Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Westminster, marzec 1127

Matylda uniosła głowę, nasłuchując wiatru, który trząsł okiennicami komnaty królowej, gdzie szyła wraz z Adelajdą. Co rusz padało i odgłos, jaki temu towarzyszył, przypominał grzechot garści kamyków ciśniętych o drewno. Za skupiskiem budynków rzeka huczała szarym, wzburzonym nurtem, z białymi czapami piany na falach. W taką pogodę lepiej nie wychodzić z domu, jeśli nie ma ku temu potrzeby. Niby wiosna była już u progu, ale coś zwlekała z pukaniem do drzwi.

Adelajda przysunęła się bliżej kociołka z paleniskiem i kazała swojej służce Julianie zadbać o więcej światła.

– Dziś rano dostałam miesiączkę – oznajmiła neutralnym tonem, nawlekając jedwabną nić na igłę.

– Bardzo mi przykro – odpowiedziała Matylda.

Adelajda potrząsnęła głową.

– Muszę się pogodzić, iż nie będzie mi to dane i Bóg ma inne plany. Napisałam do arcybiskupa Tours z prośbą o radę i odpisał, że powinnam skupić się na prawych uczynkach, które zrodzą duchowe owoce. Twierdzi, że Bóg zamknął moje łono, bym wzięła pod opiekę nieśmiertelne potomstwo, i ma całkowitą rację. Po cóż łkać i załamywać ręce? Lepiej skupić się na tym, co mogę uczynić dobrego. Jęłam obmyślać już plany wybudowania leprozorium w Wilton.

Matylda z aprobatą pokiwała głową. Na tym polegała rola królowych, aby godzić zwaśnione strony, przynosić ulgę chorym oraz wspierać sztukę. Robiła to w Niemczech dla Henryka, ubolewając, że nie może dać mu syna. Szukała sobie zajęć, aby nie mieć czasu na użalania.

– I zleciłam Dawidowi z Galway, aby spisał historię życia twojego ojca.

– Komu? – zapytała Matylda.

– Małemu skrybie ze świty twojego wuja.

– Ach, tak. – Matylda przypomniała sobie niskiego, łysiejącego, lecz wciąż dość młodego mężczyznę o palcach poplamionych czernidłem jak u Briana. Był ulubieńcem po kolacji, kiedy w komnacie snuto opowieści. – Doskonały pomysł. Z pewnością nadaje się do tej roli.

Adelajda zawiązała supełek na nitce.

– Dzięki temu Henryk na zawsze zostanie zapamiętany – rzekła z nutą przejmującej rezygnacji w głosie. – Pragnę upamiętnić jego czyny w dziele, które przetrwa, kiedy nas już nie będzie.

Uniosły głowy, kiedy master Serlo, klerk Adelajdy, wprowadził Briana FitzCounta do komnaty. Brian podszedł i skłonił się z posępnym wyrazem twarzy.

– Co się stało, mój panie? – Adelajda gestem kazała mu się podnieść i skierowała go do wnęki okiennej naprzeciw.

Usiadł, zdejmując czapkę skropioną deszczem. Tego dnia miał trzewiki z czubkiem w wytworny szpic i niebieskimi tasiemkami pod kolor przyszwy.

– Królowo, pani, z bólem przynoszę wam wieść o śmierci hrabiego Flandrii – oświadczył. – Został zamordowany przez własną służbę podczas modlitwy w prywatnej kaplicy.

Matylda spojrzała na niego ze zgrozą. Adelajda wciągnęła gwałtownie powietrze i się przeżegnała.

– Cóż za podłość! – Przycisnęła pięść do ust.

Brian się skrzywił.

– Ludwik Francuski ma czuwać nad wyborem następcy, a Wilhelm Clito należy do grona jego ulubieńców.

Matylda zachwiała się jak od ciosu. Karol z Flandrii był bliskim stronnikiem jej ojca, cieszył się szacunkiem poddanych. Wieść o jego śmierci wstrząsnęła nią; Adelajda słusznie nazwała to podłością. Ten, kto zabija człowieka w czasie modlitwy, będzie smażyć się w piekle. Ale że Clito… Z trudem zebrała rozproszone myśli.

– Co należy zrobić?

Brian potarł podbródek.

– Ojciec twój posyła Stefana na negocjacje, ma przedstawić innych kandydatów. Nawet jeśli Clito zostanie wybrany, długo nie wytrwa w siodle. Po śmierci hrabiego we Flandrii doszło do zamieszek i niepokoje rychło nie ustaną. Król wydał rozkaz o wstrzymaniu dostaw angielskiej wełny do flamandzkich warsztatów tkackich.

