Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po wyjściu Adelajdy Matylda oparła się pokusie, aby ponownie zasunąć kotary i wrócić do swojej skorupy. Zachowanie macochy przypomniało jej o roli, jaką ma do odegrania, i ciążących na niej zobowiązaniach. Zastanowiła się nad tym podczas kolacji. Została przyparta do muru i jedynym wyjściem było przystać na zamążpójście zgodnie z ojcowskim życzeniem. Stwierdził, że to honorowe rozwiązanie, i na pozór takie się wydawało, jednakże zdawała sobie sprawę, że w istocie przynosi jej hańbę.

Brian podniósł wzrok znad listu, który pisał do konstabla w Wallingford, i zobaczył Rogera, biskupa Salisbury, który kroczył ku niemu, tnąc powietrze zdobioną laską. Oczy miał przymrużone, a usta zaciśnięte w wąską kreskę. Brian wstał i ukląkł, aby ucałować pierścień biskupi z szafirem na zaciśniętej pięści.

– Napijesz się wina, panie? – zaproponował uprzejmie.

Na znak biskupa nalał mu wino z gąsiora, który stał nieopodal. Czuł niemal, jak Salisbury dyszy mu ogniem w kark.

– Co wiesz o plotkach krążących od pewnego czasu? – spytał bez ogródek biskup, biorąc czarę z jego rąk.

Briana zapiekł kark.

– Ludzie zawsze gadają, mój panie.

– Mówię o pogłoskach na temat małżeństwa cesarzowej z Godfrydem z Andegawenii. Należysz do grona zaufanych doradców króla, musiałeś słyszeć. Nie jesteś głupi ani głuchy, ja również, chociaż lat mam niemało. – Wykrzywił usta w grymasie.

Brian milczał, niespiesznie napełniając swój kielich.

– Wiem, że omówił to z tobą i Gloucesterem – warknął Salisbury. – Kiedy wtajemniczy nas wszystkich, mój panie, a może sądzi, że pozostawi nas w niewiedzy?

– Z pewnością nie powiem ci nic ponad to, co już wiesz, panie – odparł Brian beznamiętnie.

– Owszem, lecz nie powinienem dowiadywać się na boku. Będzie przeklinał dzień, w którym wyda ją za tego człowieka. Dojdzie do zamieszek i ludzie powstaną przeciwko niemu, wspomnisz moje słowa.

Brian uniósł brwi.

– Czyżby, lordzie biskupie? Mam sporządzić listę osób, które stanowią zagrożenie? – Wskazał na swoje przybory do pisania. – Lub kazać śledzić Walerana z Meulan?

Salisbury poczerwieniał.

– Zuchwały jesteś. Pamiętam, jak byłeś zasmarkanym gierm­kiem, który podcierał zadki lepszym od siebie. Myślisz, że takiś mądry, lecz byle głupiec umie sporządzić z liny stryczek, na którym zawiśnie. Uważasz to za rozsądne?

– Winieneś porozmawiać z królem, panie.

– Oczekiwałem, że on zwróci się do nas, o tym właśnie mówię. – Biskup napił się wina i odstawił czarę na stół. – Ponieważ tego nie zrobił i ponieważ zapowiedziałem, że oddam hołd jego córce tylko pod warunkiem, że omówi z nami sprawę jej zamążpójścia, potrzebuję czasu do namysłu. – Zebrał energicznie lśniące poły płaszcza. – Tym razem wiedzie nas w bagno. Może nie jestem dziś jedynym starym głupcem w tym pałacu.

– Panie, bagno już istnieje, a król tworzy ścieżki, ażeby przebrnąć przez nie bezpiecznie. Jeśli ugrzęźniemy, to jedynie z naszej winy?

Salisbury mocniej ujął swój pastorał.

– Nie mam zamiaru w niczym grzęznąć!

Brian był ciekaw, czy biskup zdaje sobie sprawę, że po kostki stoi już w wodzie.

– To małżeństwo zachwieje podstawą wszystkiego, co król zbudował, wspomnisz moje słowa. Baronowie nie zechcą andegaweńskiego smarkacza za pana; to policzek dla jego siostrzeńców i rodu z Blois. Co on sobie wyobraża?! – I zacis­kając pięść na lasce, biskup wyszedł równie zamaszystym krokiem, jakim przybył.

Brian z westchnieniem wrócił do pracy, ale nie mógł się skupić. Po części zgadzał się z biskupem, choć wiedział, że ten toczy własną grę. Król wykorzystywał sytuację, aby pozostawić jak najwięcej otwartych furtek, zaburzało to jednak porządek w królestwie. Jakby tego było mało, Henryk hołdował przekonaniu, iż jest niepokonany. Nie miał zamiaru umrzeć i przekazywać władzy. Może snuł plany na przyszłość, lecz nie brał pod uwagę, że sam nie będzie czuwać nad ich realizacją.

