Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wyszedł z niej i, stoczywszy się na bok, legł na plecach.

– Patrzysz, jakbyś mnie teraz nienawidziła, ale ci się podobało, nieprawdaż? – zakpił i wsunął ręce pod głowę, odsłaniając kępki rudozłocistych włosów. – Myślę, że bardzo.

Matylda milczała. Żółć wezbrała jej w przełyku.

– Twój pierwszy mąż był starszym mężczyzną – ciągnął Godfryd. – Mam zamiar rozgrzać ci łoże bardziej od niego.

– Nic nie wiesz o moim pierwszym mężu – odparła z obrzydzeniem. – Był wspaniałym mężczyzną – zaakcentowała dwa ostatnie słowa.

– Wiem, że nie żyje. – Łypnął na nią z ukosa pięknym okiem. – Teraz jesteś moja. Wiem, że masz mnie za nic, a w oczach twego ojca uchodzę za andegaweńskiego koguta, który ujeżdża jego kurę, lecz jestem hrabią Andegawenii, a mój ojciec zostanie królem Jerozolimy… Mam czas, aby wznieść własne cesarstwa.

– Ale nigdy nie będziesz królem, nawet gdy ja zostanę królową – odparowała Matylda. – Cesarzem również.

Godfryd przetoczył się na brzuch i zwrócił twarzą do niej.

– Nie jest ważne, czy przyjdzie mi włożyć koronę, choć widzę, jaką przywiązujesz do tego wagę, pani. Liczy się władza. Możesz tytułować się cesarzową i być może kiedyś zostaniesz królową, ale tutaj, w tym domu, ja jestem panem i władcą, i nakazuję ci posłuszeństwo. Jeśli rozkażę ci przyklęknąć u moich stóp, będziesz klękać.

Poczuła kolejny przypływ odrazy.

– I uważasz, że ten drobny przywilej daje ci taką władzę… mój panie?

Zacisnął pięść, po czym musnął jej szczękę w pieszczocie będącej zarazem groźbą.

– Owszem – odpowiedział. – Tak uważam.

11

Rouen, sierpień 1128

Wybrane grono dworzan miło spędzało czas w osobistej komnacie króla na gawędach i uciechach. Will D’Albini przepadał za tymi spotkaniami i cieszył się jak dziecko, gdy mógł w nich uczestniczyć. Miał ucho do muzyki i piękny głos, a do tego potrafił grać na większości instrumentów, strunowych, jak i dętych, toteż jego umiejętności cieszyły się powszechnym uznaniem.

Król kiwał głową i przytupywał, gdy Adelajda opowiadała bajkę zebranym słuchaczom, w tym garstce dzieci mieszkających w pałacu.

– Daleko za morzem, w wysokiej wieży mieszkała dama, o której śniło wielu rycerzy… – Ręce Adelajdy zafalowały i wspięła się na palce, aby opisać wysoką wieżę. Will chłonął zachwyconym wzrokiem jej wdzięczne ruchy. Zwiewny welon miała przypięty złotymi szpilkami i dwiema z kości słoniowej, w kształcie myszek. Jej oczy lśniły niczym jedwabiste morze w jesienny poranek. Lekki ból targnął sercem Willa, który nie miał nic przeciwko temu. Królowa przewyższała go tak dalece, że mógł tylko marzyć z oddali. Nocne niebo jest piękne, lecz nie sposób go dotknąć.

Od wyjazdu cesarzowej w pałacu zapanował dawny porządek. Sytuacja nadal była nieco napięta, gdyż czekano na wiadomość, że Matylda spodziewa się dziecka, lecz od ślubu minęły dopiero dwa miesiące, za wcześnie, by zyskać pewność. Will nigdy nie czuł się przy niej swobodnie. Cesarzowa wydawała mu się zimna i twarda niczym piękny klejnot, a także zbyt męska w obejściu. Podziwiał ją, ale za nią nie przepadał.

