Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Wieża Rouen, jesień 1125

Wichura ustała i na uprzęży połyskiwały spokojne promienie słońca. Czerwona, jedwabna suknia Matyldy lśniła w jego blasku, podobnie jak gronostaje na jej płaszczu i wysadzany klejnotami diadem na białym welonie z jedwabiu. Mieszkańcy Rouen przybyli tłumnie, by zobaczyć jej wjazd do miasta, i gdy heroldzi obwieścili jej przybycie fanfarami i okrzykami, że nadjeżdża wdowa po niemieckim cesarzu, córka króla, kazała rycerzom hojnie rozdać jałmużnę i datki. Sunąc wzdłuż szpaleru wiwatującej gawiedzi, czuła triumf i dumę, a choć z godnością trzymała wysoko głowę, uśmiechała się też na tyle, na ile wypadało.

Heban, wierzchowiec Briana FitzCounta, kipiał energią, ale był dobrze ułożony. Sam FitzCount jechał na krępym kasztanku nieco zbyt małym jak na jego potrzeby, lecz jeździec zdawał się na to nie zważać. Po niedopatrzeniach dnia poprzedniego obyło się bez dalszych trudności i wszystko przebiegało według planu. Matylda nie była jeszcze skłonna w pełni mu zawierzyć, ale też nie spisała go na straty.

Gdy wjechali na teren książęcego pałacu na brzegu Sekwany, jej koń zastrzygł uszami i podskoczył w odpowiedzi na zdenerwowanie, które ją ogarnęło. Minęło blisko szesnaście lat, odkąd przebywała tu niedługo przed ślubem. Pośród okolicznych kamieni przemykały duchy przeszłości, jej wspomnienia.

Koniuszy pospieszył chwycić konia za uzdę, a Drogo zeskoczył z siodła, aby pomóc jej zsiąść, ale Brian FitzCount go ubiegł. Gdy ujmował jej dłonie, zauważyła, że plamy inkaustu wciąż znajdują się na swoim miejscu i przybyło kilka nowych: najwidoczniej jeszcze pracował, kiedy się pożegnali, co wzbudziło jej aprobatę. Myśl, że czuwa w ciemności, kiedy inni śpią, była niemal krzepiąca.

Podszedł wysoki, barczysty mężczyzna i serdecznie ją przywitał. Chwilę wpatrywała się w niego oszołomiona, po czym osłabła ze wzruszenia i przeszłość zlała się z teraźniejszością, gdy rozpoznała swojego starszego brata przyrodniego.

– Robert? – szepnęła, a następnie powtórzyła na cały głos: – Robert!

Ciemnoniebieskie oczy mu rozbłysły, kiedy chwycił jej ręce i ucałował ją w oba policzki, serdecznie, lecz z zachowaniem zasad etykiety.

– Siostro! Czy miałaś udaną podróż?

– Przeważnie. Moja klacz wczoraj okulała.

– Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem cię na Hebanie. – Zerknął na Briana. – Ufam, że zadbał o ciebie?

– Na ile potrafił – odrzekła z powagą.

Brian uniósł brwi, a Robert się zaśmiał.

– Brzmi złowrogo.

– Przybyłem spóźniony – wyjaśnił Brian. – Do tego wczorajsza wichura utrudniła nam rozbicie obozu, delikatnie mówiąc. Myślałem, że wywieje nas na koniec świata! – Skłonił się i poszedł dopilnować, aby bagaż Matyldy trafił do jej komnaty.

Robert spoważniał.

– Możesz mu zaufać. Ręczę za niego. Poza tym to jeden z najmądrzejszych ludzi w świcie twojego ojca.

– Trzymam cię za słowo – odpowiedziała z uśmiechem. Kiedy wyjeżdżała do Niemiec, Robert, dwanaście lat od niej starszy, był młodym mężczyzną, lecz natychmiast połączyła ich nić porozumienia. Matylda poczuła się tak, jakby otuliła się ulubionym płaszczem, który latami spoczywał w szafie, i od razu sobie przypomniała, jaki jest wygodny i ciepły.

– Mam nadzieję, że nie będziesz zbyt surowa dla Briana, czymkolwiek cię uraził.

– Niczym mnie nie uraził i ma pięknego wierzchowca. Po prostu nie lubię chaosu.

Kiedy ruszyli w stronę wejścia, przyrodni brat obrzucił ją współczującym spojrzeniem.

– Ogromnie mi przykro, że przybywasz tu w żałobie. Żałuję, że nie spotykamy się w weselszych okolicznościach.

– Zaiste, bardzo ci dziękuję. Boleję nad stratą męża, ale muszę patrzeć w przyszłość – odpowiedziała. – Bądź co bądź, po to tu jestem. Ojciec miał swoje powody, aby po mnie posłać.

