Niedostępny spadekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Elizabeth Camden
Niedostępny spadek

Tłumaczenie: Magdalena Peterson

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

A Dangerous Legacy (Empire State #1)

Autor:

Dorothy Mays

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Magdalena Peterson

Redakcja:

Dominika Wilk

Korekta:

Beata Szostak

Skład:

Klaudyna Szewczyk

ISBN 978-83-66297-39-5

Cover design by Jennifer Parker

Cover photography by Mark Owen/Trevillion Images

Vector designed by Freepik

© 2017 by Dorothy Mays by Bethany House Publishers, a division of Baker Publishing Group, Grand Rapids, Michigan, 49516, U.S.A.

© 2019 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Rzeszów 2019, wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Rozdział pierwszy

Nowy Jork

1903

Lucy nigdy nie mogła się nadziwić atencji, jaką kobiety obdarzały jej brata. Nawet kiedy Nick miał na sobie brudny kombinezon hydraulika i nosił torbę z narzędziami, dziewczęta otaczały go gromadką, jakby był jakimś casanovą. Lucy przyglądała się temu z odległości paru metrów, gdy czekali na tramwaj po całym dniu pracy.

Nick był błyskotliwy, przystojny i zabawny. Co jednak zrobiłyby te kobiety, gdyby wiedziały, że ktokolwiek zyskał jego względy, narażał się na popadnięcie w ruinę? Niewiele osób odważyło się kontynuować znajomość z Lucy i Nickiem, kiedy tylko zwróciło na siebie uwagę ich wuja. Rodzeństwo od najmłodszych lat było wychowywane w duchu ostrożności przed podstępnymi atakami Thomasa Drake’a. Jedynie człowiek o niezłomnym charakterze potrafiłby wytrwać, gdy wuj się na niego zawziął.

Dla postronnych osób Lucy i jej brat wyglądali jak zwykli, ciężko pracujący ludzie. Nick był zatrudniony w wodociągach miejskich, a ona pełniła obowiązki telegrafistki w Associated Press. Poza pracą nie mieli zbyt wiele. Proces sądowy pochłonął cały ich majątek. Jako jedyni nadal toczyli trwającą od ponad czterdziestu lat walkę pożerającą zapał i pieniądze, a nawet zagrażającą ich bezpieczeństwu.

Lucy przeszła obok trzech dziewcząt flirtujących z jej bratem.

– Nick, muszę z tobą pomówić.

Gdy mężczyzna ją zobaczył, uśmiechnął się jeszcze szerzej, co nie umknęło uwadze jego adoratorek.

Jedna z kobiet posłała w kierunku Lucy zuchwałe spojrzenie.

– Kto to?

– To dziewczyna, którą uwielbiam, odkąd pierwszy raz ją ujrzałem – powiedział Nick. – Oczywiście była wówczas popłakującym dzidziusiem, a ja miałem trzy lata, jednak siostrę daje się z czasem polubić.

Kobiety chichotały i poklepywały Nicka po ramieniu. Nie przeszkadzało mu to. Uśmiechał się do nich beztrosko. Taka rozpromieniona twarz działała na nie jak magnes. Jedna z nich sięgnęła nawet, aby skubnąć go za pukiel kręconych, nieco przydługich ciemnych włosów.

– Nick? – naciskała Lucy, nieco zniecierpliwiona. – Możemy pomówić? Mamy problem.

Mężczyzna musiał wyczuć napięcie w głosie siostry, ponieważ podniósł narzędzia i odszedł z nią kilka metrów w bok.

– Co się dzieje?

– Pan Garzelli powiedział mi, że w jego kamienicy kręcił się jakiś człowiek. Obawiam się, że wuj Thomas wysłał kogoś, aby uszkodzić nowe zawory. Pan Garzelli odłączył dopływ wody w budynku do czasu, aż będziesz mógł to sprawdzić.

Usta Nicka zwęziły się. Ostatnie dwa tygodnie spędził na instalowaniu pomp i zestawu zaworów w kamienicy przy Lower East Side. Oznaczało to, że dwustu mieszkańców górnych pięter mogło po raz pierwszy mieć w swoich mieszkaniach dostęp do wody. Zawór został wynaleziony przez jego dziadka. Z pozoru zwykły element konstrukcyjny okazał się wart miliony i stał się przedmiotem wieloletniego sporu. Mieszkańców kamienicy nie obchodził jednak zajadły proces prawny toczący się w obrębie rodziny. Chcieli jedynie przestać codziennie nosić wiadra z wodą kilka pięter w górę.