Matylda skinęła głową. Ta decyzja podgrzeje atmosferę, ponieważ nad pozbawionymi pracy tkaczami zawiśnie widmo śmierci głodowej. Wówczas ojciec zasili własnych kandydatów srebrem z zasobnych angielskich skarbców, gdyż nie mógł dopuścić, aby Wilhelm Clito zabarykadował się we Flandrii. Na miejscu Henryka uczyniłaby dokładnie tak samo.

Brian skłonił się i udał do swoich obowiązków, Adelajda z Matyldą zaś przeszły z pałacu do katedry, gdzie pomodliły się za duszę Karola z Flandrii. Klęcząc przed ołtarzem, Matylda nie mogła uwolnić się od wizji młodego mężczyzny zabitego podczas modłów; były teraz podobnie narażone na śmierć jak on.

Brian siedział przy ogniu w osobistej komnacie króla i tarmosił jedwabiste uszy ogara. Był tam również Robert z Glou­cester, który stał przy palenisku i spoglądał w ochocze, żółte płomienie. Wezwano ich do Henryka z nieznanego powodu, choć Brian podejrzewał, iż sprawa dotyczyła nowego hrabiego Flandrii, ponieważ król musiał zmierzyć się z sytuacją, która zmieniła sprzymierzeńca we wroga.

Henryk wkroczył do komnaty z właściwą sobie werwą i łopotem płaszcza. Stanął obok Roberta przy ogniu, żwawo zatarł dłonie i gestem zbył ich ukłony. Następnie poklepał psa i sięgnął po kielich z winem, które nalał mu Brian.

– Ciekawość wyziera wam z oczu – stwierdził z kpiącym rozbawieniem, biorąc zdrowy łyk.

– Czyżbyś się temu dziwił, mój ojcze? – odpowiedział Robert. – Rzekłbym, żeś nie wezwał nas tu na rozmowę o pogodzie lub polowaniu.

Henryk chrząknął.

– Chciałbym, aby tak było. – Usiadł na wyściełanej ławie, wyprostował nogi i skrzyżował je w kostkach. – Powiedzmy, że pogoda uległa zmianie, a wraz z nią charakter polowania. Chcę z wami pomówić o małżeństwie mojej córki. Od kilku miesięcy obserwuję jej postępowanie i napawa moje serce radością. Gdyby nie była kobietą, nadawałaby się do objęcia tronu po mojej śmierci.

Żar od ognia zapiekł Briana w policzki. Wiedział, że coś należy postanowić, ilekroć jednak król odrzucał oświadczyny, Brian cieszył się kolejnymi chwilami zwłoki. Jej obecnością.

– Wszak kazałeś nam wszystkim przysiąc jej lojalność jako twojemu następcy? – Stwierdzenie Roberta padło w formie pytania. – Czy w takim razie nie będzie rządzić?

Henryk uniósł krzaczastą, srebrzystą brew.

– Istotnie kazałem wam przysiąc, lecz ilu dotrzyma słowa? Nie jestem aż tak zaślepionym ojcem, aby stracić rozum. Wygląda na to, że nie doczekamy się z królową potomka. Matylda urodziła dziecko pierwszemu mężowi, przeto wiem, iż jest do tego zdolna, i mam nadzieję, że związek z innym mężczyzną przyniesie upragnione owoce. Zamierzam wychować wnuków tak, by poszli w moje ślady. Gdybym odszedł, zanim dorosną, matka będzie rządzić w ich zastępstwie, przy wsparciu bliskiej rodziny. Robercie, oczekuję, że zostaniesz w razie konieczności doradcą i opiekunem swej siostry i jej dzieci, a Brian ci w tym dopomoże.

Brian przełknął ślinę. Napięcie w komnacie było wręcz namacalne.

– A mąż mojej siostry? – zapytał Robert, pokraśniały z radości. – Czy nie zechce odegrać swojej roli?

Henryk potrząsnął głową.

– Jego rolą będzie obdarzyć ją dziećmi i wsparciem militarnym. Nie przewiduję jego udziału w rządzeniu moją ziemią. – Zacisnął pięść na kolanie, a jego głos nabrał ostrych tonów, kiedy potoczył bacznym spojrzeniem w oczekiwaniu na ich reakcję. – Postanowiłem, że Matylda poślubi Godfryda, dziedzica Andegawenii.

Brian na chwilę stracił dech w piersi, po czym nabrał gwałtowny haust powietrza i zakaszlał dla niepoznaki.

– Wszak to ledwie chłopiec! – zawołał w zdumieniu Robert. – Ma jeszcze mleko pod nosem!

– No właśnie – odparł Henryk. – Można go przerobić na własną modłę, aby oswoił się z myślą, że nie dostanie korony.

Brian się opanował.

– A twoja córka? Co powie na ślub z młokosem, synem hrabiego, skoro była cesarzową Niemiec?