Robert nie odpowiedział, lecz minę miał wymowną.

Drzwi do wielkiej sali stały otworem na jej przyjęcie, a na ziemi rozłożono czerwoną tkaninę obsypaną kwieciem. Po obu stronach czekali dworzanie, a kiedy ich mijała, klękali z donośnym szelestem ubrań i brzękiem biżuterii. Matylda minęła ich wolnym, dystyngowanym krokiem, cesarzowa w każdym calu, pokrzepiona podniosłą atmosferą i ceremoniałem.

Na podeście w naprzeciwległym końcu stały dwa zdobione trony. Jej ojciec siedział na większym, z wysadzaną klejnotami laską w prawej dłoni. Jego królowa, Adelajda, zajmowała drugi, odziana w suknię z migoczącego srebrnego jedwabiu, połyskującą perłami i ametystami. Matylda stanęła u stóp podestu i uklękła ze spuszczoną głową. Robert również przykląkł, ale krok za nią.

Usłyszała szmer ojcowskiej szaty, kiedy wstał, a potem ciche kroki, gdy schodził po schodkach.

– Najdroższa córko. – Pochyliwszy się, ujął jej dłonie, po czym ucałował ją w oba policzki i podniósł. – Witaj w domu.

Matylda spojrzała mu w twarz. Sześć lat pomnożyło i pogłębiło jego zmarszczki. Włosy mu się przerzedziły i jeszcze bardziej posiwiały, a worki pod oczami stały się bardziej wydatne, oczy jednak wciąż jaśniały tym samym niezłomnym blaskiem. Biła z nich serdeczność, a uśmiech Henryka był nieudawany.

– Panie – powiedziała, po czym odwróciła się do macochy, Adelajdy, młodszej od niej o rok, delikatnej i smukłej jak młoda łania. Dygnęła przed nią i się objęły.

– Jakże się cieszę, że tu jesteś, córko – powiedziała Adelajda.

– Moja matko. – Słowa raziły i z trudem przeszły jej przez gardło.

W oczach Adelajdy błysnęło rozbawienie; nie ulegało wątpliwości, że podziela jej zdanie.

– Pragnę być dla ciebie jak matka – rzekła. – Lecz nade wszystko mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółkami.

Ojciec oprowadził Matyldę po sali i przedstawił jej znamienitych dworzan. Nie wszyscy byli obecni, obowiązki zatrzymały kilku gdzie indziej, a część pozostała w Anglii, zjawiło się jednak wiele osobistości. Bigod, D’Albini, Aumale, Tosney, Martel, arcybiskup Rouen, opat z Bec, Tybald i Stefan, jej kuzyni z Blois. Ten ostatni piastował obecnie tytuł hrabiego Boulogne dzięki młodej żonie, hrabinie Matyldzie.

– Przykro mi z powodu twojej straty, kuzynko – powiedział. – Przyjmij moje kondolencje. – Mówił z powagą i na pozór szczerze, lecz Matylda miała się na baczności, bo rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają. Uwaga Stefana stanowiła jedynie błahy przejaw uprzejmości.

– Pamiętam cię jako dziewczynkę z długimi warkoczykami – dodał z uśmiechem.

Coś jej się przypomniało.

– Za które mnie ciągnąłeś – zauważyła oskarżycielskim tonem.

Zrobił urażoną minę.

– Tylko dla zabawy… nie chciałem ci dokuczyć. Twój brat Wilhelm też ciągnął cię za włosy.

Na wzmiankę o bracie Matyldy zapadła cisza – prawie jakby słowa Stefana wywołały sponiewierane przez morze zwłoki młodzieńca z odmętów opodal Barfleur.

– Świeć Panie nad jego duszą – dorzucił gładko Stefan. – Raduję się wspomnieniem naszych zabaw i często o nim myślę.

Matylda podejrzewała, że Stefan wytargałby ją za włosy przy pierwszej okazji i też nazwał to dziecięcą igraszką.

– Jesteś dla mnie wielką pociechą, siostrzeńcze – wtrącił Henryk, którego szarym oczom nigdy nic nie umknęło. – Wiem, że mogę polegać na twoim wsparciu, i liczę na nie również w imieniu córki.

– Jak najbardziej, panie. – Stefan się ukłonił, najpierw Henrykowi, a później Matyldzie.

Rozmowa zeszła na chwilę na sprawy Boulogne i tamtejsze postępy Stefana. Matylda odnotowała komitywę pomiędzy ojcem a Stefanem. Gesty tego drugiego dowodziły wielkiej pewności siebie i zaborczości; umiał zaciekawić Henryka i skłonić go do śmiechu. Wszyscy stojący nieopodal mężczyźni śmiali się wraz z nim, oprócz Roberta, czujnego i powściągliwego. Niska, pulchna żona Stefana spijała słowa z jego ust, a przy tym nieustannie toczyła wzrokiem i bacznie przysłuchiwała się rozmowom, strojąc przy tym skromne minki.

