Irlandzka księżniczka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE IRISH PRINCESS

Copyright © Elizabeth Chadwick 2019

All rights reserved

Adaptacja okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Magdalena Russocka/Trevillion Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-678-7

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl


LISTA POSTACI (W KOLEJNOŚCI CHRONOLOGICZNEJ):

Irlandczycy:

Dermot MacMurchada – król Leinsteru

Enna – syn Dermota, brat przyrodni Aoife

Domnall – syn Dermota, brat przyrodni Aoife

Ainne – piastunka Aoife

Aoife – córka Dermota

Maurycy Regan – bard i tłumacz Dermota

Môr – żona Dermota, matka Aoife

Connor – syn Dermota i Môr, brat Aoife

Lorcan – brat Môr, wuj Aoife

Bronagh – pokojówka Môr

Lugh – posłaniec Dermota

Rodryg O’Connor – arcykról Irlandii

Deirdre – służka Aoife

Tiernan O’Rourke – prowincjonalny król Brefni, śmiertelny wróg Dermota. Nie występuje w powieści, lecz ma wpływ na losy głównych bohaterów.

Normanowie:

Ryszard z Clare – hrabia Strigoilu (i dawniej Pembroke)

Basilia z Clare – siostra Ryszarda

Izabela z Clare, z domu Beaumont – matka Ryszarda

Alard – stajenny/posłaniec

Hervey z Montmorency – wuj Ryszarda

Rohese – kochanka Ryszarda (postać autentyczna, imię nieznane)

Matylda z Clare – córka Ryszarda i Rohese

Szymon – giermek Ryszarda

Aline z Clare – córka Ryszarda i Rohese

Robert FitzHarding – zamożny kupiec z Bristolu

Rajmund FitzWilliam (le Gros) z Carew – jeden z przybocznych Ryszarda, syn Wilhelma FitzGeralda z Carew, konstabla Pembroke

Henryk, opat Tintern – dawny żołnierz

Robert FitzStephen – kambryjsko-normański rycerz i awanturnik, spokrewniony z Rajmundem z Carew i lordem Rhysem ap Gruffydem

Ryszard de la Roche – flamandzki rycerz, mieszkający opodal Haverfordu w południowej Walii

Maurycy Prendergast – rycerz i awanturnik, dowódca Flamandów

Filip Prendergast – syn Maurycego

Maurycy FitzGerald – flamandzki rycerz

Robert z Quency – chorąży Ryszarda z Clare, później jego zięć, mąż Matyldy

Wilhelm Ferrand – trędowaty rycerz

Alicja z Abergavenny – wzmianka o niej znalazła się w jednej z kronik, nie ma jednak pewności, czy jest to postać autentyczna

Gerwazy – paź Herveya

Mikołaj – skryba i kapelan Ryszarda

Milo Cogan – rycerz i awanturnik

ojciec Mikołaj – wojskowy kapelan

Meilyr FitzHenry – rycerz, wnuk Henryka I z nieprawego łoża

Izabela z Clare – córka Ryszarda i Aoife

Hugh z Lacy – rywal (ale nie wróg) Ryszarda na terytorium irlandzkim

Wilhelm FitzMaurice – mąż Aline, córki Ryszarda

Gilbert z Clare – syn Ryszarda i Aoife

Osbert de Horlotera, pan de Genermes, pan de Bendignes i pan la Poer – wysłannicy króla Henryka

Walijczycy:

lord Rhys ap Gruffydd – władca Deheubarth w południowej Walii

Owen – syn lorda Rhysa (postać autentyczna, imię nieznane)

dwór andegaweński:

Henryk II – król Anglii, książę Normandii, hrabia Anjou i Akwitanii (za sprawą żony, Alienor Akwitańskiej)

cesarzowa Matylda – matka Henryka II

Rozamunda z Clifford – nałożnica Henryka II

księżniczka Matylda – córka króla Henryka

Alienor Akwitańska – królowa Anglii i księżna Akwitanii

Henryk, Młody Król – następca Henryka II, koronowany za życia ojca

Jan FitzJohn i Wilhelm Marshal – rycerze i słudzy

Iryjczycy i Norwegowie:

Ragnall – przywódca

Haskulf – jak wyżej

PROLOG

PAŁAC W FERNS, LEINSTER, IRLANDIA, WIOSNA 1152

O świcie kobiety przyszły oznajmić Dermotowi, że jego nowa żona powiła córkę.