– Wszyscy rycerze przynosili damie drogocenne prezenty, futra i jedwabie, pachnidła, złoto i drogie kamienie. – Palce Adelajdy snuły opowieść, a gdy uniosła ręce, zalśniła złota nić na jej rękawach. Will uśmiechnął się na widok zasłuchanych twarzyczek dzieci. Niewinność to dar, który tak łatwo się traci. Adelajdę wciąż otaczała aura nietkniętej czystości, mimo że od siedmiu lat była żoną cynika i politycznego przechery pokroju Henryka.

Król zarechotał, kiedy Adelajda zakręciła się wokół własnej osi i pomachała rękami, udając wzburzone morze, przez które brnął ku swemu przeznaczeniu bohater opowieści. Kazała dzieciom usiąść w rzędzie i udawać, że wiosłują.

– Ty również, Willu! – Przywołała go energicznie z uśmiechem na twarzy. – Wyjdź ze swojego kąta i chwyć za ster!

Nie było rady. Uśmiechnięty i poróżowiały z zakłopotania Will dołączył do dziatwy i wszedł w wyznaczoną rolę. Byłoby niezręcznie odmówić, poza tym lubił dzieci i gdy zaczął grać, zatracił się w sztuce. Wziąwszy sobie do serca rolę sternika, wykrzykiwał rozkazy reszcie „załogi” i improwizował, gdy walczyli ze sztormem i wężem morskim, a widownia pękała ze śmiechu.

Kiedy statek bezpiecznie przybił do brzegu, Adelajda pierwsza zaczęła klaskać, a Wilhelm stanął i skłonił się zamaszyście, aż ciemne kędziory opadły mu na twarz. Przerwała, by pokrzepić się czarą wina, i zastąpił ją Reginald, jeden z nieślubnych synów Henryka.

Lekko oparła dłoń na ramieniu Willa.

– Któż by pomyślał, że taki z ciebie wytrawny żeglarz! – zaśmiała się.

Odchrząknął.

– Radzę sobie na wzburzonych morzach, pani – rzekł, oblewając się purpurą.

– Wiedziałam, że podołasz zadaniu. – Uścisnęła mu dłoń. Po chwili jej uśmiech zgasł, gdy koniuszy Gilbert wprowadził ubłoconego posłańca, który wniósł ze sobą woń potu i rozgrzanego wierzchowca oraz aurę niepokoju. Opowieść ucichła, gdy posłaniec ukląkł przed królem, a wszyscy obserwowali tę scenę pełni obaw. Will poczuł, jak po plecach przebiegają mu ciarki.

Mężczyzna podał Henrykowi zapieczętowany list.

– Panie, przynoszę wieści z Flandrii. Wilhelm Clito nie żyje.

Henryk wziął list i utkwił w nim wzrok.

– Mów dalej – ponaglił.

– Został ranny w rękę w czasie potyczki z piechurem w trakcie oblężenia Aalst. W ranę wdało się zakażenie i zmarł od gorączki, tyle wiadomo.

Adelajda schyliła głowę.

– Pokój jego duszy.

Henryk złamał pieczęć z posępną miną, choć Wilhelm Clito napsuł mu wiele krwi.

– Był moim bratankiem – rzekł. – Boleję nad stratą, Każę odprawić mszę za jego duszę.

Adelajda wyciągnęła rękę do męża.

– Trzeba powiadomić jego ojca, panie.

Will był pod wrażeniem jej odwagi. Wspominając Roberta, starszego brata Henryka, więzionego od ponad dwudziestu lat i przebywającego obecnie w zamku w Cardiff, wkraczała na grząski grunt.

– Twa dobroć jest chwalebna. – Henryk posłał jej beznamiętne spojrzenie. – Napiszę do niego. – Pstryknął na posłańca. – Znajdź wypoczętego konia i gotuj się do drogi.

– Tak, panie. – Posłaniec oddalił się z ukłonem.

Henryk z namysłem zmrużył oczy.

– Trzeba wybrać nowego hrabiego Flandrii.

– Co było dalej w bajce? – wyrwał się chłopczyk z grupki dzieci, a piastunka czym prędzej go uciszyła.

Henryk spojrzał na malca.

– Tego jeszcze nie wiem – odpowiedział. – Zakończenie poznamy w swoim czasie.

