Król demonów

Tekst
Z serii: Wezwanie Lucyfera #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Hannah


Przy krawężniku przed Niebiańskim Centrum Wypoczynkowym z Kasynem zatrzymała się długa czarna limuzyna. Miałam wrażenie, że gdy wsiadaliśmy z tyłu, jej przód już zajeżdżał przed miejsce docelowe. Była jeszcze bardziej widowiskowa od mojej czarnej jedwabnej sukni z głębokim dekoltem, którą dostarczył mi Lucas po tym, jak odkrył, że nie przywiozłam do Vegas żadnego formalnego stroju. A dokładniej mówiąc, w ogóle nie miałam eleganckich ubrań. Na pewno nie takich, które spełniałyby jego standardy.

Z tego, co pamiętałam, nigdy nie jechałam limuzyną. Wnętrze całe było w skórze, a okna tak mocno przyciemnione, że bardziej przypominały ścianki pojazdu niż szyby. Raz po raz zerkałam na szyberdach i światła, które migały przez niego jak jakiś neonowy kalejdoskop. Wyobraziłam sobie, że otwieram go, wychylam się i macham do mijających nas samochodów jak na filmach. Powstrzymałam się jednak przed tym. To nie była przejażdżka dla zabawy, to nawet nie była randka, tylko część umowy zawartej z niebezpiecznym mężczyzną, żeby odnaleźć zaginioną przyjaciółkę. Nie mogłam o tym zapominać – nieważne, jak bardzo mnie to wszystko fascynowało.

Ani jak niesamowicie pociągający był ten mężczyzna.

Lucas stanowił ucieleśnienie swobody, opanowania i skupienia. Oparł się o kanapę i poprawił mankiety smokingu. Owszem, miał na sobie prawdziwy smoking. Nawet w nowej sukni, która kosztowała pewnie więcej, niż zarabiałam przez cały miesiąc, czułam się obok niego nie na miejscu.

– Postanowiłem, że każda z naszych siedmiu nocy będzie symbolizować jeden z grzechów głównych – oznajmił z szelmowskim uśmiechem, od którego zakręciło mi się w głowie.

Wstrzymałam oddech, gdy wyobraziłam sobie te grzechy. Gniew, zazdrość, nieczystość.

– A dzisiejszy to…?

W jego łobuzerskich zielonych oczach zatańczyły iskierki rozbawienia, bo dokładnie wiedział, o którym pomyślałam.

– Dzisiejszy to łakomstwo. Mam nadzieję, że jesteś głodna.

Odetchnęłam z ulgą. Z łakomstwem sobie poradzę.

– Prawdę mówiąc, konam z głodu. Od rana nic nie jadłam.

Cmoknął z dezaprobatą.

– Przecież ci mówiłem, żebyś zamówiła coś do pokoju.

Wykręciłam ręce na podołku.

– Za bardzo martwiłam się o przyjaciółkę, żeby coś przełknąć. Masz już jakieś tropy?

– Jeszcze nie, ale moi poddani właśnie przeglądają nagrania z kamer. – Popatrzył mi w oczy i powiedział z całkowitą powagą i pewnością: – Obiecałem, że ją odnajdę, i to zrobię. Nie miej co to tego wątpliwości.

Pokiwałam powoli głową i odwróciłam ją, zanim zatraciłam się w jego mrocznym, palącym spojrzeniu. Nadal martwiłam się o Brandy, ale próbowałam o tym nie myśleć. W tym momencie nie mogłam zrobić nic więcej poza pokładaniem całej nadziei w Lucasie.

Limuzyna podjechała pod Bellagio, kolosalny hotel przypominający baśniowy zamek wyrastający za ogromnym jeziorem i cudownymi fontannami. Szyba w drzwiach obok mnie zjechała gadko i wraz z nocnym powietrzem otoczyła mnie muzyka, w której takt działały fontanny i światła na wodzie.

