ZmyśleniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eliza Segiet

Zmyślenia


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2020

Eliza Segiet „Zmyślenia”

Copyright © by Eliza Segiet, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie

może być reprodukowana, powielana i udostępniana

w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Wioletta Jankowiak

Projekt okładki: Robert Rumak, Piotr Karczewski

Korekta: „Dobry Duszek”, Bogusław Jusiak

Fotografia na okładce: Piotr Karczewski

Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-681-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

PUSTYNIA

Z nieśmiałością, niepewnością, a nawet z lękiem powolutku podchodził do czworonożnego, wielkiego – wcześniej znanego tylko z książek, z ekranu telewizora i cyrku – zwierza. Piasek, wyglądający jak mąka, przesuwał się pod stopami. Każdy krok przybliżał chłopca do celu. Choć bardzo się bał, marzył, by wsiąść na niego i poczuć smak pustyni.

– Przecież z niego spadnę, wejdź ze mną – powiedział do swojej mamy. – Boję się, ale przez moment chcę się poczuć tak jak Staś i Nel.

Mama umierała ze strachu, ale nie chciała mu tego powiedzieć. Weszła na leżącego kolosa. Po chwili przechyliła się, by pomóc wspiąć się dziecku. Wtedy dopiero zobaczyli, co znaczy siedzieć na wielbłądzie. Kolos powolutku wstawał, najpierw uniósł swoje tylne nogi. To było najgorsze, bo nikt ich nie uprzedził, jakie to jest uczucie… Obydwoje przechylili się do przodu, gdy po chwili, kiedy już twardo stał na tylnych nogach, zaczął podnosić przód swego ogromnego ciała. Najpierw uklęknął na kolanach – chyba właśnie tak można to nazwać – by za moment stanąć i zacząć przemierzać mały fragment pozornej monotonii. Na swoich smukłych, pięknych nogach przesuwał się jak okręt na oceanie. Morze piachu, które widać z tej wysokości, falowało.

Beduin, dla którego pustynia jest domem, szedł powoli, trzymając na uwięzi swojego towarzysza. Rozmawiał z nim, krzyczał:

– Jalla, jalla!

A on szedł, zanurzając swoje kopyta w bezkresie piasku. Czasami odzywał się do swojego pana:

– Hhhhhhhhhhh.

Z góry, z jego grzbietu brzmiało to jak ostrzeżenie przed burzą.

Podróżni kołysali się rytmicznie. Bali się obydwoje, ale mama nie okazywała lęku, tylko uspokajała dziecko:

– On żartuje, on nas lubi – mówiła.

Wielbłąd szedł powoli, majestatycznie. Ogromnymi rzęsami odgarniał drobinki piasku, które próbowały zamieszkać w jego oczach. Nagle piasek zawirował, zaczęły tworzyć się skierowane ku górze leje. Jakby chciał wzlecieć do nieba. Miliardy „mącznych” drobinek wpadały jedna po drugiej, wszędzie. Były w każdej szparce, w każdej kieszonce, w każdym załamaniu szortów, były wszędzie. Przemieszczały się z zastraszającą prędkością. Mama zasłaniała oczy i usta dziecka chusteczką, żeby tylko pustynia wyrządzała jak najmniej szkód. Wielbłąd szedł spokojnie, co jakiś czas mrugał oczami i odwracał głowę, bosy Beduin skrywał się za nim i dalej podążał do miejsca przeznaczenia.

W oazie dowiedzieli się, że nadchodzi burza piaskowa.

– W takim razie co to było? – spytał malec.

– Tak powitała cię pustynia, byś pamiętał, że ona ma swoje prawa. Chciałeś mieć przygody jak Staś Tarkowski, to ona przez chwilę pokazała ci swoją siłę.

Turlali się z wydm, nie patrząc, jakie jeszcze zakamarki znajdzie piasek. Zjeżdżali, jakby obydwoje mieli po siedem lat. Wiedzieli, że tutaj wrócą, bo to magicznie miejsce, z dala od problemów świata.