12

Angers, Andegawenia, lato 1129

Godfryd znowu się upił. Matylda zacisnęła pięści, słuchając, jak tłucze się w przedsionku z kompanami. Usiłowała go ignorować i żyć własnym życiem, ale uparcie nie dawał jej spokoju. Ciągle się puszył, przynosił jej wstyd i umniejszał przed ludźmi. Ostatnimi czasy jego zachowanie zeszło na psy, gdyż nie zachodziła w ciążę, mimo że brał ją dzień w dzień, nie licząc miesiączki lub dni zakazanych przez Kościół. Kiedy próbowała poruszać z nim sprawy rządzenia, bił ją lub podnosił wrzask. Jego ojciec został królem Jerozolimy, toteż Godfryd przybrał miano hrabiego Andegawenii i nie miał zamiaru dzielić się z żoną władzą, zwłaszcza jeśli miała inne zdanie i śmiała mu się przeciwstawiać.

Zataczając się i chlapiąc winem z kielicha, wparował do komnaty z czerwoną twarzą i szklistym wzrokiem. Od ich ślubu minął rok, a on urósł i zmężniał, jego twarz nabrała męskich rysów, choć pozostał na niej nadąsany, sztubacki wyraz.

– Będziesz dygać przede mną, ponieważ jestem twoim panem i mężem – wybełkotał, gdy nie podniosła się ze swego miejsca w okiennej wnęce.

Wezbrały w niej bunt i wściekłość.

– Jesteś głupim chłopcem – odrzekła z pogardą. – Nie będę kłaniać się dzieciom.

– A tyś, pani, jest wiedźmą, za starą, aby rodzić dzieci – wycedził. – A może twoja męskość przeszkadza ci być w pełni kobietą. I przychodzi mi znosić takie szkaradztwo!

– Lepsze to, niźli być żoną idioty, który znaczy mniej od sterty łajna na drodze – odparowała.

Godfryd doskoczył i uderzył ją w twarz na odlew. Z radością przyjęła ból, który rozszedł się po policzku, gdyż potwierdzał jej uczucia do niego.

– Jesteś nikim – warknęła szyderczo. – Możesz się zwać moim mężem, ale nigdy nie będziesz moim panem i władcą, i nigdy nie będziesz znaczył więcej aniżeli wyskubany kogut na kupie gnoju! Nigdy ci nie ulegnę, przenigdy!

– Ulegniesz, suko, Bóg mi świadkiem! – Uderzył ją ponownie, na co zerwała się na równe nogi i oddała mu z całą mocą swej bezsilności i rozpaczy. Odgłos przeciął powietrze jak trzask bata. Zahaczyła pierścieniem o kącik jego oka i Godfryd się cofnął, przyciskając ręce do twarzy, po czym opuścił je i popatrzył na krew na palcach. – Na Boga, za daleko się posunęłaś! – Doskoczył i jął okładać ją pięściami z młodzieńczą furią nasiloną pijaństwem. Zrazu nie pozostała mu dłużna, kopała i drapała do krwi, ale był silniejszy i szybszy. Wiedział, gdzie bić, aby zabolało, i powalił ją na posadzkę, a następnie kopnął w żebra, aż straciła dech i zatonęła w szkarłatnej ciemności. Odnotowała jeszcze, że wlecze ją w stronę łoża. Zaświtała jej myśl potworna, że zgwałci ją na oczach kompanów. Oddech cuchnący winem wiązł mu w gardle, gdy rozpinał pas i przywiązywał jej ręce w nogach łoża.

– Nauczysz się robić, co ci każę! – wydyszał, po czym kopnął ją po raz ostatni, pomaszerował do drzwi i otworzył je na oścież. – Niech nikt nie waży się z nią rozmawiać ani jej tknąć! – warknął pod adresem dworzan. – Słyszycie mnie? Nikt, bo czeka go ten sam los! – Przecisnął się przez ciżbę, ocierając krew z twarzy rękawem. Ludzie ustępowali mu z drogi, niektórzy wstrząśnięci do głębi, inni potakujący z aprobatą. Krnąbrną żonę należy nauczyć moresu, bez względu na jej pozycję.