– Co za fontanny – powiedziałam zduszonym głosem. Kiedy odwróciłam się do Lucasa, zobaczyłam, że obserwuje mnie z niezgłębionym wyrazem zbyt przystojnej twarzy, więc znowu pospiesznie przeniosłam wzrok na wodę.

Samochód zatrzymał się łagodnie przed wejściem do hotelu. Inne pojazdy pędziły obok nas, ale ja na chwilę zatraciłam się w muzycznym widowisku. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby woda poruszała się w ten sposób. Jakby żyła.

Gdy kierowca otworzył drzwi, Lucas wysiadł, odwrócił się i wyciągnął do mnie rękę. Przysunęłam się do niego najszybciej, jak potrafiłam w obcisłej sukni, uważając, żeby nie zaczepić nią o zachwycające szpilki. Dostałam je razem z suknią i niemal padłam trupem na widok czerwonej podeszwy – znaku rozpoznawczego Christiana Louboutina. Nie znałam się zbytnio na modzie, w przeciwieństwie do Brandy, która śniła o jego butach. Może gdy to wszystko już się skończy, udałoby mi się przeszmuglować je z powrotem do Visty i jej sprezentować.

Ujęłam dłoń Lucasa i wysiadłam z limuzyny, a jego oczy prześlizgnęły się po mnie z jakimś głodem. Potem powoli uniósł moją rękę do ust i na wewnętrznej stronie nadgarstka złożył długi pocałunek. Sapnęłam i spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Ciepło jego ust przeszyło mnie całą i trafiło między uda, zapewne w ułamku sekundy spopielając moje majtki. Skąd on wiedział, że to był mój słaby punkt, który doprowadzał mnie do szaleństwa i podsycał żądzę jak żaden inny?

– Wyglądasz zjawiskowo – stwierdził cicho.

– Dziękuję. – Zarumieniłam się i wygładziłam strój. – Każda by ładnie wyglądała w tak zachwycającej sukni.

– Nie o niej mówiłem.

Ułożył moje przedramię na swoim jak prawdziwy dżentelmen, chociaż w jego spojrzeniu nie było żadnych dobrych manier. Serce zaczęło mi walić jak szalone, gdy znalazłam się tak blisko niego, i to nie tylko ze strachu. Był zdecydowanie zbyt przystojny, a moc i niebezpieczeństwo, jakimi emanował, jednocześnie mnie intrygowały i kazały zwiewać gdzie pieprz rośnie.

Weszliśmy do budynku, a ja próbowałam nie gapić się na wszystko jak turystka. Ludzie schodzili nam z drogi, a niektórzy z szacunkiem skłaniali głowy przed Lucasem. Kroczył tak, jakby był właścicielem tego hotelu, chociaż tak nie było. Domyślałam się, że wszyscy miliarderzy tak się puszą. Mijane osoby szeptały coś do siebie, ale do moich uszu docierał jedynie syk, nie wyłowiłam ani jednego konkretnego słowa. Przyciągaliśmy spojrzenia i niejedna kobieta straciła zainteresowanie swoim partnerem, gdy minął ją Lucas. Inne patrzyły na mnie z zaciekawieniem, a niektóre nawet krzywo. Szłam pod rękę z najprzystojniejszym i najbogatszym kawalerem w Las Vegas i nie umknęło to niczyjej uwadze.

Czułam się jak królowa u boku mrocznego króla. A co najbardziej zadziwiające, skrycie pławiłam się w dreszczyku emocji, jakie to wywoływało.

Zatrzymaliśmy się przed restauracją o nazwie Picasso. Nie wiedziałam o niej nic oprócz tego, że to jedno z tych miejsc, które pod szyldem umieszcza nazwisko szefa kuchni, więc od razu wiadomo, że jest tu drogo i nie da się wymówić nazw potraw. Lucas poprowadził mnie po wypolerowanej podłodze ku hostessie, która stała przy wejściu, jakby nas oczekiwała.