Człowiek kręcący się po budynku zaniepokoił Lucy. Zainstalowanie zaworów nie było nielegalne z technicznego punktu widzenia, ale gdyby wuj Thomas dowiedział się o tym, domagałby się zapłaty. Lucy nie zdziwiłaby się, gdyby wyszło na jaw, że to on wynajął kogoś, aby uszkodzić instalację. Pan Garzelli słusznie postąpił, odcinając dopływ wody do czasu, aż jej brat upewni się, że użytkowanie pomp jest bezpieczne.

– Chcesz, abyśmy tam poszli dzisiaj? – spytał Nick. Oboje byli po długim dniu pracy, a dojazd w jedną stronę zajmował godzinę, jednak nie mieli zbyt wielkiego wyboru.

– Tak będzie najlepiej.

Skinął głową, a jego twarz spoważniała.

– Rozumiem, chociaż o wiele chętniej pojechałbym do wytwornego pałacu wuja Thomasa i odciął dopływ wody u niego. Niech zobaczy, jak to jest.

– Przestań – powiedziała kobieta, kładąc delikatnie dłoń na jego ręce. – Nie denerwuj się z jego powodu. Damy sobie radę, tak jak ze wszystkim innym do tej pory. Musimy zachować godność.

Godzinę później byli już w piwnicy kamienicy w jednej z najgorszych dzielnic w mieście. Nick leżał na plecach i kierował światło swojej nowej latarki na skomplikowany system zaworów i pomp. Szukał śladów uszkodzenia. Lucy siedziała na odwróconym wiadrze, podawała mu narzędzia i próbowała nie oddychać zbyt głęboko. W tej części miasta roznosił się przykry zapach. Ulice pokrywał brud, mieszkania były zatłoczone, a bieżąca woda docierała jedynie do niewielu spośród setek budynków. Za każdym razem, kiedy trafiała do tej dzielnicy, smród wnikał w jej włosy i ubranie. Zastanawiała się wówczas, jak ktokolwiek może tam w ogóle mieszkać. Przynajmniej lokatorzy tej kamienicy mieli na tyle szczęścia, że dzięki Nickowi i zaworowi pomysłu ich dziadka do mieszkań dopływała woda.

Wszystko w życiu tych ludzi stawało się lepsze, zdrowsze, czystsze, jeśli tylko za sprawą odpowiedniego ciśnienia woda docierała na wszystkie osiem pięter.

Na schodach odezwały się kroki, po czym pojawił się pan Garzelli. Nick wysunął się spod rur i usiadł.

– Czyli ktoś tu węszył? – spytał.

Pan Garzelli skinął głową.

– Jakiś chudy mężczyzna. Starszy. Wyglądał podejrzanie. Jedno ramię miał wyżej, jak jakiś garbus. Przez to go zapamiętałem. Widziałem już tego człowieka parę razy. Mój najstarszy syn przyłapał go, jak próbował wejść przez okno do piwnicy. Wtedy uciekł. Zauważyłem go też ostatnio, kiedy instalował pan te zawory.

Nick zaczął odkładać narzędzia.

– Dobrze, że mnie pan wezwał, ale wygląda na to, że nic nie jest uszkodzone. Powinien pan jednak założyć w tym oknie lepszy zamek.

– Wiem, że ma pan jakiś proces w sprawie tych zaworów – zagadnął Garzelli. – Nie będzie miał pan przez to kłopotów, prawda?

Lucy i jej brat ryzykowali zapoczątkowaniem lawiny za każdym razem, gdy instalowali wynalazek dziadka w kolejnej z niezliczonych kamienic na Manhattanie. Nick jednak wzruszył ramionami i uśmiechnął się swobodnie.

– Bardziej boję się mojej młodszej siostry niż tego procesu – odpowiedział.

– Panny Lucy? – spytał z niedowierzaniem Garzelli. – Naprawdę?

– Chyba nie widział pan, co robi, kiedy przypalę kolację. – Nick zarzucił na ramię torbę z narzędziami. – Niech pan tylko nikomu nie mówi o tych zaworach. Nie da się ukryć faktu, że ma pan w całym budynku bieżącą wodę, jednak nie trzeba przy tym wspominać mojego nazwiska.

– Jasne, rozumiem – odparł mężczyzna, serdecznie ściskając jego dłoń.

Słońce już zaszło, kiedy Lucy i Nick wrócili do Greenwich Village. Mieszkali na trzecim piętrze budynku z brązowego piaskowca, bez windy. Ta kamienica cieszyła się niegdyś większym prestiżem, jednak w ostatnich latach podupadła. Podobnie jak ich rodzina.