Chrząknął na tę wieść, ponieważ liczył na kolejnego syna, który z czasem wyrośnie na włócznika – choć synowie, jako i włócznie, bywają groźni. Dermot potrafił radzić sobie zarówno z pierwszymi, jak i z drugimi, lecz zawsze był czujny, stale miał się na baczności.

Patrzyli na niego teraz, popijając świeże, spienione mleko przy palenisku. Wyczuł ulgę, z jaką przyjęli wieść o narodzinach dziewczynki. Môr, ich macochę, łączył z ojcem chrześcijański węzeł małżeński, w przeciwieństwie do ich matek, związanych z nim na starą modłę, przez co pozycja chłopców była mniej oczywista.

Dermot łypnął na nich z rozbawieniem i wytarł mleko z brody. Jego dwa niedźwiadki. Enna i Domnall. Krzepki czternastolatek i jego trzy lata młodszy brat, którzy z Bożą pomocą wyrosną na dzielnych wojów i będą wspierać się nawzajem, tak jak on i jego brat się nie wspierali. Kochaj brata jak siebie samego, ale nie pokładaj w nim zaufania.

Zwrócił się do kobiet.

– Przynieście małą, chcę ją zobaczyć.

Dygnęły i pospieszyły wykonać jego polecenie.

– Wy dwaj. – Dermot przygwoździł synów świdrującym spojrzeniem, a w jego twardym głosie zabrzmiały lata wykrzykiwania rozkazów i narzucania ludziom swojej woli. – Macie opiekować się siostrą. To wasz obowiązek, tak jak dochować wierności mnie i sobie nawzajem.

– Przysięgam, ojcze, że tak się stanie. – Enna spojrzał jasnymi oczami prosto w oczy ojca, a Domnall podążył za przykładem brata.

– Złożycie przysięgę przed wszystkimi w kościele, gdy zostanie ochrzczona.

– Jak dasz jej na imię? – zapytał Enna.

– Powiem, gdy ją zobaczę. – Môr trajkotała o imionach od wielu tygodni, lecz większość wpadała mu jednym uchem i wypadała drugim, bo żona częściej zmieniała zdanie, niż on wychylał róg wina podczas uczty.

Kobiety wróciły, Ainne, dawna piastunka Môr, niosła zawiniątko w niebieskim kocyku. Dobiegające zeń odgłosy przypominały Dermotowi skrzeczenie małej wrony. Niemowlęta to sprawa kobiet. Interesowały go jedynie jako przejaw własnej męskości, ale musiał uznać dziecię, niech obrzędom stanie się zadość. Wprawdzie córa ujrzała wpierw oczy matki, lecz to on ją naznaczy, do niego będzie całe życie należała.

Wziął dziecko od Ainne i zgrubiałym palcem wskazującym rozgarnął kocyk, aby na nią spojrzeć i sprawdzić, czy wszystko ma na swoim miejscu. Dziesięć paluszków u rąk i stóp. Kępka ciemnych włosów. Wprost nie do wiary, że taka kruszyna mieści serce bijące w piersi. Wciąż stękała i posapywała, gdy przeniósł córkę przez zadymioną izbę i stanął w progu, aby obejrzeć ją w świetle wschodzącego słońca.

Naraz ucichła, spoglądając mu w oczy, i Dermotowi oddech uwiązł w gardle, gdyż dostrzegł w niej bezkresną mądrość, która obejmowała wszystko, o czym sam zapomniał. Była tak mała i delikatna, tak misterna i krucha. Kolana ugięły mu się na myśl, że mógłby zmiażdżyć ją jednym ruchem ręki. Z niemądrym uśmiechem wpatrywał się w jej poważną twarzyczkę, czując, jak zalewa go fala opiekuńczej miłości.

– A zatem, córko – mruknął łagodnie. – Jak cię nazwiemy?

Patrzył, jak słońce wypływa ponad horyzont i swym blaskiem złoci niebo. Miał czterdzieści dwa lata, był cyniczny, zaprawiony w bojach i bezwzględny, lecz w owej chwili, z nowo narodzoną córką w ramionach, czuł się o połowę młodszy, jakby za jej sprawą napił się z czary nadziei i odnowy. Oczy zapiekły go pod naporem uczuć, jakich doznał, i wiedział już, jak ją nazwie. Z czułości zawinął ją z powrotem w kocyk i pocałował w czoło.