O Matyldzie Brian usiłował nie myśleć wcale, co najwyżej w kategoriach swoich zobowiązań wobec niej jako wasala. Wszystko inne byłoby nie do wytrzymania.

Brian po raz ostatni przejechał zgrzebłem po kłębie Hebana i otarłszy przedramieniem pot z czoła, stanął z boku, aby przyjrzeć się z podziwem włosiu ogiera, które lśniło w wiosennym słońcu niczym dojrzała wiśnia. Lubił sam zadbać o konia i sprawdzić w ten sposób, czy stajenni jak należy wywiązują się ze swoich obowiązków. Koiło to jego nerwy na podobieństwo pisania; miał poczucie, że wprowadza ład i robi coś dobrego. Uciekał też od zamieszania wokół ślubu Matyldy. Odkąd dowiedziała się o planach króla, rzadko opuszczała swoją komnatę, a jej ojciec miotał się w gniewie. Tego dnia zarządził przygotowanie koni przed wyjazdem na zrękowiny. We dworze doszło do protestów, gdyż nie skonsultował się z szerszą rzeszą doradców i baronów, lecz Henryk uciszył je wszystkie tonem nieznoszącym sprzeciwu, toteż nikt nie zdobył się na odwagę, aby bronić swego i mu się sprzeciwić.

Brian kazał stajennemu przynieść uprząż Hebana. W stajni miało pojawić się kilka nowych rumaków, więc pachołkowie czyścili zagrody i rozrzucali świeżą słomę. Kierował nimi Gilbert, marszałek króla, a jego najstarszy syn pomagał pachołkom. Brian przytomnie uskoczył, gdy z boksu wypadła wielka bryła gnoju, która minęła go o włos.

– Uważaj trochę – warknął.

Chłopak obejrzał się przez ramię i skłonił kpiąco. Brian zacisnął usta z myślą, że lepiej mieć tego Jana FitzGilberta na oku. Myśli, że zjadł wszystkie rozumy.

Stajenny powrócił z uprzężą w chwili, gdy na dziedzińcu zjawiła się cesarzowa z dwórkami i swoim rycerzem Drogonem. Była w stroju do konnej jazdy i jej osobisty koniuszy poszedł przyprowadzić wierzchowca.

– Pani – rzekł Brian i skłonił się głęboko.

Odpowiedziała mu niemal zniecierpliwionym gestem.

– Możesz mi towarzyszyć, skoro też jedziesz.

Brian otworzył usta, by odpowiedzieć, że ma inne zobowiązania, ale słowa uwięzły mu w gardle, więc skłonił się ponownie.

– Jak sobie życzysz, pani.

– Jak sobie życzę? – Spojrzała na niego z goryczą. – Winnam podziękować Bogu za łaskę, że tak mi folgujesz.

Wyjechali z zamku i miasta, by następnie ruszyć ścieżką, która prowadziła przez pola i las usłany fiołkami i jaskółczym zielem. Brian czuł, jak uroki dnia przeszywają go niczym nóż. Jechał w milczeniu, zbyt wiele bowiem słów cisnęło mu się na usta i nie ufał sobie.

W końcu Matylda pierwsza przerwała krępującą ciszę.

– Po powrocie z przejażdżki oznajmię ojcu, że zgadzam się na ten ślub.

– Mądra decyzja, pani – odpowiedział sztywno, nadal wpatrzony przed siebie.

Potrząsnęła głową.

– Nie mam wyboru. Jeśli odmówię, Andegawenia stanie się naszym wrogiem i sprzymierzy z Francją i Flandrią. Wiem, dlaczego ojciec uważa to za rozsądny krok. – Podjechała bliżej Hebana i utkwiła wzrok w Brianie. – Ale powiedz mi, panie, czy wziąłeś pod uwagę wszystkie konsekwencje, omawiając z nim tę sprawę w czasie poufnej narady?

Pod oczami miała delikatne cienie jak siniaki, i Brian musiał odwrócić wzrok.

– Tak, pani… lecz twój ojciec nie dopuszczał sprzeciwu, a poza tym przedstawił słuszne argumenty.

– A jednak unikasz mojego wzroku.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Zmusił się, żeby na nią spojrzeć, co wiele go kosztowało. – W pierwszej kolejności jestem wasalem twojego ojca, mimo że honoruję jego córkę.

– Honor. – Wypuściła powietrze przez nos. – Pytanie brzmi, ileż to słowo jest warte.

– Nie zawiodę cię, gdy zajdzie ku temu potrzeba, przysięgam na własne życie.

– Któż oceni, że zaszła, mój panie, ja czy ty? I rozsądzi, czy sprostałeś zadaniu?

