Król demonówTekst

Z serii: Wezwanie Lucyfera #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


1

Hannah


Tylko desperatka zawiera pakt z diabłem – a ja właśnie zamierzałam poprosić go o przysługę.

Nie mogłam się powstrzymać i gdy winda wiozła mnie w górę, coraz wyżej i wyżej, nerwowo załamywałam ręce. W tle grała muzyka klubowa, a ja prześlizgiwałam się wzrokiem po lustrach wiszących na ścianach i po ciemnosrebrnych przyciskach, byle tylko nie patrzeć na stojących po obu moich stronach wielkich facetów. Nie miałam gdzie przed tą dwójką uciec. Szerokimi barami i karkami oraz idealnie wyprasowanymi garniakami wypełniali całą przestrzeń, ledwie mogłam oddychać. Byli piekielnie przystojni, jak zresztą każdy, kogo widziałam w Niebiańskim Centrum Wypoczynkowym z Kasynem, ale jednocześnie napędzali mi takiego stracha, że zaczęłam się zastanawiać, czy przyjście tu nie było jednak ogromnym błędem.

Dobre sobie. Oczywiście, że to był ogromny błąd. Ale zapewne też jedyny sposób na odnalezienie mojej przyjaciółki.

Winda zasygnalizowała, że dotarliśmy do penthouse’u, a kiedy jej drzwi się otworzyły, wreszcie wypuściłam wstrzymywany oddech. Na zewnątrz stali kolejni modele przekwalifikowani na ochroniarzy. Gdy wysiadłam, wielkie, lśniące czarne drzwi za ich plecami się otworzyły i wybiegł z nich jakiś facet w rozchełstanym szarym garniturze. W jego szeroko otwartych oczach było widać panikę, a uciekając, potrącił mnie mocno w bark.

– Jeśli masz olej w głowie, odwrócisz się na pięcie i zwiejesz gdzie pieprz rośnie – wrzasnął, zanim jeden z mięśniaków złapał go za ramię i wciągnął do windy. W ogóle nie stawiał oporu i po chwili drzwi windy zamknęły się za nim, tłumiąc ostatnie wykrzykiwane przez niego słowo. – Uciekaj!

Z trudem przełknęłam ślinę, ale wzięłam się w garść i skierowałam ku otwartym drzwiom. Miałam wrażenie, że każdy krok przybliża mnie do mojej zguby. Zerknęłam na ochroniarzy stojących po obu stronach wejścia, ale praktycznie nie zareagowali na moje przybycie. Inny mężczyzna w garniturze już na dole udzielił mi pozwolenia na zobaczenie się z panem Yferem, więc pewnie się mnie spodziewali.

Tuż za drzwiami znajdował się nieduży hol z wielkim obrazem przedstawiającym czarne skrzydła rozciągnięte na białym płótnie. Nie znałam się zbytnio na sztuce, ale zapatrzyłam się na niego, bo wydawało mi się, że został namalowany ze złością.

Otrząsnęłam się i ruszyłam przed siebie po podłodze z czarnego marmuru ze srebrnymi żyłkami, aż w końcu weszłam do ogromnego salonu. Na widok fortepianu i drogich kanap z czarnej skóry zamarłam. Zakładałam, że z Lucasem Yferem, dyrektorem wykonawczym firmy Abaddon, a rzekomo również szefem mafii w Las Vegas, spotkam się w jego biurze, a nie w domu. Chwilowo osłupiała wbiłam wzrok w ciągnący się pod jedną ze ścian oświetlony od tyłu bar, za którym wisiały lustra. Później przeniosłam spojrzenie na elegancki kominek naprzeciwko baru, a następnie na sięgające od podłogi do sufitu okna na samym końcu pokoju, za którymi pysznił się Strip – że o basenie bezkrawędziowym na balkonie nie wspomnę.

Mężczyzna, do którego przyszłam, stał oparty jedną ręką o wielką szybę i lustrował swoje królestwo niczym zamyślony władca. A może groźny rekin.