Matylda nie miała kuzynowi nic do zarzucenia, lecz na ile szczera jest jego postawa, a na ile udawana, tego jeszcze nie wiedziała.

Matylda rozejrzała się po swojej komnacie. Sprzęty oraz meble wysłane zawczasu już ustawiono: jej własne łoże z baldachimem i kotarami, przepyszne makaty z cesarskiej komnaty, lampy, świeczniki, kufry i skrzynie. Lekki bagaż, który sama przywiozła, również tam był i czekał na rozpakowanie. A gdy to się stanie, będzie mogła zamknąć drzwi i udać choć przez chwilę, że wróciła do Niemiec. Nagły przypływ tęsknoty za domem ścisnął ją w gardle.

– Liczę, że masz wszystko, czego potrzebujesz – rzekła z niepokojem Adelajda. – Chcę, żebyś czuła się jak w domu.

– Jesteś bardzo miła.

– Pamiętam, jak sama czułam się po przyjeździe z Louvain, w obcym otoczeniu. Widok znajomych przedmiotów znacznie poprawił mi humor.

Głos Adelajdy brzmiał jak srebrny dzwoneczek. Jej delikatność i aura niewinności upodabniały ją do dziecka, Matylda przypuszczała jednak, że małżonka ojca skrywa w zanadrzu o wiele więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

– Masz rację – powiedziała. – Jestem ci bardzo wdzięczna za troskę.

Adelajda odruchowo rozwarła ramiona i ją objęła.

– Będzie cudownie mieć krewną, do której można usta otworzyć.

Zdziwiona Matylda nie odwzajemniła uścisku, ale się nie odsunęła. Adelajda pachniała kwiatami. Matka nie używała pachnideł. Była surowa i chłodna, oddana nauce i bogobojna. Matylda nie przypominała sobie czułości ani pieszczot z jej strony. Każdy przejaw uczuć miał wymiar święta, toteż ów niespodziewany uścisk niemal wycisnął jej łzy z oczu.

Drzwi się otworzyły, powstał przeciąg i ojciec wparował do komnaty. Nie zważając na dygnięcia kobiet, stanął podparty pod boki i toczył krytycznym wzrokiem, chociaż musiał widzieć większość sprzętów, kiedy Adelajda meblowała sypialnię.

 

– Już się urządziłaś, córko? – Szorstki ton wymuszał odpowiedź twierdzącą. – Masz wszystko, czego potrzebujesz?

– Tak, panie, dziękuję.

Podszedł do ołtarzyka, który przywiozła, podniósł złoty krzyż stojący pośrodku, po czym zlustrował ze znawstwem klejnoty i misterną robotę. Następnie świecznik, również złoty, a także wizerunek Madonny z Dzieciątkiem, w złocie i lazurycie.

– Dobrze się zaprezentowałaś – pochwalił. – Byłem z ciebie zadowolony. – Przeniósł wzrok na podłużny, skórzany kuferek na stole obok ołtarza. – Czy to jest to, co myślę? – spytał z zachłannym błyskiem w oku.

Matylda dygnęła przed obrazem Najświętszej Panienki, a następnie sięgnęła po kluczyk spoczywający w złotym naczyniu na ołtarzu i otworzyła nim kuferek.

– Wyszłam za mąż w dniu Świętego Jakuba – oznajmiła. – Zawsze obchodziliśmy go z Heinrichem. To moja własność i mogę z nią zrobić, co uznam za stosowne. Zamierzam przekazać ją zgromadzeniu z Reading za dusze mego brata i matki. – W kuferku znajdowało się lewe przedramię wraz z dłonią w złoconej gablocie, ułożone na cokole wysadzanym drogimi kamieniami. Obleczono je w dopasowany rękaw z ozdobnym mankietem, a palec wskazujący i środkowy były uniesione w geście błogosławieństwa.

Ojciec wydał z siebie głębokie westchnienie.

– Ręka Świętego Jakuba – rzekł z nabożną czcią. – Dobrze się spisałaś, córko. – Nie próbował obejrzeć z bliska relikwii, gdyż nie godziło się tego czynić w świeckim otoczeniu, ale musnął złoto zaborczymi palcami. – Dostałaś od nich?

– Mąż przekazał mi relikwię przed śmiercią – odrzekła wymijająco.

Obrzucił ją bystrym spojrzeniem.

– Czy nowy cesarz o tym wie?

– Teraz już tak. Mam ją zwrócić?