WROCŁAWSKIE POMNIKI

Dlaczego urodziłem się w takiej rodzinie? Nie lubię elfów i nie mam zamiaru się z nimi bratać! Wszyscy musimy wybierać żonę czy męża spośród takich samych małych stworów jak ja. Stanowczo się przeciwstawiam! Mnie podobają się inni, najpiękniejsi są brodaci ludzie. Trudno jednak, żebym ożenił się z mężczyzną. To byłaby hańba dla rodziny. W naszym kodeksie zasady są dawno zapisane. Nie ma od tego odstępstw. Jeżeli moi rodzice dowiedzą się, że mam zamiar zrezygnować z norm… Jestem pewien – wykluczą mnie ze społeczności! Będę persona non grata. Jestem elfem i nie przynależę do ludzkiej społeczności. Mały i nieszczęśliwy! Jak mam się wyrwać ze swojego świata? Nikt mi nie pomoże. Sam muszę znaleźć jakiś sposób. Nie chcę mieć za żonę elficy tylko dlatego, że tak nakazuje tradycja. Wiele rzeczy ona nakazuje. I co z tego? Każde społeczeństwo ma swoje prawa, zasady, normy. Będę je łamał! Nie będę grzeczny, nie będę dobry, nie będę piękny i będę kłamał! Wszyscy ciągle mówią, że jestem inny. Wyglądam tak samo jak oni, ale nikt mnie nie pyta, co mam w środku, o czym myślę… Tradycja, zasady i co powiedzą elfy z sąsiedztwa? Nie interesuje mnie, co mówią i myślą. Każdy swoje życie musi przeżyć sam! Nikt za mnie tego nie zrobi. To nie jest ważne, że długo żyjemy. Przecież wszystko, co ma początek, ma też koniec. Nic nie trwa wiecznie. Ile bym nie miał czasu przed sobą, przeżyję go według własnych zasad. Postanowione!

Tak, tak właśnie postanowiłem, ale który mężczyzna z brodą – bo to jest najważniejsze – będzie chciał mieć przy swoim boku elfa? W dodatku elfa rodzaju męskiego? To jest bardzo trudne! Nie pokocha mnie żaden brodacz. Może chcieć się zabawiać, pożartować, podotykać i pokpić ze mnie… Tylko takie mogę mieć relacje z człowiekiem, wysokim, z zarostem, normalnym – takim osobnikiem z krwi i kości. Ludzie nie są dobrzy, nie są tolerancyjni, potrafią ze swojego świata wykluczać innych! Tylko dlatego, że odstają od norm. Oczywiście tych, które sami wcześniej stworzyli. Jakby w życiu nie można ichnagiąć”, spróbować zrozumieć, że każdy ma prawo do bycia sobą. Wniosek z tego jest jeden: nawet gdybym znalazł jakiegoś brodatego mężczyznę, który chciałby zostać moim partnerem, to nie zrobiłby tego z miłości ani z litości, ale dla rozgłosu! Przy mnie stałby się sławny! A tego nie chcę, nie chcę żyć bez uczucia, a w dodatku w świetle fleszy. Nie mam zamiaru pozować do gazet. Moje życie nie jest na sprzedaż. Nie chcę sławy. Potrzebuję miłości. Do tego wszystkiego urodziłem się na dalekiej północy – zawsze zimno i tak bardzo szybko robi się ciemno. Muszę gdzieś wyjechać, pomyśleć, zastanowić się, co mam dalej ze sobą zrobić. Jadę jutro! Czytałem kiedyś, że Andersen opisał małą istotkę, która nazywa się Krasnal. A może taki ludek jest brodaty? Z nadzieją wsiądę do pierwszego lepszego pociągu, może natrafię na takie stworki? Pojadę i poszukam. W razie konieczności dopłynę jakimś statkiem.

O swojej przeszłości i przyszłości można myśleć wszędzie, ale wtedy dobrze jest być bez nikogo, w samotności lepiej się rozmawia ze sobą. Nikt mnie nie będzie odciągał od moich wizji. Tylko powiem rodzicom, że wyjeżdżam, bo bardzo by się o mnie martwili. Mówiłem, że nie będę grzeczny, ale nie potrafię wyjechać bez pożegnania. Nie powiem im, po co jadę, bo na pewno by się nie zgodzili.

Rano, zgodnie z planem, wsiadł do pociągu, który jechał do wymarzonego miejsca kontemplacji i poszukiwań – w siną dal. Parę razy musiał się przesiadać, dwa razy płynął statkiem, aż obudził się w miejscu, które początkowo wziął za docelowe. Niestety, okazało się, że nie natrafił na wymarzonego stworka. Siedziała tam za to jakaś dziwna kobieta, ludzie robili jej zdjęcia, wspominali coś o Andersenie i mówili: – Syrenka, syrenka, symbol Kopenhagi.

Przecież to nie jest Krasnal, jadę dalej. Podobno jest jakiś kraj nad Wisłą, gdzie też stoi jakaś syrenka. Prapraprababcia opowiadała, że tam żyła Konopnicka i ona też pisała o krasnalach. Widocznie tam, gdzie są syrenki, mieszkają też te stworki.

Kiedy już znalazł się obok kolejnej kobiety z ogonem, zrozumiał, że nadal musi szukać swojego marzenia. Serce mu podpowiadało: Nie przerywaj, szukaj dalej. One są… Poszedł na dworzec i wsiadł do pociągu, który – miał nadzieję – dowiezie go do upragnionego miejsca.