Kobieta przekręciła klucz w zamku, po czym weszła do ciemnego mieszkania. Od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Zmarszczyła nos. Dym papierosowy?

Było to dziwne. Nikogo tu dziś nie powinno być. Ich matka wyprowadziła się do Bostonu po śmierci ojca prawie rok temu, a rodzeństwa nie było stać na służbę.

Kiedy oczy Lucy zdążyły już przywyknąć do mroku panującego we wnętrzu, rozejrzała się po pomieszczeniu. Porozkręcane zawory Nicka leżały rozrzucone na stole w jadalni. Na parapetach stały storczyki należące jeszcze do ich matki. Wszystkie stoliki i zakamarki były zajęte przez stosy książek. Meble, niegdyś eleganckie, służyły wielu pokoleniom i nie lśniły już dawnym blaskiem, jednak wszystkie sprzęty w mieszkaniu były komfortowe niczym ulubiony koc. Ich rodzina była tu kiedyś szczęśliwa.

– Nie wstępowałeś dzisiaj do domu, prawda? – spytała Lucy.

Nick wszedł do środka i z hałasem rzucił na sofę swoją torbę z narzędziami.

– Nie. Dlaczego?

– Nie czujesz tego dymu papierosowego?

Zatrzymał się, by powąchać powietrze, po czym wzruszył ramionami.

– Ta kobieta, która mieszka nad nami, pali jak lokomotywa. Pewnie dym dostaje się tu przez kratki wentylacyjne.

– Jesteś pewny?

 

Nick był hydraulikiem, a nie ekspertem do spraw wentylacji, jednak pozostał niewzruszony.

– Nie jestem aż tak przeczulony – powiedział, a potem udał się do kuchni, aby wyszorować ręce nad zlewem.

Może jemu nie przeszkadzały pozostałości tego gryzącego zapachu, lecz dla Lucy stanowiło to powód do niepokoju. Wszystko w mieszkaniu było dokładnie tak, jak to zostawiła, jednak podskórnie czuła obawę, że ktoś wszedł tu pod ich nieobecność.

Wzięła głęboki oddech i pożałowała, że nie ma z nimi ojca. Był skałą, na jakiej opierała się cała rodzina, ale pod koniec życia dawało się wyczuć, że tracił nadzieję. Lucy często była świadkiem, jak spoglądał przez okno na ulicę nieobecnym wzrokiem, jakby coś go prześladowało. Tydzień przed śmiercią ojca wróciła do domu wcześniej i zobaczyła, jak blady wpatrywał się w kartkę papieru trzymaną kurczowo w dłoni. Podbiegła do niego i spytała, co się dzieje, a on zamarł. Był to pierwszy raz, kiedy na twarzy ojca zauważyła lodowaty, paraliżujący strach.

Wetknął papier do rudobrązowej teczki i zaprzeczył temu, że cokolwiek jest nie tak. Lucy wiedziała jednak, że kłamał. Jego ręce drżały, gdy zamykał teczkę w szufladzie biurka.

Po jego odejściu usiłowała bezskutecznie znaleźć tamtą aktówkę. Wraz z Nickiem przeszukali dokładnie mieszkanie. Sprawdzali nawet pod deskami w kuchni, gdzie ukrywali klejnoty rodzinne. Skarb był tam nadal, jednak teczka zaginęła bez śladu. Lucy nie mogła przestać myśleć, że to ów dokument w jakiś sposób przyczynił się do śmierci jej ojca. Zawsze miał słabe serce, a to, co wtedy przeczytał, przeraziło go.

Kobieta odgrzała na kolację fasolę z puszki. Dzielili się z bratem obowiązkami w kuchni, a ich posiłki były zawsze skromne. Po dziesięciu godzinach pracy na stacji telegraficznej nie potrzebowała niczego wyszukanego. Chciała jedynie spokoju.

Spożycie kolacji nie potrwało zbyt długo. Lucy zgodziła się posprzątać po niej, a Nick rozłożył się na starej sofie i przeglądał pocztę. Obydwoje dużo pracowali. Ona spędzała dni przy biurku, tymczasem Nick wykonywał zadania wymagające siły fizycznej, gdy pomagał instalować pod ulicami wielkie pompy, dzięki którym woda mogła dopływać i odpływać z miasta.