Znowu jechali w ciszy i Brian zachowywał dystans, ponieważ wiedział, że jeśli pozwoli Matyldzie się zbliżyć, pod jej otwartym spojrzeniem rozpadnie się na kawałki, a nie mógł do tego dopuścić. Miała rację. Honor to zarazem piękna ułuda i cuchnące zwłoki, i to nie ona zabiła go w imię polityki.

9

Rouen, lato 1127

Matylda dygnęła przed przyszłym mężem, czując, jak bunt rozsadza każdą cząstkę jej istoty, na przekór powinności wobec ojca, Normandii oraz Anglii.

Godfryd Andegaweński był zaiste pięknym młodzieńcem o gładkiej, alabastrowej cerze, włosach w morelowym odcieniu złota i oczach w kolorze przejrzystego morza. Miał wystającą grdykę, głos, który niedawno zatracił piskliwe tony, oraz wyniośle uniesioną górną wargę, która wzbudziła jej odrazę. Mimo ceremonialnego ukłonu, który jej złożył, wyczuła w nim fałsz. Te zrękowiny były kpiną, złotym płaszczem okrywającym trupa. Jak, na Świętego Jakuba, ma dzielić z nim łoże? Gdy wsunął jej na palec wielki pierścień z szafirem, wyczuła zadowolony uśmiech ojca i omal nie zwymiotowała. Stojąca obok niego Adelajda też się uśmiechała, szczęśliwa, że Matylda okazała posłuszeństwo woli króla.

Małżeństwo dojdzie do skutku, kiedy Godfryd zostanie hrabią Andegawenii. Najpierw, w dniu dzisiejszym, mieli złożyć przysięgę, która przypieczętuje jej zniewolenie.

Godfryd odprowadził ją na ucztę, wydaną w wielkiej sali pałacu w Rouen. Zaoferował jej ramię, by mogła oprzeć dłoń na jego rękawie, po czym ruszył napuszonym krokiem, kłaniając się na prawo i lewo pod bacznym spojrzeniem obu ojców. Widok owej fanfaronady wespół z pychą bijącą mu z oczu sprawił, że Matylda miała ochotę zdzielić go w ucho, jak uczyniłaby z zuchwałym paziem. Nie wiedziała, co mu powiedzieć, gdyż nic ich nie łączyło. Nie znała jego upodobań i nic jej nie obchodziły, albowiem – jakiekolwiek by były – z pewnością zaprzeczały jej własnym. Jego wypięta pierś i buńczuczne uśmiechy pod adresem kompanów nasuwały skojarzenie z nieopierzonym kogutem, który defiluje po stercie gnoju. Miała być pod wrażeniem?

 

Podczas kolacji musiała dzielić z nim potrawy. Nie pytał, na co ma ochotę, tylko popisywał się biegłością, z jaką kroił dania. Z wystudiowaną nonszalancją oddzielał mięso od kości i porcjował gołębia z niemal zmysłową, obsceniczną delikatnością, aż Matyldę zemdliło od jego uśmieszku. Ten nadęty błazen miał zostać jej mężem i ojcem jej dzieci? Matylda wbijała wzrok w ścianę i ją skręcało.

Kiedy w przerwie między daniami udał się z druhem opróżnić pęcherz, Adelajda skorzystała z okazji, aby uścisnąć jej rękę.

– Nie jest tak źle – wyszeptała z krzepiącym uśmiechem. – Jest naprawdę przystojny i dojrzały jak na swój wiek, nie uważasz?

Spodziewała się, że Matylda przyzna jej rację i odwzajemni uśmiech, liczyła, że wszystko się ułoży. Ale jak mogło się ułożyć, skoro Matylda zasmakowała już innego świata władzy, godności i przywiązania, gdzie ją poważano i ceniono jej zdanie? Wiedziała już, że Godfryd Andegaweński jej tego nie zapewni.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Ale ja czuję się stara.

Henryk z Blois, opat Glastonbury, zebrał fałdy szaty, usiadł na ławie przy palenisku i przyjrzał się swoim braciom, Stefanowi i Tybaldowi. Większość mieszkańców Rouen już spała pod czystym niebem usianym gwiazdami, ale w komnatach Stefana świece wciąż płonęły w kinkietach, a na stole stał świeżo uzupełniony dzban wina. Henryk nalał sobie i wypił, uważając, żeby nie ubrudzić sumiastego wąsa i brody.

– Stało się – rzekł. – Na przekór naszym radom wuj ogłosił zaręczyny swojej córki z andegaweńskim smarkaczem.

Stefan napełnił własny kielich.

– Decyzja należała do niego. – Usiadł wygodniej w krześle, które ledwo mieściło jego rozłożystą sylwetkę i potężne uda.