– Zrobi, co jej każę – uciął Henryk. – Jestem jej ojcem i podporządkuje się mojej woli. Nie dozna zniewagi. Dzięki małżeństwu z córką króla Baldwina ojciec Godfryda obejmie tron Jerozolimy, a nie znajdziesz większego królestwa na tej ziemi niźli władza nad bożym miastem. Kiedy Fulko z Andegawenii się ożeni, tytuł hrabiego przypadnie Godfrydowi.

– Ale nie dorówna jej ani jej pierwszemu mężowi.

Henryk posłał Brianowi mroczne spojrzenie.

– Jak ty, kiedy brałeś za żonę Maude z Wallingford?

Brian wzdrygnął się na tak obcesowe nawiązanie do faktu, że Henryk wyniósł go z nizin, w głównej mierze dzięki zaślubinom z Maude, kiedy Brian był jeszcze młodzieńcem, tyle że kilka lat starszym od Godfryda z Andegawenii.

– Moja córka zrozumie – stwierdził Henryk. – Ten związek zabezpieczy moje południowe granice i zapobiegnie sojuszowi Francji z Anjou, które znajdzie się w sferze moich wpływów. Gdy Matylda urodzi syna, będzie on dziedzicem Anglii, Andegawenii i Normandii. To najkorzystniejsze rozwiązanie. Tu nie chodzi o pozycję Godfryda z Andegawenii, poza tym, jak wspomniałem, jego ojciec zostanie królem świętego miasta.

Robert skubnął górną wargę. Brian widział korzyści tego posunięcia w kategoriach chłodnej strategii, nie tylko w kontekście wyzwolenia Andegawenii spod wpływów francuskich. Lecz spełnienie wymagań Henryka boleśnie ugodzi w dumę Matyldy.

– Sądziłem, że kiedyś brałeś pod uwagę mojego kuzyna Stefana jako swego następcę – rzucił Robert od niechcenia.

Henryk zmierzył go uważnym spojrzeniem.

– Człek rozsądny ma w stajni wiele koni, lecz jednego dosiada chętniej niż pozostałych. – Wyciągnął rękę i głos mu złagodniał. – Gdyby okoliczności były inne, korona Anglii przypadłaby tobie. Mogę ci dać chociaż tyle.

Robert poczerwieniał.

– Nie proszę o koronę, mój ojcze.

– Wiem o tym, i dlatego mam pewność, że zapewnisz wsparcie siostrze i jej dziedzicom. Niewielu mogę ufać na równi z tobą.

Robert zarumienił się jeszcze bardziej.

 

– Blois nie będzie zachwycone tym rozwiązaniem. Jest z Andegawenią w napiętych stosunkach. Mając do wyboru lojalność wobec Andegawenii albo Francji, może wybrać tę drugą.

Wysunięta dłoń Henryka zacisnęła się w pięść; przyciągnął ją do ciała.

– Będzie jeszcze czas na przemyślenia, ale teraz muszę wznieść fundamenty, a do tego potrzebuję sojuszu z Andegawenią.

– Co z biskupem Salisbury, panie? – zapytał Brian. – Oddał hołd cesarzowej, lecz uczynił to pod warunkiem, że kwestia jej małżeństwa zostanie uzgodniona ze wszystkimi i nie poślubi nikogo spoza twoich ziem.

– Biskup Salisbury jest moim doradcą i kanclerzem – oznajmił lodowato Henryk. – Nade wszystko jednak jest moim sługą i zna swoje miejsce. Ja się nim zajmę.

– Czy zwołasz przynajmniej radę, aby to omówić? – zapytał Robert.

Henryk zaprzeczył.

– Dopiero gdy uznam, że nadeszła ku temu odpowiednia pora, nie wcześniej. Poza tym muszę zaczekać na odpowiedź z Andegawenii, zanim podejmę jakiekolwiek kroki.

8

Chinon, Andegawenia, kwiecień 1127

Godfryd, syn Fulka, hrabiego Andegawenii, pogładził miękkie, nakrapiane piórka na piersi młodego sokoła, którego trzymał na rękawicy.

– Wzywałeś mnie, panie? – spytał lekkim tonem. Blisko rok wcześniej przeszedł mutację, ale głos wciąż mu się łamał. Wolałby teraz szkolić ptaka do łowów, lecz wiedział, że głupotą byłoby sprzeciwiać się ojcowskim rozkazom.

Fulko stał wpatrzony w ogień, ale teraz się odwrócił. Miał rude włosy przyprószone siwizną na skroniach i brodzie, wciąż jednak był silnym mężczyzną w kwiecie wieku.