Widziałam tylko jego profil, ale to wystarczyło, żeby serce zamarło mi w piersi. Przyglądałam mu się, czekając, aż zwróci na mnie uwagę, bo nie miałam odwagi zakłócić skupienia tak mrocznego, niebezpiecznego ideału. Nieskazitelny czarny garnitur otaczał szerokie ramiona i zwężał się ku wąskim biodrom, po czym opinał doskonale zaokrąglony tyłek. Promienie słońca muskały krótkie, gęste, niemal czarne włosy z czekoladowobrązowymi refleksami. Niżej perfekcyjnie przystrzyżony ciemny zarost podkreślał cudownie wyrzeźbioną szczękę i biegł ku boskim kościom policzkowym.

Zdecydowanie nie takiego wyglądu spodziewałam się po mężczyźnie, którego szeptem nazywano diabłem.

– Przyszłaś prosić o przysługę? – spytał z cudownym brytyjskim akcentem, dzięki któremu słowa te brzmiały jednocześnie wytwornie i zmysłowo. – Jak przed chwilą widziałaś, dla faceta, który mnie odwiedził, nie skończyło się to zbyt dobrze. Ale trzeba zaznaczyć, że próbował się wymigać od dotrzymania warunków umowy. Ufam, że ty tego nie zrobisz.

Jego głos kojarzył mi się z seksem i grzechem, lecz wzmianka na temat umowy przypomniała mi, po co tu przyszłam. Potrząsnęłam głową, żeby oczyścić myśli i wyrwać się z otumanienia, które na mnie sprowadził.

– Właśnie tak. To znaczy, przyszłam prosić o przysługę.

Odwrócił się do mnie i światło zagrało z cieniami na jego twarzy w tak zniewalający sposób, jakiego w życiu jeszcze nie widziałam. Bijąca od niego moc trafiła mnie prosto w brzuch niczym ogień wybuchający po potarciu zapałki. Zapomnijcie o facetach za drzwiami – w porównaniu z nim to szkarady. Pod ciężarem spojrzenia jego intensywnie szmaragdowych oczu – do dzisiaj nie sądziłam, że ludzkie tęczówki mogą mieć taki kolor – dosłownie zapomniałam, jak się oddycha. A te usta… Słodki panie, stworzone do grzechu. Już sobie wyobrażałam, jak szepczą mi sprośności do ucha, a następnie pożądliwie przesuwają się w dół po moim ciele.

Coś w nim wydało mi się znajome. Przeszukałam ograniczone zbiory wspomnień w poszukiwaniu sytuacji, gdy mógł mi gdzieś mignąć, ale byłam pewna, że jego olśniewający wygląd natychmiast wyryłby mi się w pamięci. Nie. Dziś spotkałam go po raz pierwszy.

A jednak… W jakimś sensie go znałam. Gdzieś głęboko w duszy instynktownie, pierwotnie wydawało mi się, że… Miałam to na końcu języka. Nie mogłam uchwycić tej wymykającej się myśli. Skupiłam się jeszcze raz, ale na nic się to zdało. Nie potrafiłam tego sprecyzować. Może znałam go przed wypadkiem? To raczej mało prawdopodobne; zresztą na pewno sam by coś powiedział, gdyby mnie kojarzył.

Dotarło do mnie, że gapię się na niego, więc przeniosłam wzrok na miasto. Las Vegas w świetle dnia nie robi takiego wrażenia jak w nocy, gdy jest rozświetlone w taki sposób, jakby przedszkolaki rozsypały na pustyni gigantyczne tubki brokatu. Mimo wszystko tętniące życiem miasto na tle odległych gór na sekundę przykuło moją uwagę, dając mi czas na przypomnienie sobie, gdzie jestem.

– Jak się nazywasz? – zapytał.

Jego głos, ten akcent, mój Boże.

– Hannah. – Wreszcie znowu spojrzałam mu w oczy. – Hannah Thorn.

– Hannah. – Moje imię stoczyło się z jego języka niczym łyk drogiej szkockiej. Potrząsnęłam głową i zamrugałam na tę myśl. Nie piłam alkoholu. Dlaczego pomyślałam o ognistym płynnym specyfiku, którego nigdy nie próbowałam?