Całą podróż przespał. Kiedy dotarł na miejsce, wysiadł i ruszył wolnym krokiem. Nagle zza budynku zaczął mu się przyglądać jakiś niski ludzik z brodą. Dobiegł do „szpiega”, ale wtedy się okazało, że to postać odlana z metalu. Elf szedł dalej, myśląc o małym posągu.

– To mógłby być ktoś taki! – krzyknął.

Kiedy szedł, z bram, z wystaw sklepowych, z każdego zakątka zaczęły się uśmiechać do niego takie ludziki. Przeczytał napis: „Wrocław – miasto krasnali!”. Już wiedział, że intuicja go nie zawiodła.

Dojechałem do miejsca, gdzie znalazłem swoje szczęście. Te wszystkie maluchy mają brody! Nie ma znaczenia, czy są krasnalami czy krasnalkami, bo mają to, o czym zawsze marzyłem. Wiem, że wyjeżdżając z domu, podjąłem właściwą decyzję! Może nawet rodzice się zgodzą na mój wybór. Życie to przecież tylko słowo, ale jakie to słowo ma znaczenie! Przeżyć życie przy boku kogoś, komu za życia stawiają pomniki, i w dodatku posiada własne miasto.Wrocław – miasto krasnali!. Jestem pewien, że teraz dopiszą jeszcze jeden człon: miasto krasnali i elfów. Jestem taki szczęśliwy! Wszyscy i wszystkie mają brody, a do tego widać, że są bardzo pracowitymi istotami. Przecież te pomniki, które im postawili, uwieczniają ich nieustanną pracę, ciągłą aktywność. Coś niesamowitego – one nawet wchodzą wysoko na lampy, chyba po to, żeby mogły je reperować. Nawet takim postawili pomniki! Jaki to wspaniały ród. Muszę tylko znaleźć ich kryjówkę. Jestem pewien, że część z nas będzie chciała łączyć się w pary z krasnalami. One są takie piękne… A tam, na parapecie, widziałem jedną krasnalkę, która jadła lody. Żartuję, ona tam miała tylko swój pomnik!

 

MAKSIO

Pamiętam, jak pierwszy raz ją zobaczyłem – była taka inna od wszystkich, tych na dwóch nogach. Pogłaskała mnie, powiedziała:

– Jesteś piękny.

To było bardzo miłe. Czułem, że te słowa wiele znaczą.

– Wzięłabym cię do siebie, ale mam małe dziecko i boję się, że zrobisz mu krzywdę – dodała.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, co znaczy „dziecko”. Chodziłem za nią, szarpałem za nogę. Nie wiedziałem, jak powiedzieć, że chciałbym pójść z nią, nawet bardzo daleko. Polubiłem ją, potrafiła tak głaskać, że od razu zrobiło mi bardzo przyjemnie.

Mój tata był taki duży, że jak klepnął mnie łapą, to aż bolało. Nigdy nie zostawiał mi żadnych smakołyków, mogłem tylko patrzeć, jak wylizuje miskę, ale to dobrze, bo później mogłem się nią bawić. A mama? Mama była inna. Kładła się na boku i dawała mleczko. Bardzo je lubiłem, było takie cieplutkie i smaczne.

Któregoś poranka usłyszałem, jak rodzice ze sobą rozmawiali i mówili, że ten na dwóch nogach ma mnie sprzedać. Wprawdzie nie wiedziałem, co to znaczy, ale pomyślałem, że może chodzi o to, że będę mieszkał gdzieś indziej. Mnie było tutaj dobrze, ale jak mieli mnie „wymieszkać”, to może mógłbym żyć u tej na dwóch nogach. Wyglądała bardzo sympatycznie, pomyślałem: Ona mogłaby być ze mną. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ci dwunożni nie mieszkają tak jak my. Chodziłem obok niej, lizałem, łasiłem się i pamiętam, jak robiłem smutną minę. Wtedy okazało się, że na nią bardzo działa taki grymas. To ja, jeszcze smutniejszy, zmarszczyłem czoło i czekałem na cud. Przykucnęła obok mnie, wtedy mój tata rzucił się na kojec i zaczął strasznie szczekać. Aż odskoczyła! Ja też się wystraszyłem, bo z moim tatą lepiej nie zadzierać! Dobrze, że był zamknięty, bo chyba by ją zagryzł. Pamiętam jeszcze ten okrutny łomot metalu. Natychmiast wstała i powiedziała:

– Sam widzisz, teraz jesteś malutki, a później będziesz jak twój ojciec. Boję się ciebie. Nie mogę cię zabrać. Mówiłam ci, że mam dziecko.