– Mam dla ciebie nowiny. – Wskazał na pustą żerdź opodal okna. Godfryd zaniósł tam swojego sokoła, który jeszcze chwilę trzepotał skrzydłami i ten odgłos wypełnił ciszę. Godfryd delikatnie głaskał go palcem wskazującym, dopóki się nie uspokoił, wtenczas sam usiadł. Znał te nowiny. Z sakiewki u pasa wyjął ochłap dziczyzny i nakarmił ptaka.

– Przyjmiesz propozycję króla Baldwina i ożenisz się z księżniczką Melisandą?

Ojciec splótł ręce za plecami.

– To zależy od tego, czy Andegawenia pozostanie w dobrych rękach.

Godfryd podszedł zamaszystym krokiem i nalał sobie wina, po czym przybrał mężną pozę, z jedną stopą wysuniętą do przodu.

Ojciec zmierzył go lodowatym wzrokiem.

– Szata ani poza nie uczynią z ciebie mężczyzny, lecz postępki i słowa. Muszę wiedzieć, czy zdolny jesteś odpowiedzialnie rządzić Andegawenią pod moją nieobecność.

Miłe poczucie władzy i tytuł hrabiego osłodziły Godfrydowi gorycz ojcowskiej uwagi. Stanął prosto jak struna i wysunął podbródek, na którym kiełkowały miedziane zalążki brody.

– Jestem mężczyzną – oznajmił z dumą.

– W słowach i czynach, mój synu?

– Tak, panie. Możesz mi zaufać.

Ojciec odszedł od ognia i chmurnie krążył po komnacie zdecydowanym, ciężkim krokiem.

– Rad jestem to słyszeć, ponieważ mam dla ciebie zadanie, które wykracza poza władanie Andegawenią. – Przystanął obok żerdzi i patrzył, jak sokół czyści piórka, następnie podszedł do Godfryda i uniósł jego twarz do okna, aby przyjrzeć mu się w pełnym świetle. Włosy chłopaka w odcieniu rdzawego złota lśniły zdrowym blaskiem jak ptasie pióra. W oczach koloru morza z błyskiem zieleni Fulko dostrzegł inteligencję wespół z arogancją i żarem. Godfryd był szczupłym młodzieńcem o zdrowej cerze, bez skaz, które często uprzykrzają wkraczanie w wiek męski. Syn, z którego można być dumnym. Czas pokaże, czy będzie synem, który udźwignie brzemię władzy. – Zastanawiam się, czy mu sprostasz… – Fulko cofnął się o krok i uważniej przyjrzał chłopcu. – Otrzymałem propozycję od króla Anglii.

– Jaką propozycję? – Godfryd łypnął czujnie i upił łyk wina.

– Małżeństwa z byłą cesarzową i przyszłą królową wraz z możliwością spłodzenia z nią przyszłego króla Anglii, księcia Normandii i hrabiego Andegawenii.

Godfryd wytrzeszczył na niego oczy. Słowa zatańczyły na powierzchni jego umysłu, po czym zapadły się w głąb niczym ostre odłamki.

– Tak – potwierdził ojciec. – I dlatego spytałem, czy jesteś mężczyzną, albowiem tylko mężczyzna sprostałby takiemu wyzwaniu.

Godfrydowi przewróciło się w żołądku; pomyślał, że zwymiotuje. Znowu się napił, przełknął z trudem i podszedł do Pertelot przycupniętej na żerdzi. Pogłaskał ją po piórkach, miękkich jak piersi wiejskich mleczarek.

– Jest stara – wykrztusił przez zaciśnięte gardło. – Była żoną starca. – Poczuł w nozdrzach wyimaginowany zmurszały smród starości. Krypty i grobu.

– Jej mąż był młodszy ode mnie, kiedy umarł – burknął ojciec. – Twierdzisz, że jestem stary?

Godfryd obejrzał się na niego, rumieniec wypełzł mu na policzki.

– Nie, panie.

– Kiedy dorośniesz, wciąż będzie młodą kobietą.

– Ale jest zużyta – dorzucił Godfryd, zdjęty bolesnym rozczarowaniem; zapach starości nadal rozpierał mu nozdrza. – Nie jest dziewicą.

– Tym lepiej. Wie, czego się spodziewać. Henryk chce zabezpieczyć swoje granice sojuszem z nami, a do tego pragnie młodego ogiera w łożu córki. Jeśli jest starsza od ciebie, czas gra na twoją korzyść, poza tym zawsze są inne kobiety. Urodziła dziecko cesarzowi, zatem nie jest bezpłodna, choć zmarło tuż po porodzie. Jej mąż miał za słabe nasienie, lecz w twoim pokładam wiarę, podobnie jak król Anglii.