 

Matylda leżała pośród sitowia pokrywającego posadzkę. Czuła krew kapiącą z rozciętej wargi. Jedno oko spuchło jej tak, że nie mogła go otworzyć, każdy oddech przeszywał bólem na wskroś. Nie zapłakała. Płacz sprawiłby jej za dużo bólu, poza tym była zbyt oszołomiona, żeby płakać, nawet gdyby chciała.

Gdy tak leżała, wsłuchana w szmer głosów za progiem, po części pragnęła umrzeć ze wstydu i upokorzenia, lecz gniew przywrócił jej przytomność umysłu. Słyszała rechoty kompanów Godfryda, była jednak świadoma, iż wielu jest oburzonych tym, co zaszło. Mężczyzna ma prawo uderzyć nieposłuszną żonę, lecz ten, który posunie się za daleko, traci w oczach ogółu.

Jeden krótki oddech, a potem następny. Matylda nie wiedziała, co boli ją najbardziej: twarz, ręce czy żebra. Pasek, którym miała skrępowane nadgarstki, boleśnie wrzynał się w skórę, dłonie jej ścierpły, a potem straciła w nich czucie. Przysięgła sobie, że wytrzyma. Nieważne, co Godfryd jej zrobi, nie pozwoli mu wygrać. Głosy w przedsionku ucichły i zapanowała cisza. Jeden z zamkowych myszołowów wśliznął się do komnaty, usiadł w pobliżu ognia i zaczął się myć szorstkim, różowym języczkiem. Śledząc jego płynne ruchy, zadała sobie w duchu pytanie, czy sama będzie jeszcze kiedykolwiek zdolna poruszyć choćby palcem.

Kiedy Godfryd wrócił po kilku godzinach, kompletnie już zesztywniała i każdy, nawet najmniejszy ruch stanowił istną torturę. Podszedł do ławy i dolał sobie wina, po czym zbliżył się do łoża, przykucnął i dotknął jej spuchniętej twarzy.

– Ustąp – rzucił ściszonym tonem. – I bądź dobrą żoną, a wtedy zapomnimy o tym. – Gdy oparł ją o brzeg łoża, z jej gardła wyrwał się okrzyk bólu. Godfryd spojrzał na nią i przygryzł wargę. – Co ja mam z tobą zrobić? – zapytał spokojnie, głosem pełnym smutku. – Wymagam odrobiny uległości i szacunku, a ty rzucasz się na mnie, jakbyś traciła rozum.

Milczała. To nie ona straciła rozum i nie ona okazywała brak szacunku.

Przytknął jej kielich do ust, ale nie rozwiązał jej rąk, żeby pokazać, kto jest panem sytuacji. Matylda przepłukała poranione, obrzmiałe dziąsła i nabrawszy tchu, który przeszył jej pierś niczym nóż, wypluła mu wino w twarz.

– Wolałabym umrzeć! – wykrztusiła.

Godfryd wytarł rozoraną paznokciami twarz, rozbłysły jego zielone oczy.

– Uważaj, czego sobie życzysz, żono, bo jeszcze się ziści!

– Na co czekasz? – wychrypiała. – Zrób to i niech cię piekło pochłonie!

Gwałtownie odstawił kielich i wyjął nóż z pochwy, po czym sprawdził kciukiem jego ostrze, wypatrując strachu w jej oczach, ale dostrzegł w nich tylko furię, a pod nią osobliwą pustkę, która zmroziła mu krew w żyłach.

– Żadna z ciebie żona – burknął. – Złamałaś wszystkie śluby małżeńskie i dłużej tego nie zniosę. Wracaj do ojca. Wyrzekam się ciebie. Budzisz mój wstręt. – Pochyliwszy się, przeciął pas krępujący jej nadgarstki. Matylda krzyknęła.