– Czyżbyś w to wierzył? – Henryk zmierzył go wzrokiem. Czasem brat wprost niewymownie go drażnił. – Naprawdę chcesz ujrzeć kobietę na tronie? Mamy dać sobą pomiatać halce?

Stefan poczerwieniał.

– Nie dojdzie do tego. Matylda jest dla niego tylko pionkiem. Dobrze go znacie.

– Jeżeli jednak tak się stanie, Andegaweni nie będą nam mówić, co mamy robić. Lepiej, aby rządził jeden z nas niż kobieta, która całe życie spędziła w Niemczech i bierze sobie szczenię za męża.

– Nie zapominajmy o Clito – odezwał się Tybald.

Henryk spojrzał na najstarszego brata, hrabiego Blois i głowę rodu, chociaż to zdanie Henryka liczyło się zwykle najbardziej.

– Jest teraz naszym wspólnym wrogiem, to prawda. – Wychylił się naprzód, światło zalśniło na jedwabnym rękawie. – Lecz obaj możecie rościć sobie prawo do Anglii i Normandii jako siostrzeńcy króla. Stefan wżenił się w angielski ród królewski i wiemy, że jednym z planów wuja jest zbliżyć go do tronu. Musimy dopilnować, aby tak zostało, mimo przysięgi lojalności, którą na wszystkich wymusił. – Utkwił wzrok w Stefanie. – Musimy mieć przygotowaną strategię na wypadek śmierci króla.

Stefan się przeżegnał i po jego twarzy przemknął wyraz niepokoju.

– Życzę mu, by żył jak najdłużej.

Tybald odchrząknął.

– Nie przyłożę ręki do czegoś, co zagroziłoby dobru naszego wuja.

Henryk w duchu przewrócił oczami. Niekiedy odnosił wrażenie, że w ich pustych łbach hula wiatr.

– O niczym takim nie mówiłem – burknął. – Ja także życzę mu długiego życia, lecz nawet jeśli nasza kuzynka Matylda dziewięć miesięcy po ślubie powije syna, król musi pozostać żyw i zdrowy na umyśle, dopóki ów syn nie będzie gotów zasiąść na tronie, tymczasem ona jeszcze nawet nie wyszła za mąż. Każdy głupi widzi, ile to potrwa. To samo tyczy się syna, którego miała mu dać królowa. – Rozłożył szeroko ręce. – Nie namawiam do zdrady, ale musimy planować naprzód jak rolnik, który gromadzi zapasy na zimę. Jeśli nasz ród ma rosnąć w siłę, musimy dołożyć wszelkich starań. Naprawdę chcecie, aby Robert z Gloucester rządził za siostrę, skoro jeden z was mógłby nosić koronę? Bo tak się stanie, jeśli Matylda zostanie królową. Faktyczna władza znajdzie się w ręku Roberta.

Zgodnie z przewidywaniami Henryka Stefan się wzdrygnął. Z Gloucesterem nie łączyła go miłość. Od dziecka rywalizowali we wszystkim, począwszy od gry w szachy oraz pojedynków na drewniane miecze po walkę o królewskie względy i uwagę. Król zawsze okazywał aprobatę im obu, lecz nastawiał jednego przeciw drugiemu. Zdaniem Henryka Stefan łatwo ulegał wpływom, poza tym był jego bratem, co dawało Henrykowi pole do popisu – w końcu każdy monarcha potrzebuje wsparcia zza tronu i każdym władcą da się manipulować.

– Co zrobimy? – zapytał Stefan.

Henryk dotknął klejnotów na swoim rękawie, muskając czubkami palców chłodne kamienie.

– Znajdź ludzi godnych zaufania i dyskretnych, którzy podzielają nasz pogląd na sprawy, i uczyń z nich sprzymierzeńców, ażeby nas wsparli, gdy zajdzie potrzeba. Jesteś waleczny i pełen wdzięku, bracie, ludzie darzą cię sympatią. Wykorzystaj to, aby ich sobie zjednać.

– A co z tymi, którzy okażą się nieugięci?

Henryk wzruszył ramionami.

– Przy odrobinie wysiłku z naszej strony pozostanie ich tylko niewarta wzmianki garstka. – Ostrzegawczo wzniósł palec. – Ale nie działajmy pochopnie. Musimy przygotować grunt, a to wymaga czasu i rozwagi.

10

Rouen, czerwiec 1128

Matylda przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, wciągając w nozdrza zapach kadzidła. Jego święta woń wespół z towarzyszącą podniosłą aurą zwykle miała na nią kojący wpływ, ale nie tego dnia. Choć cały ranek spędziła na modlitwie, nie przyniosło jej to żadnej ulgi. Miała na sobie suknię w odcieniu głębokiego błękitu, wyszywaną złotymi żetonami i zdobioną szafirami, perłami i granatami. Jej włosy zasłaniał welon zwieńczony przywiezioną z Niemiec koroną.