Ojciec czym prędzej potrząsnął głową.

– Trzeba uszanować życzenie umierającego. Opactwo w Reading będzie uszczęśliwione takim darem od cesarzowej… i być może przyszłej królowej. – Łypnął znacząco.

Czekała, aż coś doda, lecz wycofał się z zagadkowym uśmiechem.

– Później wrócimy do tego tematu. Rozgość się najpierw.

Dygnęła, a on ucałował ją w czoło i wyszedł z komnaty pewnym, sprężystym krokiem.

Adelajda również dygnęła, ale została z Matyldą i też poszła zobaczyć relikwię.

– Czy posiada moc uzdrawiania?

– Podobno.

Macocha przygryzła wargę.

– Myślisz, że wyleczyłaby bezpłodną niewiastę?

– Tego nie wiem. – Matylda błagała świętego o wstawiennictwo i jej modlitwy zostały wysłuchane, lecz dziecko umarło wkrótce po narodzinach, a jeszcze za słabo znała Adelajdę, aby otworzyć przed nią serce.

Adelajda westchnęła.

– Zdaję sobie sprawę, że muszę przyjąć wolę Boga, ale to trudne, gdy wiem, że moim obowiązkiem jest począć dziecię.

Matyldę ogarnęło współczucie, gdyż sama doświadczyła czegoś podobnego: wyszła za mężczyznę starszego od siebie i ludzie spoglądali na nią z miesiąca na miesiąc w oczekiwaniu, aż się zaokrągli. Gdy mężczyzna miał już dzieci z innymi kobietami, presja była jeszcze większa.

– Zamierza uczynić cię swoją następczynią, musisz o tym wiedzieć.

Matylda przytaknęła.

– Wiem też, że nie jestem jedyną, którą ma na uwadze. Ojciec zawsze ma plan, plan awaryjny oraz jeszcze jeden, w razie gdyby dwa pierwsze spełzły na niczym. – Bacznie spojrzała na Adelajdę. – Szanuję go i znam swoją powinność, ale wiem przy tym, że mimo jego zapewnień o miłości jestem tylko pionkiem na jego szachownicy. Jak wszyscy pozostali.

– Jest wielkim królem – zaznaczyła Adelajda stanowczym tonem.

– Bez wątpienia – przyznała Matylda i przyszło jej do głowy, że ktokolwiek go zastąpi, będzie musiał być jeszcze większy, aby wypełnić pustkę po ostatnim synu Wilhelma Zdobywcy.

4

Port w Barfleur, Normandia, wrzesień 1126

Na widok powiększającej się rozpadliny między przystanią a pokładem, na którym stała, Matylda zadrżała i skuliła się pod płaszczem. Fale pluskały i napierały, zwieńczone białymi grzywami, dalej zaś, na otwartej przestrzeni, morze wzbierało szarą płachtą. Królewski okręt pruł wodę, wiatr wydymał kwadratowe żagle, a wymalowany na nich czerwony lew zdawał się ryczeć i prężyć łapy.

Ostatnio płynęła statkiem przez morze, gdy miała osiem lat. Siłą rzeczy pomyślała o tragicznej podróży brata, który wypłynął z tegoż portu i zakończył życie, nim na dobre je zaczął, kiedy statek rozbił się o skały i zatonął w czarnej listopadowej nocy. Teraz było jasno i okoliczności też się różniły, lecz umierała ze strachu, choć z władczą miną zadzierała podbródek.

Podszedł Brian FitzCount.

– Dotrzemy do Anglii przed zachodem słońca – oznajmił. – Jeśli wiatr nadal będzie nam sprzyjał.

– Na pewno przywykłeś do częstych rejsów, mój panie.

– Owszem, ale zawsze z chęcią schodzę na ląd. Przy takim wietrze podróż jest przyjemnością. – Uśmiech pojawił się w jego głosie. – Poza tym dzisiaj czuwa nad nami ręka Świętego Jakuba.

– Mam nadzieję, że ze mnie nie dworujesz.

– Gdzież bym śmiał, pani – odpowiedział i ciemne oczy mu rozbłysły.

Matylda bez słowa uniosła brwi. Od czasu ich pierwszego spotkania polubiła jego towarzystwo. Był filarem rady królewskiej i bliskim przyjacielem jej brata Roberta. Często siadała z nimi dwoma i pozostałymi, prowadząc rozmowy do późnej nocy na rozmaite tematy, począwszy od najlepszych sposobów na skórowanie zająca po niuanse polityki papieskiej oraz prawo i obyczaje angielskie, z którymi Brian był obeznany. Uwielbiała słuchać, jak toczy dyskusje.

– Oto kolejny etap twojej podróży, pani. – Brian spoważniał i tak usilnie się w nią wpatrywał, że spuściła wzrok, aby zawczasu zdławić iskrę, którą mógł skrzesać.