Ciągle nie wiedziałem, co to znaczy, ale byłem już pewien, że ją lubię. Tak przyjemnie mnie łaskotała za uszkami. Tak, wtedy miałem małe uszka, nie to co dzisiaj. Robiłem coraz smutniejszą minę i błagalnie patrzyłem. Pamiętam, jak złapałem ją za spodnie, odwróciła się i powiedziała:

– Oj, jesteś psotniś.

Wtedy puściłem moją zdobycz. Zaczęła powoli znikać za moim wybiegiem, postanowiłem jeszcze raz spróbować, przemówiłem do niej – dzisiaj wiem – jak małe dziecko:

– Uuuuuuuuu, uuuuuu.

Odwróciła się, znowu przykucnęła, podbiegłem do niej, polizałem rękę. Pamiętam, jak na mnie spojrzała i powiedziała:

– Facet, jedziesz ze mną, ale pamiętaj: ja mam małe dziecko.

Co to znaczy? Tyle razy to powtarzała, a ja dalej nie wiedziałem. Z radości zacząłem bardzo skakać i cieszyć się, że będziemy razem mieszkać. Obiecałem sobie wtedy, że będę grzeczny, nie będę broił.

Wyjęła z torebki jakieś papierki i dała temu, co przynosił rodzicom jedzenie, a mnie nigdy nie pogłaskał. Teraz wiem, że dla ludzi te papierki są ważne, bo jak chodzimy do sklepu, to ona daje papierki, a dostaje mięsko. Oj, jak ja lubię mięsko! Piotruś mnie nauczył jeść wszystko. Dawał mi, co tylko chciałem, właściwie dawał to, czego on nie chciał. Lubię nawet takie zielone okrągłe kiwi. Nauczył mnie posługiwać się sztućcami, a podobno my nie potrafimy. Umiemy, umiemy, tylko ktoś musi nam włożyć widelec albo łyżkę do buzi. Nie, u nas się mówi: do pyska. Trochę tego nie rozumiem, bo jak Piotruś mnie całuje, to ona krzyczy:

– Nie całuj go w pysk!

A jak ja całuję Piotrusia, to ona krzyczy:

– Nie pozwalaj całować się po buzi!

Widocznie to jakaś różnica. Myślałem, że różniliśmy się tylko tym, że oni chodzą na dwóch nogach, a przecież kury też chodzą na dwóch i nie mają buzi, tylko jakoś tak dziwnie Piotruś na to mówi: „dziób” czy coś takiego.

– Muszę ci powiedzieć, co się stało, jak mnie zabrała od rodziców.

– Mów, mów, jestem ciekawa.

– Wzięła mnie do samochodu i powiedziała: „Pamiętaj, że musisz być bardzo grzeczny, bo inaczej będziemy się na siebie gniewać”. Bardzo się bałem, bo nie wiedziałem, co to znaczy „gniewać”. Położyła mnie z tyłu, na siedzeniu i powiedziała: „Zanim dojedziemy do domu, musisz grzecznie leżeć”. Cały czas do mnie mówiła, a przecież ja nie znałem tych słów. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. Jechaliśmy tak chyba godzinę. Kiedy zahamowała, spadłem i nie umiałem wdrapać się z powrotem na górę, na siedzenie. Kiedy zobaczyła, że leżę na wycieraczce, zatrzymała samochód i wzięła mnie na swoje kolana. Wtedy zacząłem bardzo tęsknić za moją mamą. Byłem taki głodny, a ta na dwóch nogach nie miała dla mnie mleczka. Wtuliłem się w nią przerażony, że już nigdy nie dostanę niczego do jedzenia. Kiedy się obudziłem, trzymała mnie na rękach i powiedziała: „Poznajcie się, chłopaki. Piotrusiu, to jest twój przyjaciel, a ty poznaj mojego syna”. Położyła mnie na trawie, Piotruś bardzo się ucieszył na mój widok, przytulał, całował, od razu był moim przyjacielem. Trochę brakowało mi mamy, ale i tak było tutaj bardzo dobrze.

– Od razu ich polubiłeś?

– Tak, byli bardzo dobrzy. Wszyscy się ze mną bawili, głaskali i wiesz co? Nigdy nie spałem w budzie. Zawsze mieszkałem z nimi w domu. Kiedy Piotruś spał, pilnowałem, żeby nikt do niego nie wchodził. Kiedyś nawet nie chciałem do pokoju wpuścić jego babci.

Myślałem, że tak trzeba.

– Chyba się zdenerwowała.

– Coś ty, śmiała się, że Piotruś ma taką ochronę. Zawsze pamiętałem te pierwsze ludzkie słowa, jakie usłyszałem: „Jesteś piękny, wzięłabym cię do siebie, ale mam małe dziecko i boję się, że zrobisz mu krzywdę”. Przecież wtedy nie wiedziałem, co to jest dziecko. Dopiero jak zobaczyłem Piotrusia, pomyślałem: Aha, taki mały na dwóch nogach to jest chyba dziecko.