Lucy opłukiwała garnek pod kranem. Mimo że znajdowali się na trzecim piętrze, zawory pomysłu ich dziadka sprawiały, że odpowiednie ciśnienie doprowadzało wodę do ich domu. Mieszkali w czystej, porządnej kamienicy, a zaledwie parę kilometrów dalej rozciągało się miasto zaludnione przez ponad milion ludzi, gnieżdżących się w budynkach bez kanalizacji. Przynajmniej teraz przybyła kolejna kamienica z bieżącą wodą.

Posłała Nickowi uśmiech pełen dumy i zauważyła, że brat wpatruje się w podłogę. Miał opuszczone ramiona, a w dłoni trzymał list.

– Co się dzieje? – spytała, zakręcając kran.

– To od naszego prawnika. Wuj Thomas znowu czegoś od nas chce.

Zesztywniała.

– O co mu tym razem chodzi?

– Oskarża nas o działanie w złej wierze – odparł. – Chcą umorzenia sprawy.

„Działanie w złej wierze” mogło oznaczać cokolwiek. Choć była jedna tajemnicza rzecz, którą Lucy i Nick faktycznie robili. Jedyny sposób, dzięki któremu udawało im się przez te wszystkie lata radzić sobie z armią prawników Thomasa Drake’a.

Kobieta odłożyła ścierkę i wstrzymała oddech.

– Myślisz, że wie?

– Jeśli tak jest, to po nas.

Lucy westchnęła i skinęła głową. Podeszła do starego stołu w jadalni i zmęczona opadła na krzesło. Niełatwo było prowadzić walkę z wujem Thomasem i jego rodziną, którzy, niczym europejska arystokracja, mieszkali w pałacu w północnej części stanu Nowy Jork. Drake’owie z Saratogi wykorzystywali majątek uzyskany dzięki wynalazkowi ich dziadka, aby od dziesięcioleci procesować się ze swoimi krewnymi z Manhattanu. Lucy nie miała żadnych dowodów, jednak przeczuwała, że ta część rodziny w jakiś sposób stała za śmiercią jej ojca. Lekarz stwierdził, że przyczyną zgonu był atak serca, lecz kobieta nie miała takiej pewności.

Czy proces był tego wart? Jej spojrzenie umknęło w kierunku kranu. Z jaką łatwością ludzie podchodzili do czystej wody i przyjmowali ją za oczywistość. Jednak nie ona. Podobnie pan Garzelli i jego dwustu lokatorów.

Tak. Warto się było procesować, nawet jeśli miałaby zostać starą panną i obawiać się dymu papierosowego przedostającego się przez system wentylacyjny. Czuła zobowiązanie wobec ojca i dziadka, aby walczyć z kuzynami z Saratogi. Jej wuj rozporządzał majątkiem, armią prawników i trzema decyzjami sądu pierwszej instancji na swoją korzyść. A co najważniejsze, nie miał serca i pozwalało mu to walczyć z zawziętością jak lew.

Lecz Lucy i Nick posiadali broń, o jakiej Drake’owie z Saratogi nie mieli pojęcia. Przez dwa lata pozwoliła im ona ubiegać wuja i jego knowania. Ta tajna broń mogła zaprowadzić rodzeństwo do więzienia, jednakże przy odrobinie szczęścia była w stanie sprawić, że ostatecznie szala przechyli się na korzyść rodziny z Manhattanu.

Rozdział drugi

Lucy usiadła na krześle przy biurku mieszczącym się w przestronnym biurze Associated Press na piątym piętrze Western Union Telegraph Building[1]. Pracowało tam czterdzieści pięć osób, które odbierały zakodowane wiadomości z całego świata. Stukot kropek i kresek na dziesiątkach telegrafów powodował hałas, który dla wielu ludzi brzmiał jak kompletny chaos. Lucy koncentrowała się jednak na płynącym do niej alfabecie Morse’a, którym operator z Bostonu przesyłał raport o otwarciu kolejnego odcinka metra.

Na biurku za nią odezwał się sygnał, ale kobieta zignorowała to, skupiając się na odszyfrowywaniu przekazu. Był to dzwonek od przełożonego, jednak standardowa procedura polegała na zakończeniu odbioru wiadomości przed zgłoszeniem się na wezwanie. W przemyśle informacyjnym szybkość była wszystkim. Biuro posiadało nawet pocztę pneumatyczną. W specjalnych rurach umieszczało się świeżo otrzymane doniesienia i z niesamowitą prędkością przekazywano je na inne piętra w budynku w celu dalszej dystrybucji.

Dziesięć minut później Lucy weszła do gabinetu pana Tollanda i zdołała złapać gruby egzemplarz Times of London, zanim uderzyłby ją w pierś.