– W życiu nie widziałam równie pięknej oblubienicy – oznajmiła Adelajda, pomagając jej włożyć płaszcz lśniący od futer stu gronostajów.

– Jakie to ma znaczenie prócz tego, że spełniam ojcowską wolę? – odparła Matylda bezbarwnym tonem.

Adelajda zmarszczyła brwi.

– Sądziłam, żeś pogodziła się z losem?

– Znam swoją powinność, jeśli o to ci chodzi, lecz nigdy się z nią nie pogodzę, taka jest prawda.

Adelajda dalej spoglądała na nią zasępiona.

– Wszyscy są z ciebie dumni. Wiem, że masz w sobie siłę, by to małżeństwo okazało się udane – zapewniła z przekonaniem. – Godfryd pięknie się prezentował, kiedy pasowano go na rycerza. Twój ojciec uważa go za nader dojrzałego jak na swój wiek i bardzo jest nim ukontentowany.

Matylda milczała. Jej narzeczony z orszakiem bawił w Rouen od tygodnia i wraz z grupą towarzyszy został przez jej ojca pasowany na rycerza podczas uroczystej ceremonii. Z tej okazji otrzymał miecz oraz tarczę ze złotymi lwami na błękitnym tle. Dał się poznać jako niezrównany fechtmistrz oraz jeździec i spędzał dużo czasu z jej ojcem. Matyldy unikał, chyba że musieli wystąpić razem i nie miał innego wyjścia, co wzbudzało w niej mieszaninę ulgi i niechęci.

Ojciec zasypywał ją darami w postaci szat oraz klejnotów, koni, sokołów i skrzyń pełnych srebra i kosztowności. Mogła go poprosić o każdą materialną rzecz pod słońcem, lecz wszystkie skarby świata nie mogły jej wynagrodzić tego, do czego została zmuszona. Wiedziała przy tym, że król nie próbuje uśpić hojnością swojego sumienia, albowiem nie poczuwa się do żadnej winy. Dary miały raczej nagrodzić jej posłuszeństwo i dać upust jego zadowoleniu z zaistniałego obrotu spraw, tak aby świat nie miał przy tym wątpliwości co do królewskiej hojności.

W ciągu kolejnych czterech dni orszak weselny pokona sto dwadzieścia mil do Le Mans, gdzie ślub odbędzie się w wielkiej katedrze, w obecności możnych z całej Andegawenii.

– Zamieniłabyś się ze mną? – zapytała Adelajdę.

– Gdyby to było moje przeznaczenie, owszem – odrzekła tamta. – Daj szansę temu małżeństwu. Zmuś się do uśmiechu, a ulżysz swojemu sercu.

Matylda się skrzywiła.

– To byłoby kłamstwo.

– Raczej twoja powinność. – Głos Adelajdy nabrał ostrzejszych tonów. – Myślisz, że jestem samą słodyczą? Czy masz pojęcie, jak czasami jest trudno? Uśmiecham się jednak i brnę naprzód, ponieważ jestem królową, a moją rolą jest pomagać twemu ojcu i wspierać go na każdym kroku. Kiedy patrzę na życie w ten sposób, zdaje mi się nagrodą, nie znojem.

Matylda w milczeniu przełknęła ślinę, gdyż wiedziała, że nigdy nie odnajdzie się w roli żony napuszonego chłopca, ponieważ kiedyś była żoną prawdziwego mężczyzny. Adelajda tego nie rozumiała. Jakże Matylda tęskniła za swoim życiem w Niemczech. Tutaj wszyscy zdawali się przeciwko niej bądź uważali, że to małżeństwo jest darem od losu, a jej ociąganie wynika z kaprysów niemądrej kobiety, którą należałoby nauczyć moresu. Jedynymi przeciwnikami małżeństwa z Godfrydem byli wrogowie jej ojca albo ludzie, którzy mieli ku temu własne powody. Mogła polegać jedynie na sobie i to sprawiało, że czuła się straszliwie samotna.

Adelajda ją pocałowała.

– Muszę iść włożyć płaszcz i dopilnować, by wszystko było w porządku – rzekła. – Przemyśl moje słowa, dla własnego dobra.

– Martwię się o Matyldę. – Adelajda przyklękła, aby zdjąć Henrykowi buty, i postawiła je na dywaniku z owczej skóry obok łoża. Było późno i przebywali już w swojej komnacie w warowni w Brionne, gdzie nocował orszak w drodze do Le Mans.

Henryk zbył jej troskę lekceważącym machnięciem ręki.

– To moja córka i wie, czego od niej oczekuję, podobnie jak andegaweński chłoptaś. – Chrząknął z rozbawieniem. – Smarkacz ma doświadczenie. Sam mi nie mówił i nie słucham przechwałek jego kompanów, ale wiem z pewnych źródeł, że nie jest prawiczkiem. Zna się na rzeczy, a z Bożą pomocą obdarzy ją dzieckiem już w noc poślubną.