– Któż wie, dokąd mnie poniesie?

– Twój ojciec na pewno.

– Szkoda, że zachowuje to dla siebie. – Spojrzała na ojca, stojącego z grupą dworzan na drugim krańcu pokładu. Towarzyszyła mu w Rouen, gdy rządził i rozsądzał. Dopuszczał ją do udziału we wszystkim, lecz rzadko pytał o zdanie. W zeszłym miesiącu bez porozumienia z Matyldą odrzucił propozycje małżeństwa z Lombardii i Lotaryngii. Mieszkała na jego dworze prawie od roku, jednakże czas zdawał się zawieszony jak pajęczyna pomiędzy dwoma gałęziami, w oczekiwaniu, aż zawiśnie na niej coś prócz kurzu. Ojciec wezwał ją i nic z tym nie robił, jakby stanowiła cenny atut, który trzyma w odwodzie.

– Sprawy przyspieszą, gdy dotrzemy do Anglii.

Ton perswazji ją zirytował.

– Czyżbyś wiedział więcej niż ja?

– Pani, nie wiem nic prócz tego, że są tam ludzie, u których twój ojciec musi zasięgnąć rady. Na przykład twój wuj, król Dawid, a także biskup Salisbury.

Matylda posłała mu zniecierpliwione spojrzenie.

– I znów będą debatować mężczyźni. Jestem córką króla i baronowie ojca przyrzekli mi posłuszeństwo, ale wciąż nie mam ani prawa głosu, ani swego miejsca na ziemi.

– Kiedyś będziesz – odpowiedział cicho Brian. – Wykorzystasz ten czas, aby zebrać siły i przygotować grunt.

Odgłos torsji kazał im odwrócić głowy i ujrzeli pozieleniałego młodego szlachcica, który stał wychylony za burtę. Brian chrząknął.

– Wątpię, aby rzeczywiście był aż tak chory – mruknął. – Chyba że z bezsilnej złości.

Matylda przyjrzała się Waleranowi z Meulan, który wszczął nieudany bunt na rzecz poparcia jej kuzyna Wilhelma Clito i od dwóch lat przebywał w więzieniu w Normandii. Teraz zdjęto mu kajdany, gdyż nie miał jak uciec. Ojciec uznał, że nierozsądnie byłoby go zostawić, więc Waleran będzie dalej odsiadywał karę w Anglii, pod nadzorem justycjariusza, biskupa Salisbury. Jest synem jednego z najbardziej zaufanych sług ojca i ma brata bliźniaka, Roberta, który nie brał udziału w buncie. Matylda zdawała sobie sprawę, że przygotowanie gruntu wiązałoby się z oceną, co począć z takimi ludźmi z potężnych rodów, którzy woleli poprzeć Clito jako prawowitego władcę Anglii i Normandii. Waleran z Meulan wygląda może teraz na bezradnego niezgułę, lecz należało mieć się przed nim na baczności.

Zostawiła Briana i podeszła do Adelajdy, która siedziała na uboczu otulona w futra i podparta poduszkami. Jej twarz odcinała się bladym owalem na tle skór soboli i wiewiórek; przygryzała wargę. Matyldzie przyszło do głowy, że źle znosi morską przeprawę, choć z pewnością do nich nawykła, a z natury nie była strachliwa. Być może, podobnie jak Waleran, kołysanie statku dało się jej we znaki. Kilka osób się pochorowało, choć żadna nie hałasowała tak jak hrabia Meulan. Nagle spostrzegła, że macocha płacze.

– Pani? – Matylda rozejrzała się, żeby kogoś zawołać, lecz Adelajda chwyciła ją za rękę.

– To nic takiego – powiedziała.

Matylda usiadła obok i przykryła się skrajem futra.

– Co się stało?

Adelajda przełknęła ślinę i wytarła oczy rąbkiem płaszcza.

– Mam krwawienie miesięczne – wyznała ściszonym tonem. – Myślałam… myślałam, że tym razem się uda. Minęło czterdzieści dni od ostatniego… ale wróciło. Zawsze wraca. – Kołysała się ze spuszczoną głową. – Dlaczego nie mogę spełnić mego obowiązku? W czym uchybiłam Bogu, że mi tego odmawia?

Matylda objęła ją na pocieszenie.

– Bardzo mi przykro. Bolałam tak samo, będąc żoną Heinricha.

– Byłabym dobrą matką – szepnęła Adelajda. – Wiem o tym. Gdybym tylko dostała szansę. Jedną szansę. Czy proszę o zbyt wiele? – Zacisnęła usta, kiedy podszedł do nich Wilhelm D’Albini, pewnym krokiem, mimo natarczywej wichury. Nachyliwszy się, podał kobietom flaszkę.