Wydawało mi się, że Lucas z trudem oderwał ode mnie wzrok, jakby ciągnęło go do mnie równie mocno jak mnie do niego. Odrzuciłam jednak ten poroniony pomysł, a tymczasem mój gospodarz podszedł do baru.

– Napijesz się? – Uniósł karafkę i kryształową szklaneczkę, a padające przez nią promienie rozpierzchły się po pokoju tęczowymi zajączkami.

– Nie, dzięki. Nie piję.

Mruknął niechętnie.

– Szkoda. Moglibyśmy się nieźle zabawić, gdybyśmy się razem upili.

Sięgnął po inne szklanki i wrzucił do nich lód. Trzy idealne kostki zadźwięczały o szklane ścianki. Potem wyciągnął spod blatu dzbanek z przezroczystym płynem, więc uniosłam dłoń w uniwersalnym geście „stop”.

– Poważnie. Nie piję.

– A ja nikomu nie serwuję alkoholu wbrew jego woli. – Uniósł swoją szklankę i wziął duży łyk. – Niestety, to tylko woda.

Wyciągnął drugą szklankę w moją stronę. Gdy owinęłam wokół niej palce, musnęłam nimi jego skórę i w moim brzuchu znowu wybuchł ogień, rozgrzewając mnie całą aż do szpiku kości. Wrażenie, że znam Lucasa, wzmogło się, przypominało wspomnienie tuż poza zasięgiem świadomości, słowo na końcu języka. A wraz z nim pojawiła się tak silna żądza, że zaparło mi dech w piersi.

Intensywność jego spojrzenia wzrosła. Czy on też to poczuł?

– Siadaj. – Machnął ręką w stronę kanap z czarnej skóry.

Przycupnęłam na krawędzi jednej z nich i objęłam szklankę obiema dłońmi, ściskając ją coraz mocniej, bo nerwy miałam napięte jak postronki. Lęk wijący się w mojej piersi mieszał się z pragnieniem wzbierającym między udami, co przyprawiało mnie o zawroty głowy. Zerknęłam na fortepian, usiłując zapanować nad emocjami. To było za dużo. Zdecydowanie za dużo. Co ja tu, do diabła, w ogóle robiłam?

Lucas usiadł na kanapie naprzeciwko mnie i wyciągnął ramię na oparciu. Oparł kostkę jednej nogi na kolanie drugiej, przyjmując pozę osoby doskonale opanowanej i swobodnej.

– No to jak mogę ci pomóc?

Zrobiłam głęboki wdech, starając się zaczerpnąć od niego trochę tej samokontroli, nawet jeśli miałam ją tylko udawać. Co byłam gotowa robić, bo na faktyczne jej odzyskanie nie miałam najmniejszej szansy. Nie w obecności kogoś tak rozbrajającego.

– Zaginęła moja najlepsza przyjaciółka – wypaliłam. „Gratulacje, świetnie udajesz opanowanie”. – Nazywa się Brandy Higgins. Zatrzymała się tu, w tym hotelu, gdy przyjechała na konferencję, ale potem nie wróciła do domu. Próbowałam ją znaleźć sama, ale bez powodzenia, a kiedy poszłam na policję, nie potraktowali mnie poważnie. Zwłaszcza gdy powiedziałam, że nocowała tutaj.

– Musi być z ciebie bardzo lojalna przyjaciółka. Tylko nieliczni są na tyle odważni, żeby poprosić mnie o przysługę. – Spojrzał na swoją szklankę i potrząsnął nią. Dźwięk kostek lodu obijających się o ścianki był niemal melodyjny. – Reszta jest skrajnie zdesperowana. Ciekawe, do której grupy byś się zaliczyła.

 

Opuściłam wzrok na ręce, jednak zmusiłam się do spojrzenia Lucasowi w oczy i postarałam, żeby w moim głosie było słychać nie tylko desperację, ale też odwagę.