– Aoife – oświadczył. – Daję ci na imię Aoife. – Oznaczało to bowiem powab i światłość, a nic nie pasowało do niej bardziej.

1

ZAMEK PEMBROKE, POŁUDNIOWA WALIA, LISTOPAD 1154

Posłaniec przybył w południe, gdy wszyscy posilali się w wielkiej sali. Ściemniało się, w miarę jak znad Morza Iryjskiego napływały deszczowe chmury, spowijając zamek poszarzałym całunem.

Ryszard z Clare, hrabia Pembroke i Strigoilu, przysłuchiwał się z otępiałą rezygnacją, jak jego matka i siostra Basilia rozmawiają o cenie świec, ile ich zostało i na ile jeszcze mogliby sobie pozwolić. Większość funduszy szła na utrzymanie i umocnienie ich zamków, resztę należało ciułać z myślą o niepewnej przyszłości. Od roku panował pokój, ale to wkrótce mogło się zmienić.

W dzieciństwie Ryszarda, przed wojną, pieniądze odgrywały mniejszą rolę, za to dziś w zasadzie nie myślał o niczym innym. Miał dwadzieścia cztery lata. Stracił ojca w wieku lat osiemnastu i całe brzemię wywalczonego hrabiostwa spoczęło na jego barkach. Z nieopierzonego młodzieńca z dnia na dzień stał się mężczyzną. Jakby ktoś rzucił nim o ścianę. Pozbierał się, zamroczony i pełen niedowierzania, ale ze świadomością, że nie pozostaje mu nic innego, jak uczcić pamięć ojca i przetrwać.

Znał i ufał każdemu człowiekowi, który zasiadał przy jego stole, jadł jego chleb, pił wino i grzał się przy jego palenisku. Opłacał ich, ubierał i zbroił, na tym polegała jego powinność, z której należycie się wywiązywał, choć wiele go to kosztowało.

 

Zanurzył łyżkę w zupie z baraniny, która stale gościła na stołach o tej porze roku, suto doprawionej przez kucharzy pieprzem i kminkiem dla smaku. Zawiesił dłoń w połowie drogi do ust na widok odźwiernego, prowadzącego w stronę podestu ubłoconego posłańca. Posłańcem tym był Alard, stajenny ze Strigoilu, który często przynosił wieści.

Pobladły z wyczerpania Alard potknął się i osunął na kolana.

– Król Stefan nie żyje, panie. Zmarł w Faversham na skręt kiszek przed czterema dniami.

Słowa zawisły na powierzchni umysłu Ryszarda, gdyby pozwolił im zapaść głębiej, nabrałyby rzeczywistego wymiaru, ponownie niwecząc kruchy i jakże świeży porządek. Nie poprosił Alarda o powtórzenie jego słów. Raz wystarczy. To aż nadto. Na dodatek owe „cztery dni temu” oznaczały, że wszystko zdążyło się zmienić, podczas gdy on tkwił tutaj, w Pembroke zasnutym mgłą znad morza, nieświadomy niczego.

Odprawił znużonego posłańca z przykazaniem, aby posilił się i odpoczął, po czym odsunął miskę, gdyż zupełnie stracił apetyt.

– Umarł. – Jego matka pociągnęła nosem. – Swoim panowaniem wystawił się na pośmiewisko i nie umiał nawet odejść, jak należy. – Ona również przestała jeść, lecz nadal mieliła szczęką, jakby przeżuwała zaskakującą nowinę. – Cóż to oznacza dla nas? – Utkwiła badawczy wzrok w Ryszardzie, najwyraźniej oczekując odpowiedzi.

Której nie miał. Była to ostatnia rzecz, jakiej się spodziewał. Po piętnastu latach zmagań o tron ze swoją kuzynką Matyldą król Stefan w zeszłym roku zawarł pokój z jej synalkiem Henrykiem, cierpiącym na przerost ambicji. Ustalono, że po śmierci Stefana korona przypadnie właśnie jemu. Dla tych, którzy zaciekle walczyli po stronie króla i zostali za to nagrodzeni – na przykład ojciec Ryszarda otrzymał tytuł hrabiowski – przyszłość stanęła nagle pod znakiem zapytania. Ryszard podejrzewał, że Henryk będzie do nich niezbyt przychylnie usposobiony.

– Nie wiem, matko, ale musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Henryk FitzEmpress zyskał reputację śmiałka i kto wie, co postanowi? – Przysunął do siebie miskę i zmusił się do jedzenia, aby zachować pozory normalności. Henryk zasiądzie na tronie, a im nie pozostaje nic innego, jak trwać przy swoim i godnie przyjąć to, co los chowa dla nich w zanadrzu.