Godfryd milczał, na wskroś rozczarowany. Nawet jeśli ślub z damą tej rangi przynosił mu zaszczyt, jej wiek oraz fakt, iż nie jest dziewicą i nieśmiałą dzierlatką, mierziły go co niemiara. Sposępniał, podszedł do okna i z rezygnacją oparł się o parapet. Dopiero w sierpniu skończy czternaście lat, ale pierwszą kobietę miał w zeszłym roku, po żniwach w stodole, pod wielkim, złocistym księżycem, i od tamtej pory powtórzył to wielokrotnie. Odkrył niebywałe doznania cielesne i już uważał się za znawcę w tym temacie. Ojciec mógł się przy nim schować. Z namysłem zacisnął usta. Może jeśli zrobi z niej dobry użytek i obdarzy licznym potomstwem, małżonka prędzej czy później wyzionie ducha, a on weźmie sobie drugą, w swoim guście. Poza tym może mieć kochanki prócz żony, żadna siła mu tego nie zabroni.

– Czy zostanę królem tak jak ty? – Odwrócił się do ojca.

– Nie, dopóki Henryk zasiada na tronie, a on nie bierze pod uwagę takiej możliwości, lecz jego rządy dobiegną kiedyś kresu. To niedorzeczne, aby kobieta władała sama. Jeśli Henryk umrze, zanim twoi synowie osiągną pełnoletność, to kto wie? – Fulko ostrzegawczo wzniósł palec. – Mam nadzieję, że wpoiłem ci mądre zasady. Nie pozwól, aby twoje serce lub lędźwie wzięły górę nad głową. Możliwe, że nigdy nie zostaniesz królem, lecz twoje dzieci będą pochodzić z królewskiego rodu i dostaniesz Normandię. Myśl o swojej rodzinie. Wżenisz się w Anglię i Normandię. Ja obejmę tron Jerozolimy, a dzieci zrodzone z mojego związku będą twoimi braćmi i siostrami przyrodnimi. Andegawenia urośnie w siłę.

Godfryd poczuł dreszcz. Nie pragnął tego małżeństwa, lecz wizja takiej władzy uderzyła mu do głowy. Jakie to uczucie mieć cesarzową na zawołanie? Jakie to uczucie spłodzić z nią potomka?

– Dlatego zapytam raz jeszcze – rzekł ojciec. – Jesteś mężczyzną z krwi i kości, który temu sprosta?

Godfryd zerknął na niego.

– Tak, panie – odpowiedział. – Jestem.

Fulko z aprobatą pokiwał głową.

– To dobrze. A zatem do dzieła. Mój skryba napisze odpowiedź.

Matylda siedziała w ogrodzie zamku Winchester, wpatrzona w stadko wróbli, które zażywały kąpieli w fontannie. Roziskrzonym kroplom tryskającym na wszystkie strony towarzyszyło radosne ćwierkanie. Przypomniała sobie, jak spacerowała w Spirze z Heinrichem. Idąc ramię w ramię, planowali rozmieszczenie klombów i szczepienie drzewek, aby długie lata rodziły owoce. Cóż mogli wówczas wiedzieć?

Wyszła na zewnątrz, by nacieszyć się wiosenną świeżością, dokończyć robótkę przy dziennym świetle i pomyśleć w spokoju. W zamku panowała ostatnio dziwna atmosfera. Coś się święciło. Ojciec wybuchał o byle błahostkę, Adelajda zaś chciała jej nieba przychylić. Robert nigdy nie miał czasu na rozmowę, pochłonięty innymi sprawami, a Briana rzadko widywała. Szybko odgadła przyczyny tego stanu rzeczy.

Poruszenie przy furtce zwróciło jej uwagę i ujrzała, jak ojciec odprawia dwórki z właściwą sobie stanowczością. Spuściwszy głowę jak mały, szarżujący byk, skierował się w stronę ławki. Wymachiwał laską z polerowanego dębu, a na jego twarzy malował się życzliwy, lecz stanowczy wyraz. Matylda wyprostowała się i serce zabiło jej mocniej w piersi.

– Miło posiedzieć w ogrodzie w tak piękny dzień – zagadnął, gdy podszedł bliżej. Zaśmiał się na widok dokazujących wróbli. – Przypominają mi niektórych dworzan.

Matylda się uśmiechnęła.

– Myślałam o Heinrichu i ogrodach, które planowaliśmy w Spirze. Uwielbiał tę porę roku.

Król oparł laskę o kolana.

– Pora zaplanować nowy ogród i zwrócić twoje myśli ku przyszłości. Przynoszę wspaniałe nowiny, które z pewnością cię uradują.

– Wiem chyba, czego dotyczą. – Jej głos nie zdradził niepokoju, który ją dręczył.

– Czyżby? – Oczy mu rozbłysły, ale pozostały twarde niczym jasne kamyki.

– Nie odprawiłbyś służby z powodu błahostki.

Chrząknął z rozbawieniem.