– Dopilnuję, by spakowano twój bagaż – mówił lodowatym głosem. – Gdy wrócę z polowania, ma cię tutaj nie być. – Odwróciwszy się na pięcie, wyszedł. Usłyszała, jak gwiżdże w przedsionku na ulubionego psa i przemawia doń z czułością, niczym najmilszy człowiek pod słońcem.

Matylda stłumiła mdłości ze świadomością, że jej przełyk nie zniósłby tego. Przytrzymując się skraju łoża, dźwignęła się z posadzki; żebra tak ją bolały, że ledwo mogła ustać na nogach.

– Nigdy mu nie ulegnę – wydusiła. – Nigdy. – Słowo napłynęło z oddali, oznaczając wszystko i nic.

Weszły dwórki, oglądając się strachliwie przez ramię. Kiedy Uli ujęła jej rękę, Matylda stłumiła okrzyk bólu.

– Położymy cię, pani, i poślemy po medyka. – Uli dała rozpaczliwy znak innej służce, aby zamknęła drzwi.

Matylda potrząsnęła głową.

– Nie – rzekła zdławionym głosem. – Mówi, że nie chce mnie widzieć, więc spełnię jego życzenie. Nie zostanę tutaj ani chwili dłużej.

– Ależ nie możesz jechać, pani, nie w tym stanie! – W brązowych oczach Uli malowała się szczera troska.

– Takie otrzymałam polecenie. – Matylda z trudem oddychała i dobywała głos. – Spakuj moje kufry. Natychmiast. Małżonek rozkazał, abym go opuściła, i będę mu posłuszna, choć ten jeden raz.

Uli zrobiła zmartwioną minę.

– Jakże wsiądziesz na konia, pani?

– Osiodłajcie białego inochodźca – wykrztusiła Matylda. – Jest spokojny… – Umilkła, żeby złapać oddech. – I niech stajenni wyściełają siodło miękką tkaniną… – Każdy oddech był męczarnią. Zgięła się wpół i opasała rękami. Uli skłoniła ją, aby siadła na łożu, i wysłała pazia na poszukiwanie Drogona.

Przebywał poza miastem i zanim się zjawił, służki zdążyły spakować połowę kufrów.

– Boże miłosierny! – Spojrzał na Matyldę ze zgrozą.

– Wyjeżdżam – oznajmiła mu słabym głosem. – Dopilnuj, aby osiodłano konie i przygotowano orszak. Będę potrzebowała wozu, którym pojadą dwórki wraz z moim dobytkiem.

– Co on ci zrobił? – Drogo wykrzywił się z odrazą.

– Zwrócił mi wolność – odpowiedziała w przypływie ulgi, na przekór rozpaczy, która ją ogarniała. Jakby skrzydła wyrosły jej z ran.

– Gdzież on? – Dłoń Drogona powędrowała tam, gdzie znajdowałby się miecz, gdyby właśnie nie wracał z modlitwy w katedrze. – Za daleko się posunął.

– Zostaw – rzuciła ostrzegawczo. – Ważne jest tylko to, że przestał być przeszkodą. Jeszcze by cię zabił albo wtrącił do lochu. Rób, co każę, i wszystkiego dopilnuj.

Drogo skłonił się i wyszedł, by poczynić niezbędne przygotowania, a po drodze wyładował na służbie swój gniew i poczucie winy. Paź oberwał w ucho za spóźnienie. Matylda przymknęła oczy i spuściła głowę. Cały jej świat składał się z bicia i aktów przemocy.

Na dziedzińcu przygotowano dla niej krępego siwka, który zmierzył ją spokojnym spojrzeniem, rytmicznie machając ogonem, by odgonić muchy. Córeczka stajennego owijała mu uprząż wiankiem ze stokrotek, podśpiewując pod nosem. Matylda obdarowywała ją nieraz słodyczami i dostała teraz ukłon wraz z promiennym uśmiechem, który odsłonił szczerby po niedawno utraconych mleczakach.

– Jedź z Bogiem, pani – wysepleniła.

W oczach Matyldy stanęły łzy wzruszenia.