Poznał Henryka FitzEmpressa podczas rozmów pokojowych w ubiegłym roku, lecz ich stosunki były dalekie od serdeczności. Henryk widział w nim człowieka, któremu należy wskazać miejsce w szeregu, najlepiej kopniakiem. Byli w podobnym wieku, ale Ryszard nieco starszy i dużo wyższy, Henryk nie mógł zdzierżyć, że musi zadzierać głowę, aby na niego spojrzeć.

– Nowy król przebywa w Normandii. Musi przebyć Morze Wąskie i dotrzeć do Westminsteru. – Ryszard się skrzywił. Zamierzał spędzić Boże Narodzenie w Pembroke, lecz te plany raczej spełzną na niczym.

– Dopilnuj, aby nasze zamki były należycie wyposażone i uzbrojone – dorzuciła matka. – Zwerbuj ludzi, jeśli zajdzie taka konieczność.

Zbył jej słowa milczeniem. Miała blade pojęcie na temat ich sytuacji. Pragnęła wierzyć, że są panami własnego losu i dysponują większą potęgą niż w rzeczywistości. Zanudzałaby Ryszarda opowieściami, że jego ojciec był wielkim człowiekiem i on musi mu dorównać, łatwiej jednak powiedzieć, aniżeli wykonać, poza tym pośmiertna reputacja ojca znacznie przerosła tę, jaką miał za życia. Oboje przemilczeli również fakt, że królowie, owszem, mogą dawać, lecz mogą też odbierać. Bała się, podobnie jak on sam.

– Wybrniemy – odezwał się stryj Hervey głębokim, kojącym głosem, jak przystało na mediatora. – Nie możemy nic zrobić, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. Owocnie jest planować, lecz martwić się na zapas to strata czasu. – Sięgnął po łyżkę i z werwą rozprawił się z potrawką.

Ryszard spojrzał na stryja z wdzięcznością, choć również z pewną rezerwą. Hervey miał w zwyczaju sypać podobnymi mądrościami. Czynił to ze szczerego serca i chociaż nieraz były oczywiste i trąciły banałem, Ryszard doceniał krzepiący wpływ stryja na cały dom, a przede wszystkim na matkę.

– Tak, stryju – odpowiedział. – Dziękuję, żeś nam o tym przypomniał.

*

Później wszedł na blanki, choć w gęstej jak wełna mgle napływającej znad morza ledwo widział na wyciągnięcie ramienia. Dostrzegł w tym analogię do swojej przyszłości. Gdyby wsunął rękę we mgłę, zniknęłaby bez śladu, a gdyby podążył za nią, możliwe, że jego spotkałoby to samo.

– Ryszardzie?

Odwrócił się, czując delikatny dotyk na ramieniu, i stanął oko w oko ze swoją nałożnicą. Przed dwoma laty udzielił Rohese schronienia, kiedy jej mąż, rycerz na jego usługach, zginął w potyczce z Walijczykami. Rozwój wypadków sprawił, że zostali kochankami, a pięć miesięcy temu urodziła mu córkę Matyldę.

– Martwisz się, najdroższy. – Obłok pary z jej ust stopił się z mgłą.

– Nie wiem, na czym stoję – odrzekł bezbarwnym tonem.

– Czy przejęcie władzy przez Henryka FitzEmpressa oznacza dużą zmianę?

– Mam takie obawy. Liczyłem, że Stefan jeszcze pożyje, lecz królom nie można ufać. – Z westchnieniem oparł się o szary kamień. – Widziałem raz w dzieciństwie, jak wojacy z wrogiego obozu uwięźli w zamkowym wale i zginęli, gdyż nie było stamtąd ucieczki. Współczułem im, chociaż pragnęli mojej zguby, i zrozumiałem wtedy, że nie chciałbym nigdy znaleźć się na ich miejscu. Tymczasem tkwię oto w potrzasku, bez szansy na ucieczkę.

Objęła go w pasie pod peleryną.

– Wracajmy do zamku, dam ci grzanego wina i pomasuję stopy. Tkwienie tu nie ma sensu, i tak nic nie zobaczysz, póki mgła nie opadnie.

Z wysiłkiem odwrócił się do niej i na widok lęku w jej piwnych oczach przywołał uśmiech na twarz.