– Zdaje się, że plany były oczywiste, chociaż niewielu zna szczegóły. Pora je ogłosić, gdy wtajemniczę najbardziej zainteresowaną osobę. – Ujął dłoń córki i poklepał.

– A zatem kogo mam poślubić?

Z uśmiechem rozmyślnie przeciągał tę chwilę.

– Będziesz miała godziwy dochód i piękny dom, niczego ci nie zabraknie. Pojedziesz do przyszłego męża w chwale należnej przyszłej królowej. Będziesz opływać w majątek i wszelkie wygody. Nikt nie powie, że skrzywdziłem swoją córkę.

A więc dobito targu, sprawy zaszły już tak daleko. Poczuła ucisk w żołądku na myśl, że informuje ją o tym w sposób tak nonszalancki.

– Dokąd mam jechać? – spytała z ostrą nutą w głosie. – I kogo mam poślubić… Powiedz!

Ojciec rozpromienił się, a ona zadrżała.

– Wyjdziesz za syna człowieka, który niebawem zostanie najpotężniejszym królem chrześcijańskiego świata.

Wpatrywała się w niego, mrugając powiekami, i próbowała dociec, o kim mowa.

– Fulko z Andegawenii ma poślubić księżniczkę Melisandę i zostać królem Jerozolimy. Gdy wyjedzie do Outremer, jego syn zyska tytuł hrabiego Andegawenii. To wspaniały młodzieniec i da ci silnych synów, a przy tym umocni nasze granice i powściągnie ambicje Franków.

Otaczająca zieleń i kwiaty zatraciły ostrość.

– Godfryd z Andegawenii – oznajmiła z niedowierzaniem. – Chcesz, abym poślubiła Godfryda z Andegawenii? – Ogarnęły ją mdłości.

Błysk zniknął z jego oczu i zostało tylko twarde spojrzenie.

– Oczekuję, że będziesz posłuszna i godnie przyjmiesz oświadczyny.

Przełknęła ślinę, nie mogąc uwierzyć, że domaga się tego od niej.

– Przecież to jeszcze dziecko. – Skrzywiła się z odrazą. – Mam poślubić chłopca, syna pospolitego hrabiego? Tak nisko mnie cenisz?

Jego twarz pociemniała.

– Zważ na słowa. Roli Andegawenii dla bezpieczeństwa naszych ziem nie sposób przecenić. Młodość Godfryda to jego atut. Wkrótce stanie się mężczyzną.

– Ale teraz to wciąż młokos… trzynastoletni.

– Prawie czternastoletni. Kiedy się spotkacie, osiągnie już wiek odpowiedni do ślubu.

Wstała.

– Nie rób mi tego.

– To twoja powinność, córko. – On również wstał; była wysoka, ich oczy znalazły się na jednej wysokości. – Zrobisz, jak mówię. W przeciwnym razie, jaki miałbym z ciebie pożytek? Mogłem zostawić cię w niemieckim klasztorze. Lepszej partii nie znajdziesz. Chłopak się nie liczy, byle dał ci swoje nasienie, żebyś powiła synów. A wówczas nie widzę przeszkód, abyś żyła własnym życiem.

Matylda omal się nie udławiła. Dla niej liczyło się tylko to, że kazano jej zostać żoną chłopca w tym samym wieku co pryszczaty młodzian, który opróżniał nocniki; czuła się tak, jakby ojciec zbezcześcił ją łajnem.

– Byłam cesarzową, a ty mnie tak znieważasz – wypluła. – Odmawiam. – Wściekłość przeszyła ją jak zawsze, gdy była przerażona lub przyparta do muru. – Nic dziwnego, żeś nie podjął tego tematu w obecności baronów!

– Moi najbliżsi doradcy uważają, że to słuszna decyzja – wycedził przez zęby.

– Twoi najbliżsi doradcy mają myśleć jak ty i przyznawać ci rację – burknęła. – Jeśli tak zależy ci na ogierze, z pewnością znajdą się lepsi od Godfryda z Andegawenii. Głupotą jest odsyłać mnie tam i pozostawiać innym otwartą furtkę, wielu wyciągało ręce po twoją koronę, a nigdy nie miałam cię za głupca. Aż do dziś.

 

– Na Boga, nie zamierzam tolerować nieposłuszeństwa – wykrztusił i potrząsnął laską przed jej nosem. – Porachuję ci kości i odzyskasz rozum, słyszałaś? Na kolana, i błagaj o wybaczenie twego ojca i pana. Nie będę znosił takiego zachowania ze strony poddanych ani własnego dziecka, które ma świecić przykładem!

Łzy zapiekły Matyldę pod powiekami, ale się opanowała i dalej spoglądała mu prosto w twarz.

– A jak przysłuży się państwu wydanie mnie za andegaweńskiego smarkacza?