– Dobrze, dobrze… Nigdy mu nie dokuczałeś?

– Nie mogłem ich zawieść. Piotruś czasem mi dokuczał.

– Żartujesz!

– Tak było. Potrafił mnie ubrać w kurtkę, przez brzuch przewiązywał paskiem i tak chodził ze mną po ogrodzie. Chyba myślał, że lubię udawać człowieka. Bardzo się z tego śmiałem. Wiedziałem, że zaraz uwolni mnie z tego ludzkiego przebrania. Spacerowałem z nim, ale jak trzeba było, to Piotruś chodził tak jak ja: na czterech „łapach”. Bawił się ze mną. Od pierwszej chwili byliśmy przyjaciółmi. Właściwie rozumieliśmy się bez słów.

– Nigdy na niego nie szczekałeś?

– Oj tam. Szczekałem, pewnie, że szczekałem. Na przykład gdy zabierał mi piłkę. Potem pomyślałem, że w końcu ona była jego. Wszystkie zabawki mieliśmy wspólne. Najgorzej było, kiedy byłem jeszcze bardzo malutki i nie wiedziałam, że nie można niszczyć butów. Jak ja lubiłem buty, zęby tak fajnie w nie wchodziły. Potem mama Piotrusia była na mnie zdenerwowana i mówiła: „Oj, facet, facet, muszę z tobą porozmawiać”. Wiedziałem, że moja smutna mina zdziała cuda. Jak zwykle robiłem swoje niewinne oczka i lizałem ją po rękach. „Umiesz się zachować, jak coś zbroisz” – mówiła. Zaczynałem rozumieć, że buty są dla tych dwunożnych, a nie dla takich jak ja. Odkąd zaczęli mi kupować kości, przestałem podgryzać buty. To dopiero była frajda, mogłem z każdej strony obgryzać i nikt nie był już smutny. Tylko jak wchodziłem z tą kością na fotel, znowu miałem gadkę na temat wychowania.

– Wchodziłeś z kością na fotel? Mnie by zbili!

– Coś ty! W życiu mnie nie uderzyli. Najgorzej było, jak jeszcze nie wiedziałem, że w domu nie wolno… No, wiesz czego… Robić tego.

– Wiem, wiem. Nie wolno sikać!

– No właśnie! Powiem ci, że mnie zaskoczyłaś, że ciebie by zbili. Chyba ich nie lubisz?

– Lubię, bo zabrali mnie ze schroniska, ale i tak nie dają mi miłości. Spałam w budzie i nadal śpię. Tylko mam inny adres.

– To straszne!

– Niby straszne, ale tam było tyle psów i bardzo głośno, wszystkie szczekały i ciągle byliśmy głodni. Teraz mam co jeść. Ale wiesz co? Ja nie umiem tak ładnie opowiadać jak ty. Do mnie nikt nic nie mówi, najwyżej: „Odsuń się, zejdź mi z drogi”, albo: „Daję ci żreć, a ty masz pilnować domu”.

– Nie wiedziałem, że masz aż tak źle. Współczuję ci. Na mnie nikt nie krzyczy i wszyscy są bardzo mili. Całe dnie spędzam z Piotrusiem. Oni mnie nawet zabierają samochodem na spacer. Wysiadamy i tam dopiero zaczyna się bal! Biegamy jak szaleni. Jeździmy nad rzekę, oni robią ognisko, przyznam, że tego akurat nie lubię. Te iskry tak skaczą i jest tak gorąco. Zawsze kładę się kawałek dalej i czekam, kiedy to się skończy. Oni uwielbiają te przypieczone kiełbaski, ja zawsze dostaję, zanim włożą na patyki, ale czasem muszę pomóc Piotrusiowi i zjadam te kiełbasiane końcówki. Później wracamy do domu. Zawsze wtedy się cieszę, że nikt nie mówi do mnie: „Umyj ząbki”. Mogę od razu odpocząć.

– A co to jest rzeka? Nie słyszałam takiego słowa.

– To tak dużo wody jest w jednym miejscu i płynie, płynie… Tylko nie wiem, po co i gdzie.

– Aha, jak tutaj.

– Nie wygłupiaj się, to jest szlauch! Postaram się, żebyś kiedyś z nami pojechała.

– Super! I dostanę tam jeść?

– A ty jesteś głodna? Poczekaj, zaraz ci coś przyniosę.