– Obu. Brandy to nie tylko przyjaciółka. Traktuję ją jak siostrę, a w domu czekają na nią synek i chora matka. Liczą na to, że ją znajdę. Mieszkam z nimi od czasu jej rozwodu i im pomagam, ale jeśli nie wróci… – Ta myśl była zbyt przerażająca, żebym brała ją pod uwagę. Wyprostowałam się i usztywniwszy ramiona, zdusiłam lęk w małą kulkę i z determinacją popatrzyłam na Lucasa. – Słyszałam, że nazywają cię Królem Las Vegas i że nic się tu nie dzieje bez twojej wiedzy. Dlatego sądzę, że jeśli ktoś może mi pomóc odnaleźć Brandy, to właśnie ty.

Nie wspomniałam o zasłyszanych na jego temat plotkach, które mówiły na przykład, że jest w zasadzie bossem mafii i rządzi całym miastem, że za zamkniętymi drzwiami ludzie nerwowym szeptem nazywają go diabłem. Nawet policja się go bała.

– Wychodzi na to, że obie jesteście święte – zauważył, unosząc kąciki ust. – Powiedziałaś, że zaginęła tutaj? W Niebiańskim?

– Tak. Kilka dni temu.

Pokiwał powoli głową niczym mężczyzna, któremu nigdzie się nie spieszy, który nie ma nic do stracenia, za to ma pod dostatkiem czasu. A ja, do diaska, tego ostatniego nie miałam.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że moja pomoc ma swoją cenę?

Panika ścisnęła mi pierś żelazną obręczą, z trudem wciągnęłam powietrze do płuc. Wiedziałam, że to powie, ale nie miałam pojęcia, czego zażąda w zamian.

– Nie mam pieniędzy.

– Och, nie wymieniam usług na pieniądze. – Roześmiał się, ale przez jego twarz mignął jakiś niegodziwy wyraz. – Moja waluta to złe uczynki i sprośne tajemnice.

Z trudem przełknęłam ślinę i zerknęłam na przedpokój, zastanawiając się, czy nie jest jeszcze za późno na ucieczkę. Nie miałam żadnych tajemnic, a przynajmniej ich nie pamiętałam, co oznaczało, że mój gospodarz będzie oczekiwać jakiegoś złego uczynku. Każe mi zrobić coś niezgodnego z prawem? Coś niebezpiecznego? Coś, czego będę żałować do końca życia? Niemal stamtąd uciekłam, ale nagle wyobraziłam sobie, jak synek Brandy z trudem powstrzymuje łzy i pyta, kiedy wróci mama. To wzmocniło moją determinację. Spojrzałam Lucasowi w oczy i pokiwałam głową.

Pochylił się, porzucając niedbałą pozę.

– Jesteś gotowa zrobić dosłownie wszystko?

– Tak – rzuciłam bez tchu. – Czego chcesz?

– Ciebie.

Opadła mi szczęka, a żołądek zawiązał się w supeł i skurczył do rozmiarów łebka szpilki.

– Mnie?

Zaśmiał się pod nosem.

– Sześć nocy z tobą. – Mroczna nuta jego głosu przyniosła ze sobą grzeszne obietnice. – Tu, w moim penthousie. Będę mógł robić z tobą, co tylko zechcę.

Zmysłowe pauzy pomiędzy trzema ostatnimi słowami zaparły mi dech. Potrząsnęłam głową pewna, że się przesłyszałam. A przynajmniej źle coś zrozumiałam. Tak, to ostatnie.

– Słucham? Oczekujesz, że pozwolę ci robić ze mną, co ci się żywnie spodoba? Przez sześć nocy?

– Wolałabyś siedem? – Uśmiechnął się zdrożnie, ponownie opierając się o kanapę. – Muszę cię ostrzec, że ja siódmego dnia nie odpoczywam.

– Siedem? – Miałam mętlik w głowie i mogłam się tylko na niego gapić. Mówił poważnie?

Pokiwał głową.

– Tak, niech będzie siedem nocy. Jedna na każdy grzech główny. Tak będzie nawet lepiej.

Kurna. Trzeba było nie kwestionować tych sześciu. Wyobraziłam sobie różne scenariusze, niektóre z takimi szczegółami, że zapiekły mnie policzki. Owszem, ten mężczyzna był szalenie przystojny, ale proponował mi rzeczy niemal nieobyczajne. Nie mówiąc o tym, że był obcym. Bardzo atrakcyjnym i bardzo niebezpiecznym obcym. To, czego ode mnie oczekiwał… to było zbyt wiele. Może mogłam znaleźć Brandy w jakiś inny sposób? Zwrócić się o pomoc do kogoś innego?

