponieważ decyzja o twoim małżeństwie zapadła bez udziału rady. Chcę, aby wszyscy ponownie złożyli przysięgę, zanim wrócisz do Andegawenii. Pojedziesz ze mną do Anglii i załatwimy to zgodnie z prawem.

– Kto się sprzeciwił? – Nie musiał jej mówić. – Salisbury?

Ojciec potwierdził.

– Należało się tego spodziewać. Biskup Ely idzie za jego przykładem. Waleran z Meulan też musi przysiąc, skoro odzyskał wolność.

Matylda ujrzała, jak ojciec zaciska pięści. Zawsze wyprzedzał wszystkich o krok. Zrazu posługiwał się dyplomacją, ale wspierał ją groźbą i siłą.

– A co z rodem z Blois? – zapytała. – Podobno mój kuzyn Henryk otrzymał biskupstwo Winchesteru.

Wzruszył ramionami.

– Jest zdolnym administratorem i będzie ci dobrze służył w swoim czasie. Stefan i Tybald to twoi kuzyni, podobnie jak Maheut. Trzeba o nich dbać, żeby cię wspierali. Jestem pewien, że ponownie złożą przysięgę.

 

– A co z jej dochowaniem? Robisz to dla formalności czy z obawy, że złamią raz dane słowo?

Twarz mu pociemniała.

– Nikt mi się nie sprzeciwi – oświadczył. – Wszyscy dotrzymają zobowiązań. – Pięść zacisnęła się mocniej, a z mocy spojrzenia wynikało, że dotyczy to również jej osoby. – Dasz mi silnych wnuków, którzy podążą moim śladem i będą rządzić z moją pomocą, a potem twoją, jeśli zajdzie taka konieczność.

Matylda nie zapytała, co się stanie, jeżeli Bóg postanowi inaczej, wiedziała bowiem, że tylko go rozjuszy. Pojedzie do Anglii, uklękną przed nią po raz drugi i oddadzą jej hołd, bez względu na to, ile jest dla nich wart. Królowie, biskupi i magnaci. Następnie wróci do Godfryda, na marny dwór andegaweński, oddalony o ponad trzysta pięćdziesiąt mil od Anglii i sto dwadzieścia od Rouen. A jeśli Bóg postanowi inaczej, jakież ma szanse?

***

Z peleryną rozwianą na wietrze, Matylda stała obok Briana FitzCounta na murach zamku Northampton i spoglądała na miasto położone na zachód u stóp wzgórza, na którym wzniesiono zamek. Pierwsze jesienne wichury odzierały drzewa z listowia, a rzeka Nene kłębiła się w dole stłumionymi odcieniami błękitu i szarości. Jeśli nadal będzie tak wiało, czeka ją gwałtowna i nieprzyjemna przeprawa przez morze, choć zapewne krótka. W komnacie kobiety pakowały jej kufry podróżne. Poczuła się osaczona i zostawiła je same sobie.

Baronowie ponownie złożyli jej przysięgę lojalności i zobowiązali się przyjąć ją jako następczynię Henryka, i ponownie wątpiła w ich szczere intencje. Świadoma ich wahania, przyjęła hołd z zaciśniętymi zębami i niewzruszonym spojrzeniem. Jeśli ma być surowa jak król, nie sprawi im zawodu.

Brian oparł się o palisadę.

– Odnowili przysięgę, pani – rzekł. – Pewnego dnia zostaniesz królową.

Matylda milczała. Niewiele rozmawiali, odkąd wróciła do Anglii; dwoje ludzi stroniących od siebie, aby nie wpaść w pułapkę zażyłości, jaka nie przystoi stosunkom między sługą i panem. Brian nie wspomniał o jej małżeństwie, ale cóż było mówić? Nie wiedział o wszystkim, co zrobił jej Godfryd. Od plotek aż wrzało, jednakże w Anglii nikt nie widział siniaków. Nikt nie patrzył, jak Matylda się czołga, gdy nie ma siły wstać. Zresztą, pomijając wszystkie inne sprawy, Brian był mężczyzną.

Miała świadomość, jak blisko niej stoi. Osobno, ale w zasięgu ręki. Ich płaszcze łopotały w dzikim tańcu godowym. Odważyła się na niego spojrzeć. Stał wpatrzony swoimi ciemnymi oczami w rzekę, gdzie rybak wyciągał łódź z wody i rozkładał połów. Jej uwagę przykuł zarys obojczyka nad brzegiem koszuli i wypukłość grdyki.

– Czy wiesz, ile razy żałowałam, że nie dane mi było zostać w Niemczech? – spytała.

– Rad jestem, że nie zostałaś – odparł, nie przenosząc wzroku.

Matylda ze smutkiem potrząsnęła głową. Jak mogła oczekiwać, że zrozumie albo wyjrzy poza własne pragnienia? Powiedział, że jest rad, ale miała na myśli własne, a nie jego uczucia. Spojrzała na jego dłonie, złote pierścienie, smukłe, długie palce, ciemne smugi.

– Wciąż nosisz plamy od inkaustu – zauważyła.

Oderwał wzrok od rzeki i odwrócił się nieco, by posłać jej półuśmiech.

– Pracujemy z Robertem nad przeglądem finansów państwa dla twojego ojca i spisywałem swoje przemyślenia na temat składanej przysięgi.

– Ach, tak? – Uniosła brwi.