– Co ja bym zrobił bez twojej mądrości i zdrowego rozsądku?

– Zabłądziłbyś we mgle? – Pocałowała go i mimo chłodu jej warg poczuł bijące od niej ciepło.

– Masz rację – odpowiedział i ruszył za nią w lodowatych oparach po schodach do swojej osobistej komnaty nad wielką salą. Z centralnego paleniska napływało miłe ciepło, rozgrzewając odrętwiałe z zimna twarze i ręce. Obok łoża zasłanego futrami stała kołyska, do której podszedł, żeby spojrzeć na córkę. Nie spała, mimo to leżała spokojnie, gaworząc po cichu. Nachyliwszy się, połaskotał ją pod bródką i podziękował Bogu za tak hojne dary w trudnych czasach.

2

ZAMEK STRIGOIL, MARCHIE WALIJSKIE, LIPIEC 1155

Osiem miesięcy później, obudziwszy się w swoim łożu, Ryszard wsunął ręce pod głowę, wpatrzony w strugi porannego słońca, wlewające się przez otwarte okiennice. Poprzedniego wieczora przyjechał z Worcester, w asyście nietoperzy harcujących po zmroku i księżycowego sierpa nad Wye. Słaniał się z wyczerpania, lecz ponura determinacja gnała go naprzód. Nie wiedział, czy kroki podjęte latem na rzecz zjednania przychylności króla przyniosły pożądany skutek. Henryk rozpoczął panowanie od odebrania mu tytułu hrabiego Pembroke wraz z zamkiem.

Na posiedzeniu sądu w Westminsterze Henryk siedział na wielkim tronie podparty na łokciu i toczył dookoła czujnym, bezlitosnym wzrokiem, kiedy odczytywano spis dóbr i zamków, które miały zostać zburzone lub bezapelacyjnie zwrócone Koronie. Ryszard był jednym z wielu baronów ograbionych w ten sposób – podobny los nie ominął nawet ludzi z kręgu Henryka – co nie umniejszyło poczucia upokorzenia. Przynajmniej wiedział, na czym stoi. Był zdany na łaskę lub niełaskę nowego króla i tańczył, jak tamten mu zagrał. Strigoil, Usk i Goodrich wciąż należały do niego, jednakże Pembroke, chluba ojca, przepadło i Ryszard miał nieodparte poczucie, że zawiódł.

Przeniósł spojrzenie na Rohese, która stała przy oknie i rozczesywała jedwabiste kaskady brązowych włosów. Na dźwięk swojego imienia uniosła głowę z twarzą rozjaśnioną uśmiechem. Odłożywszy grzebień, przyniosła mu kielich rozwodnionego wina.

– Długo spałeś – rzekła, siadając obok niego na łożu.

Podniósł się i wypił powoli.

– Poganialiśmy konie – odpowiedział. – Wyjechaliśmy z Worcester dopiero wczoraj w południe, po kapitulacji Mortimera. Podczas oblężenia Wigmore i Bridgnorth w głowie kołatała mi myśl, że to mogłem być ja, gdybym odmówił oddania Pembroke. Ale dołączyłem do reszty i pokazałem Hugh Mortimerowi, gdzie raki zimują. – Skrzywił się z niesmakiem. – Upajałem się duchem braterstwa i świadomością, że działam w zgodzie z królewską wolą, lecz myśl, że nic się nie zmieniło, studziła mój zapał. Henryk FitzEmpress to chyba najbardziej zawzięty i bezwzględny człowiek, jakiego w życiu spotkałem.

– Oprócz ciebie – stwierdziła z figlarnym uśmiechem.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Takie masz o mnie zdanie?

– Zawzięcie dążysz do celu. Może właśnie dlatego król chce zmusić cię do posłuchu. Wygląda mi na człowieka, który nie lubi być w niczyim cieniu.

Ryszard prychnął.

– Niby jak miałbym go przyćmić? Gdybym się zbuntował, zmiażdżyłby mnie, tak jak zmiażdżył Mortimera. Rany po długiej wojnie jeszcze się nie zagoiły. Niewiele trzeba, aby moi wrogowie zwrócili się przeciwko mnie i wdeptali w ziemię.

– A więc może widzi w tobie osobiste zagrożenie. Może lęka się twoich ambicji oraz tego, co mógłbyś osiągnąć, gdyby Pembroke nadal do ciebie należało – kim mógłbyś się stać. Nic cię nie zatrzyma, mimo przeszkód nadal brniesz naprzód.