Lucas obserwował mnie, czekając na moją decyzję.

– Tik-tak. Czas mija. Im dłużej zwlekasz, tym bardziej spada prawdopodobieństwo odnalezienia twojej przyjaciółki żywej.

Na tę myśl ogarnął mnie lęk. Lucas miał rację. Brandy zaginęła już kilka dni temu. Powinnam szybko podjąć decyzję, ale musiałam też mieć pewność, w co się pakuję. Odchrząknęłam.

– Żeby nie było niedomówień. Mam tu z tobą mieszkać przez siedem dni, a ty… w nocy będziesz ze mną robić, co tylko zechcesz. W sensie seksu.

Tym razem spojrzał na mnie z gniewem, aż niemal zadrżałam.

– Nigdy nie zmusiłem kobiety do seksu i nigdy tego nie zrobię, jeśli tym się martwisz.

Westchnęłam z ulgą.

– Musiałam się upewnić. Nigdy wcześniej nie znalazłam się w takiej sytuacji.

– Obiecuję, że z mojej strony nie spotka cię żadna krzywda. Ale jeżeli chodzi o seks… – Wstał i zrobił kilka kroków w moją stronę, zmuszając mnie, żebym podniosła na niego spojrzenie. Następnie pochylił się i oparł dłonie o kanapę po obu stronach mojej głowy, osaczając mnie. – Nie wiesz, kim jestem? Nie bez powodu nazywają mnie diabłem. Pokusa, żądza, grzech, a wszystko zgrabnie upchane w małej paczce. Eee, kogo ja oszukuję. W wielkiej pace. Wierz mi, przed upływem tego tygodnia będziesz mnie błagać o każdą rzecz, którą ci będę robić.

Był zdecydowanie zbyt blisko, nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, jego zielone oczy płonęły, jakby wewnątrz rozpalono ogień. Ogarnęło mnie takie pożądanie, jakiego jeszcze nigdy nie czułam, ale towarzyszył mi też lęk. Opuściłam wzrok na usta Lucasa, znajdujące się na odległość zaledwie oddechu od moich, i mimo że chciałam od niego uciec, boleśnie pragnęłam, żeby zniwelował przestrzeń między nami.

Zmusiłam się do ponownego napotkania jego intensywnego spojrzenia. Nie przychodził mi do głowy żaden inny sposób na odnalezienie Brandy. Zrobiłam już wszystko, co w mojej mocy, i nic to nie dało. Gdybym mu odmówiła, poniosłabym kompletną klęskę.

Był moją ostatnią szansą.

– Zgadzam się – oznajmiłam z całą odwagą, na jaką mnie było stać.

– Wspaniale. – Wyprostował się i jak gdyby nigdy nic przeszedł na drugą stronę pokoju, a moje serce biło jak szalone. Wziął notatnik oraz długopis i podając mi je, powiedział: – Zapisz wszystko, co wiesz o zniknięciu przyjaciółki. Nazwiska, daty i całą resztę.

Obserwował mnie czujnie, gdy notowałam szczegóły. Niepokój zmienił mój charakter pisma nie do poznania. Raz po raz zerkałam na Lucasa, nie byłam w stanie się powstrzymać. Dlaczego miałam wrażenie, że zawierając z nim umowę, oddaję mu swoją duszę?

Gdy zapisałam już wszystko, co przyszło mi na myśl, zwróciłam mu notatnik i długopis. Kiedy je odbierał, zamknął moje dłonie w swoich i znowu zrobiło mi się gorąco między udami. W piersi poczułam niespodziewaną tęsknotę i trudno mi było zebrać nagle rozpierzchnięte myśli.

– Gdzie się zatrzymałaś?

– W takim tanim motelu poza Stripem. – Odwróciłam wzrok, bo wstyd mi było podać jego nazwę. Na przyjazd tutaj poświęciłam wszystkie pieniądze, do ostatniego centa, ale wynajęty pokój w żadnym stopniu nie umywał się do tego penthouse’u. – Nazywa się Double Down.

