Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Adelajda po cichu weszła za nią i zleciła służkom to co zawsze: aby pościeliły łóżka, ogrzały pościel gorącymi kamieniami zawiniętymi w szmatki oraz przygotowały tacę z winem i miodowymi ciasteczkami.

– Zwą kobiety słabymi trzcinami – zaśmiała się Matylda. – Ale to nieprawda, gdyż jak inaczej zniosłybyśmy brzemię obowiązków, którymi obarczają nas mężczyźni?

Adelajda potrząsnęła głową.

– Jesteś mężna. Ja bym tak nie umiała.

– Ależ tak, gdybyś musiała. – Matylda utkwiła w młodej macosze zawzięte spojrzenie.

Adelajda machnęła ręką.

– To do mnie nie pasuje, a w tobie gorzeje płomień.

– Robię to dla ojca.

– Dla siebie chyba również.

Matylda podeszła do szkatułki z drobiazgami i wyjęła z niej zdobiony słoiczek z kości słoniowej z różaną maścią. Zdjęła wieczko i wciągnęła w nozdrza delikatną woń letnich płatków. Owszem, pragnęła rządzić we własnym imieniu, ale to trudne, kiedy silną kobietę podejrzewa się o męskie skłonności i sprzeniewierzanie się prawom natury.

– Mylę się co do biskupa Salisbury? – zapytała.

Adelajda usiadła na łożu.

– Jest od dawna jednym z najbliższych doradców twojego ojca – odrzekła dyplomatycznie. – Czegokolwiek się dotknie, zamienia w złoto.

– A ile z tego zatrzymuje dla siebie? Ile zabiera na utrzymanie kochanek i dzieci, zamków i posiadłości? Ile na przekupienie ludzi?

– Przypuszczam, że tylko Roger z Salisbury zna dokładne sumy, a one ciągle się zmieniają, lecz dopóki królewski skarbiec jest wypełniony po brzegi, dopóty może sobie na to pozwolić. Uważaj, by go nie zrazić – ostrzegła Adelajda. – Może wyrządzić ci wiele szkody, jak i wiele dobrego.

– Rolą biskupa jest służyć Bogu i królowi, a nie własnym interesom – zaoponowała Matylda. – Ale dziękuję za radę. – Nabrała maść czubkiem palca i wsmarowała ją w dłonie. Jeśli ma w swoim czasie rządzić Anglią, będzie potrzebowała wsparcia i dobrej woli Kościoła, a prałatów pokroju Rogera z Salisbury trzeba przekabacić na swoją stronę albo wskazać im miejsce w szeregu.

Rankiem dwór szykował się do podróży z Reading do Wind­soru. Czekając, aż koniuszy przyprowadzi jej klacz, Matylda obserwowała spod zmrużonych powiek biskupa Salisbury, który stał na drugim końcu dziedzińca w otoczeniu swojego orszaku, pochłonięty rozmową z jej kuzynem Stefanem. Biskup Roger był niski i przysadzisty, ale suto zdobiony strój przydawał mu rozmiarów i prezencji. Pokryta emalią z Limoges głowica pastorału połyskiwała niebiesko, szaty zaś lśniły od metalicznych nici, za ich sprawą biskup przywodził na myśl mroźny poranek o świcie. Jego biały wierzchowiec miał na sobie migoczącą uprząż, a czaprak z frędzlami sięgał prawie do samej ziemi. Matylda zamieniła z nim kilka słów po przyjściu na dziedziniec, ale ich rozmowa, choć uprzejma, trwała zaledwie chwilę, z obydwu stron wiało chłodem. Nie omieszkała zauważyć, że dobry biskup jest serdeczniej usposobiony względem jej kuzyna Stefana.

Stajenny Briana FitzCounta przyprowadził Hebana, po czym zjawił się Brian i chwycił uzdę. Gdy podchodził wraz z koniem do Matyldy, spojrzenie jego ciemnych oczu powędrowało w stronę biskupa i Stefana.