Napił się wina, rozważając jej słowa. Często ogarniała go rozpacz, lecz nie dawał nic po sobie poznać. Stoicka fasada stanowiła jeden ze sposobów przetrwania, odmowę kapitulacji, której trzymał się kurczowo jak rozbitek szczątków statku w nadziei, że miast zatonąć, bezpiecznie dopłynie do brzegu.

– Kiedy czegoś pragniesz, nie szczędzisz starań, aby to zdobyć. – Zmieniając temat, rzuciła mu kuszące spojrzenie i dotknęła jego uda.

Odstawił pusty kielich.

– Ach, tak? – Odwróciwszy się, ujął pierś Rohese, czując przez tkaninę jej rozkoszną jędrność. – Może masz rację. W tej chwili pragnę jednego i żadna siła mnie nie powstrzyma. – Z tymi słowy zadarł jej tunikę.

– Zawsze mam rację – skwitowała ze śmiechem. – Powinieneś już to wiedzieć.

Po miłosnym zbliżeniu chwilę pozostał w łożu. Wiedział, że powinien wstać i wziąć się do pracy, lubił jednak smakować te chwile. Rohese ponownie włożyła tunikę i wstała, po czym wróciła z ich trzynastomiesięczną córką. Matylda mocno ściskała matczyną dłoń i dreptała obok, chwiejnie stawiając jedną stopę przed drugą.

– Ona chodzi! – wykrzyknął Ryszard z zachwytem. – I jak urosła! – Porwał córeczkę w ramiona i ucałował jej rozwiane loki.

– I mówi – oznajmiła Rohese z dumą. – Umie powiedzieć „mama”, „chleb” i „konik”.

Przytulił córkę, rozkoszując się jej bliskością. Potrafił być pragmatycznym dowódcą, beznamiętnym dworzaninem i zaradnym rządcą, lecz gdy zrzucał pancerz, to wraz z nim zgryzoty, wówczas drobiazgi liczyły się najbardziej, a znajdowały się tu, w komnacie sypialnej. Rodzina, ciepło, bliskość.

– Powiadają, że duma to grzech – oznajmił. – Ja jednak jestem innego zdania, gdy czuję to co teraz. Jakby serce miało mi pęknąć z radości.

– A gdybym ci powiedziała, że znów jestem przy nadziei?

Spojrzał na nią ponad głową córki.

Pokraśniała.

– To się stało przed twoim wyjazdem na kampanię.

A zatem nieco ponad trzy miesiące temu. Popatrzył na nią z uśmiechem i zalała go kolejna fala zadowolenia.

– Moje serce raduje się jeszcze bardziej. – Nie wypuszczając z objęć córeczki, objął Rohese drugą ręką. – Kiedy czuję, że nie mam nic, ty przychodzisz i dajesz mi wszystko.

*

Pięć miesięcy później leżał wsparty na łokciu i wpatrywał się w Rohese leżącą obok niego na łożu. Oboje byli ubrani. Rohese miała ogromny brzuch i zrezygnowali z pożycia, ale wystarczyła mu sama jej bliskość.

– Akuszerki mówią, że już wkrótce. – Z uśmiechem nacisnęła palcem wskazującym czubek jego nosa. – Ani się obejrzysz, jak będziesz miał zdrowego syna.

– Nie mogę się doczekać. – Pogłaskał ją po brzuchu. Tak bardzo pragnęła urodzić mu syna. On również tego pragnął, ale stanie się tak, jak Bóg postanowi.

– Chciałabym… – rzuciła tęsknie i potrząsnęła głową.

– Co byś chciała?

– Zachowam to dla siebie. – Splotła palce z jego palcami. – Wiem, że się nie spełni, ale mogę sobie pomarzyć, a w marzeniach będzie, jak chcę.

Domyślał się, w czym rzecz. Miał też świadomość, że Rohese nigdy nie dostanie tego, czego pragnie.

Jego giermek Szymon głośno odchrząknął za drzwiami.

– Wołają cię, panie, przybyła twoja matka.

Ryszard stłumił jęk.

– Powiedz jej, że zaraz przyjdę. – Ucałował wnętrze dłoni Rohese. – Muszę iść, później porozmawiamy.

 

Otwierając drzwi, uśmiechnął się do niej przez ramię, a ona przesłała mu pocałunek.