– Niech cię błogosławi – szepnęła i musiała odwrócić głowę. Gdy Drogo pomagał jej dosiąść konia, czuła na sobie spojrzenia gapiów. Część twarzy wyrażała zgrozę, inne pogardę. Jedna z andegaweńskich pokojówek, Aelis, wyglądała na zadowoloną. Matylda odwróciła wzrok od jej lisich rysów i smukłego ciała. Jeśli zechce wskoczyć Godfrydowi do łoża, ten z pewnością przyjmie ją z otwartymi ramionami.

Drogo wymościł jej siodło dla zwiększonej wygody.

– Powinienem był zostać – mruknął. – Niepotrzebnie wyszedłem do kościoła.

– To niczego by nie zmieniło – odrzekła znużonym tonem. – Tamto było nieuniknione. – Ujęła wodze, zebrała się w sobie i gdy jej wierzchowiec powoli opuszczał dziedziniec, dumnie uniosła głowę. Nie wiedziała, jak przetrwa podróż, lecz smak wolności dodał jej siły, gdy mijała bramę. Godfryd nigdy więcej jej nie uderzy ani nie upokorzy. Nie będzie nią pomiatał. Ojcu zależało na tym małżeństwie dla zabezpieczenia granic i podtrzymania stosunków politycznych, musi jednak istnieć jakieś wyjście, później się zastanowi. Teraz jej cel to przetrwać kolejny zakręt, kolejne drzewo, kolejny dom, kolejny punkt na drodze, który oddali ją od piekła małżeństwa z Godfrydem Andegaweńskim.

***

Adelajda siedziała w swojej komnacie w Windsorze, pochylona nad obrusem na ołtarz dla opactwa w Reading, i słuchała, jak Herman, jej kapelan, czyta urywki z bestiariusza.

– „Posłuchajcie o jeżu” – przeczytał – „co symbolizuje. Stworzony na kształt świnki, ma na skórze kłujące igły. Gdy nadchodzi pora winobrania, wspina się na winorośl obsypaną kiściami owoców. Wie, które są najdojrzalsze, i je zrzuca, po czym schodzi z drzewka i kładzie się na winogronach, a następnie zwija w kulę. Gdy nadzieje już na igły wszystkie grona, zanosi je do domu swoim dziatkom”.

Adelajda zaśmiała się, rozbawiona uroczym obrazkiem, który nasunęły jej te słowa, lecz zaraz spoważniała. Była to opowiastka na użytek dzieci i przemawiała do wyobraźni, ale niosła ponadto religijne przesłanie, bo jeż symbolizował szatana, który porywa dusze ludzi.

Gdy Herman urwał dla nabrania tchu, Henryk wpadł do komnaty jak huragan. Był na polowaniu i roztaczał gryzącą mieszaninę woni potu i stajni. Zdarł czapkę i włosy stały mu dęba, w ręku ściskał na wpół zmięty pergamin. Adelajda niemal poczuła parującą zeń wściekłość.

– Co się stało, mój panie? – Pospiesznie odprawiła Hermana i podeszła do męża.

– Sama przeczytaj – burknął, wciskając jej list. – Moja córka przebywa w Rouen, andegaweński smarkacz się jej wyrzekł.

Adelajda straciła dech.

– Ale dlaczego? – Czytając list, zasłoniła usta ręką. – Boże jedyny, czemuż się do tego posunął? – Oszołomiona uniosła spojrzenie na męża.

– Teraz przeczytaj to. – Wręczył jej drugi list. – Posłańcy prawie się zderzyli. Wieści z Angers. Godfryd twierdzi, że ją odesłał, ponieważ jest uparta, krnąbrna i uwłacza mu na każdym kroku.

Z gardła Adelajdy wydobył się cichy odgłos.

– Pisze, iż dłużej tego nie zniesie, i żąda, by Matylda naprawiła swoje błędy i okazała mu posłuszeństwo, inaczej nie chce jej widzieć na oczy.

Adelajda przygryzła wargę.

– Nie chciała tego małżeństwa. Chyba nadal ubolewa nad utratą swej dawnej pozycji.