– Pani, uznałem, że chciałabyś wiedzieć, iż ojciec twój oddał Walerana z Meulan pod moją pieczę i mam go przewieźć do Wallingford, tak jak uzgodniliśmy.

Jan FitzGilbert, jeden z koniuszych, przyprowadził jej klacz. Brian podsadził Matyldę, po czym sam dosiadł Hebana.

– Słyszałam pogłoski – rzekła, ujmując wodze – jakoby mój ojciec obdarzył Rogera przywilejami, gdyż odprawiał on mszę szybciej niż wszyscy znani mu kapłani, co było jak znalazł, gdy spowiadano rycerzy przed walką.

Brian uśmiechnął się złośliwie.

– Roger z Salisbury to zaiste człek rzutki, ale to nie wszystko. Jest też niebywale prężnym administratorem, możliwe, że na własną szkodę, ale czas pokaże.

– Królowa wspomniała, że czegokolwiek się dotknie, zamienia w złoto. Wnosząc z jego wyglądu, to wielce prawdopodobne.

– Nie jest jedynym kapłanem o wysmakowanym guście. Wystarczy spojrzeć na twojego kuzyna, opata Glastonbury.

Matylda podążyła za jego wzrokiem ku innemu brodatemu duchownemu, który właśnie wkładał stopę w strzemię na grzbiecie cudnego jabłkowitego ogiera z misterną uprzężą z czarnej skóry wysadzanej srebrnymi nitami w kształcie słońc. Brat Stefana, jej kuzyn Henryk, został niedawno wezwany z Cluny i otrzymał stanowisko w Glastonbury, ale ostrzył sobie zęby na biskupstwo – zapewne Glastonbury.

– Owszem. – Odwzajemniła wymowne spojrzenie Briana. – Zauważyłam.

5

Zamek Wallingford, Oxfordshire, październik 1126

Kiedy Brian dotarł do swojej wielkiej warowni w Wallingford, zimna, jesienna ulewa trzęsła brzegami Tamizy i wypełniała koleiny błotnistą wodą. Niedawno wzniesiony kamienny donżon na wzgórzu dowodził władzy właściciela, podobnie jak fosa, mury i palisady, śliskie od deszczu. Brian zauważył, że pod jego nieobecność inżynierowie i budowniczy poczynili latem znaczne postępy. Mówiono, że Wallingford jest do zdobycia, i Brian był niemal skłonny im uwierzyć.

Gdy stajenny przyszedł po wierzchowca, zjawiła się żona, by powitać Briana.

– Mój panie. – Zgięła kolano w krótkim ukłonie.

– Pani. – Zmusił się do uśmiechu. Spod czepka sterczały kosmyki siwych włosów i miała na sobie codzienną suknię z odwiniętymi rękawami, a na jej bujnej piersi widniały strzępki psiej sierści. Gromada psów kłębiła się pod nogami pani, grożąc upadkiem każdemu, kto ośmielił się zbliżyć. Brian zacisnął zęby. Dowiedziała się o jego przybyciu zawczasu, lecz wiedział z doświadczenia, że Maude nieskora jest się przebierać i sama by na to nie wpadła, chyba że na czyjąś wyraźną prośbę. Jednakże w komnacie zastał dzban wina na stole przykrytym płótnem, a także świeże pieczywo i wyśmienite sery. Przygotowano mu również ciepłą wodę do mycia i czystą odzież. Maude była dobrą gospodynią, lecz gdy chodziło o nią samą, mocno stąpała po ziemi i nie traciła czasu na ceregiele.

– Zdziwiło mnie twoje przybycie – rzekła neutralnym tonem, kiedy schylił się, aby obmyć ręce i twarz. – Pewnie niedługo zabawisz w domu.