– Słodzone miodem wino z imbirem, pani – rzekł do Adelajdy. – Remedium mojej ciotki Oliwii. Niezawodnie stawia na nogi. Fale dziś niezgorsze.

Matylda obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem, lecz twarz miał szczerą i chyba naprawdę sądził, że Adelajda cierpi z powodu mal de mer. Podziękowała mu w imieniu macochy głosem, który nie zachęcał do dalszej pogawędki. Podchwyciwszy aluzję, chłopak poczerwieniał, skłonił się i odszedł.

Adelajda pociągnęła nosem i zadarła podbródek.

– Nie będę się nad sobą użalać – oznajmiła. – Jeżeli Bóg ma inne plany, muszę zawierzyć Jego osądowi. Dowiem się, czego oczekuje ode mnie, kiedy będzie gotowy. – Wyjęła korek, pociągnęła łyk i podała flaszkę pasierbicy.

– W rzeczy samej – przyznała Matylda. Pomyślała, że niezbadane bywają wyroki boskie, i wątpiła, czy byłaby zdolna wyczekiwać ich równie cierpliwie jak Adelajda.

Dłoń Świętego Jakuba pyszniła się na głównym ołtarzu opactwa w Reading, celując w niebo iglicą polerowanego złota oraz drogocennych kamieni. Minęło sześć lat od konsekracji opactwa Dziewicy Maryi i Świętego Jana, a jego budowa wciąż trwała. Henryk pragnął, ażeby stało się ono najwspanialszym zgromadzeniem chrześcijańskiego świata. W przyszłości zostanie pochowany właśnie tutaj, gdzie wzniesiono już mauzoleum jego syna, którego stracił w katastrofie Białego Statku i którego doczesne szczątki spoczęły na dnie morza. Mnisi z wielkiego opactwa w Cluny odprawiali nabożeństwa, zmawiali modlitwy i sprawowali pieczę nad relikwiami, wśród których znajdowały się krew i woda z boku Najświętszego Pana Naszego Jezusa Chrystusa, fragment Jego sandała i napletek z obrzezania. Był tam również pukiel włosów Przenajświętszej Panienki. Tak imponujący zbiór osobistych drobiazgów Świętej Rodziny nadawał opactwu wysoką rangę, a jego założycielowi i dobroczyńcy gwarantował miejsce w niebie.

Z chwilą, kiedy ręka Świętego Jakuba trafiła pod opiekę mnichów, Henryk udał się do domu gościnnego wraz z Matyldą, Adelajdą oraz grupą bliskich doradców i członków rodziny, w tym wujem Matyldy, Dawidem Szkockim, Robertem z Gloucester i Brianem FitzCountem.

Przed wejściem do budynku Matylda odetchnęła rześkim, jesiennym powietrzem, aby pozbyć się napięcia. Podczas mszy, gdy dłoń świętego przekazano opactwu, omal się nie rozpłakała, ponieważ wspomnienie jej i Heinricha w dniu ślubu było tak bliskie, a przy tym bardzo odległe. Jakże pragnęłaby cofnąć czas i przeżyć go na nowo ze świadomością, którą miała dziś jako dorosła kobieta, a nie zatrwożone dziecko, którym wówczas była.

Słudzy ojca ustawili przy palenisku ławy oraz krzesła i przynieśli wino oraz przekąski. Gdy posługacz zdjął Matyldzie płaszcz, wuj Dawid posłał jej jeden ze swoich powściąg­liwych uśmiechów.

– Doskonale się spisałaś, przywożąc opactwu tak wspaniały dar, siostrzenico. Matka byłaby z ciebie dumna. – Mówił normandzką francuszczyzną dworu, z lekkim szkockim akcentem.

– Uznałaby to za mój obowiązek – cierpko odparła Matylda.

– I go wypełniłaś. – Na twarzy wuja malował się wyraz pogodnej zachęty. – Jesteś jej córką, lecz reprezentujesz sobą znacznie więcej. No pokaż, jak się uśmiechasz. – Połaskotał ją pod brodą, śmiało, ale dobrotliwie. – Liczę, że jesteś również moją siostrzenicą.

 

Zdobyła się na uśmiech. Bardzo lubiła wuja; bawił się z nią, kiedy była mała, i słał do Niemiec listy oraz podarunki, które cieszyły ją bardziej niż oschłe doniesienia matki, dołączane do traktatów religijnych po łacinie. Dostawała od niego lalki, słodycze, a także naszyjnik wysadzany granatami z Lothian, który miała w szkatułce z biżuterią do dziś.

– Świetnie, widzę, że się rozumiemy. – Ucałował ją w policzek i zaprowadził do ognia, żeby usiadła.