Pobiegłem do domu – Piotruś akurat jadł obiad – zrobiłem smutną minę i na widelcu dostałem kawałek mięska. Wziąłem do buzi – bo chyba do mordy jest brzydko mówić – i zaniosłem jej od razu. Jak ona się cieszyła, podskakiwała! U nas było co jeść. Od tej pory ciągle jej przynosiłem jedzonko. Najgorzej było, jak zapominali jej dać wody i nie miała już nawet siły ze mną rozmawiać. Nie umiałem wytłumaczyć Piotrusiowi, że chcę wodę w nieswojej misce. A przecież przez parkan nie miałem jak podać jej picia. Nie umiem! Zawsze jak biorę w zęby miskę z wodą, to wszystko się wylewa. To było dla mnie bolesne wyzwanie, bo patrzyłem, jak bardzo się męczy moja przyjaciółka – tak chyba mogę nazwać tę piękną, długowłosą blondynkę zza płotu. Było w niej tyle ciepła i te bardzo smutne oczy. Tak, oczy to jest to, co nas ze sobą łączy. Jest tylko taka różnica, że ja potrafiłem udawać takie smutne spojrzenie, a ona je miała zawsze. Tylko czasem, jak łasiła się do mnie, to miała takie prześwity radości w oczach. Jednak po chwili krzyk tego na dwóch nogach, co u niego mieszkała, przywracał jej oczom smutek. Może dlatego, że sama nie miała łatwego życia, lubiła słuchać moich opowieści. Jak tylko mnie zobaczyła, od razu przybiegała do płotu. Oj, te jej długie nogi! Na samą myśl o nich w głowie rodzą się pomysły. Pobiegać razem, poszaleć, pokazać jej świat. Przecież ona nic nie wie! A za rogiem jest sklep z mięskiem, powinienem jej go pokazać.

– Hej, Blondyneczko, może pójdziesz ze mną kiedyś na spacer?

– Pewnie, że bym poszła, ale ja nie mam stąd jak wyjść. I nie mów do mnie Blondyneczko! Mam imię. Chociaż ty bądź dla mnie miły.

– Nie chciałem cię obrazić, Blondyneczka bardzo pasuje do ciebie, a Dolores to takie pretensjonalne imię.

– Teraz to już przesadzasz! Nie wiem, co to znaczy. Nie bądź złośliwy. Dobrze wiesz, że nie rozumiem takich słów. Czy chodzi ci o to, że moje imię jest brzydkie?

– Nie, nie to miałem na myśli. Jest piękne, tak jak ty. Jesteś przecież najpiękniejsza z całej okolicy.

– Nie żartuj! Nigdy tak o sobie nie myślałam. Jestem zwyczajna, tylko chyba trochę… Nie, nie powiem ci dzisiaj.

 

– Jak zaczęłaś, to dokończ.

– Powiem, ale kiedy indziej. Widzę, że jesteś jakiś smutny, a może nie ucieszysz się z tego.

– Dobrze, to nie mów. Powiesz, jak będziesz gotowa. Muszę ci przyznać, że bardzo dobrze mnie znasz. Jestem smutny, bo zmieni się całe moje życie.

– Ojejku, co się dzieje?

– Mama Piotrusia powiedziała, że teraz się wszystko zmieni, bo odpocznę trochę od niego. A ja go kocham, nie chcę od niego odpoczywać. Zrobiłem swoje słynne smutne oczy i wtedy mnie uspokoiła: „Nie martw się, Piotruś idzie do szkoły, a po szkole będzie wracał do ciebie”. Jestem trochę zaniepokojony, bo nigdy nie słyszałem takiego słowa. Szkoła… Co to może znaczyć? Może jest chory i będzie go bolało?

– Coś ty! Nie wygłupiaj się. Słyszałam, że do szkoły idzie się po to, żeby się czegoś nauczyć. Do mnie tak mówili ci, co u nich mieszkam: „Pójdziesz do szkoły i tam cię czegoś nauczą, wiedźmo”.

– To mnie bardzo uspokoiłaś. Dziękuję. Tylko nie wiem, czego oni chcą nauczyć Piotrusia, jak on wszystko umie. Ale może tak trzeba, nie znam się na tym. Tylko wiesz co, jak do ciebie jeszcze raz powiedzą „wiedźmo”, to pokaż im, jakie masz zęby. Niech w końcu wiedzą, że ty wszystko rozumiesz! A to jest bardzo brzydko tak do kogoś mówić.

– Ne wiedziałam, że…

– To już wiesz! Nie pozwalaj im na takie traktowanie.

Rano byłem przerażony. Mój Piotruś, ubrany inaczej niż zwykle, zaczął się ze mną żegnać i powiedział:

– Nie martw się, zaraz do ciebie wrócę. Czekaj na mnie. Wiesz, jak ja się cieszę, że idę do szkoły? No dobrze, nie płacz już. Mnie też jest bardzo smutno, że mama nie pozwoliła, żebyś chodził ze mną do szkoły. Nie martw się, kiedyś cię zabiorę.