Uderzył ją w twarz wierzchem dłoni, aż rozległ się głośny trzask. Spłoszone wróble zerwały się do lotu.

– Idź! – warknął. – Zejdź mi z oczu i proś Boga o zmiłowanie. Jutro wrócimy do tej rozmowy i klnę się na wszystkie świętości, że pożałujesz, jeśli nie udzielisz mi innej odpowiedzi.

Matylda odwróciła się bez ukłonu i odeszła z wysoko uniesioną głową. Policzek zdrętwiał jej od uderzenia, ale czuła krew w ustach tam, gdzie przygryzła wargi od środka. W jej głowie zapanował mętlik. Jako dziewczynka nie chciała jechać na ślub do Niemiec, lecz była wówczas mała i bezsilna. Dziś, choć dorosła, siły nie miała za grosz, bo jakąż siłę ma kobieta prócz tej, którą łaskawie zapewni jej mężczyzna?

Wkraczając do katedry, czuła się jak ruchomy posąg, gdyż obróciła się w kamień. Jak mógł? Jak mógł! Jak zdoła to znieść? Legła przed ołtarzem, próbując się uspokoić i rozważyć decyzję ojca, jak na posłuszną córkę przystało, lecz nie znajdowała w sobie uległości, tylko rozpacz i furię tak wielką, że targały całą jej istotą. Ma poślubić chłopca niemal o połowę młodszego od siebie. Każdy człowiek o zdrowych zmysłach musiał widzieć, że to niedorzeczny zamysł. Ojciec twierdzi, że krąg jego najbliższych doradców temu przyklasnął, co oznacza przynajmniej jej brata Roberta i Briana FitzCounta. Została zdradzona. Miała o nich lepsze zdanie, lecz najwidoczniej i oni widzą w niej kobietę, którą można pomiatać. Ma rodzić dziedziców. Temu… temu chłopcu! Młokos pewnie spuchł z dumy, że dostąpił takiego zaszczytu.

Wpatrzona w rozkołysane płomienie świec na ołtarzu, powróciła myślami do Heinricha. Gdyby żył, byłaby bezpieczna i poważana. On nigdy nie potraktowałby jej w ten sposób. Ale teraz nie ma przy niej nikogo. Obroniłaby się sama, ale jak? Znikąd pomocy. Został jej tylko Bóg, lecz i On chyba ją opuścił. Gdyby okazał litość i darował życie jej synkowi, miałaby cel oraz miejsce w życiu. Byłaby siłą za tronem zmarłego męża, a nie pionkiem miotanym przez burzę.

Po powrocie do zamku udała się do komnaty i poprosiła dwórki o pościelenie łoża; oznajmiła, że uda się na spoczynek i nie zejdzie na kolację w wielkiej sali.

– Źle się czujesz, pani? – zapytała Uli.

– Owszem – odburknęła Matylda. – Mam chorą duszę. Zostawcie mnie wszystkie. Zawołam was w razie potrzeby.

– Pani…

– Idźcie! – krzyknęła. Usłyszała, jak drzwi się zamykają, po czym legła na łożu, odwrócona plecami do ściany.

Obudziła ją rozmowa Adelajdy z pokojówkami oraz smakowite zapachy. Po chwili kotary się rozsunęły i Adelajda stanęła między nimi z tacą, na której widniały miska z parującym rosołem, mały bochenek chleba oraz porcja kurczaka w glazurze z szafranu. Pokojówki krzątały się po komnacie, zapalały świece i zatrzaskiwały okiennice, za którymi ścielił się lawendowy, wiosenny zmierzch. Kiedy Matylda usiadła, Adelajda postawiła tacę na kufrze. Przyniosła też złożoną serwetkę i miseczkę pachnącej wody do obmycia rąk.

– Przykro mi słyszeć, że niedomagasz – rzekła ściszonym tonem.

– Ojciec cię przysłał? – syknęła Matylda.

Adelajda skarciła ją wzrokiem.

– Oczywiście, że nie. Na wieść, że idę z tobą pomówić i zanieść ci strawę, uniósł się gniewem. – Popatrzyła wymownie na pasierbicę. – Oznajmił, że nie zasługujesz, aby jeść, i głodówka pomoże ci odzyskać rozum, ale ustąpił, gdy nalegałam.

Matylda spojrzała ze złością na miłą dla oka zawartość tacy.

– Wolę głodować – oświadczyła. – I nie jestem głodna.

– Nie wierzę! – obruszyła się Adelajda. – Apetyt ci dopisuje i musisz mieć siłę.

Matylda nadal spoglądała spode łba. Naprawdę nie miała ochoty na jedzenie, ale mogła chociaż przeciwstawić się ojcu, skoro nie chciał, aby Adelajda ją nakarmiła.

– Masz rację, pewnie muszę – rzekła i sięgnęła po pieczywo.