– Znowu nas wyprzedzili! – wycedził mężczyzna przez zaciśnięte zęby. – Nasz reporter zarzeka się, że niezwłocznie przekazał artykuł o chińskiej inwazji w Mandżurii, a tymczasem wiadomość dotarła do naszego biura dopiero godzinę temu. A jakimś sposobem Times miał te informacje już wczoraj!

Lucy wiedziała, że nie należy przerywać panu Tollandowi, kiedy się unosił. Był przecież wściekły na Reutersa, a nie na nią. W branży dziennikarskiej panowała ostra konkurencja, a różnica kilku godzin oznaczała albo triumf, albo opublikowanie nieaktualnych informacji. Ostatnio przy nadawaniu wiadomości z Dalekiego Wschodu ich konkurent nieustannie z nimi wygrywał.

Reuters i Associated Press były agencjami informacyjnymi. Gazety z całego świata zawierały z wybraną z nich kontrakty na dostarczanie relacji o znaczeniu międzynarodowym, które następnie przekazywały dalej i publikowały w lokalnych wydaniach. Brytyjska agencja informacyjna Reuters zajmowała wiodącą pozycję w branży od czasu swojego powstania w 1851 roku. Associated Press stanowiła jej amerykański odpowiednik, jednak była nowa na rynku i dopiero walczyła o swoją renomę.

Jej agencja stanowiła ucieleśnienie amerykańskiego kapitalizmu. Cechowała ją wydajność oraz konkurencyjność. Nikt inny nie dostarczał w takim tempie biuletynów do stowarzyszonych gazet. Lucy powinna to wiedzieć. Była jedną z najlepszych telegrafistek. Mogła zapisywać i odczytywać alfabet Morse’a tak szybko, jak mówiła. Uwielbiała transkrybować historie dziennikarzy stacjonujących na słonecznych równinach Afryki czy pośród skandynawskich fiordów. Dzięki kablowi transatlantyckiemu, który łączył Nowy Jork ze wszystkimi głównymi miastami Europy, wiadomości mogły być przekazywane przez ocean w czasie krótszym niż pięć minut. Associated Press była znana z tego, że publikowała wydarzenia z Londynu, zanim Times of London nawet zaczął uruchamiać swoje prasy drukarskie.

Amerykańscy reporterzy byli szybcy, sprytni i słynni z wysyłania wiadomości na bieżąco. Bycie częścią tej rozległej sieci zaangażowanych ludzi, skupionych na przekazywaniu światowych informacji tym, którzy chętnie rozkładali gazety, stanowiło przywilej.

W modelu działania Associated Press istniała tylko jedna rażąca niedoskonałość. Nie było podmorskiego kabla pod Oceanem Spokojnym. Zatem aby do Stanów Zjednoczonych dotarły wiadomości z Rosji i Dalekiego Wschodu, musiały one podróżować siecią naziemnych przewodów poprzez kolonie brytyjskie. A komu trzeba było płacić za transmitowanie tych informacji? Reutersowi.

Kiedy dziennikarz pracujący dla AP chciał nadać telegram z Chin czy Japonii, musiał to robić przez kabel Reutersa i kolonie brytyjskie. AP słono płaciła za ten przywilej i jeszcze do niedawna wszystko działało sprawnie. Lucy mogła dokładnie wskazać dzień, a nawet godzinę, od której informacje z Dalekiego Wschodu zaczęły spowalniać.

Była to chwila, gdy zarządzanie nowojorskim biurem Reutersa przejął sir Colin Beckwith. W momencie, kiedy wkroczył do budynku, wszystko się zmieniło. Fakt, że jej szef nie dawał temu wiary, niewiele znaczył.

– Podejrzewam, że problem może mieć jakiś związek z panem Beckwithem – powiedziała. Nie używała jego nadętego brytyjskiego tytułu. Byli w Ameryce, a ona nie miała obowiązku chylić czoła przed gwiazdą Reutersa.

– Sir Beckwith jest zbyt wielkim dżentelmenem, by mógł szkodzić naszym informacjom – odparł pan Tolland.

Lucy nigdy dotąd nie spotkała człowieka tak zadufanego w sobie jak Colin Beckwith. Tego dnia, kiedy mieli okazję się spotkać po raz pierwszy, nucił pod nosem God Save the King. Miało to miejsce w wigilię Nowego Roku w Central Parku, a Lucy starała się z całych sił, aby wymazać to wydarzenie z pamięci. Wątpiła, czy mężczyzna je w ogóle odnotował, ponieważ za każdym razem, gdy spotykała go na przystanku tramwajowym czy w windzie, jego wzrok ześlizgiwał się po niej bez żadnej uwagi.