Kiedy wszyscy się usadowili, ojciec poprosił o ciszę.

– Skoro zebraliśmy się tutaj wszyscy, chciałbym porozmawiać o przyszłości. – Popatrzył kolejno na każdego z obecnych. – Miałem nadzieję, że królowa i ja doczekamy się męskiego potomka, lecz Bóg jak dotąd odmawia nam tego błogosławieństwa.

Adelajda wbiła wzrok w swoje dłonie i przekręciła obrączkę na palcu.

– Jestem więc zmuszony rozważyć sprawę sukcesji. Mój wybór jest oczywisty. Wobec braku prawowitego następcy pozostają moi bratankowie z Blois lub moja córka i owoc jej łona, który kiedyś wyda na świat.

Matylda uniosła głowę i odwzajemniła jego spojrzenie.

– Niektórzy oczekują, że rozważysz też kandydaturę Wilhelma Clito, panie – odezwał się jej brat Robert.

– Wykluczone. – Król utrącił tę propozycję stanowczym gestem. – Clito nie ma rozumu ani doświadczenia, aby rządzić Anglią i Normandią.

– Lecz wspierają go ci, którym nie braknie tych cnót – skwapliwie wtrącił wuj Dawid. – Król Francji udziela mu poparcia, żeby zrobić ci na złość, a co z młodzieńcem, którego przywiozłeś w kajdanach?

– Waleran z Meulan to głupiec w gorącej wodzie kąpany – burknął Henryk.

– I ma wpływowych krewnych.

– Owszem, ale pokazałem im, że nie można bezkarnie wystawiać na próbę mojej cierpliwości. – Wychylił się naprzód, wyciągając przed siebie grubą, władczą rękę. – Wybór nasuwa się sam. Oto moja córka, wdowa po cesarzu. Posiada wielkie wpływy, dzięki swemu małżeństwu i urodzeniu. Jest owocem moich lędźwi i płynie w niej krew pradawnego angielskiego rodu. Co więcej, jest jedynym dzieckiem rodziców, którzy w chwili jej poczęcia byli już koronowanymi władcami. Zakosztowała władzy i ma doświadczenie w roli królewskiej małżonki.

Matylda znieruchomiała z mieszaniną dumy i trwogi w sercu. Zacisnęła usta, usiłując przybrać królewską postawę adekwatną do opisu.

– Niewielu mężczyzn ugnie kolano przed kobietą, panie – zauważył Robert. – Bez względu na jej predyspozycje i szlachetne pochodzenie, a mówię to jako człowiek, który z radością odda pokłon siostrze. – Rozejrzał się, a pozostali ochoczo pokiwali głowami na znak aprobaty.

– A ja powiadam ci, że wszyscy zrobią to, co im każę, tak czy inaczej. – Henryk zacisnął pięść. – Nie jestem głupcem. Wiem, że gdy człowiek jest trupem, jego słowo traci moc. Przeto muszę dopiąć wszystko, póki zdrowie mi dopisuje. Jeśli królowa nie urodzi mi syna, nie pozostaje mi nic innego, jak polegać na wnuku zrodzonym z córki.

Matylda wytrzymała jego nieustępliwe spojrzenie.

– Któż miałby ci dać te wnuki, ojcze? Tego nie powiedziałeś.

– Ponieważ muszę sprawę jeszcze przemyśleć. Grunt, aby twój mąż pochodził ze znakomitego rodu i dał ci synów. Nigdy nie zostanie królem, lecz pociechą będzie mu fakt, że jego potomek zasiądzie na angielskim tronie. Ty zaś, moja córko, będziesz naczyniem, które wyda to królewskie dziecię na świat. Będziesz rządzić w jego imieniu, aż dorośnie i sam zasiądzie za sterem. W tym celu otrzymasz wsparcie rodziny i moich oddanych wasali. Jako matka przyszłego króla zyskasz wielką władzę, a oni wszyscy staną za tobą murem. – Objął gestem krąg ludzi w blasku ognia i w powietrzu nieomal zaiskrzyło z napięcia. – A jeśli Bóg okaże łaskawość, będę patrzył latami, jak mój wnuk wyrasta na mężczyznę.

I kurczowo trzymał się władzy, uzupełniła w duchu ze świadomością, że pozostali myślą podobnie. Jeżeli ojciec pożyje tak długo, potworna wizja kobiety na tronie być może nigdy się nie ziści.

– Jestem gotowa spełnić swoją powinność, panie – rzekła, z dłonią na smukłej kibici. – I bardzom rada, że pokładasz we mnie takie zaufanie, ale co jeśli umrzesz, zanim urodzę syna? Lub jeśli nie doczekam się potomka?