– Kilka dni – przyznał, osuszając twarz. – Do końca tygodnia muszę być z powrotem we dworze. – Spuścił wzrok. Jeden z psów chwycił zębami tasiemkę i szarpał ją z zawziętym warkotem. Brian schylił się i go podniósł, ręką podtrzymując mu brzuch. Piesek obnażył zęby i szczeknął. Prawie nie było mu widać oczu spod jedwabistej, białej grzywki.

– Jest jeszcze mały. – W głosie Maude pojawiła się czułość. – I nie umie się zachować, prawda, Draniu?

– Draniu? – Maude zawsze miała przy sobie psa o tym imieniu. Jeśli ten szczeniak jest nowym „Draniem”, stary musiał opuścić ziemski padół.

– Straciłam jego pradziada wiosną, kiedy byłeś w Normandii. – W jej głosie nie było wyrzutu z powodu jego długiej nieobecności, jedynie stoicka rezygnacja.

– Przykro mi.

Wzruszyła ramionami.

– Był kompletnie ślepy i głuchy, mówi się trudno. – Odebrała mu szczeniaka i przytuliła do piersi.

– Czy wszystko w porządku?

– Nie zdarzyło się nic, z czym nie poradziłabym sobie sama lub z pomocą twojego rządcy i namiestników. Napisałabym w razie problemów.

Przytaknął. Rozmawiali jak dwoje uprzejmych nieznajomych. Byli małżeństwem od dziewiętnastu lat i nic ich nie łączyło. Los nie obdarzył ich nawet potomstwem, które by ich związało, i raczej tak miało pozostać, ponieważ Maude była prawie dwadzieścia lat starsza od niego i dawno wkroczyła już w wiek średni. Kiedy wracał do domu, podejmowała kolejne próby spłodzenia potomka, równie ochoczo jak rozmnażała psy, krowy i owce, lecz jej życie płynęło w Wallingford, a jego na królewskim dworze, i rzadko wchodzili sobie w drogę.

– Pozostaje tylko kwestia kościoła w Ogbourne – dodała. – Chciałabym oddać go mnichom z Bec. – Postawiła wiercącego się psa na podłodze.

– To dobry pomysł – odpowiedział, zmieniając grubą tunikę podróżną na kaftan z delikatniejszej wełny. – Cesarzowa się ucieszy, Bec to jej ulubione opactwo. – Mówiąc o Matyldzie, poczuł ciepło w sercu.

Maude spojrzała na niego z ukosa i skrzyżowała serce na piersi.

– Jaka ona jest?

– To nieodrodna córka swego ojca – odparł. – Nie toleruje niekompetencji. Jest dostojna i wytworna, zasługuje na swoje miano. – Nie było sensu wspominać o jej wigorze, błyskotliwości i urodzie, gdyż Maude i tak by tego nie zrozumiała, poza tym pragnął zachować te opisy dla siebie, jak skarb, do którego tylko on jeden miał dostęp.

– Czy król uczyni ją swoją następczynią? Prawdopodobnie tak – ciągnęła, nie czekając na odpowiedź. – Ma dosyć córek z nieprawego łoża, które złapią wpływowych mężów. Dla niej przewidział coś lepszego, w przeciwnym razie po cóż ściągałby ją z Niemiec?

Brian kiwnął głową. Jego żona miała głowę na karku. Może brakowało jej obycia, ale była rezolutna.

– To jedna z wielu możliwości – odrzekł. – Jeszcze nic nie jest przesądzone.

– Będzie oczekiwał, że urodzi synów… – Przy ostatnich dwóch słowach głos Maude nabrał mocy, twarz miała zaciętą.