– Pan Yfer? – Była uprzejma, ale jej uległy język ciała powiedział mi, że doskonale wie, kim on jest. – Cieszymy się, że możemy pana gościć w Picasso. Stolik na tarasie już czeka. Proszę za mną.

Podążyliśmy w głąb restauracji, która była całkowicie pusta. Miałam przez to ciarki, ale dzięki temu mogłam podziwiać otaczające mnie piękno. Szliśmy po kolorowym dywanie pod mozaikowym sufitem oraz między stolikami nakrytymi białymi obrusami i mijaliśmy wiszące na ścianach niezwykłe geometryczne dzieła sztuki.

Nagle mój mózg połączył je z nazwą restauracji i szczęka opadła mi niemal do kostek.

– Te obrazy to autentyczne dzieła Picassa?

– Owszem – odparł swobodnie Lucas, jakbyśmy zasadniczo nie szli przez muzeum sztuki.

Nie sądziłam, że cokolwiek przebije oglądanie obrazów Picassa z bliska, ale właśnie wtedy wyszliśmy na zewnątrz i aż zatkało mnie z wrażenia. Staliśmy dokładnie za tymi wspaniałymi fontannami, które teraz górowały nad nami na tle świateł miasta, i to na tyle blisko, że czułam kropelki wody na skórze.

Lucas objął mnie mocniej ramieniem, a ja patrzyłam jak zahipnotyzowana na strumienie tańczące w takt muzyki z wdziękiem, jakim ja nigdy się nie poszczycę. Kropelki unoszące się w powietrzu przypominały mi wróżki i nagle ścisnęło mnie w gardle na myśl, jak ten magiczny widok zachwyciłby Brandy.

– Pańskie pudełko do fontann jest na stole. – Hostessa wskazała nakryty białym obrusem stolik z dwoma czerwonymi krzesłami stojącymi na wprost siebie. Pozostała część dużego tarasu, na którym w powszednią noc zapewne siedziało wielu gości, została uprzątnięta, co dało nam mnóstwo przestrzeni i prywatności, no i ten niesamowity widok.

Lucas odsunął dla mnie krzesło, więc usiadłam, starając się zrobić to z gracją. Miałam nadzieję, że nie popełnię żadnej gafy w tak wyrafinowanym miejscu. Nie zdziwiłoby mnie, gdybym upuściła jedzenie albo wylała coś na tę suknię. Całe to doświadczenie mnie przytłaczało i trudno mi było nie wytrzeszczać oczu, gdy zjawił się kelner i zaczął opowiadać o autentycznych obrazach Picassa i dekadenckich potrawach inspirowanych regionalną kuchnią Hiszpanii i Francji. A także o ponad tysiącu pięciuset butelkach wina z najlepszych europejskich winiarni – nie żebym piła wino, ale mimo wszystko zrobiło to na mnie wrażenie.

Następnie wręczył mi malutkie menu – tylko jeden arkusz tłoczonego papieru z sześcioma różnymi nazwami. Przeskanowałam je i wybrałam pozycję, która wydawała mi się najmniej dziwaczna, bo cała reszta absolutnie nic mi nie mówiła.

– Poproszę sałatkę z homara.

Kelner obdarzył mnie litościwym uśmiechem i wyjaśnił z francuskim akcentem:

– Och, nie, nie musi pani niczego wybierać. To są dania, które będziemy serwować przez cały wieczór, osobiście wybrane przez szefa kuchni. Zapewniam, że to najlepsze potrawy, jakie zje pani w całym Las Vegas.

Ponownie spojrzałam na menu. Sześć dań? Rzeczywiście byłam głodna, ale czy ktokolwiek mógł zjeść aż tyle? No i co w ogóle oznaczały te dziwaczne nazwy? Nagle zapragnęłam po prostu hamburgera z frytkami. Chciałam zjeść go w domu Brandy, siedząc w legginsach i oglądając z nią coś na Netfliksie.