– Opóźnienie w wiadomościach zaczęło się niedługo po tym, jak pan Beckwith pojawił się w nowojorskim biurze. Jestem tego pewna.

Pan Tolland jej przerwał. To właśnie on wynegocjował umowę z Reutersem, więc miał interes w tym, aby wierzyć, że porozumienie działa jak w zegarku. Niezależnie od tego, o czym świadczyły fakty.

– Nasz kontrakt z Reutersem mówi wyraźnie – zrzędził. – Historie docierające do biura w Nowym Jorku mają być do nas dostarczane w ciągu dwóch godzin. Jeśli Reuters świadomie opóźnia nasze informacje, znaczy to, że łamie warunki umowy. Chcę, aby sprawdziła pani pocztę pneumatyczną i upewniła się, że działa prawidłowo.

Lucy odziedziczyła rodzinny zmysł techniczny. Ta umiejętność pomogła jej w szybkim awansie w AP. Poza nadawaniem i odbieraniem wiadomości była odpowiedzialna za dbanie o sprawne funkcjonowanie poczty pneumatycznej. Dzięki ciśnieniu w systemie rur możliwe było przesyłanie małych kapsuł z listami lub innymi dokumentami z piętra na piętro.

– Natychmiast się tym zajmę – powiedziała.

Gdy weszła do głównego pomieszczenia, uderzył w nią harmider powodowany tysiącami kliknięć. Lucy podchodziła do stacji wysyłkowych znajdujących się na końcu każdego rzędu. Sprawdzała rury, odpowietrzniki i przewody elastyczne. Wszystkie były prawidłowo połączone. Konieczne okazało się również skontrolowanie głównej stacji zasilającej w piwnicy oraz punktu dostępu w biurze Reutersa. Lucy uważała to za próżny wysiłek, jednak musiała to zrobić, aby uspokoić pana Tollanda i nie zostać zwolniona z pracy.

Najpierw udała się prosto do źródła problemów: gabinetu sir Colina Beckwitha. W nadchodzącym tygodniu miała się odbyć kolejna rozprawa przeciw Drake’om z Saratogi, co oznaczało, że trzeba będzie zapłacić następny rachunek za usługi prawnika. Lucy nie mogła sobie pozwolić na utratę pracy z powodu luźnej definicji słowa uczciwość, jaką stosował Colin Beckwith.


Reuters i Associated Press zajmowały różne piętra w tym samym biurowcu pod numerem 195 przy Broadwayu. Western Union Telegraph Building był niezwykłym dziesięciokondygnacyjnym gmachem zbudowanym w celu nadawania i odbierania wiadomości telegraficznych i telefonicznych z całego świata. Niesamowita sieć drutów i kabli wychodząca z budynku sprawiła, że stał się naturalną siedzibą obu agencji. Ich obecność czyniła Broadway 195 sercem przemysłu informacyjnego kontynentu północnoamerykańskiego.

 

Lucy weszła dwa piętra wyżej do biura Reutersa. Różnice między nowojorską centralą tej agencji a AP były uderzające. Lobby Associated Press zapełniały materiały biurowe ułożone z aptekarską precyzją. Tymczasem we foyer Reutersa umieszczono flagi z dziesiątek kolonii i terytoriów podległych Zjednoczonemu Królestwu, portret króla, a także posąg ryczącego lwa naturalnych rozmiarów. Można sobie było nalać herbaty z wielkiego srebrnego dzbanka, obok którego leżały półmiski z prawdziwej porcelany z poukładanymi herbatnikami i trójkącikami sera cheshire. AP natomiast zapewniała wszystkim kran z dostępem do wody pitnej.

Sekretarka przy głównym wejściu miała elegancki brytyjski akcent. Reuters mógł zatrudniać, kogo chciał, czy jednak nie był w stanie przyjąć nowojorczyków na stanowiska biurowe? AP w swoich zagranicznych biurach do takich prac zatrudniała zawsze lokalnych mieszkańców.

– Czy zastałam pana Beckwitha? – spytała Lucy.

– Ma pani na myśli sir Beckwitha? – odparła wymownie sekretarka, spoglądając na nią z wyższością.

– Tak, chodzi o niego. – Lucy prędzej by się zadławiła, niż użyła tego tytułu. Nie zaczekała na odpowiedź kobiety, tylko ruszyła korytarzem do narożnego gabinetu należącego do dyrektora.