Pomerdałem ogonem, którego tak naprawdę nie miałem, ale merdałem jak oszalały. Miałem już pomysł: Z Blondyneczką odwiedzę Piotrusia. Zrobimy podkop pod płotem. Pokażę mojej księżniczce sklep z mięskiem. Ha! Mam już plan!

Piotruś z mamą wrócili bardzo szybko. Okazało się, że niepotrzebnie się tak martwiłem. Powiedział mi, że we wszystkie soboty

i niedziele nie będzie chodził do szkoły. Bardzo się ucieszyłem. Prze cież bez niego w tym domu byłoby tak bardzo smutno.

Postanowiłem od jutra zacząć robić podkop. Wiedziałem, że muszę działać od strony mojego podwórka, żeby nikt od Blondyneczki nie domyślił się naszego planu. Moja Dolores wiedziała o wszystkim. Dni mijały tak szybko, że nie miałem nawet czasu tęsknić za moim przyjacielem. A do tego wszystkiego Blondyneczka prawie dokończyła rozmowę, rozpoczętą parę dni wcześniej. Nagle spojrzała mi w oczy i powiedziała:

– Nie wiem, czy będziesz się cieszył z tego, co ci powiem. Nie mogę dłużej milczeć.

Byłem bardzo zdziwiony tym wstępem, nawet wystraszyłem się, że może ona też idzie do szkoły. Aż nagle obróciła się wokół swojej osi, oblizała po cudnej buzi, a raczej mordce, później jeszcze raz i patrzyła mi prosto w oczy. Oj, jaka ona jest słodka – pomyślałem.

– Czego tam pod tym płotem wypatrujesz? Sterczysz od paru dni jak jakaś wiedźma – z okna dobiegał głos tego pana, co zabrał moją Dolores ze schroniska.

Bardzo się wystraszyłem, że wpadniemy, poza tym bałem się też, że ona zacznie pokazywać zęby, jak znowu usłyszy, że mówią na nią „wiedźma”.

Dolores odeszła od płotu z podkulonym ogonem, jakby wiedziała, że nie może dopuścić do tego, żeby jej pan tam podszedł. Znowu nie powiedziała, o co jej chodzi. Najważniejsze, że nie zareagowała na „wiedźmę”, tylko podeszła do niego i go polizała.

– Czego mnie tak obśliniasz? – wrzeszczał. – Nie po to cię wziąłem, żebyś mnie tym ozorem myła!

Odeszła od krzykacza i żywiciela w jednej osobie. Była bardzo smutna, położyła się obok budy i tylko spoglądała na mnie z oddali.

Postanowiłem przyspieszyć prace rozbiórkowe! Tak właśnie to nazwa łem. Prace pod płotem miały służyć do zburzenia muru między Blondyneczką a mną.

Przecież kiedy to szybciutko skończę, będziemy mogli nocami pobuszować po okolicy. Chociaż nocami to chyba nie dam rady! Zawsze wieczorem krzyczą do mnie: „Maksiuniu, pora już do domku. Wtedy biegnę i już jestem w swoim ciepłym mieszkanku. Ile razy wtedy o niej myślałem, że tam marznie, że jest głodna. Jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. Jedni mają ciepły dom, a drudzy zimną budę. My z Piotrusiem czasami chowamy się w zrobionym z gałęzi szałasie. Tam też jest super. Jak ja go kocham. Nieraz mnie denerwuje, jak mówi: „Maksiu, pozbieraj te klocki. Po co tyle wysypał? Jak ma jakiś zbudowany domek, to wezmę i mu jeszcze jakoś pomogę, ale takie pojedyncze – oj, nie. Nie będę się z tym babrał. Oj, żartuję. Pomogę mu zawsze. Ja też przecież mogę na niego liczyć w każdej sytuacji. Jak kiedyś miałem gorący nos, pobiegł do swojego dziadka i go przyprowadził. Okazało się, że byłem chory, nawet miałem zastrzyki, a później Piotruś mnie tak przyjemnie masował, żeby mnie nie bolało. Cudownie mieć przyjaciela.

Rano – kiedy poszedł do szkoły – zabrałem się do pracy przy podkopie. W zasadzie Dolores mogła już jedną nogę przełożyć, ale co z resztą? Żeby wyjść i pokazać jej świat, niestety, trzeba dalej kopać. Pracy było bardzo dużo, ale czego nie robi się z miłości. Po dwóch tygodniach już mogliśmy się przytulać. Jak nikt nas nie widział, to ja szedłem do niej albo ona przychodziła do mnie. Jak Piotruś był w szkole, to spędzałem czas z moją przyjaciółką.