Kelner podał Lucasowi kartę win i kiedy ten ją studiował, ja wpatrywałam się w stolik, czując się kompletnie nie na miejscu. Nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Powiedziałam kelnerowi, że będę pić tylko wodę, a on posłał mi takie spojrzenie, że aż się skuliłam. Na szczęście Lucas zamówił dla siebie butelkę wina i kelner zniknął, najwyraźniej zadowolony z wyboru.

 

Po chwili inny mężczyzna w służbowym stroju przyniósł nam tosty z wykwintnymi pomidorkami skropionymi sosem – nasze pierwsze danie. Zaczęłam skubać kawałek chleba megaświadoma, gdzie kładę ręce. Byle tylko nie na sukni. Nie chciałam jej zniszczyć przed oddaniem Lucasowi.

Uniosłam wzrok i zobaczyłam, że on znowu obserwuje mnie z tym nieodgadnionym wyrazem twarzy. Na tle fontann i w smokingu wyglądał niesamowicie przystojnie. Jak żywcem wyjęty z jakiejś baśni.

– Wydajesz się spięta – powiedział tym swoim seksownym, melodyjnym głosem.

Zaśmiałam się nerwowo.

– Widać? Droga suknia, obrazy Picassa i wykwintne dania to nie jest moja codzienność. Nie wspominając już…

– O czym? – dopytał.

Z trudem przełknęłam ślinę. Miałam zamiar powiedzieć, że nigdy nie wisiałam na ramieniu miliardera, ale to chyba byłoby niegrzeczne.

– Po prostu nie rozumiem. Co tobą kieruje? Dlaczego to robimy?

– Obiecuję, że to wszystko w końcu nabierze sensu. – Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, a potem podniósł pudełeczko leżące na środku stołu. – Uwielbiam tę restaurację, i to nie tylko ze względu na kuchnię i sztukę, ale też z powodu pewnej możliwości, którą otrzymują… najwyśmienitsi goście.

– Co to jest?

Otworzył pudełeczko i pokazał mi listę piosenek, obok których znajdowały się małe przyciski.

– Wybiera się piosenkę, a potem naciska guzik obok jej tytułu i fontanny zaczynają tańczyć do tego utworu. To spektakularne.

Moje oczy od razu zauważyły Con Te Partirò. Słuchając tego utworu, za każdym razem płakałam, ale i tak na niego wskazałam.

– Ten – wyszeptałam.

Lucas podążył wzrokiem za moim palcem i jego mina ledwo zauważalnie stężała.

Time to Say Goodbye – powiedział z napięciem, którego nie spodziewałam się usłyszeć w jego głosie. – Trafny wybór.

Nacisnęłam guzik obok tytułu i popłynęły powolne dźwięki, a rozświetlone fontanny wygięły się i splotły faliście niczym kochankowie, którzy zaraz się rozstaną. Zgodnie z przewidywaniami zalały mnie fale emocji, więc ukradkiem uniosłam serwetkę do oczu, żeby otrzeć ich kąciki, nie rozmazując tuszu. Powinnam była wybrać inną piosenkę, ale to ją pragnęłam usłyszeć.

Siedzieliśmy w milczeniu, oglądaliśmy strumienie wody poruszające się w rytm utworu i słuchaliśmy głosów śpiewaków operowych. Znajdowaliśmy się tak blisko fontann, że czułam się, jakbym była w ich środku, a kropelki opadające na mnie w chłodnym wieczornym powietrzu wywoływały gęsią skórkę. Lucas obserwował widowisko z kamiennym wyrazem twarzy, ale jego szczęki zacisnęły się, kiedy piosenka osiągnęła punkt kulminacyjny, a strumienie wystrzeliły w niebo.