Adelajda powoli masowała mu stopy.

– Mimo wszystko nie daje mi to spokoju. Dla niej to wielka zmiana, a jest mi bardzo bliska. – Posłała mu kurczowy uśmiech. – Będzie mi jej brakowało, nie tylko jako córki, ale przyjaciółki.

– Możesz liczyć na jej odwiedziny i będziecie do siebie pisać – uciął. – Wiem, jakie z was, kobiet, plotkary, ale masz do towarzystwa damy dworu i nie zapominaj o obowiązkach królowej. Na brak zajęć nie powinnaś narzekać.

Adelajda uśmiechnęła się do niego, choć z trudem ukrywała smutek. Księgi i leprozoria, chorzy i potrzebujący. Nie miała ochoty rządzić ani zaznaczać swojej obecności w świecie należącym do mężczyzn, usilnie pragnęła jednak wypełniać swoją powinność jako królowa i kobieta. Ilekroć dzielił z nią łoże, każda kolejna miesiączka utwierdzała ją w poczuciu klęski i niespełnienia.

– I mam ciebie, panie.

Henryk przyciągnął ją do siebie i ucałował.

– Wyznam szczerze, iż mnie również będzie jej brakowało, ale musi zawrzeć to małżeństwo. Chodź, pociesz mnie. Tyle czasu minęło.

Uległa mu bez cienia oporu. Ostatnio rzadko dzielili łoże, wprawdzie Henryk nie stronił od nadwornych konkubin i wigoru mu nie brakowało, ale comiesięczne krwawienia jakby umacniały go w przekonaniu, że wizyty w alkowie są bezcelowe. Wiedziała, że woli pulchne, piersiaste kobiety, podczas gdy ona sama była dość wiotka i pozbawiona krągłości. I choć zawsze z chęcią mu się oddawała, sam akt był bolesny i krótkotrwały. Henryk od razu przechodził do rzeczy, jak tryk na pastwisku.

Kiedy skończył i przetoczył się na bok, Adelajda zadała sobie w duchu pytanie, czy z Matyldą i Godfrydem będzie podobnie. Poprawiając odzież, przypomniała sobie, co powiedziała Matyldzie o nagrodzie i znoju, i oczy jej się zaszkliły.

Matylda spojrzała na swoją lewą dłoń i cienką, złotą obrączkę, którą Godfryd wsunął jej na palec tego ranka w katedrze Świętego Juliana w Le Mans. Wspaniałość kościoła przenikła przez mur, który wokół siebie wzniosła, otwierała ją na uczucie zachwytu, gdy słuchała mszy przed ołtarzem, z chłopcem-mężem u boku. Oto majestat i esencja Boga. Ta wielkość ją onieśmieliła, a zarazem napełniła goryczą, że wielbi Go tutaj, złożywszy temu człowiekowi przysięgę małżeńską. Jakby dopuściła się bluźnierstwa przed Stwórcą. Na wspomnienie ślubu w Spirze poczuła się zbrukana.

Przez cały dzień nie czuła się na siłach, by patrzeć na Godfryda, za to bez ustanku czuła na sobie jego wzrok. Nie wyobrażała sobie, jak wieczorem zniesie jego dotyk. Jedyna nadzieja, że nie zajdzie w ciążę, gdyż wówczas małżeństwo będzie mogło zostać unieważnione. Jej praczka Osa objaśniła jej dokładnie, co należy zrobić.

Dwórki zaprowadziły ją do komnaty, gdzie małżeństwo miało zostać skonsumowane. Matylda popatrzyła na piękne, wielkie łoże z czystą, lnianą pościelą, haftowane kotary oraz malowane skrzynie i ciężkie, brokatowe makaty. Przyniesiono jej grzebienie z kości słoniowej, słoiczki z maściami oraz szkatułki z biżuterią. Znad małego kociołka unosiła się smużka dymu z palonej kory i kadzidła, lecz Matyldę zemdliło. Święta i przepyszna oprawa zakrawała na kpinę w obliczu szpetoty tego, co miało ją spotkać.

 

Adelajda rozejrzała się z aprobatą.

– Możesz się tu ładnie urządzić – oznajmiła. – Wszystko będzie dobrze.

– Ciągle to powtarzasz – mruknęła Matylda. – Próbujesz przekonać samą siebie?

Adelajda żachnęła się, ale zaraz odzyskała rezon.

– Przynajmniej daj mu szansę. Chodź, napijesz się grzanego wina, a ja pomogę ci się rozebrać.