– Pora, byś znalazł sobie żonę – oznajmiła matka, kiedy usiedli przy ogniu. – Możesz mieć kochankę, która zaspokoi twoje potrzeby, ale nie założysz z nią dynastii.

Ryszard przyjrzał się matce. Surowe, kanciaste rysy skrywały ślad zniewalającej urody, którą oczarowała niegdyś dziadka króla Henryka, zostając na krótko – i niechętnie – jego kochanką, aby zapewnić tym samym przychylność swoim braciom. Nie łączyła ich bliska zażyłość, a jedyną czułością, jakiej zaznał w dzieciństwie, otoczyła go piastunka. Niemniej jednak matka zawsze rozmawiała z nim otwarcie i za to ją szanował. Była kobietą niezwykle dumną i ciążyło mu, że musi spełniać jej wygórowane oczekiwania.

– Poślubiłbym Rohese, gdybym mógł.

– Wykluczone! – Spojrzała na niego z przyganą. – Jej niski stan na to nie pozwala. Masz obowiązek znaleźć sobie żonę równą sobie, która wniesie w małżeństwo znamienite nazwisko i dobra ziemskie.

– Gdzie znajdę taką kobietę? – burknął z rozdrażnieniem. – Król rzuca mi kłody pod nogi, a żaden z możnych nie kwapi się wydać córki za człowieka, który utracił przychylność Korony.

– Można to zmienić. Napiszę do brata we dworze, król go wysłucha. Ty ze swojej strony zabiegaj, aby inni szepnęli za tobą słówko. Co pomyślałby ojciec, gdyby cię teraz usłyszał? Nie pozwoliłby na to, aby król go tak traktował.

Ależ się zawzięła. Ryszard poderwał się z krzesła i podszedł do okna. Ojciec. Zawsze ta sama śpiewka. Jakby dorównanie mu stanowiło jedyny cel w życiu.

– Trudno wyrokować, skoro umarł, zanim Henryk przejął władzę – rzucił beznamiętnym tonem, nie zdradzając emocji, które w nim kipiały. – Uczynię, co w mojej mocy, a jeśli to nie wystarczy, widać tak miało być.

Nie odpowiedziała, ale wyczuł jej dezaprobatę.

– Posłucham twojej rady i podejmę stosowne kroki – dodał z wymuszoną uprzejmością. – Prosiłbym jednak, żebyś nie naciskała. Nie jestem moim ojcem, tylko sobą, i będę robił, co sam uznam za stosowne.

Trzy dni później matka wróciła do swojego majątku rodowego w Essex i Ryszard odetchnął z ulgą. Spełniał wobec niej synowską powinność, a w głębi serca łaknął jej akceptacji oraz miłości, lecz nie dopuszczał owych potrzeb do głosu; lepiej zostawić strup w spokoju, zamiast go rozdrapywać.

Przed południem zasiadł do stołu, gdy Basilia przyszła mu oznajmić, że Rohese zaczęła rodzić i nie ma powodów do niepokoju.

– Prześlij jej moje ucałowania i przekaż, że mam nadzieję wkrótce ją zobaczyć.

– Naturalnie.

Basilia miała praktyczne usposobienie matki. Mieszkała z Ryszardem i czuwała nad domowymi sprawami. Ich bliskość sprawiała, że często jej nie doceniał, traktował niemal jak przedłużenie samego siebie – dodatkową parę rąk i bystry umysł – zamiast dostrzec jej osobiste walory. Zważywszy na ich obecne położenie, nic nie wskazywało na to, żeby Basilia miała wyjść za mąż i zmienić ich dotychczasowy tryb funkcjonowania.

Po obiedzie Ryszard zajrzał do źrebaka swojej ulubionej klaczy. Dwumiesięczny kasztanek, pokryty kędzierzawą sierścią, dreptał na długich nogach nieproporcjonalnych do reszty ciała. Ryszard nazwał go Ajaksem na cześć grec­kiego bohatera i zamierzał wyszkolić na rumaka bojowego, jeśli okaże się, że mały się do tego nadaje. Głaszcząc klacz i ciekawskie chrapy źrebaka, zastanowił się nad kwestią powiązań. Ogiery i klacze, mężczyźni i kobiety. Nie znajdował w Rohese żadnej skazy; uszczęśliwiała go i ją kochał. Nawet jeśli w końcu rzeczywiście się ożeni w celu przedłużenia rodu, w co szczerze wątpił w świetle swoich stosunków z królem, będą to jedynie pozory.