Brian wykręcił się, nim rozpoczęła długi, jednostajny monolog na temat rodowodów; wzywały go pilne sprawy. Jego rządca, Wilhelm Boterel, zdał mu sprawozdanie z postępów budowy. Obejrzał suszony dąb dostarczony do umocnienia wrót zamkowych i dokonał przeglądu spichrzów, omówił też kwestię zgromadzenia zapasów oraz konieczność wyznaczenia bezpiecznego lokum dla Walerana z Meulan, który jako pilnie strzeżony „gość” nie mógł przebywać w lochu. Zajrzał do garnizonu i porozmawiał z żołnierzami, po czym udał się do własnej komnaty, gdzie dumał nad różnymi rozwiązaniami aż do kolacji. Przez cały ten czas ani razu nie pomyślał o żonie.

 

Gdy spotkali się w wielkiej sali, Maude miała na sobie czystą suknię z zielonej wełny i lniany czepek w stylu angielskim, okalający szerokie, okrągłe lico. Jej policzki, czoło oraz podbródek poróżowiały, jakby solidnie je wyszorowała. W trakcie posiłku złożonego z sarniny z kaszą i grzybami opowiadała mu ze szczegółami o swojej codziennej egzystencji. Słowa wpadały mu jednym uchem i wypadały drugim; starał się uważać je za kojące, miast nudne jak flaki z olejem. Maude była zacną kobietą i gdyby nie to małżeństwo, byłby nędzarzem. Dbała o gospodarstwo i zapewniała wytchnienie od brutalnego środowiska dworu. Życie tu było przewidywalne, mocno osadzone w rzeczywistości; nie musiał ważyć każdego słowa. Wspomniał jej o Waleranie, który miał zostać w Wallingford do czasu, aż król uzna za stosowne go uwolnić.

– Wilhelm ma dopilnować, aby wstawiono odpowiednie drzwi z zamkami i ryglami. Waleran ma pozostać w areszcie domowym, póki król nie zdecyduje inaczej.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale bez lęku.

– Jaka szkoda – powiedziała. – Dlaczego mężczyźni skaczą sobie do oczu o sprawy, które nie mają znaczenia? Kiedy kury przestają się nieść lub zaraza dotyka owce, to znacznie większy problem aniżeli to, kto zasiada na tronie. Pamiętam Walerana z Meulan z czasów, gdy był jeszcze głupim chłopcem, który miał mleko pod nosem.

– Teraz jest głupim mężczyzną – skwitował Brian. – Zachciało mu się buntu, więc dostał za swoje.

Maude cmoknęła i potrząsając głową, podała Draniowi skrawek mięsa pod stołem.

Gdy zapadł wieczór, nachyliła się ku mężowi i położyła mu na ramieniu krzepką dłoń karczmarki.

– Przyjdziesz do łoża, mężu? – Jej głos nie był uwodzicielski; wypowiedziana dyskretnym szeptem prośba miała czysto pragmatyczny charakter.

– Tak, za chwilę – odrzekł ze ściśniętym sercem. – Muszę jeszcze coś skończyć.

– Dobrze, poczekam w takim razie. Tymczasem wyprowadzę psy. – Zanim wyszła, przywołała swoich czworonożnych podopiecznych i poprosiła służącą o podanie płaszcza.

Brian udał się do swojej komnaty. Siadł na krześle i pomasował skronie, które z wolna począł mu rozsadzać ból głowy. Miał za sobą długi dzień. W końcu sięgnął po pióro, przysunął pergamin i napisał do opata z Bec, a następnie do biskupa Bath. Ruch pióra go uspokoił, podobnie jak myśli przepływające przez głowę. Czasami się zastanawiał, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby ojciec poświęcił go Kościołowi zamiast oddać na wychowanie na dwór królewski. Czy byłoby mu trudno dotrzymać ślubów? Możliwe, lecz wielu duchownych urządzało sobie z nich kpinę i żyło w dostatku wśród potomstwa i kochanek – dość wspomnieć Rogera z Salisbury, jego zamek w Devizes oraz pałac w Salisbury.