Matylda znosiła jej zabiegi z zaciśniętymi zębami. Miała ochotę ją odepchnąć, wiedziała jednak, że niesprawiedliwością byłoby wyżyć się na macosze, równie bezsilnej jak ona sama. Obie nie miały wyboru, lecz Adelajda lepiej potrafiła odnaleźć się w tej sytuacji.

Kiedy ją rozbierano, siedziała ze wzrokiem wbitym w ścianę. Kobiety zdjęły z niej czerwoną ślubną suknię z jedwabiu i złoty pas, złocone trzewiki oraz złociste pończochy z brokatowymi podwiązkami z obszyciem z pereł, diadem ze złotych kwiatów, welon, wstążki wplecione w warkocze. Wszystko powieszono starannie albo schowano i została boso, w prostej koszulce z tasiemkami pod szyją. Jak dziewica, pomyślała, gdy rozczesywały jej włosy, aż spłynęły ciemnobrązową kaskadą na biodra. Kobieta odarta z władzy, już nie cesarzowa, tylko ofiara.

– Muszę udać się do latryny – oznajmiła zebranym dwórkom i udała się do niewielkiego, mrocznego pomieszczenia w ścianie. Tam, schowana przez Osę pod stertą mchu i gałganków do podcierania, znajdowała się fiolka z octem. Przygryzając wargę, Matylda wzięła kępkę mchu, nasączyła ją octem i zadarł­szy koszulkę, kucnęła, po czym wsunęła mech jak najgłębiej mogła, w myśl przykazań Osy. Miało to uniemożliwić poczęcie. Zawsze istniało ryzyko, że mężczyzna się dowie, lecz bywało skuteczne, gdy kobieta chciała zapobiec ciąży – i z pewnością było lepsze od chowania mu natki pietruszki pod poduszkę bądź noszenia na szyi amuletu z jąder łasicy.

Wróciła do kobiet. Czuła na palcach woń octu, więc obmyła je wodą i wtarła różaną maść w nadgarstki.

– Dobrze się czujesz? – Adelajda posłała jej zatroskane spojrzenie.

Matylda sztywno skinęła głową. Za jej plecami kobiety krzątały się przy łożu, spuszczały kotary, odsuwały kołdry. Matylda wsunęła się w pościel, poprawiła koszulkę i wzięła od Adelajdy kielich z winem, zadając sobie w duchu pytanie, czy lepiej pozostać trzeźwą, czy się upić.

Pan młody zjawił się z czeredą kompanów, a jej serce przeszył bolesny skurcz. Miał na sobie białą koszulę, odpowiednik jej własnej, a także obcisłe spodnie i pelerynę podbitą futrem spiętą na piersi. Matylda błagała w duchu, żeby się nie rozebrał, gdyż nie miała ochoty oglądać jego bladej, chłopięcej chudości.

Towarzysze Godfryda rechotali, ledwo trzymając się na nogach. Dwóch zawirowało z przytupem w spontanicznym tańcu i Matylda zacisnęła zęby, siląc się na królewską godność w obliczu młodocianej bufonerii. Jeden z młodzieńców zdjął z głowy wianek i zbliżywszy się tanecznym krokiem do łoża, ukoronował ją na bakier. Zawahała się, nie mogąc się zdecydować, czy go poprawić, czy też zerwać z głowy i cisnąć w kąt. Adelajda schyliła się, aby wziąć wianek, z uśmiechem stężałym na twarzy.

– Co za cyrk! – syknęła do niej Matylda. – Nadal chcesz mi wmówić, że wszystko się ułoży?

– Na wszystkich ślubach dochodzi do takich sytuacji – odparła tamta bez przekonania. – Musisz zawierzyć Bogu. Twój mąż jest trzeźwy, to najważniejsze.

Matylda najchętniej ujrzałaby go nieprzytomnego na podłodze.

Przyszedł jej ojciec, niepewnym krokiem, gdyż w przeciwieństwie do zięcia nie wylewał za kołnierz. Ojciec Godfryda kołysał się wraz z nim i biskupem Le Mans, wszyscy trzej w doskonałej komitywie. Kompani zaciągnęli Godfryda do łoża i umieścili obok oblubienicy. Odepchnął ze złością kilku bardziej podchmielonych rycerzy. Goście otoczyli wianuszkiem łoże, aby zobaczyć, jak biskup błogosławi młodą parę i życzy jej owocnego pożycia. Matylda pomyślała o kępce mchu u wejścia do swego łona i poczuła satysfakcję przemieszaną z mdłościami. To był grzech, straszny grzech, lecz jeśli mógł doprowadzić do unieważnienia małżeństwa, warto zapłacić taką cenę.