– Losy związku spoczywały w jej rękach. Oczekuję, aby moje dzieci czyniły, co do nich należy, ponieważ to mnie zawdzięczają swój byt. – Usta miał tak zaciśnięte z niezadowolenia, że prawie ich nie było widać. – Mój zięć również winien znać swoją powinność. Jeśli nie potrafi zapanować nad żoną, może zawodzi też w innych sprawach? – Wyrwał jej listy, dysząc ciężko. – Masz jechać do Normandii.

– Ja? – Adelajda rzuciła mu wylęknione spojrzenie.

– Nie mogę opuścić Anglii z powodu takiej błahostki. Mam za dużo spraw na głowie. Wyślę emisariuszy do Godfryda, a ty zajmiesz się moją córką. Masz ustalić, co zaszło, a następnie dołożyć wszelkich starań, aby doprowadzić do pojednania.

Wzdrygnęła się w duchu.

– A jeżeli nie zdołam?

Zgromił ją wzrokiem.

– Wierzę w twoje umiejętności, najdroższa. Mediacja to zadanie królowej, a godzenie zwaśnionych stron to jedna z jej najważniejszych ról. Skoro nie możesz dać mi syna, przemów chociaż mojej córce do rozumu.

Adelajda nie dała nic po sobie poznać, lecz poczuła się tak, jakby ją spoliczkował.

– Jak sobie życzysz, panie – rzekła i zakręciło jej się w głowie. – Każę natychmiast spakować bagaż. – Zerknęła na niego. – Napiszesz do niej?

– Niezwłocznie. – Wyszedł z komnaty, zadudniły jego zamaszyste kroki. Adelajda zadrżała i przycisnęła palce do skroni, po czym opanowała się i rozkazała służkom spakować kufry. Jeśli skupi się na sprawach praktycznych, takich jak bagaż i trudy podróży, jeśli utrzyma się na powierzchni, da sobie radę.

Kiedy zjawiła się na dziedzińcu, ubrana do jazdy, Will D’Albini czekał już z jej wierzchowcem. Koń został tak wyczesany, że jego sierść lśniła jak jedwab; mężczyzna przemawiał do niego łagodnie i głaskał po chrapach. Miał miecz przytroczony do pasa i podbitą futrem pelerynę podróżną, spiętą na ramieniu złotą broszą. Jako jeden z młodych nadwornych rycerzy i przedstawiciel swego ojca otrzymał za zadanie towarzyszyć królowej, gdyż znał się na rzeczy i akurat był pod ręką. Skłonił się i pomógł jej dosiąść konia, a jego twarz o wydatnych kościach policzkowych oblała się purpurą. Adelajda podziękowała mu z wdziękiem, ale pochłonięta myślami prawie nie zwróciła na niego uwagi.

Gdy Will podszedł do swojego wierzchowca, z jednego z budynków wyłonił się Brian FitzCount i pospieszył w ich stronę z zatroskaną miną. Skłonił się Adelajdzie i wyprostował.

– Król właśnie przekazał mi wieści o cesarzowej, pani. Boleję nad tym, co usłyszałem.

Adelajda otrząsnęła się z posępnych myśli.

– Zaiste, to smutna wiadomość – rzekła. – Chcesz mi powiedzieć, panie, że wyszedłeś specjalnie? – mówiła łagodnie, lecz z nutką ostrzeżenia w głosie. Przed ślubem Matyldy czasami wyczuwała napięcie między pasierbicą a Brianem. Nic konkretnego i nie było w tym cienia zdrożności, niemniej jednak wrażenie, ulotne jak podmuch, nie pozostawiało wątp­liwości.

Brian postąpił krok w tył i kiwnął głową.

– Bądź tak dobra i pozwól, że za twoim pośrednictwem prześlę cesarzowej wyrazy szacunku. Powiedz, że się za nią modlę.

 

– Wszyscy się za nią modlimy – odrzekła Adelajda. – Oczywiście, przekażę jej twoje pozdrowienie. – Zebrała wodze. – Panie D’Albini, jestem gotowa.

Na znak Willa orszak ruszył i Adelajda nie zaszczyciła już Briana spojrzeniem. Sytuacja była aż nadto skomplikowana.