Znowu skierował na mnie uwagę, gdy muzyka ucichła, a woda znieruchomiała. W tym samym momencie przyniesiono drugie danie. Zjadłam już większość chleba z pomidorkami – okazał się pyszny – i byłam gotowa zabrać się do sałatki z homara. Nie wiedziałam tylko, jak zmieszczę kolejne cztery dania.

– Opowiedz mi o swoim życiu – poprosił Lucas, podnosząc swój widelec.

Poruszyłam się niespokojnie, nie chciałam o tym rozprawiać.

– Nie ma zbyt wiele do opowiadania. Mieszkam w Viście, niedużym mieście w pobliżu San Diego. Prowadzę tam kwiaciarnię.

– Kwiaciarnię? – Zaśmiał się pod nosem rozbawiony. – Jakie to właściwe.

Nie byłam pewna, co przez to rozumiał. To miała być zniewaga czy komplement? Postanowiłam zignorować tę uwagę i skosztowałam sałatki. W moich ustach eksplodował smak. Wow.

Lucas ledwo tknął jedzenie, wolał mnie przesłuchiwać.

– I mówiłaś, że mieszkasz z tą przyjaciółką, Brandy?

– Tak, po rozwodzie potrzebowała pomocy w opiece nad synkiem, a mnie nie było zbytnio stać na opłaty za moje mieszkanie, więc to rozwiązanie okazało się korzystne dla nas obu. Ale teraz jej mama jest chora… – Poczułam ból na myśl o mojej drugiej rodzinie, która liczyła na to, że odnajdę Brandy, i to zanim będzie za późno. – Bardzo się o nią martwię.

Przechylił głowę i bacznie mi się przyjrzał.

– Widzę, że bardzo zależy ci na tych ludziach.

– Mam tylko ich. No, ich i siostrę, ale ona mieszka w San Francisco i nie spotykamy się zbyt często. Prowadzi firmę i jest bardzo zajęta.

Zręczni kelnerzy zabrali nasze talerze i postawili przed nami kolejne danie. Tym razem była to jakaś wykwintna potrawa z przegrzebków i ziemniaków. Przepyszna.

– Czyli nie jesteś z nikim związana – ciągnął Lucas.

Roześmiałam się nerwowo.

– O co chodzi z tymi pytaniami?

Wbił we mnie intensywne spojrzenie.

– Odpowiedz.

Przestraszyła mnie ta jego bezpośredniość, a także nagłe zainteresowanie, czy kogoś mam, więc pomyślałam o tym, żeby się chronić i skłamać, ale nie potrafiłam tego zrobić. Szczerość była dla mnie ważna i szczyciłam się tym, że nigdy nie kłamię. Nawet komuś, kto pewnie bez problemu nagina prawdę… albo i gorzej.

– Nie, nie jestem teraz w żadnym związku.

Nachylił się do mnie.

– Ale w przeszłości byłaś. W ilu? Któreś były poważne?

W jego głosie była taka zaborczość, że aż zesztywniałam. Potrząsnęłam głową i odłożyłam widelec.

– To naprawdę nie twój interes.

Oparł się z powrotem o krzesło i rozluźnił.

– Po prostu próbuję cię zrozumieć. Jesteś tym typem kobiety, który woli związki wieloletnie czy raczej przelotne romanse?

Prychnęłam.

– Raczej tym typem, który siedzi w domu i czyta książki, zamiast chodzić na randki.

To go rozśmieszyło, jego śmiech był niski, chrapliwy i seksowny jak sam grzech.

– W takim razie co za fuks, że mam tak bogatą bibliotekę. Mimo wszystko trudno mi uwierzyć, że przez cały ten czas byłaś singielką. Jesteś prześliczną kobietą, Hannah. Z pewnością w przeszłości wzbudzałaś zainteresowanie mężczyzn albo kobiet. Żadne z nich nie przypadło ci do gustu?