Niestety, żeby móc wyjść z Blondyneczką na spacer, od strony mojego ogrodu musiałem zrobić kolejny podkop. Następny tydzień spędziłem na – jak to nazywam – rozbiórce. W końcu nadszedł upra gniony dzień.

– Dolores, skarbie, jutro idziemy na spacer. Pokażę ci sklep z mięskiem.

– Bardzo się cieszę.

Jak tylko Piotruś poszedł do szkoły, postanowiliśmy wyruszyć na podbój ulicy. Dumni niczym pępki świata pomaszerowaliśmy do sklepu. Ludzie odskakiwali na nasz widok, jakbyśmy mieli zrobić im coś złego. Jedna kobieta krzyczała:

– Uciekajcie, sfora wściekłych psów. Jeden to rottweiler. Morderca!

Spojrzałem na nią z politowaniem. Nie wiem, co znaczy słowosfora”, ale nazwać mnie mordercą to już przesada! Gdyby Piotruś to usłyszał! Chyba powiedziałby jej, że jest niegrzeczna. Nagle ta kobieta rzuciła w nas butelką. Znałem się na takich numerach, Piotruś ciągle coś mi rzucał, a ja musiałem przynosić. To była super zabawa. Niestety, Dolores nie znała się na takich zabawach. Nie zdążyła odskoczyć. Butelka odbiła się od jej głowy. Bardzo się zdenerwowałem, nawet miałem pokazać, że jestem – tak jak powiedziała – „mordercą”, ale nie mogłem tego zrobić, bo pamiętałem, jak kiedyś Piotruś oglądał jakiś film, to tam był morderca, który poszedł do więzienia. Gdyby nie to, że czasem mój przyjaciel bawił się ze mną w więzienie, nie wiedziałbym, co to znaczy. Zacząłem tylko bardzo szczekać i ta pani od razu uciekła. Wariatka! Nie umie się zachowaćnie wie, że to najbardziej na nas działa. Uciekająca zdobycz jest dla nas wyzwaniem. Nie mogłem jednak zostawić Blondyneczki. Leżała na chodniku z kroplami krwi na buzi, była bardzo słaba. Nie miała siły wstać, żeby normalne dojść do domu. Musiałem jej pomóc, ciągnąłem ją w stronę naszego ogrodu. To było straszne. Nie chciałem, żeby ją bolało, a musiałem sobie pomagać zębami. Jakoś się udało. Kiedy Piotruś wrócił ze szkoły, dał jej pić i jeść. Jego mama podeszła do mojej dziewczyny i powiedziała:

– Ty chyba powinnaś znaleźć się u lekarza. Twój pan cię nie zawiezie, ale ja z tobą pojadę.

Wzięła moją Dolores, z trudem wsadziła do samochodu, zawołała Piotrusia i pojechali. Kiedy wrócili, Blondyneczka miała zabandażowaną głowę, ale mimo to wyglądała pięknie. Oj, ile w niej było gracji.

Kiedy przyszedł z pracy jej pan, musiała wrócić do siebie. Wtedy dopiero się zaczęło:

– Ty wiedźmo – wrzeszczał. – Co ty masz na tym pustym łbie? Oddam cię z powrotem tam, skąd cię zabrałem. Zniknij z mojego życia. Nie potrzebuję takiego psa.

Patrzyłem na ten cyrk, ale nie było mi do śmiechu, Piotruś wszystko słyszał i zaczął bardzo płakać. Lizałem go, żeby tylko odciągnąć od tego dramatu, który rozgrywał się na naszych oczach. Oczy – oczy to jest wspaniały pomysł. Podszedłem do mamy Piotrusia, zacząłem ją lizać po rękach i zrobiłem smutną minę. Prawdę mówiąc, nie musiałem nawet się wysilać. Byłem smutny jak nigdy dotąd i moje oczy też nie musiały udawać – były jak przygaszone ognisko. Tylko zamiast dymu tliła się w nich poświata smutku. Nagle dotarły do mnie słowa mamy Piotrusia:

– Jeżeli pan chce oddać Dolores tam, skąd przyszła, to może ja mogłabym stworzyć jej dom? Dogadają się z Maksiem, mój syn też ją lubi.

– A bierz ją pani sobie i niech idzie w diabły. Ta wiedźma z bandażem na łbie.

Dolores ozdrowiała, jakby ją już nic nie bolało. Nie patrząc na nic, pobiegła do naszego prześwitu pod płotem. Przeszła i zaczęła całować Piotrusia, jego mamę i mnie. Była tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Zza parkanu dobiegały do nas jakieś wyzwiska na jej temat. Nie reagowaliśmy na nie, nie było sensu. Ona już nie była pomiędzy dobrem a złem, zamieszka z nami, a u nas jest dobrze. A najważniejsze, że w końcu powiedziała mi, że mnie kocha.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?