Wykrzywił się z odrazą.

– Daj mi, proszę, klucz do pokoju. Ktoś przyniesie tu twoje rzeczy.

– A co z moim samochodem?

– Moi poddani też się nim zajmą.

Uniosłam brew, ale wyjęłam klucze i mu je przekazałam. Miał swoich poddanych? Myślałam, że ludzie mający poddanych to taki mit. Kto w ogóle miał poddanych do wykonywania poleceń?

– No dobra. – Schował moje klucze do kieszeni i wyciągnął do mnie rękę. – To teraz chodź ze mną.

Za każdym razem, gdy go dotykałam, czułam… różne rzeczy, dlatego teraz nie ujęłam jego dłoni.

– Dokąd?

– Do twojego nowego pokoju. – Jego głos ociekał obietnicą. – Chociaż podejrzewam, że już wkrótce będziesz wolała mój.

Poszłam za nim. Otworzył mi drzwi na końcu przedpokoju. W przeciwieństwie do tej części apartamentu, którą niedawno podziwiałam, a gdzie wszystko było czarne albo srebrne, ta sypialnia miała neutralne kolory. Na podwójnym łóżku z wyściełanym zagłówkiem leżały miękkie poduszki, gruba kołdra i puszyste koce. Po drugiej stronie pokoju ustawiono miejsca siedzące, a przed oknem wychodzącym na Strip stało biurko. Jedne drzwi prowadziły do garderoby wielkości mojego dawnego mieszkania, a drugie do wielkiej łazienki wyłożonej marmurem karraryjskim.

– To jest twój pokój dla gości? – rzuciłam z niedowierzaniem, krążąc powoli po pomieszczeniu. Skoro ta sypialnia była dla gości, to jak wyglądała ta dla niego?

Z rozbawieniem uniósł kąciki ust.

– Teraz jest twój. Rozgość się. Zamów u obsługi, co tylko zechcesz. Moi poddani wkrótce przyniosą ci twoje rzeczy, a ja zacznę poszukiwania twojej przyjaciółki.

Z nerwów ścisnęło mnie w dołku, gdy z całą siłą uświadomiłam sobie, na co się zgodziłam. Ja. Tutaj. W tym penthousie. Przez siedem nocy.

Z nim. Robiącym ze mną, co tylko zechce.

Przez następny tydzień miał mnie na własność. Całkowicie. Byłoby to jednak tego warte, jeśli dotrzyma swojej części umowy.

Odwróciłam się do niego.

– Obiecujesz, że znajdziesz Brandy?

– Tak. Znajdę ją, żywą albo martwą.

Spojrzał mi prosto w oczy i nie miałam wątpliwości, że jest pewny swoich słów. Lucas Yfer był człowiekiem, który dopinał swego, i jeżeli istniał ktokolwiek zdolny odnaleźć moją przyjaciółkę w mrocznym podziemiu Las Vegas, to był właśnie on.

Wyciągnął do mnie dłoń, a ja ją uścisnęłam. Gdy tylko się dotknęliśmy, przeszył mnie dreszcz i znowu poczułam to ulotne wrażenie, że go znam i bardzo dawno temu straciłam.

Jego palce zacisnęły się wokół moich niemal zaborczo.

– Umowa stoi.

2

Lucyfer


Wyszedłem do szerokiego holu i drzwi do pokoju gościnnego zamknęły się za mną z ledwie słyszalnym kliknięciem. Gdy w końcu dotarła do mnie waga tego, co się właśnie wydarzyło, zatrzymałem się, żeby głęboko odetchnąć.

Wróciła.

Serce biło mi jak szalone. Ledwo uwierzyłem własnym oczom, kiedy tak bez ostrzeżenia wmaszerowała do mojego apartamentu, ale pierwszy dotyk rozwiał wszelkie wątpliwości. Wróciła do mnie. Nareszcie.

Hannah Thorn. Nowe personalia. Nowy wygląd. Ale nadal niezaprzeczalnie moja.