– Spotykałam się z kilkoma facetami, ale nie wyniknęło z tego nic poważnego – przyznałam, rumieniąc się z powodu komplementu. – Żadna z tych relacji nie sprawiała wrażenia właściwej, poza tym cały swój czas poświęcam prowadzeniu kwiaciarni.

Jego oczy rozbłysły satysfakcją. Spodziewałam się, że nadal będzie mnie wypytywać o moje życie osobiste, ale zmienił temat.

– Jesteś menedżerką? Czy właścicielką?

– Jedno i drugie. – Przerwałam, żeby się zastanowić, ile mu wyjawić. Czy to mogło mi zaszkodzić? To wszystko miało trwać tylko siedem dni, a później miałam go już nigdy więcej nie zobaczyć. – To była kwiaciarnia moich rodziców, ale pięć lat temu zmarli. Zostawili ją w testamencie mnie i siostrze. Jo jest zbyt zajęta własną firmą, więc sama ją prowadzę.

– Przykro mi z powodu twoich rodziców.

Jak zwykle na myśl o wypadku w gardle stanęła mi gula smutku i poczucia straty. Nie dlatego, że tęskniłam za rodzicami, ale z tego powodu, że w ogóle ich nie pamiętałam. Zabrano mi nie tylko ich, ale też wszystkie wspomnienia o nich, co było wyjątkowo okrutne. A więc, czy to takie dziwne, że z całych sił walczyłam teraz o bliskich?

Ubiegłam dalsze pytania o rodziców, kierując rozmowę na Lucasa.

– A ty? – zapytałam. – Dlaczego Król Las Vegas musi się uciekać do przekupstwa, żeby kobieta spędziła z nim tydzień? Myślałam, że jesteś playboyem z miliardami dolarów na koncie. A przynajmniej tak przedstawia cię internet.

– Nie wierz we wszystko, co tam przeczytasz. – Nagle zrobił się nieobecny i spojrzał na fontanny pluskające w takt wesołej muzyki. – Miałem kiedyś wielką miłość. Taką, o jakiej pisze się książki.

– I co się stało? – spytałam cicho.

Znowu skierował na mnie ten swój hipnotyzujący wzrok.

– Straciłem ją.

– Przykro mi – powtórzyłam to, co sam powiedział chwilę wcześniej. Ton jego głosu sugerował, że zmarła, więc współczucie ścisnęło mi serce. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak by to było mieć coś takiego, a potem to stracić.

Wpatrywał się we mnie bez mrugnięcia.

– Może tym razem będzie inaczej.

Nie byłam pewna, o co mu chodzi, więc napiłam się wody. W tym samym momencie przyniesiono nam kolejną potrawę: maleńkie kawałki wołowiny z figami i miodem. Zdążyłam już zapomnieć, które to danie. Wiedziałam tylko, że ciągle pojawiają się kolejne i są przepyszne.

Wcisnęłam inny guzik w pudełeczku i tym razem fontanny zaczęły tańczyć do piosenki Celine Dion z Titanica. Nie minęło dużo czasu i znowu zjawił się kelner, ale byłam tak najedzona, że tylko skubnęłam jagnięcinę z jarmużem i szparagami.

– Opowiedz mi o swoim życiu – poprosiłam, gdy przestałam próbować coś jeszcze w siebie wcisnąć. – Pewnie jest znacznie bardziej interesujące od mojego.

Uniósł idealną brew.

– Co chciałabyś wiedzieć?

– Jak to wszystko zrobiłeś? – Machnęłam ręką dookoła. – Ta restauracja musi być niesamowicie droga, a mamy ją tylko dla siebie, w dodatku możemy kontrolować hotelowe fontanny. Jak?

– Bez problemu. Jestem właścicielem.

Zmarszczyłam brwi.

– Wydawało mi się, że do ciebie należy Niebiańskie.