Źrebak puścił się galopem po wybiegu, wierzgając na wszystkie strony. Ryszard obserwował go przez chwilę z rozbawieniem, po czym wrócił do swojej komnaty, gdzie zagrał w szachy ze stryjem Herveyem, aby zabić czas oczekiwania na dziecko.

Kiedy sięgał po skoczka, drzwi się otworzyły i w progu stanęła zasępiona akuszerka w zakrwawionym fartuchu. Bez słowa potrząsnęła głową.

Zerwał się na równe nogi, przeszyty lodowatym dreszczem, i odepchnął Herveya, który usiłował złapać go za rękę.

– Chcę ją zobaczyć. – Ruszył do drzwi. – Muszę.

– Nie powinieneś, panie…

Nie zważając na jej słowa, pobiegł na górę. Kobiety krzyknęły ze zgrozą, kiedy wpadł do komnaty, ale głuchy na wszystko podszedł do łoża. Rohese leżała pod kocem z rękami złożonymi na piersi. Miała przymknięte oczy i lekko rozchylone usta, jakby spała, lecz jej ciało już naznaczył bezkrwisty odcień śmierci.

– O nie! – jęknął. – Nie! – Pochylił się i musnął ustami jej wargi, jeszcze ciepłe, wciąż miękkie. Niemożliwe, by umarła, ale jej pierś znieruchomiała, a rysy zwiotczały.

Cichy odgłos sprawił, że Ryszard odwrócił się w stronę kołyski ustawionej przy kominku. Basilia stała obok i wpatrywała się w niego oczami pełnymi łez.

– Masz córkę. – Podniosła zawinięte niemowlę. – Nie mogłyśmy nic zrobić. Łożysko zbyt szybko się oddzieliło, krwotoku nie dało się zatrzymać. To nie była niczyja wina.

Potrząsnął głową, zbyt odrętwiały, żeby kogoś winić, prócz może siebie, że spłodził z nią to dziecko.

– W wiosce jest mamka, posłałam po nią.

Przytaknął bez słowa, wdzięczny za jej pragmatyzm. Rohese była pewna, że urodzi chłopca. Tak bardzo chciała dać mu syna, a teraz umarła. Wziął córkę z rąk Basilii i wejrzawszy w pomarszczoną twarzyczkę, pocałował ją w czoło i położył na znieruchomiałym sercu matki. Rozplótł dłonie Rohese i otoczył nimi noworodka.

– Dziecko powinno znać dotyk matki – powiedział. – Niech wie, że jest kochane.

Kobiety pociągnęły nosem i zaszlochały, ale on nie płakał. Rozpierało go uczucie jasne i nieustępliwe jak blask słońca. Musi postąpić słusznie. Zwrócił się do zebranych.

– Dziękuję za wszystko, co zrobiłyście, proszę jednak, żebyście teraz wyszły i zostawiły mnie na chwilę z moją panią.

Basilia zawahała się, ale skinęła głową i wyprowadziwszy kobiety, zamknęła drzwi.

Ryszard położył się obok Rohese, jak zawsze, kiedy rozmawiali o codziennych sprawach. Ujął jej dłoń i potarł kciukiem pierścionek.

– Kochałem cię jak żonę – wyszeptał. – I szanuję jak żonę. Będę wielbił nasze córki i uczynię dla nich, co w mojej mocy. – Urwał w obawie, że głos mu się załamie. – Pójdę dalej sam, ale będę tęsknił i czcił twoją pamięć. Opowiem naszym córkom o tobie, żeby cię na wskroś poznały. – Ucałował jej dłoń. – Żegnaj, najdroższa. Niech Bóg nad tobą czuwa.

Wziął dziecko, po czym wstał z łoża i otworzył drzwi.

– Traktujcie ją z wszelkimi honorami – przykazał kobietom. – Była moją panią i tak macie się z nią obejść.

Basilia dotknęła jego ramienia.

– Współczuję. Lubiłam ją i wiem, ile dla ciebie znaczyła.

Pomyślał, że wcale nie wie. Nikt nie wiedział.

– Mam pod opieką dwie córki. – Przełknął żal, który wezbrał mu w gardle. – Są jej esencją i muszę godnie zastąpić im matkę.

Piastunka chciała wziąć dziecko, ale potrząsnął głową. Jeszcze nie chciał się rozstawać z córką, była żywą iskrą zrodzoną ze zgonu i dopóki ją trzymał, Rohese była przy nim.