Wyobraziłem ją sobie po drugiej stronie drzwi – zapewne rozglądała się po nowej sypialni. Długie złote włosy otaczały sercowatą twarz z zarumienionymi policzkami i jasnoniebieskimi oczami, że nie wspomnę o ustach, które od razu chce się całować. Ustach, o które już wkrótce się upomnę, podobnie jak o całe jej drobne, krągłe ciało. Przez następne siedem nocy musiałem ją tylko przekonać, że należy do mnie.

Jednocześnie zamierzałem szukać jej przyjaciółki. Nie mogłem zapomnieć o tej części umowy. W końcu to ona przywiodła do mnie Hannah. Tak, musiałem odnaleźć tę całą Brandy, choćby tylko po to, żeby jej podziękować.

Zresztą nie lekceważyłem zniknięcia ludzkiej kobiety z mojego hotelu. Co prawda demony żywiły się energią ludzi, jednak miałem ścisłe zasady zakazujące krzywdzenia ich, zwłaszcza w moim królestwie. Oczywiście teraz, gdy uczyniliśmy z Ziemi nasz stały dom, z technicznego punktu widzenia moim królestwem był cały świat. Mimo wszystko nawet najmłodsze demony wiedziały, że w zamku króla nie łamie się zasad.

Niebiańskie Centrum Wypoczynkowe z Kasynem było moim reprezentacyjnym hotelem, błyszczącym klejnotem na Stripie w Las Vegas, zaprojektowanym tak, by kusić ludzi do grzechu, dzięki czemu moje demony mogły się bezpiecznie żywić bez ujawniania się światu. Prawda była taka, że to ja potajemnie budowałem to miasto przez ostatnie czterdzieści lat, żeby stworzyć idealne schronienie dla demonów. Nazywali je Miastem Grzechu, a ja byłem jego Królem.

Wyszedłem z apartamentu i poprawiając garnitur, spojrzałem na swoich ochroniarzy.

– Nikt nie może wejść ani wyjść, chyba że wydam taki rozkaz.

Skłonili głowy, a ja wszedłem do windy. Gdyby Hannah naprawdę chciała odejść, nie powstrzymywałbym jej, ale nie mogłem pozwolić, żeby sama biegała po mieście. Teraz, gdy już do mnie wróciła, non stop musiała być chroniona.

Od lat moje serce było czarne i zimne niczym kawał węgla i czekało, aż ona wróci i je rozpali. Tak długo jej bezskutecznie szukałem, a ona teraz niespodziewanie sama wkroczyła do mojego życia. Tym razem szukając mnie. Co za ironia losu.

 

Zjechałem piętro niżej do sali narad wojennych. Wkraczając do niej, niemal poczułem w nozdrzach moc mojej władzy – ten zapach uderzał do głowy. Zatrzymałem się i chłonąłem widok, mroczny władca wszystkiego, co nadzorowałem. Na ogromnych ekranach wyświetlano obrazy z kamer na żywo i nagrania z monitoringu, a moi pilni pracownicy obsługiwali komputery przy niezliczonej ilości biurek, śledząc każdy wątek i szept grzechu, jakie oferowało to miasto. Chciwość, zazdrość, nieczystość… Wszystko to moje, moje, moje. Całą jedną ścianę zajmowała gigantyczna rozdzielnica obsługiwana przez załogę śledzącą ludzi, emocje oraz inne rzeczy i tworzącą połączenie za połączeniem. Na drugiej ścianie migały światła ukazujące na wielkiej mapie świata działania różnych demonów, aniołów i istot magicznych.

Tak jak się spodziewałem, Samael był w swoim biurze, skąd nadzorował wszystko w centrum dowodzenia. W większości spraw działał jako moja prawa ręka i towarzyszył mi, odkąd opuściłem Niebo, żeby rządzić Piekłem. Był tam też Gadriel, który właśnie przeglądał dokumenty leżące na czarnym biurku. Należał do młodszych Upadłych, miał zaledwie jakieś dwieście lat, ale wielokrotnie udowadniał swoją lojalność i wspiął się w hierarchii na stanowisko asystenta Samaela.

Wsunąłem głowę do biura.

– Spotkanie. Już. Weźcie też Azazel.

Obydwaj gwałtownie unieśli głowy, jeden ciemną, drugi jasną. Samael zmarszczył brwi.