Łypnął niechętnie, jakby uznał, że celowo staje okoniem.

– Nie pora dziś o tym debatować. Trzymam się założenia, że na tronie zasiądzie mój potomek w linii prostej i wszyscy baronowie oddadzą ci hołd jako mojej następczyni.

Zapadła długa, wymowna cisza, przerwana przez Briana FitzCounta, który wstał, podszedł do ognia i ukląkł u stóp Matyldy.

– Ślubuję ci posłuszeństwo – rzekł i pochylił głowę.

Na te słowa jej serce wezbrało wdzięcznością, lecz miała nadzieję, że ukryła zmieszanie. Ująwszy jego dłonie, ofiarowała mu pocałunek pokoju i na wargach poczuła łaskotanie jego zarostu. Pachniał cedrem, aż tchu jej zabrakło.

– Szlachetny gest – zauważył ojciec z pobłażliwym rozbawieniem, jakby obserwował wybryki przedwcześnie dojrzałego dziecka. – Wszelako mam pewność co do tych, którzy się dziś zjawili. Wiem, że złożycie hołd przed wszystkimi. Uroczysta ceremonia odbędzie się w czasie sądów bożonarodzeniowych, a każdy magnat będzie uczestnikiem i świadkiem.

Robert podparł ręką podbródek.

– A co ze Stefanem i Tybaldem z Blois? – skrzywił się lekko, wypowiadając imiona kuzynów. – Z zachowania Stefana bije przekonanie, że przewidziałeś dlań rolę ważniejszą aniżeli hrabiego Boulogne.

– Nigdy nie omawiałem z nim tych kwestii – uciął Henryk. – Lubię go, jest moim bratankiem i z pewnością wywiąże się z powierzonego zadania. Zawdzięcza mi władzę i postąpi w duchu tego, co sobie umyśliłem.

Robert rzucił mu przeciągłe spojrzenie.

– Czy podczas rady omówisz ów krok z pozostałymi baronami?

Henryk zabębnił palcami w poręcze fotela.

– Chwilowo nie widzę takiej potrzeby.

– Być może przed złożeniem przysięgi zapragną się dowiedzieć, kogo moja siostra ma poślubić.

– Wszystko w swoim czasie – burknął Henryk.

– Nie ma tu dzisiaj z nami biskupa Salisbury – zauważyła Matylda.

– Ta sprawa go nie dotyczy. – Twarz ojca poczerwieniała i Adelajda pogłaskała go po ramieniu.

– Wszak pod twoją nieobecność rządził Anglią. Jest ponoć twym najbardziej zaufanym doradcą. – Nie ustępowała. – Czy dobrze rokuje na przyszłość, że go tu z nami nie ma? – Wszyscy wytrzeszczyli na nią oczy jak na oswojonego sokoła, który rzuca się na swojego pana, czego była doskonale świadoma. Zasznurowała usta i siedziała prosto jak struna.

Ojciec wypiął pierś.

– Biskup Salisbury jest mężem stanu, którego niezmiernie szanuję – oświadczył głosem nabrzmiałym gniewem. – Dowie się o wszystkim w swoim czasie… kiedy będę gotowy.

Matylda nie dawała za wygraną.

– Wszak sprzyjał Clito w przeszłości. Czy nie byłoby rozsądniej powierzyć hrabiego Meulan pieczy kogoś innego, na przykład hrabiego FitzCounta, który jest dzisiaj z nami i przysiągł mi posłuszeństwo?

Ojciec zmrużył oczy.

Brian odchrząknął.

– Prawdą jest, że w Wallingford byłoby bezpieczniej, panie. Dorastałem z Waleranem i znam go dobrze. Mógłbym wychylić z nim gąsior wina i przemówić mu do rozumu.

– Zgadzam się, panie – pospiesznie wtrącił Robert, by załagodzić sytuację. – Nie twierdzę, że biskup Salisbury zrobiłby coś zdrożnego, i wiem, że darzysz go zaufaniem, ale Wallingford jest bezpieczniejsze niż Devizes.

Henryk nadal miał poirytowaną minę.

– Mógłbyś perswadować mu do upadłego, Brianie, ale to nie to samo, co skłonić go do zmiany zdania. Znam mojego justycjariusza i mu ufam, wiem też, że ma słabość do Walerana i chętnie ujrzałby Clito jako mego następcę. – Szorstko machnął ręką. – Cóż, lepiej dmuchać na zimne. Każę przenieść Walerana do Wallingford, ale oczekuję pełnej współpracy z biskupem Salisbury, zrozumiano?

Kiedy ojciec odprawił ją po wieczornym zebraniu, Matylda udała się do komnaty gościnnej, którą przydzielono jej i Adelajdzie, i westchnęła głęboko po trudach całego dnia.