Widziała już Colina Beckwitha wielokrotnie w ciągu ostatnich czterech miesięcy, odkąd przybył z Londynu. Nie miał imponującego wzrostu, jednak był atrakcyjnym mężczyzną z wyrazistymi kośćmi policzkowymi, nienagannymi manierami i gładkim, świadczącym o wykształceniu akcentem, który brzmiał, jakby pochodził wprost z pałacu Buckingham. Wyróżniały go jasnoniebieskie oczy i starannie wypielęgnowane blond włosy o złocistym połysku. Brakowało jedynie wieńca laurowego zwieńczającego głowę, aby wyglądał jak bóstwo zstępujące z Olimpu, by pogawędzić ze zwykłymi śmiertelnikami.

Lucy chciała poznać przyczynę opóźnień w docieraniu wiadomości z Azji, co oznaczało, że będzie musiała schować swoją dumę do kieszeni i ponownie pomówić z tym człowiekiem. Miała jedynie nadzieję, że nie pamiętał ich pierwszego spotkania.

Przez otwarte drzwi gabinetu można było zauważyć okazałe biurko i okno z widokiem na Manhattan. Pana Beckwitha nie dało się jednak dostrzec. Uwagę kobiety przykuł znajomy dźwięk. Weszła do pomieszczenia i zobaczyła, jak mężczyzna pochyla się nad narożnym stolikiem i przytyka ucho do miniaturowego telegrafu, prawie jakby odbierał prawdziwą wiadomość.

– Panie Beckwith?

Rzucił w jej kierunku rozgniewane spojrzenie.

– Cisza!

Natychmiast skupił się znów na szybkich postukiwaniach dochodzących z urządzenia. Colin Beckwith znał alfabet Morse’a? Imponujące. Nikt z wyższych szczeblem pracowników AP nie był w stanie odbierać ani nadawać wiadomości, a jedynie najlepsi operatorzy potrafili tłumaczyć informacje w głowie, nie zapisując po kolei liter. On dekodował telegram, słuchając go. Podziw Lucy dla tego mężczyzny nieco wzrósł. Nie mógł on być jedynie nieporadnym arystokratą, skoro tłumaczył na bieżąco kod Morse’a.

Wyglądał jak odurzony, gdy koncentrował się na wiadomości transmitowanej przez urządzenie. Był zachwycony. Wstrzymywał oddech, wsłuchując się w postukiwania telegrafu. Było coś pociągającego w mężczyźnie potrafiącym się czymś zafascynować do tego stopnia.

Stop! Okazanie mu zainteresowania było ostatnią rzeczą, jakiej chciała. Poza tym co aż tak mocno przykuwało uwagę pana Beckwitha? Czy Reuters wiedział coś, o czym nie wiedziała AP? Nie chciała, aby ktoś ubiegł ich pracownika w podawaniu kolejnej informacji, więc pochyliła głowę i zaczęła nasłuchiwać. Nawet z przeciwległego końca pomieszczenia była w stanie rozszyfrować postukiwania dochodzące z urządzenia.

Dżentelmeni z Indii, 118 punktów, 10 wyeliminowanych graczy, Oksford, 146 punktów, 5 wyeliminowanych graczy.

Lucy mrugnęła, nie wiedząc, co myśleć o dziwnej wiadomości, która zafascynowała Beckwitha. Zaciskał rękę tak mocno, że pobielały mu kostki. Wyglądał na rozemocjonowanego, gdy w myślach analizował informacje. Kobieta skupiła się ponownie na odkodowywaniu transmisji.

Williams wyeliminował aż pięciu graczy. Barnes złapał piłkę w punkcie strategicznym po tym, jak została odbita przez Grigsona po nieudanym uderzeniu przeciwnika. Świetna gra zawodników w polu.

Wyniki meczu krykieta! On słuchał relacji z meczu! Dziś jeszcze nie dotarły aktualne informacje z Filipin, gdzie stacjonowały tysiące amerykańskich żołnierzy, ale dobrze było wiedzieć, że Reuters śledził bieżące rezultaty krykieta. Założyła ręce i czekała na koniec transmisji, zmuszając się do spokojnego oddychania. Konfrontowała się już z poważniejszymi przeciwnikami niż Colin Beckwith, jednak niebezpieczne było ujawnienie rywalowi chociaż cienia niepokoju. Ojciec nauczył ją tego już dawno temu.