Skończywszy pracę, poszedł otworzyć okiennice i wyjrzał. Usłyszał Maude nawołującą psy rześkim, głębokim głosem. Byłaby dobrą matką synów, pomyślał w przypływie melancholii. Chociaż go irytowała, przyjmował do wiadomości, że ona też nie wybrałaby go, gdyby decyzja należała do niej, ponieważ nie spełniał jej oczekiwań, tak samo jak ona nie spełniała jego.

Maude wyczekująco spojrzała na Briana, po wieczornej przechadzce wciąż miała zaróżowione policzki. Służący pościelili wielkie łoże i wyszli, zabierając ze sobą sforę.

– Jeżeli teraz nie doczekamy się dziedzica, będzie za późno – oznajmiła. – Moje krwawienia prawie już ustały, a ty wracasz na dwór za niespełna tydzień. – Wysunęła mięsisty podbródek. – Mam prawo domagać się od ciebie spełnienia obowiązku małżeńskiego. Wiem, że mnie nie pragniesz, lecz tu nie chodzi o żądzę, tylko prokreację.

Brian przygryzł wargę. Gdyby sytuacja nie była taka zatrważająca, parsknąłby śmiechem. Nie widział w tym jednakże nic zabawnego, gdyż musiał spełnić ten obowiązek, inaczej naruszyłby przysięgę małżeńską. Maude zdjęła suknię i czepek. Niechętnie ściągnął tunikę i koszulę, lecz to ona pierwsza do niego podeszła. Stanęła przed nim w prostej, ale czystej koszulce. Woń mydła ługowego mieszała się ze świeżym zapachem potu po niedawnym spacerze. Maude potarła ręce, żeby je ogrzać, po czym bez zbędnych ceregieli rozwiązała rzemyki jego spodni, nachyliła się i poczęła go pieścić. Brian przymknął oczy. Nie był ogierem w ciągłej gotowości. W życiu nie czuł się mniej roznamiętniony i wiedział, jaki jest wiotki mimo jej zabiegów, z każdą chwilą coraz bardziej natarczywych.

– Daj mi chwilę – mruknął i ją odsunął. – Idź się położyć.

Z westchnieniem uczyniła, o co poprosił, i legła na plecach, po czym zadarła nocną koszulę i rozłożyła nogi. Brian w pośpiechu zdmuchnął świecę i położył się obok. Po ciemku będzie lepiej, wmawiał sobie, łatwiej udawać. Oddalił myśl o zwiotczałej skórze Maude, wyparł zapach ługu i potu. Próbował nie zważać na to, jak stęknęła, gdy opadł na nią, i wyobraził sobie gibkie, jędrne ciało przesycone wonią róż i kadzidła, szaroniebieskie oczy w odcieniu lawendy oraz usta, które doprowadzały go do szaleństwa. Mając w głowie takie obrazy, poczuł się na siłach spełnić swoją powinność, wejść w nią i oddać nasienie. Wtedy łatwiej mógł wyobrazić sobie, że to nie Maude, ale Matylda, sam akt zaś ma na celu nie tylko prokreację, lecz stanowi dowód miłości.

Po wszystkim zsunął się z niej i usiadł, żebra mu falowały. Ogarnął go ponury nastrój, ale przynajmniej dał jej to, czego chciała.

– No już, już. – Poklepała go po plecach jak konia lub psa, który dobrze się spisał. – To nie było takie trudne, prawda?

– Nie było – odpowiedział z myślą, że podobnie jak jemu kamień spadł z serca, iż ma to już za sobą, ona też mogła skreślić ten punkt z listy spraw do załatwienia podczas jego pobytu. Cofnęła rękę i odwróciła się na bok, po czym szybko zapadła w głęboki sen, pochrapując cicho. Brian bezszelestnie ubrał się w ciemności i wymknął. Gdy otworzył drzwi, poczuł, jak psy przebiegają obok i wskakują na łoże, zachęcone sennym pomrukiem Maude. Obudził pazia i kazał mu zapalić latarnię, a następnie odprowadzić się do komnaty. Niech Maude ma swoje psy, on znajdzie pociechę w słowie pisanym.