– Bo chcę, żeby większość ludzi tak uważała. Ale tobie mówię prawdę. – Pokazał na Strip, gdzie przez mgiełkę wody z fontann widziałam jarzące się neony kasyn. – Prawie każdy luksusowy hotel i prawie każde kasyno w Vegas należą do mnie. Żeby ukryć, jak bardzo faktycznie kontroluję Strip, właścicielami niektórych uczyniłem podstawione spółki, ale w praktyce Las Vegas to moje miasto.

Opadłam na oparcie oszołomiona. Wiedziałam, że to potężny miliarder, który kontroluje miasto, ale że całe należało do niego… Cholera.

– To dlatego nazywają cię Królem Las Vegas?

– To jeden z powodów. – Przerwał, żeby napić się wina. – Ale nie to chcesz wiedzieć tak naprawdę, co? Interesuje cię, dlaczego nazywają mnie diabłem.

Poczułam, jak robi mi się ciepło z zażenowania, że moje myśli są tak oczywiste albo że Lucas czyta we mnie jak w otwartej księdze. Oczywiście, że właśnie to chciałam wiedzieć. Słyszałam te wszystkie szepty, które padały, gdy się odwróciłam i ludzie myśleli, że już ich nie słucham. Krążyły też plotki o tym, co się stało z tymi, którzy go wkurzyli.

– No to dlaczego?

Zanim odpowiedział, w jego oczach błysnęło czarne poczucie humoru.

– Bo jestem diabłem. Tak naprawdę mam na imię Lucyfer.

Nie mogłam powstrzymać śmiechu.

– Poważnie? Tak cię nazwano po narodzinach? Nic dziwnego, że wolisz imię Lucas. Twoi rodzice musieli cię nienawidzić.

– Mój ojciec zdecydowanie mnie nienawidzi, ale to zupełnie nieistotne. Jestem tym Lucyferem, pierwotnie zwanym Niosącym Światło, a teraz Szatanem, Księciem Ciemności, Ojcem Kłamstw, Królem Piekła i wieloma innymi przydomkami, które ludzie nadali mi przez te wszystkie lata.

Przestałam się śmiać, gdy dotarło do mnie, że mówi całkowicie poważnie.

– Przepraszam… co?

Kelner postawił przed nami ostatnie danie: tartę owocową na deser, a ja przez cały czas tylko gapiłam się na Lucasa. Kiedy zostaliśmy sami, podniósł swój widelec, jakbyśmy prowadzili normalną rozmowę.

– Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że trudno w to uwierzyć, ale tobie mówię wyłącznie prawdę.

Wziął kawałek ciasta do ust, a ja poczułam, jak skręca mi się żołądek. Nie mogłam oderwać od niego wzroku.

– Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę jesteś diabłem? Upadłym aniołem? Wcieleniem zła?

– Zdecydowanie musisz spróbować tej tarty, jest po prostu boska. Znam się na tym. – Napotkał moje spojrzenie i tym razem wyraz jego oczu sprawił, że zadrżałam. – Czy jestem zły? Zapewne. Upadły? Z całą pewnością.

Kurna, w co ja się wplątałam? Myśli kłębiły mi się w głowie i próbując nad nimi zapanować, wbiłam widelec w ciasto. Więził mnie stuknięty miliarder, który uważał się za diabła. Powinnam natychmiast uciec i nigdy się nie oglądać. Ale nie mogłam. To prawdopodobnie jedyna osoba w Vegas, która mogła znaleźć Brandy, a ja poświęciłabym się wiele razy, żeby zapewnić jej bezpieczny powrót do domu.

– To dlatego zawierasz umowy? – Zaśmiałam się nerwowo. – Próbujesz ukraść moją duszę? Powinnam się bać?

– Och, Hannah. Twoja dusza już do mnie należy. – W jego oczach zapłonął ogień, a na ustach pojawił się niegodziwy uśmiech. – I powinnaś się naprawdę bardzo bać.