Adelajda nalała im obu wina i przysiadła na skraju łoża.

– Zadaj sobie pytanie, co ci z tego przyjdzie. Do czego doprowadzi cię sprzeciwianie się ojcu?

Matylda połamała chleb na małe kawałki.

– A zatem przyznajesz mu rację. – Zerknęła na macochę z rozgoryczeniem. – Trzymasz jego stronę, jak wszyscy?

Adelajda potrząsnęła głową.

– Troskam się o was oboje. Wiem, jakie to dla ciebie trudne. Straciłaś dobrego męża i pozycję w sercu cesarskiego dworu. Musisz wszelako patrzeć w przyszłość i myślami wybiegać naprzód. Proszę, napij się na pocieszenie.

Matylda odsunęła kielich, aż wino chlusnęło poza krawędź.

– Myślisz, że znajdę pociechę w winie? Czy to powinnam zrobić? – Zaśmiała się wzgardliwie. – Pić, żeby zapomnieć?

Adelajda wytarła wino serwetką i spojrzała z żalem na czerwoną plamę.

– Myślę, że znajdziesz otuchę w Kościele, a z czasem w dzieciach.

– Być może odnajdę siłę w Bogu, ale nie otuchę, zwłaszcza u Jego ziemskich sług – burknęła Matylda, czując satysfakcję i poczucie winy, kiedy młoda macocha aż się wzdrygnęła. – Co do dzieci, nie doczekałam się tej pociechy w czasie małżeństwa z Heinrichem, tobie też nie zostało to dane. Mam się łudzić nadzieją, że zostanę matką? – Jej głos prawie się załamał. – Urodziłam Henrykowi dziecko i pochowałam je tego samego dnia.

– Bardzo mi przykro. – W oczach Adelajdy pojawił się smutek. Ze współczuciem wyciągnęła rękę, ale Matylda się cofnęła. Adelajda opuściła ramię i wygładziła pościel, aż nie została na niej ani jedna zmarszczka. – Może mężczyzna ma lepsze nasienie – podjęła z wahaniem – dopóki jest młody… – Oblała się rumieńcem. – Złego słowa nie powiem o twoim pierwszym mężu ani ojcu, powiadam ci jednak jak kobieta kobiecie, że może tym razem masz większe szanse.

Matylda posłała jej przeciągłe spojrzenie.

– Zamieniłabyś się ze mną?

Twarz Adelajdy stała się purpurowa.

– Rozważyłabym swoją powinność względem tych, którzy tego ode mnie oczekują. Myślałabym o tym, ile to może przynieść dobrego. Że urodzę dzieci i pokocham młodego męża, gdy stanie się mężczyzną. Dzieląca nas różnica wieku zatarłaby się wkrótce i straciła znaczenie. – Zacisnęła usta. – Człowiek uczy się żyć z tym, czego nie może zmienić, i szuka sposobów, aby podziękować Bogu za to, co zostało mu dane. Cóż innego ci pozostaje? Ojciec nie zmieni zdania, gdy raz coś postanowił. Jeśli odmówisz, uczyni swoim następcą jednego z twoich kuzynów z Blois, a ciebie wyśle do klasztoru. Nie po to wracałaś z Niemiec do domu. Wolałabyś zostać mniszką?

Matylda zamrugała, żeby powstrzymać łzy, wściekła na siebie, że płacze.

– Chociaż raz – wychrypiała – chociaż raz ujrzałby we mnie człowieka, ale ja zawsze będę dla niego tylko narzędziem.

– O nie, nigdy tak nie myśl! – Adelajda zmartwiała. – Jest z ciebie dumny, bardzo dumny, dlatego tak się uparł. Wie, na co cię stać, i dlatego pragnie dla ciebie jak najlepiej.

– Jak najlepiej. – Matylda zaśmiała się zjadliwie. – Godfryd z Andegawenii ma być tym, co dla mnie najlepsze? Boże uchowaj mnie przed najgorszym!

– Posłuchaj – rzekła Adelajda cierpliwie. – Wiem, żeś nie spodziewała się tych zaślubin, lecz wszystko się ułoży, zobaczysz. – Nachyliwszy się, ucałowała Matyldę w policzek. – Zostawię cię, żebyś to sobie przemyślała.

– Chciałaś powiedzieć: żeby ojciec się nie zastanawiał, dlaczego zniknęłaś na tak długo?

– Król ma dziś na głowie inne sprawy. – Adelajda zesztywniała, starannie dobierając słowa, i Matylda zrozumiała, że ojciec jest pochłonięty jedną ze swych nadwornych konkubin: pewnie ujeżdża ją bez litości jak konia na polowaniu, kiedy jest wściekły. – Nie mam nic więcej do dodania. Teraz musisz rozważyć to sama.