6

Pałac westminsterski, Londyn, grudzień 1126

Pochowają cię z palcami umazanymi inkaustem – rzekł do Briana Robert z Gloucester rozbawionym głosem.

Brian z zakłopotanym uśmiechem popatrzył na swoje dłonie i schował je pod płaszczem.

– Pewnie masz rację. Ślady schodzą, lecz nim pozbędę się jednych, dochodzą kolejne. – Spoważniał. – Bywają gorsze plamy na tym świecie. – Rozejrzał się wokół. Wielka sala Westminsteru była wypełniona po brzegi dworzanami w futrach i odświętnych strojach. Rankiem spadł śnieg i ziemia wyglądała jak obsypana mąką. Wiele mówiło się o hołdzie, który w myśl oczekiwań króla wszyscy mieli złożyć Matyldzie jako jego dziedziczce, i w powietrzu wisiało napięcie, chociaż nikt nie przyznawał na głos, że zamierza się wyłamać. Brian omiótł wzrokiem Stefana z Blois i Boulogne, pogrążonego w rozmowie ze swoim bratem, opatem Glastonbury, i Rogerem, biskupem Salisbury. Bystre oko Briana bez trudu wyłowiło prawidłowości w rozstawieniu zgromadzonych. Grupy mężczyzn. Odłamy powiązane ambicją i wspólnymi interesami. Wszyscy byli nitkami w rękach króla, który coś z nich utka – albo je spruje.

Zabrzmiały fanfary i klęczący tłum rozstąpił się przed koniuszymi Henryka, który przeszedł przez wielką salę i zasiadł na środkowym tronie spośród trzech ustawionych na podeście. Miał na głowie koronę wysadzaną klejnotami i towarzyszyła mu Adelajda, również w koronie i połyskliwej srebrnej szacie. Brian patrzył, jak Matylda podchodzi do trzeciego tronu po prawicy ojca. Na jej widok ścisnęło go w piersi. Miała na sobie dopasowaną suknię z krwistoczerwonej wełny ze złotym haftem pod szyją wzdłuż rąbka i mankietów oraz górą obszytą klejnocikami, które tworzyły kwiatowe wzory, a do tego płaszcz podbity gronostajem. Ona też miała na głowie koronę ze złotymi kwiatami i szafirami, a rozpuszczone włosy spływały jej na plecy ciemną kaskadą. Z jej rysów biła lodowata czystość i Brianowi aż dech zaparło na widok tak nieosiągalnej urody.

– Jesteśmy świadkami przybycia przyszłej królowej – cicho oznajmił Robert.

Ciarki przebiegły Brianowi po plecach. Matylda zasiadła na tronie z królewską godnością i wzrokiem utkwionym przed siebie; przyszło mu do głowy, że przypomina ożywioną postać z witraża, roziskrzoną i pełną świętości.

– Już jest cesarzową – odparł.

Złożono przysięgi, by umocnić jej rolę sukcesorki ojca. Najpierw arcybiskup Canterbury, potem Yorku, a po nich wszyscy biskupi angielskiej ziemi. Podszedł Roger z Salisbury i ugiął artretyczne kolano, podpierając się pastorałem, ale jego głos brzmiał dźwięcznie i donośnie. Brian i Robert wymienili znaczące spojrzenia. Roger z Salisbury był niezrównanym aktorem i dyplomatą. Matylda odpowiedziała mu z takim chłodem i wdziękiem, że Brianowi omal nie pękło serce. Zostanie wielką władczynią, jeżeli będzie jej to dane.

Stefan z Blois zacisnął pięści i się zawahał, gdy przyszła kolej na niego. Robert natychmiast powstał ze swego miejsca u stóp ojca i wystąpił naprzód, lecz Stefan oprzytomniał i stanęli przed Matyldą w tym samym momencie.