Po błogosławieństwie goście opuścili komnatę, jej ojciec z Fulkiem z Andegawenii szli objęci i zaśmiewali się jak starzy przyjaciele. Adelajda wyślizgnęła się w ślad za nimi, rzucając na odchodne Matyldzie krzepiące spojrzenie, z uśmiechem nadal przylepionym do ust. Kilku kompanów Godfryda się ociągało, zbyt pijanych, aby zważać na obyczaje. Godfryd wstał i wyprowadził ich siłą, po czym zatrzasnął drzwi i zaryglował je z impetem. Wrócił do łoża i stanął w nogach, spoglądając na żonę, która pociągnęła łyk wina i spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy tego dnia.

Włosy opadały mu na czoło złocistorudą grzywą; był chłopcem z meszkiem zamiast zarostu i gładką skórą oseska. Mimo to emanował blaskiem i wyglądał niczym upadły anioł. Dreszcz ją przeszedł. Zastanawiała się, ile z jego błazeństwa jest brawurą w obliczu zagrożenia; istotnie mogła być niebezpieczna, jak lwica tropiąca ofiarę.

Zmarszczył cienkie, rude brwi i łypnął na nią spod oka, po czym spiął barki i zbliżył się do łoża od jej strony. Odebrał Matyldzie kielich i odstawił go zdecydowanie. Następnie odrzucił kołdrę i zmusił ją, żeby wstała.

– A teraz pokaż – rzucił z przyspieszonym oddechem – na co się pisałem. – Urósł od czasu ich zrękowin i był wyższy od niej, miał mocny i kategoryczny uścisk. Mimo odrazy Matylda poczuła cień pożądania. To, że przejął inicjatywę i zmusił ją do powstania, zbiło ją z pantałyku; oczekiwała, że gdy przyjdzie co do czego, okaże się nieporadny i pełen wahania. Tak zachowywał się nie chłopiec, lecz mężczyzna, który potrafi dopiąć swego.

Rozwiązał tasiemki jej koszuli i zdjął ją Matyldzie przez głowę. Od niechcenia zmierzył ją wzrokiem, od stóp po czubek głowy, wyciągnął rękę i dotknął jej piersi. Sutki stwardniały jej z zimna, dłoń miał miękką, ale zdecydowaną.

– Twój ojciec chce ogiera, który się wykaże – rzucił ochrypłym głosem. – Spodziewałem się wiedźmy, ale nią nie jesteś. Rozkoszą będzie spełnić swój obowiązek. – Przesunął rękę w okolicę jej włosów łonowych. – Umiem tropić i odnajdywać ukryte strumienie.

Matylda przełknęła ślinę. Miała ochotę go odepchnąć, a przy tym czuła się pobudzona. Kimkolwiek był jej młodociany małżonek, natura nie poskąpiła mu fizycznego uroku.

– Dam ci potomka. Tego właśnie chcesz, czyż nie? Tego potrzebujecie, ty i twój ojciec?

Spojrzała na niego lodowato.

– Rób co trzeba i miejmy to już za sobą.

Przyparł ją do ściany i jął całować; przez cienką tkaninę spodni poczuła, jak stwardniał, co również zdecydowanie czyniło go mężczyzną. Najwyraźniej miał już doświadczenie, nie zdradzał bowiem cienia nieporadności. Myślała, że zdoła odgrodzić się murem obojętności, odkryła jednak, że jej ciało poddaje się i ulega, i chociaż było to odrażające, odnajdywała w tym przyjemność. Przymknęła oczy i odsunęła na bok wszystkie myśli. Później się nad tym zastanowi. Ciało miał gładkie i gibkie, a zarazem męskie. Młodzieniec. Mężczyzna. Żądza zapulsowała jej w żyłach. Przycisnął ją do ściany, naparł biodrami, a następnie obrócił i pchnął na łoże. Nakrył ustami jej wargi i naparł językiem nieznoszącym sprzeciwu. Zdarł z siebie koszulę i zniecierpliwiony zsunął spodnie. Matylda nadal nie otwierała oczu, nie chciała go oglądać.

Wszedł w nią, lecz nie poczuła bólu, ponieważ jej ciało było wilgotne i gotowe. Zaiste odnalazł ukryty strumień. Zawisł nad nią i Matylda zacisnęła pięści, gdy kołysał się tam i z powrotem. Chwycił jej rozłożone nogi i oparł sobie na barkach, po czym wsunął się głębiej i poczuła narastający ucisk w lędźwiach. Pragnęła, żeby skończył i dał jej uciec, a przy tym chciała, by nie przestawał i strącił ją w otchłań zapomnienia. Lecz Godfryd znieruchomiał, oderwał pierś i barki od łoża, pozostawiwszy ją w zawieszeniu na długą chwilę. Ich spojrzenia spotkały się i zwarły jak wrogowie na placu boju, następnie pchnął po raz ostatni z przekleństwem rozkoszy na ustach, a Matylda zesztywniała, kiedy fala doznań zalewała ją raz po raz.