– O co chodzi?

– Wróciła. – Nie musiałem rozwijać myśli. Wiedzieli, o kogo mi chodzi.

Gadriel uniósł blond brwi.

– Jesteś pewien?

Pomyślałem o iskrach, które poczułem w reakcji na dotknięcie dłoni Hannah.

– Tak, jestem tego pewien. Tak się zabawnie składa, że tym razem to ona mnie znalazła.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciłem się i ruszyłem do sali konferencyjnej. Okna wychodzące na resztę centrum dowodzenia zrobiły się matowe, gdy tylko stuknąłem w przełącznik, zapewniając nam całkowitą prywatność. Pomieszczenie to było również dźwiękoszczelne, nawet dla istot nadnaturalnych z lepszym słuchem. Zająłem miejsce u szczytu stołu, zapadając się w luksusowy skórzany fotel. Po kilku sekundach wszedł Samael, a za nim Gadriel i Azazel. Zamknęli za sobą drzwi i też usiedli przy stole.

– Słyszałam, że wróciła. – Azazel położyła nogi na stole, prezentując nabijane ćwiekami kozaki z czarnej skóry. Była szefową ochrony i moim najbardziej bezwzględnym mieczem. Każdą bronią posługiwała się z łatwością. Opięte ubrania z czarnej skóry stanowiły jej ulubioną zbroję, a do walki napędzała ją złość.

– Owszem i chcę, żebyś chroniła naszego nowego gościa – oznajmiłem. – Jest w moim penthousie i nie mogę pozwolić jej wyjść bez ciebie u boku. Zależy mi na tym, byś ochraniała ją przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Skrzywiła się z rozdrażnieniem, ale pokiwała głową. Nigdy nie zlekceważyłaby mojego bezpośredniego rozkazu, nawet jeśli nie miała ochoty go wypełnić.

Nachyliłem się i pochwyciłem jej spojrzenie.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że bycie ochroniarzem może ci się wydawać poniżej twojej godności, ale prawdę mówiąc, to najważniejsze zadanie. Życie Hannah wkrótce zawiśnie na włosku i tylko tobie mogę powierzyć jej bezpieczeństwo.

Azazel skłoniła głowę.

Jej irytacja wyparowała.

– Nie zawiodę cię, panie.

– Jak się teraz nazywa? – zapytał Samael, ze spokojem złożywszy dłonie na stole.

– Hannah Thorn.

– Ach. Ta kobieta rozpytująca o przyjaciółkę.

Powinienem był wiedzieć, że Samael będzie mieć już o niej jakieś informacje. W tych murach rzadko wydarzało się coś, o czym nie miał pojęcia.

– Tak. I jak najszybciej musimy znaleźć tę przyjaciółkę. Kilka dni temu zaginęła w Niebiańskim. – Wyciągnąłem notatnik i mu go podałem. Rzucił na niego okiem, a ja ciągnąłem: – Chcę się również dowiedzieć wszystkiego, co uda ci się wykopać na temat życia Hannah. Rodzina, mężczyźni, praca, co jada na śniadanie, najmniejsze drobnostki.

– Zrobi się – odpowiedział szorstko ze zwykłą pewnością siebie.

Następnie wyciągnąłem klucze Hannah do samochodu i pokoju motelowego i rzuciłem Gadrielowi. Złapał je w mgnieniu oka.

– Gadrielu, musisz pójść do motelu Double Down… – Wzdrygnąłem się, wymawiając tę nazwę. – …i dostarczyć tu jej rzeczy, łącznie z samochodem. Mam nadzieję, że odgadniesz, który to.

– Żaden problem, panie. – Przyjrzał się kluczowi motelowemu z niesmakiem. Hannah nazwała Double Down „tanim motelem poza Stripem”. To określenie było zdecydowanie na wyrost.

– Znacie rozkazy. Na razie zachowajmy obecność Hannah dla siebie. – Wstałem i popatrzyłem na swoich lojalnych Upadłych, a w piersi zapłonęła mi determinacja. – Już raz ją straciłem, tym razem nie pozwolę jej odejść. Nigdy więcej.