– Zdaje się, że teraz moja kolej, kuzynie – rzekł Stefan z uśmiechem, ale w jego oczach nie było serdeczności.

Robert uniósł brwi.

– Na jakiej podstawie tak twierdzisz… kuzynie?

– Czyż to nie oczywiste? – odpowiedział Stefan, wciąż z tym samym uśmiechem. – Moja matka była córką króla.

Brian wzdrygnął się w imieniu Roberta. Matka Gloucestera, podobnie jak jego własna, była konkubiną, toteż uwaga Stefana stanowiła niemal obelgę. Atmosfera natychmiast się zagęściła, lecz wówczas Robert cofnął się o krok i złożył głęboki ukłon.

– Słuszna uwaga, panie. Pierwszeństwo należy się tobie, chociaż to mój ojciec jest królem. Wszystkich raduje twoja gotowość oddania hołdu mojej siostrze cesarzowej.

Napięcie sięgnęło szczytu w wymianie wyzywających spojrzeń. Stefan pierwszy odwrócił wzrok i ukląkł przed Matyldą, po czym wsunął ręce pomiędzy jej dłonie i przysiągł, że poprze ją jako następczynię ojca. Nawet się nie zająknął, ale zęby miał zaciśnięte, a deklaracji zabrakło przekonania. Za to głos Roberta niósł się po całej sali, gdy ten ślubował lojalność i wierność. Kiedy przyszła kolej Briana, ukląkł jak podczas rady wrześniowej i zadeklarował oddanie każdą cząstką swojej istoty. W głos wlał przekonanie, skrzętnie ukrywając to, co czuł, zbyt wielu bowiem go obserwowało. W odpowiedzi posłała mu spojrzenie pełne aprobaty, a zarazem chłodu, zwłaszcza że stała, a on klęczał u jej stóp.

Po złożeniu hołdu wszyscy zasiedli do uczty. Podano jesiotra i faszerowanego łososia, pikantne klopsiki z porzeczkami, łabędzia oraz pawia, a także dziczyznę z przeróżnymi sosami i słodycze z miodem, wodą różaną oraz imbirem. Rozmowy bulgotały jak z wolna podgrzewany kocioł i napięcie nieco zelżało za sprawą napitku i strawy, chociaż wszyscy nadal mieli się na baczności.

Pod koniec uczty wybuchło zamieszanie i Brian ujrzał, jak Jan FitzGilbert, jeden z marszałków, prowadzi posłańca pod ścianą za stołami. Nowiny niecierpiące zwłoki, przeszło mu przez myśl. Henryk odebrał wiadomość z ręki posłańca, złamał pieczęć i zaczął czytać. Po chwili oblał się purpurą i spochmurniał niczym gradowa chmura. Wyszczerzył zniszczone zęby.

– Zdaje się, moi panowie, że musimy wypić za młodą parę. – Potoczył wzrokiem po sali, świdrując kolejne osoby. – Wilhelm Clito poślubił szwagierkę króla Francji i otrzymał ziemie Vexin na granicy z moimi. – Nie uniósł jednak kielicha, a jego głos nabrzmiał gniewem. – Ludwik uknuł to sobie, aby mi zaszkodzić. Bardzo proszę, lecz niech mu się nie zdaje, że udaremni plan namaszczenia mej córki na królową Anglii.

Brian poczuł, że wśród zgromadzonych znów zapanowało poruszenie. Wieści oznaczały, że pozycja Wilhelma Clito zagraża sukcesji w stopniu większym niż kiedykolwiek. Vexin ułatwi mu atak na Normandię. Wielu obecnych oddało hołd tylko ze strachu przed gniewem Henryka i równie dobrze mogą się wycofać, jeśli sytuacja obróci się na korzyść Clito. Powiedzieliby, że w razie wojny w Normandii nikt o zdrowych zmysłach nie ruszyłby do boju pod sztandarem kobiety. Takich uprzedzeń nie sposób wyplenić.