– W twoim interesie – uściślił. – Niektórzy powiedzą, że jest nieważna, ponieważ złożono ją kobiecie, ale to tylko pretekst. Każda przysięga złożona przed Bogiem, nieistotne komu, ma charakter wiążący. Nie składali hołdu pod przymusem. Przybyło ich dość, by połączyć siły i odmówić, lecz nikt tego nie uczynił.

– Czyżbyś przewidywał, że nie dotrzymają umowy, gdy nadarzy się ku temu okazja?

Brian się skrzywił.

– Wśród nas znajduje się wielu oportunistów… oboje wiemy, o kim mowa.

– Owszem. – Z namysłem zmrużyła oczy. – Kiedyś będę zmuszona wybrać garstkę spośród tych, którzy się tu zebrali. Ale na odległość trudno ocenić ich mocne i słabe strony.

– Z pewnością twój mąż nie sprzeciwi się korespondencji, która ma cię uświadomić, skoro leży to również w jego interesie. Twój ojciec i królowa będą do ciebie często pisać, podobnie jak hrabia Gloucester. Ja także.

– Czytanie słowa pisanego nie jest tożsame z własną oceną – odparła zniecierpliwiona. – Moja macocha tak dobrze odgrywa swoją rolę, że nie odróżnia ułudy od prawdy. Dla wszystkich ma uśmiech i dobre słowo. Jest potulna wobec mego ojca i miła dla każdego, lecz ileż z tej postawy to pozory, które musiała przyjąć? Ile zatai lub zniekształci mój ojciec dla własnych interesów? Ja domagam się prawdy w nieskalanej postaci.

– Musisz pamiętać, że nie każdy problem wymaga użycia siły. Lód nie topnieje po ciemku i w chłodzie, lecz w słońcu. Twoja macocha wie o tym i dlatego jest wytrawną mediatorką.

Odetchnęła, żeby ochłonąć.

– Jeśli ludzie będą mi służyć, tak jak powinni, postąpię z nimi uczciwie, lecz oczekuję od wszystkich prawdomówności miast owijania w bawełnę.

Brian obdarzył ją przeciągłym spojrzeniem, aż ciarki przeszły jej po plecach. Wystarczyłby jeden ruch, aby ich dłonie się zetknęły, a palce splotły. Mocno zacisnęła pięść, by oprzeć się pokusie.

– Opowiedziałbyś się za mną, gdybym została królową? – zapytała. – Czy twoim zdaniem Anglia stałaby się pośmiewiskiem, gdyby kobieta zasiadła na tronie? Nazwałbyś to zaburzeniem naturalnego porządku?

Zaprzeczył.

– Byłbym uszczęśliwiony.

– W takim razie jesteś najodważniejszym mężczyzną, jakiego spotkałam, albo mnie okłamujesz.

– Nie jestem odważny ani nie kłamię – odrzekł z tą samą żarliwością w oczach. – Jestem tylko twoim sługą i sługą twojego ojca.

– Pierwszeństwo należy się jemu.

– Ponieważ jest królem i wszystko mu zawdzięczam, lecz jeśli zostaniesz królową, będzie to oznaczało, że jego już nie ma.

Matylda przeszła się wzdłuż murów i zwiększyła dystans między nimi. Słońce było plamą złota, która wtapiała się w horyzont.

– Zaiste, ojciec wyniósł cię wysoko… małżeństwem z Maude z Wallingford.

Brian czujnie kiwnął głową.

– Ile miałeś lat?

Spuścił wzrok.

– Nie pamiętam, to było dawno temu. Może szesnaście.

– A ile lat miała twoja narzeczona?

Jego głos nabrał twardszych tonów.

– Dwa razy tyle co ja, o czym ci wiadomo. I była wdową.

Powiał chłodniejszy wieczorny wiatr i Matylda zadrżała.

– I co sobie myślałeś, biorąc ją za żonę?

– Jak mówiłem, to było dawno.

– Ale nie zapomniałbyś tego, wiem, że pamięć ci dopisuje.

Skrzywił się z wyraźnym zażenowaniem.

– Byłem wdzięczny twojemu ojcu. Urodziłem się bez ojcowizny, a on wychował mnie na dworze i wyposażył. Zawsze starałem się traktować Maude godnie, lecz było to małżeństwo z rozsądku. Jak większość.

– A jakie było zdanie twojej żony na temat ślubu z człowiekiem tak młodym?

Brian poczerwieniał.

– Nie pytałem. Po cóż miałbym to robić? Jesteśmy na siebie zdani na dobre i złe, naszym obowiązkiem jest ciągnąć pług w tę samą stronę. Robimy, jak nam przykazano.

– „Jak nam przykazano” – powtórzyła Matylda i zadrżała ponownie. Następnego dnia miała powrócić do własnego pługa i małżonka, który do niej nie pasował.

– Zostaniesz królową – rzucił cicho. – Wielką królową.

Ujrzała w jego oczach tęsknotę i była rada, że się odsunęła.

– Ale kiedyś byłam cesarzową. Ojciec nie chce, bym została królową. Pragnie, by królami zostali moi synowie. Godfryd podobnie; to jeden z powodów, dla których poprosił o mój powrót. Dla mężczyzn liczy się władza, nic innego.

Zniżył głos jeszcze bardziej.

– Wciąż nie wiesz, jaką władzą sama dysponujesz.

Nabrała powietrza, by zachować spokój.

– Wiem, Brianie – odpowiedziała i ruszyła ku wyjściu oraz bezpiecznej przystani komnat, świadoma, iż nie powinna mówić doń po imieniu, poniekąd było to bardziej intymne od dotyku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?