Wreszcie pan Beckwith zakończył odbiór, poprawił sobie kołnierzyk i wyprostował się. Do biura ubierał się bardzo formalnie. Niewielu mężczyzn nosiło jeszcze wysokie kołnierzyki. Jego wygląd był dzięki temu wyrafinowany i wzbudzał podziw.

– Panna Drake, prawda?

Lucy spłoszyła się.

– Skąd zna pan moje nazwisko?

– Sama mi je pani powiedziała – odparł, przesyłając jej zaczepne spojrzenie. – Wigilia Nowego Roku, jedenasta w nocy, stała pani obok wózków sprzedawców przy ulicy Osiemdziesiątej Szóstej. Miała pani purpurową czapkę, a pani brat był gotów mnie udusić.

Odczuła na twarzy uderzenie gorąca. Czyli jednak pamiętał. Wyprostowała ramiona, koncentrując się na tym, by nie powracać wspomnieniami do tamtego wydarzenia.

– Pan Tolland jest sfrustrowany brakiem punktualności w docieraniu wiadomości AP z Dalekiego Wschodu – rzekła. – Zostałam tu przysłana, aby sprawdzić ewentualny problem z pocztą pneumatyczną. Podejrzewam jednak, że opóźnienie może mieć źródło gdzie indziej. – Zerknęła znacząco na telegraf. – Być może na polu krykietowym w Oksfordzie.

Mężczyzna przyjrzał się jej z zaciekawieniem.

– Czyżbym usłyszał w tym komentarzu jakiś zarzut? Myślę, że tak było. Proszę wejść i powiedzieć mi, jakich to skandalicznych nieprawidłowości się dopuściłem. Mam sporo wad, przyznaję się bez bicia.

Wysunął dla niej krzesło, po czym obszedł biurko i zajął miejsce. Posłał w jej stronę uprzejmy uśmiech, który prawdopodobnie mógłby urzec europejskich wieśniaków. Lucy nie zważała na to, jak był ujmujący. Chciała, aby Reuters wypełniał swoje zobowiązania kontraktowe, co miało miejsce, zanim ten człowiek przybył do Nowego Jorku.

– AP otrzymuje z opóźnieniem wiadomości z Indii, Rosji i innych krajów Azji.

Mężczyzna nawet nie drgnął.

– I?

– I myślę, że wie pan coś na ten temat.

– Na temat opóźnień? Nonsens. Nasz kontrakt na to nie zezwala. – Uśmiechnął się z niewinnością świeżo rozkwitniętej róży.

– Spowolnienia nie występowały, zanim nie został pan dyrektorem biura w Nowym Jorku.

– Sugeruje pani, że mam z tym coś wspólnego? Co za tupet!

– Nie wierzę w zbiegi okoliczności.

– Co się stało z amerykańską determinacją? Co z duchem konkurencji? Wydawało mi się, że przynosi wam dumę bycie szybszym, lepszym i tańszym. Że pracujecie dniami i nocami i nigdy nie narzekacie, że jesteście zaraz za liderem.

Lucy uniosła brodę na słowa „zaraz za liderem”, jednak utrzymała opanowany ton głosu.

– AP nie ma nic przeciwko płaceniu za usługę. Jeśli przeczytałby pan uważnie umowę, wiedziałby pan, że się na to zgodziliśmy, dopóki nasz własny przewód nie będzie gotowy.

Amerykanie byli bliscy ukończenia podwodnego kabla pod Pacyfikiem, za sprawą którego umowa z Reutersem straci rację bytu. Kiedy tylko zacznie on działać, AP nie będzie już więcej potrzebować tego niewygodnego obejścia. W ciągu kilku miesięcy ostatnia część kabla połączy Hawaje z Filipinami. Reuters nadal miał o to pretensje. Próbował negocjować prawa do położenia kabla na Hawajach, ale obecnie Amerykanie sprawowali kontrolę nad wyspą i nie chcieli się na to zgodzić.

– Myślę, że zbliża się czas, kiedy to pan zacznie prosić o udostępnianie naszego kabla pod Pacyfikiem – powiedziała. – Nie jestem pewna, czy będziemy na tyle uprzejmi, jeśli pan nie respektuje aktualnej umowy z nami.

– Zawiść jest tak okropna – mruknął.

– Czyli przyznaje pan, że spowalnia nasze transmisje?

– Dlaczego miałbym się przyznać do czegoś, co naruszałoby naszą umowę? Wydaje się pani mieć irracjonalne poczucie pilności. AP dostaje swoje biuletyny, każde zawarte w nich słowo. Skąd ten pośpiech?